Tłumacz

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą usa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą usa. Pokaż wszystkie posty

26 czerwca 2026

Co za dużo to niezdrowo

Napisałem epistołę o tym smutnym mundialu, ale moje wrażenia po pierwszych dwóch kolejkach jeszcze się pogorszyły (zwłaszcza bo burzy nad Filadelfią - tą w USA, nie tą na blogu już opisywaną) - więc jak kto chce, to sobie wpis przeczyta, a jak nie - to na końcu są uwagi i dąsy w punktach

    
W sumie miałem o tegorocznych Mistrzostwach Świata w piłce nożnej nie pisać – wszak na blogu o mundialu, tym poprzednim, sprzedajnym w Katarze, było (wspominałem któregoś razu także o międzynarodowych rozgrywkach żeńskich, ale – z całym szacunkiem dla zawodniczek – to całkiem inna dyscyplina sportu, różniąca się od męskiej piłki nawet bardziej niż nasza Ekstraklasa; didaskalia: w zeszłym sezonie grało w niej dwóch mistrzów Świata) – ale wymiękłem. W końcu na blogu teraz wpisy o Anglii, a ta, jak wiadomo, jest kolebką nowożytnego futbolu, w niecywilizowanych rejonach Świata zwanego soccerem. W ichni futbol, wbrew nazwie, nie gra się nogami.
Miejsce, gdzie futbol zwie się soccerem
    Poza tym tutaj było o tym najbardziej egalitarnym ze sportów jeszcze kilka razy. W końcu każdy chyba raz w życiu blazę kopnął, nawet Autor bloga. I nie tylko na podwórku, ale i raz udało się wystąpić w reprezentacji szkoły podstawowej. Może tylko do przerwy (niczym legendarny futbolista Al Bundy, zdobywca czterech przełożeń w jednym meczu – to coś takiego jak gol w normalnych sportach), i bez sukcesów (stąd najwyraźniej tylko do przerwy), ale zawsze.
    W każdym razie – jest to sport fascynujący, w którym każdy może marzyć, żeby zostać prawdziwą gwiazdą. Legendą.
Marzenia o wielkości
    A przynajmniej był. Bo – teraz wyjdzie ze mnie stary dziad i malkontent – bo jest tego wszystkiego za dużo. Jakiś czas temu okazało się, że piłka nożna wspaniale nadaje się do zarabiania pieniędzy. I zaczęło się.
    Pomijam piłkę klubową, w której przecież też międzynarodowe rozgrywki rozrosły się do gargantuicznych rozmiarów, obdzierając je z mistycyzmu. Przesyt takich gier sprawia, że powszednieją, zwyczajnie nie czeka się na pojedynek Realu z Bayernem - bo za chwilę będzie następny.
Ikona futbolu klubowego
    To samo – choć może troszkę inaczej – zrobiono z rozgrywkami międzynarodowymi. A tegoroczny mundial jest tego najlepszym przykładem. Pomijam już fakt, że meczy jest zwyczajnie zbyt dużo by je wszystkie ogarnąć, ale liczba drużyn sprawia, że rozrywki tracą swoją elitarność. Owszem, na turniej zawsze awansowały egzotyczne drużyny, ale to właśnie nadawało uroku całej sprawie, a tu w oczekiwaniu na pojedynek gigantów mamy masę anonimowych gier (z oprawą godną wiejskiego festynu, tylko bilety horrendalnie drogie), zupełnie jak we wstępnych rundach pucharów klubowych. Wspominałem przecież kiedyś, jak w Limie spotkałem Peruwiańczyka, który na wieść o tym, że jestem z Polski od razy zakrzyknął:
    - Cinco uno! Pięć jeden!
    To oczywiście wynik meczu, jakim w 1982 roku zakończył się mecz Polska – Peru. Porażka dotkliwa, ale do przerwy było po 0. O tym się pamięta. Bo awans na mistrzostwa w założeniu już miał być wielką sprawą – wszak nawet najwięksi musieli się przez eliminacje przebijać. Teraz nie jest – skoro z racji liczby drużyn awans wywalczyły kraje takie jak Uzbekistan czy Republika Zielonego Przylądka. Albo zależne od Królestwa Niderlandów Curacao. Nie to, żeby coś miał do tej karaibskiej wyspy – w tamtej części Świata jeszcze nie byłem, choć zwrotnikowe plaże nie są mi obce – ale jakie emocje może wywoływać mecz tej trzeciej czy czwartej reprezentacji Holandii na mundialu? No właśnie.
Typowa tropikalna plaża
    Do tego emocje związane z mundialem osłabia brak awansu reprezentacji Polski. Do tak licznego grona. I to jest dopiero przykre. Nie są to czasy, w których polscy zawodnicy grzali ławę w drużynach 2. Bundesligi. Gros zawodników – nie tylko bramkarzy – gra w czołowych ligach Europy, w czołowych zespołach, w pierwszych składach. Karierę dogrywa – końcowy akord osłodzą mu, po odejściu z FC Barcelona, albo arabskie petrodolary, albo te zwykłe, z MLS, z największego polskiego miasta na Świecie, Chicago (ta druga opcja piłkarsko jest chyba lepsza, wielki Messi sobie tu kopie, i nie zmęczony sezonem w dwóch pierwszych meczach Argentyny zrobił różnicę) – jeden z najwybitniejszych piłkarzy ostatnich kilku lat na Świecie, a tu lipa. Naprawdę, brak awansu na ten przeładowany drużynami turniej to sprawa haniebna (tymczasem Włosi nie awansowali któryś raz z rzędu – tym razem odpadli po karnych z Bośnią i Hercegowiną dwóch na jednego to banda łysego).
Strefa kibica we Włoszech w czasie międzynarodowego turnieju
    Może też tak być, że to syndrom czegoś gorszego – opadnięcia reprezentacji w przeciętniactwo. Niby co chwila pojawia się jakiś nowy talent, ale na 35-milionowy kraj to i tak są jakieś promile. Ot, po prostu kultura fizyczna jako element kultury masowej u nas nie istnieje - boiska, po których w tłoku biegałem za dzieciaka dziś zarosły trawą. Stąd problemy we wszystkich sportach. No, pewnie w prawie wszystkich, taka siatkówka, w której istnieje plan szkolenia i sukcesy na razie funkcjonuje, ale ciekawe jak długo.
Sport z sukcesami
    Ech. Całkiem niepotrzebny ten wpis. Ale trochę mi się ulało z nadmiaru tego całego mundialu. Bo wiadomo, co za dużo to nie zdrowo. Ale prawda jest taka – kilka meczy już obejrzałem, a i jeszcze parę zobaczę, ale nocek (ech, te strefy czasowe) zarywać nie mam zamiaru. Natomiast nie interesuje mnie kto wygra. Choć miło by było, gdyby nie byli to Niemcy.
    Dobra, wracam do podróży przez Anglię, ale już nie powiązaną z makrozoobentosem, jak te kilka ostatnich wpisów.
Symbol Anglii

