Tłumacz

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą peru. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą peru. Pokaż wszystkie posty

12 grudnia 2025

Śledzik

    Określenie "śledzik" odnosić się w sumie powinno do imprez na zakończenie Karnawału – kiedy wchodzi Wielki Post to i ryby atakują menu na pełnej ośmiornicy, ale w związku z pauperyzacją ze zmianami w codziennym języku miano to przynależeć zaczęło także imprezom (głównie firmowym) na koniec Adwentu – znaczy się tuż przed Bożym Narodzeniem. Adwent, wiadomo, czas także postny, a i w naszej tradycji (bo nie w Kodeksie Kościoła Katolickiego, ten jako obowiązkowe dni postne wymienia dziś – o mores o tempora – zaledwie dwa dni, Popielec i Wielki Piątek) Wigilia Bożego Narodzenia także postna jest – i właściwie nikt (poza postaciami sportretowanymi w filmie "Rozmowy kontrolowane" i ich archetypami) nie wyobraża sobie tego dnia bez ryby.
Mroczny symbol władców PRL
    Niekoniecznie musi to być szczuka w sosie piernikowym, może przecież być także (co akurat dziwne, bo to mimo długiej tradycji jedzenia, średni w smaku mułożerca) karp. Albo śledź. Albo co.
Ryba w pierniku
    Cóż. Co do śledzia. Muszę się przyznać. Mam fobię spożywczą właśnie na śledzia. Fobia spożywcza nie jest niczym nowym, taki Władysław Jagiełło na przykład odczuwał wstręt do jabłek (albo do produkowanego przez te szupinki etylenu). Ja tak mam – po Ojcu – ze śledziem.
    Nie mówię, że śledź jest niedobry. Ponieważ jadłem go (i jego okolice) trzy razy w życiu. Trochę głupio, zwłaszcza, że W. Sz. Czytelnik wie, że nic co jadalne nie jest mi obce.

Suri - amazoński pędrak
    I tylko przypominam, że wszystkie ssaki są jadalne dla człowieka.
Mała lama
    A śledzia nie mogę (najgorszy – jak wspominałem nie smakowo, bo nie wiem – taki w śmietanie; wypłasza mnie od stołu niczym woda święcona komunistę). I nawet jak nie wiem, że to śledź to trudno przez gardło przechodzi. Pierwszy raz zacną tę rybę spróbowałem właściwie niechcący, gdzieś na Ukrainie (zdaje się, że w okupowanym Lwowie, choć Odessy, czy dawnego miasta królewskiego Rzeczypospolitej Kijowa też nie mogę wykluczać – zwyczajnie nie pamiętam; we Lwowie bywałem najczęściej). Oto w jednej sieciówce typu self-service (nie będę lokował produktu) w ramach deseru wziąłem coś lekko różowego, jako fan ćwikły (znaczy, buraka) nie mogłem się oprzeć. Deser bowiem nie musi być słodki. W każdym razie zjadłem clou, i wziąłem się za miseczkę z tym różowym. Wbiłem widelec, wziąłem kęs... I, dosłownie, zaczął mi rosnąć w buzi. Nie chcąc robić bardachy, ze łzami w oczach, ukrytego pod buraczkami śledzia przełknąłem byłem. Ale – co uważam za bardzo niesportowe – nie dojadłem. Wstyd normalnie.
    Za drugim razem z premedytacją nabyłem produkt śledziowy – mianowicie czerwony kawior. Był, jakby to ująć – nieciekawy. Nawet jak dodało się doń tonę gotowanych jajek, cebulę i szczypiorek. Innych kawiorów nie jadłem, podobno są lepsze, ale trącą rybą, a co sądzę o onych istotach zdaje się wspominałem we wpisie o ceviche.

Ceviche
    Za trzecim razem spróbowałem śledzia całkiem niedawno. W czasie moich peregrynacji znowu bowiem zawitałem do Amsterdamu.
Amsterdam w sylwestrowej odsłonie
    A w tej Wenecji Północy jednym z ulubionych street-foodów jest śledziowy hot dog. No właściwie to cold dog. Znaczy, bułka ze śledziowym płatem w towarzystwie – jakże by inaczej – cebuli i całkiem smacznych pikli ogórkowych. W Amsterdamie byłem, jak wspominałem, wielokrotnie, zazwyczaj z ulicznego żarcia preferuję tam wyśmienite flamandzkie frytki z majonezem, cebulą (znów; mój śp Brat miał fobię spożywczą właśnie na tą cudowną roślinę) i curry. Ale w końcu się przemogłem.
Flamandzkie frytki z curry
    Celem była buda podle Singela, najstarszego z amsterdamskich kanałów. Całkiem niedaleko słynnego Targu Kwiatowego.
Targ Kwiatowy
    Znając swoją niechęć do ulika zaproponowałem zjeść kanapkę na spółkę. Okazało się, że całkiem niepotrzebnie. Octowe pikle skutecznie dławiły smak marynowanej ryby (co znaczyło, że prawie nie dławiło mnie w gardle), cebula też robiła swoje.
Bułka ze śledziem
    Co nie znaczy, że ta śledziowa bułka była jakaś smaczna. Spodziewałem się dużej intensywności wrażeń, a całość okazała się dosyć miałka. Może jakbym musiał zjeść całą – niewielką dość przcież – porcję byłoby gorzej. A tak – do trzech razy sztuka, przełknąłem śledzia bez odruchu wymiotnego. No, prawie, lekkie dreszcze były.