Obiecane na początku wpisu podsumowanie moich uczuć do Mistrzostw Świata:
Pierw plusy, bo i takie są:
- ukrócenie symulek; zmiana przepisów sprawiła, że kopacz nie zwija się już na murawie jakby umierał, tylko po męsku wstaje i gra dalej.
- Można zobaczyć wielu egzotycznych piłkarzy.
- Było już kilka (choć może to zbyt górnolotne określenie) niezłych meczów. Może od 1/8, gdy już słabeusze odpadną, to się zmieni.
Nie może być jednak tak, by te plusy przysłoniły nam minusy:
- Można zobaczyć wielu egzotycznych piłkarzy. Którzy odstają poziomem. I to widać po wysokich wynikach (do tej pory poziomem odstawali tylko sędziowie z egzotycznych krajów - i tu akurat nic się nie zmieniło).
- Masa słabych meczów pomiędzy słabymi drużynami - nie dość, że za dużo i nie w Bożych godzinach, to jeszcze niezwykle usypiające to widowiska. "Widowiska" właściwie.
- Jako, że odpadają tylko naprawdę najsłabsi, czołowe drużyny pełne przemęczonych gwiazd często grają w chodzonego, co powoduje kolejną falę słabych spotkań (skorzystali na tym chłopaki z Wysp Zielonego Przylądka).
- Kiedy ci lepsi zaczynają grać mecze zamieniają się w jednostronną rzeź, co w sumie też jest nudne. Stąd hokejowe wyniki.
- Na hokeju kibice w Kanadzie i USA znają się lepiej, więc widownia czasem przypomina tekstury ze starych gier komputerowych.
- Olbrzymie odległości między miastami, więc wiadomo, że ta cała "ekologia" to pic na wodę, chodzi tylko o pieniądze.
- Przerwa hydratacyjna. No, na reklamy. Bo dukat się musi zgadzać. Na poprzednich mundialach w Meksyku czy USA nie było czegoś tak durnego (a dziś część stadionów jest klimatyzowana), a Kanada bardziej słynie z zapachu śniegu i żywicy niż upałów, więc jest to rzecz zbędna. Do tego rozbija widowisko oraz wytrąca z uderzenia drużyny.
- Strach przed burzą spowodował przerwanie meczu na dwie godziny. Słabo.
- Na koniec: o gustach głupio dyskutować, ale oprawa naprawdę jest jarmarczna.

Miłego oglądania. Argentyna, Francja albo Hiszpania.

21 listopada 2025

Filary świata

    W poprzednim wpisie zapowiedziałem, że ten ma być o tym jak to współczesny Świat został w dużej mierze stworzony przez Polaków. Cóż, chciałbym się skupić na rzeczach mniej oczywistych, więc nie będzie nic o Mikołaju Koperniku (ów urodzony w Toruniu poddany polskiego króla pochodził z niemieckiego mieszczaństwa które to nad Wisłę przybyło z czeskiego w dużej mierze ówcześnie Dolnego Śląska, więc dla Niemców to Niemiec, dla Czechów zaś Czech; nie dajmy się ogłupić, gdy było trzeba ten prawdziwy polihistor prał Krzyżaka ile wlezie) czy Witelonie Ślązaku (to jego prace były podstawą do prac Newtona o optyce; stworzyły też podwaliny nauki o perspektywie, tej obsesji renesansowych artystów). Może i powinno, ale to ja jestem Autorem i demokratycznie tak zadecydowałem.
Konkatedra we Fromborku - miejsce pracy i spoczynku Kopernika
    O Chopinie też nie będzie – mimo iż latoś rozgrywany był kolejny już Międzynarodowy Konkurs Chopinowski – bo mimo talentu nie odcisnął on wielkiego piętna na współczesności. Zresztą o panu Kompozytorze na blogu już było, jakieś dwa konkursy temu, AD 2020 (którego to roku kultura i sztuka przegrała z paniką koronawirusową).
Koncert pod pomnikiem Chopina
    Innych worldwide artystów chyba nie mamy – a przynajmniej ja nie kojarzę – choć rzeźby Mitoraja można spotkać na stanowisku archeologicznym w Pompejach (taki ten centaur bez prącia), a Chrystusa w Rio (i pomnik Reformacji w Genewie, na którym mamy Joachima Łaskiego) wyrzeźbił polskiego pochodzenia Paul Landowski.

Genewski Pomnik Reformacji
    Sportowcy – owszem – tworzą wizerunek kraju, ale cywilizacji nie zbudują. Choć miło się słyszy, że wszędzie znają Lewandowskiego. Albo – w ostateczności – Świątek. O Bońku i Kubicy powoli się zapomina.
Stadion Narodowy w Warszawie
    O Janie Pawle II też nie będzie, bo to zbyt oczywiste. Choć duchowego wpływu na światową historię nie można pomijać (na Kościół wpływ ten był chyba trochę słabszy, a efektem jego są te różne pachamamy).
Nie wszystkie pomniki naszego papieża chwytają za serce.
   O wycieraczce samochodowej i wykrywaczy min wiedzą wszyscy.
    Niewiele jednak osób wie, że wygląd wielu ludzi na całym Świecie (w mojej opinii jest to oczywiście wygląd nieestetyczny, umożliwiający promocję brzydoty – a przecież naturalnym dążeniem Człowieka jest marsz w stronę Piękna) to efekt inwencji prostego chłopaka z Sieradza, Antoniego Cierplikowskiego. Tak, wiem, o tym Dalim fryzjerstwa na blogu już było, ale zawsze warto się chwalić (choć – vide poprzedni nawias – w sumie nie powinniśmy być dumni).
Antoine w czasach zarazy na sieradzkim rynku
    Obcięcie długich, panieńskich włosów (jakby nie było, III-rzędowej cechy płciowej; tradycyjnie mężatki nie nosiły ponętnych fryzur czy innych warkoczy – właśnie by być mniej atrakcyjnymi dla postronnych samców; znacznie utrudniało to zdrady i rozpad rodziny) to właśnie dzieło Antoine'a. Podobnie jak farbowanie włosów na małpie kolory (artysta trenował wytrzymałość farb i kolorów na swoim psie – dzisiejsi "ekoaktywiści", tłumnie korzystający z pomysłu Mistrza i farbujący pecynę na owe chemiczne barwy pewnie podnieśliby kwik) – które dziś jest znakiem rozpoznawczym różnych Ludzi Alfabetu czy osób zaburzonych psychicznie (zabawne, w przyrodzie toksyczne zwierzęta też się oznaczają jaskrawą barwą). Tak zwana rewolucja seksualna z radością wykorzystała patenty Cierplikowskiego. Swoją drogą miał też swój wkład w popularyzację kosmetyków, ale ta dziedzina twórczości najsłynniejszego fryzjera wszech czasów została zbyta przez hippisów milczeniem.
Współczesna wioska hippisów, na szczęście w Australii.
    Na przełomie lat 50. i 60. XX wieku Ludzkość weszła w erę lotów kosmicznych. W ZSRS ojcem sukcesu sputników (i, prawdopodobnie, Gagarina) był Korolew i anonimowi niemieccy konstruktorzy, w USA zaś zasłużony nazista Werner von Braun, główny konstruktor rakiety V2, pramatki wszystkich rakiet kosmicznych, zaczynającej jako Wunderwaffe. Niewielu jednak wie, że koncepcję napędu rakietowego (i wodoru jako najlepszego paliwa) opracował mieszkający w ówczesnej Rosji (początek XX wieku, Polski nie ma, są tylko Polacy) Konstantyn Ciołkowski. A orbity wyliczył Ari Szternfeld – żydowskiego pochodzenia Polak z Sieradza.
Pamiątka po nalotach z II wojny światowej gdzieś w Londynie
    Pod koniec lat 40. XX wieku Ludzkość wkroczyła w erę atomową. Wszyscy znamy Oppenheimera (możliwe, że sowieckiego agenta), ale tego, że bombę termojądrową konstruował lwowski matematyk Stanisław Ulam to już niekoniecznie (ogólnie do matematyków mamy spore szczęście, inny Lwowianin, Stefan Banach to chyba najwybitniejszy umysł w tej dziedzinie, któremu Turing mógłby czyścić buty najwyżej (ale nie mógł - w czasie wojny Banach by przeżyć pracował jako karmiciel wszy, dostał tyfusu i zaraz po zdobyciu miasta przez komunistów zmarł); swoją drogą to nie Turing – także geniusz – złamał Enigmę, zrobili to nasi, tym razem poznańscy, matematycy; o tym też się nie wie na Świecie). Jak już przy atomie i radioaktywności mówimy, to Maria Skłodowska na Zachodzie zwana jest po mężu, Curie. Ich córka też dostała Nagrodę Nobla, tak przy okazji. To, że nie mamy w Polsce elektrowni atomowej i takiejż broni jest chichotem losu (i sąsiednich państw).

Polskie rudy uranowe
    Ale chyba najważniejszy wkład Polaków we współczesny Świat (no dobra, zniszczenie planety za pomocą bomb termojądrowych to nie w kij pierdział) to rozwój komputerów. Oczywiście działo się to na Zachodzie – w okupowanej przez Sowietów Polsce rozwój i odkrycia były nie możliwe (pytanie, kto okupuje nas dzisiaj, skoro zwija się na potęgę projekty badawcze i wstrzymuje dofinansowania, vide najnowsza sprawa radioteleskopu w Toruniu; co do astronomii to Aleksander Wolszczan odkrył pierwsze planety spoza Układu Słonecznego). I nie mówię tu o twórcy Apple Steve Wozniaku, bo choć ma polskie korzenie to naciąganym by było branie go za Polaka (Białorusini, Litwini czy Ukraińcy na potęgę kradną bohaterów innym narodom – głównie nam – więc my tak nie róbmy). Ale już taki założyciel Commodore (C64 to najpopularniejszy komputer wszech czasów) a potem właściciel Atari (Atari ST) to przecież żaden Jack Tramiel, tylko łódzki Żyd Jacek (Icek) Trzmiel. Nigdy o swoim pochodzeniu nie zapomniał – dzięki temu w Pewexach pojawiły się atarynki. Ja akurat miałem ZX Spectrum jako pierwszy komputer.
    Chwalmy się, bo nikt za nas tego nie zrobi.

A propos działalności Polaków za granicą (materiał na inne wpisy) - twórca peruwiańskich nauk technicznych.

15 stycznia 2024

Peregrynacje po Ameryce

    Cóż, obiecaną blogową podróż po Ameryce Południowej zaczynam od ze wszech miar niegościnnego Gran Chaco – ale oryginalna trwająca dwa miesiące wyprawa wcale się tam nie rozpoczynała, i przebiegała przez sześć południowoamerykańskich krajów – niektóre odwiedzałem po raz pierwszy (połowę), inne nie – a Peru to już nie pamiętam który (znaczy – właściwie pamiętam, ewentualnie musiałbym bym policzyć – ale nie chodzi przecież o buchalterię, tylko o zabieg literacki). Dlatego postanowiłem uczynić taki krótki wpis, w którym w porządku chronologicznym ułożę nowe (oraz stare, z poprzednich wyjazdów) opowiastki o nierzadko nieznanych i odkrywanych miejscach.
Najsłynniejszy południowoamerykański podróżnik
    Do Ameryki Południowej najłatwiej dostać się oczywiście samolotem (przypominam, że najmniejszy samolot jaki kiedykolwiek pokonał Atlantyk był konstrukcji polskiej – RWD-5bis – oraz przez Polaka był pilotowany; był to pochodzący jak ja z Warty pionier lotnictwa i żołnierz Stanisław Skarżyński) – skoro w Polsce nie ma wielkiego międzynarodowego lotniska musiałem udać się do Berlina a stamtąd do Nowego Jorku. Miałem chwilę czasu, więc pojechałem na Manhattan. Cóż, nie ma się co dziwić Woody'emu Allenowi – NYC jest bardzo przereklamowany (choć może zamiast robić kolejny film o tym, jak to się miasta nie lubi, łatwiej byłoby się po prostu wyprowadzić; widzę tu syndrom sztokholmski).
Panorama Brooklynu
    Z Nowego Jorku via Bogota polecieliśmy do La Paz – tonącej w smogu rzeczywistej stolicy Boliwii (konstytucyjną jest oczywiście Sucre).
La Paz
    Była to moja druga wizyta w tym śródlądowym państwie, dlatego będąc w La Paz nie musiałem odwiedzać nieodległych ruin Tiwananku. Stanowisko archeologiczne leżące nad brzegami Titicaca (no, prawie) wraz z sąsiednim Puma Punku doceniane jest przez UNESCO i Teoretyków Starożytnej Astronautyki.
Brama Słońca w Tiwanaku
    Z La Paz ruszyliśmy na niesamowity Salar de Uyuni – poprzednio byłem tam w porze deszczowej, i ogromna słona pustynia wyglądała jak jezioro – tym razem trwała pora sucha, więc przepiękne to miejsce wyglądało całkiem inaczej. Można też w końcu było dotrzeć do słynnej Isla Incahuasi, olbrzymiej skale porośniętej wiekowymi kaktusami.
Salar de Uyuni - Isla Incahuasi
    Oprócz Uyuni na Altiplano odwiedziłem też dwa górnicze miasteczka – dziś kopalnie są już pozamykane – znane z karnawału Oruro i dużo bardziej anonimowe Pulacayo.
Nieczynna kopalnia w Oruro
    Najsłynniejszym miastem górniczym Boliwii jest jednak Potosi i zamieszkała przez górnicze bóstwa Cerro Rico. Trasę Uyuni – Potosi – Sucre pokonywałem autobusem już kilka lat temu: nic się nie zmieniła, dalej wiedzie przez przepiękne Andy.
Panorama Potosi
    Właśnie w okolicach Sucre jedyny raz pohasałem po dzikich górach – krater w Maragua jest niewiadomego pochodzenia, i można doń dotrzeć inkaskimi Qhapac Ñan, królewskimi drogami. A jako bonus znaleźć ślady dinozaurów.
Boliwijskie Andy
    Co do przedpotopowych gadów – w Parku Narodowym Amboro podle Samaipaty znajduje się równie przedpotopowy las paproci drzewiastych.
Paprocie drzewiaste w mglistych lasach deszczowych Boliwii
    Nie jednak lasy mgliste były moim celem w tamtym rejonie. Nad Samaipatą góruje bowiem inkaskie miasto wpisane na Listę Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Dotrzeć tam z miasteczka można właściwie tylko taksówką – a do samej Samaipaty z Sucre dojechałem okrężną drogą: z Sucre samolotem do Santa Cruz, a stamtąd marszrutką w góry.
Inkaski fort Samaipata
    Do Santa Cruz wróciłem także marszrutką (tu zwaną truffi; w Peru to colectivos) – a stąd ruszyłem na Gran Chaco. Pierwszy etap autobusem do Villamontes był urzekający – autokar wygodny, a firma zwała się Trans Juan Pablo II, więc jako rodacy papieża dostaliśmy zniżkę. Z Villamontes na granicę kursowały truffis, a w Paragwaju...
Gran Chaco
    No a w Paragwaju na Chaco to właściwie tylko autostop. Dopiero w Filadelfii złapaliśmy autobus do stołecznego Asuncion, miasta, które nie porywało.
Asuncion - stolica Paragwaju
    Sieć komunikacyjna Paragwaju nie jest zbyt rozwinięta, na szczęście miejscowi o tym wiedzą i zabierają autostopowiczów. Po wschodniej części kraju podróżowaliśmy właśnie w ten sposób (choć, podobnie jak w Chaco, buty też były w użyciu) – Asuncion – Santa Angela – La Rosada – Salto Guarani – Carapegua – Quindy – Encarnacion.
Ruiny zakładów zbrojeniowych w La Rosada
    W okolicach Encarnacion znajdują się ruiny redukcji misyjnych dla Guaranich. Doceniło je UNESCO, więc i my odwiedziliśmy. Po czym przekroczyliśmy Paranę i ruszyliśmy do Argentyny.
Redukcje misyjne w Paragwaju
    W Argentynie widziałem tylko jedną prowincję – Misiones. Nazwa nie wzięła się znikąd: tu też są jezuickie redukcje misyjne.
San Ignacio Mini
    A także leżące na granicy z Brazylią olbrzymie wodospady Iguazu – do których dojechaliśmy autobusami firmy Horanski. Cóż, ten region Ameryki Południowej w XIX wieku przyjął bardzo wielu europejskich emigrantów. Zarówno w Misiones, jak i w brazylijskiej Paranie żyje sporo naszych rodaków, nie tylko biznesmenów, ale także na przykład plantatorów ostrokrzewu paragwajskiego.
Wodospady Iguazu - największa atrakcja prowincji Misiones
    Z Argentyny wróciliśmy do Paragwaju – via Brazylia. Tu zaskoczyła nas pora deszczowa – ale zdążyliśmy umknąć do Asuncion, skąd mieliśmy lot do Limy.
Pora deszczowa na zaporze Itaipu: granica brazylijsko-paragwajska
    Lima, stolica Peru, na blogu już gościła, ale tym razem oprócz zjedzenia ceviche ruszyłem zwiedzać lokalne piramidy – jest ich tu kilkanaście, a było pewnie kilkadziesiąt.
Lima - nadoceaniczne klify
    Oprócz tego w końcu zajrzałem do Callao, głównego portu Peru, i sporej mordowni. W czasie jednej z południowoamerykańskich wojen port został obroniony między innymi dzięki wysiłkom naszego rodaka, Ernesta Malinowskiego.
Hiszpański fort w Callao
    Następny etap podróży odbyłem samemu – towarzysze polecieli do Cuzco, a ja zostałem na wybrzeżu: w końcu miałem chwilę czasu by odwiedzić najciekawsze miejsca tej części kraju. Oczywiście, nie wszystkie, choć niektóre bardzo nieznane (co oznacza, że nie odwiedziłem najbardziej znanej atrakcji kraju - Patallaqty; no ale ileż można).
Inkaskie akwedukty z lotu ptaka - atrakcja dość nieznana
    Jedne, tak jak Linie w Nazca czy Półwysep Paracas są znane, popularne i oblegane przez turystów.
Pingwiny Magellana - turystyczni gwiazdorzy w Paracas
    Inne, jak Tambo Colorado, inkaskie miasto, odwiedzają głównie podmuchy wiatru.
Tambo Coloredo
    Także na północ od Limy turystów było jak na lekarstwo. Zacząłem od rejonu Trujillo, gdzie, według miejscowych, wynaleziono surfing.
Port i plaża w Huanchaco
    Bardziej niż trzcinowe łodzie interesowały mnie jednak miejscowe stanowiska archeologiczne, takie jak Chan Chan czy Moche. Oraz składane tam krwawe ofiary.
Chan Chan
    Jak wspominałem, trafiłem też na miejsca nieznane, mimo, że wpisane na Listę Dziedzictwa ludzkości UNESCO – takie jak Chankilo obok Casmy. Dzięki brakowi infrastruktury turystycznej pierwszy raz jechałem mototaksówką przez wydmy oraz wspinałem się po wzgórzu z pirytu. Bardzo polecam, nawet się mocno nie pokaleczyłem.
Trzynaście Kamieni - obserwatorium słoneczne w Chankilo
    Tuż przed powrotem do Limy dotarłem jeszcze do Doliny Supe i do Świętego Miasta Caral. Stanowisko archeologiczne robi wielkie wrażenie, a na dodatek uznawane jest za najstarszą cywilizację Ameryki Południowej.
Święte miasto Caral
    Z Limy – już nie solo – poleciałem do Iquitos: innej drogi tam nie ma (chyba, że wiele dni w łódce).
Pałac Fitzcaraldo w Iquitos
    Dzięki uprzejmości miejscowego Polaka zwiedziliśmy też okolice miasta – czyli amazońską dżunglę.
Dżungla amazońska - stacja benzynowa w Mazan
    A potem ruszyliśmy w dół Amazonki do Manaus. Tu nie będę spojlował jak wygląda życie na wielkiej rzece. Powiem tylko, że miło było wejść na chwilę w buty Franciszka de Orellany.
Amazonka
    Samo Manaus – dokąd w końcu dotarliśmy – to olbrzymie miasto w dżungli. Wyrosło na kauczukowej gorączce w XIX wieku i mimo ogromu jest, trudno ująć to inaczej, typowym dżunglowym miastem – a o takich już na blogu pisałem.
Manaus
    Na szczęście ma Manaus lotnisko, rozbudowane jeszcze na niedawny futbolowy Mundial, więc bez problemu – choć drogo – dolecieliśmy do Rio de Janeiro. Miasta znanego, wielkiego i całkiem fascynującego. Tudzież drogiego, więc stamtąd wróciliśmy już do Europy – do Berlina via Madryt.
Rio de Janeiro - ostatni przystanek na trasie podróży
    Wpis miał być krótki, po to tylko, żeby powrzucał linki do konkretnych opisów miejsc... Ale mnie poniosło, zwłaszcza we wstępie. Potem się trochę ogarnąłem. Cóż. Pozostaje mi tylko zaprosić na blogową podróż po Ameryce Łacińskiej, niemniej tylko dla wytrwałych, bo potrwa kilka miesięcy.

Najchętniej czytane

Piwny książę

     Poprzedni wpis mógł wyglądać jak apoteoza spożywania alkoholu w warstwach rządzących, ale jest to oczywista nieprawda, wszak ustawa o...