Amsterdamski fast-food
    Teraz, w ramach eskalacji wrażeń smakowych wypadałoby dobrać się do słynnego szwedzkiego śledzia kiszonego surstromming. Próbowałem swego czasu dostać tę konserwę w Götteborgu – ale moje poszukiwania okazały się daremne. W końcu na targu rybnym jedna z ekspedientek wyjaśniła, że wcale ostatnimi czasy nie jest tak łatwo dostać ów przysmak. Oto, prawiła, z powodu słabszych ostatnio połowów śledzia w Bałtyku i Morzu Północnym produkcja tego specjału jest mniejsza.

Specjały Morza Północnego w Götteborgu
    W domyśle chodzić miało o zmiany klimatyczne, wszak to naturalny proces. Dobra, miało chodzić o antropogeniczne zmiany klimatu. Ale pamiętajmy, że wpływ człowieka na śledziowe populacje jest większy jeśli chodzi o przełowienie albo zanieczyszczanie niezwykle delikatnego ekosystemu Bałtyku przez ościenne kraje. Mówię to jako hydrobiolog. Swoją drogą w historii ławice śledziowe nieraz zmieniały miejsca pobytu, powodując ubożenie jednych rybackich wiosek, i wzrost dobrobytu innych.


Bałtyccy łowcy śledzi

10 października 2025

Pyzy

    Pozostając jeszcze przez chwilę (przynajmniej na początku wpisu) przy Republice Czeskiej (uwaga: ostatnio Czesi na skróconą nazwę swojego państwa wybrali średniowieczne określenie Czechia, żeby się nie myliły Czechy jako nazwa kraju i jako krainy historycznej, w skład państwa wchodzącej) to wcale nie kojarzy nam się ona ani z dolarem ani z golemem (a o obu tych czeskich wynalazkach na blogu wspominałem przecież). Słyszysz Czechy, myślisz knedliki. Proste.
Złota Praga, czeska stolica
    Nie knedle – które w zależności od regionu dawnej Monarchii Habsburskiej są czymś za każdym razem innym (w Austrii zrobione z chleba kule podobne do dżunglowego tacacho; u nas w niehabsburskiej Kongresówce jest to jeszcze całkiem co innego, kluska ze śliwką) – knedliki. Czyli po prostu pyzy. Tak, wiem, dla większości Polaków są to pampuchy, kluski na parze czy tam na łachu robione (albo jeszcze inne buchty). Ale u nas w Księstwie Sieradzkim to pyzy. Nazwę tę zgapiły te chytre bambry z Wielkopolski, i tam też tak mówią. Dla reszty naszych Rodaków pyza na talerzu to coś innego – o Polskiej Pyzie Wędrowniczce nie wspominam nawet.
Tacacho, czyli coś w podobie knedla z Amazonii; to obok to suri.
    Jak można się tymi czeskimi knedlikami zachwycać to ja prywatnie nie wiem. Fakt, że podaje się tam to pokrojone w plastry, więc średni smak kluchy maskowany jest smacznym zazwyczaj sosem (lepszym niż te nasze gulasze z pampuchami podawane), ale szanujmy się.
Knedliki z czeskim gulaszem
    A może to ja mam uraz po przedszkolu czy podstawówce, gdzie na stołówce trafiały się pampuchy z takim średnim gulaszem, albo – i to już jest autentyczna trauma – z różową truskawkowo-śmietanową maziają (czasem dodawali to do ryżu). Nieważne. Fanem nie jestem, choć oczywiście jak podadzą, to zjem.
    Jakież było moje zdziwienie (dobrze, to tylko zabieg stylistyczny, byłem tylko lekko zaskoczony, ale w miarę, bez jakichś dramatów) kiedy będąc w Limie zaszedłem do jeden z restauracji chifa (kuchnia chińsko-peruwiańska, skąd tam Chińczycy kiedyś wspominałem na blogu), a mając dość kurczaka z ryżem (standardowe peruwiańskie jadło) zamówiłem takie inne cuś. Kiedy dania znalazły się na talerzu okazało się, że kulinarnie znalazłem się niemal w Polsce.

A takiego cusia u nas zbyt często nie uświadczysz - ceviche
    Małe didaskalia: krytycy kulinarni jakiś czas temu obwieścili, że kuchnia Peru należy do jednych z najlepszych na Świecie. Wielokrotnie przebywając w tym kraju dochodzę do wniosku, że owi eksperci najprawdopodobniej nigdy nie byli w Peru dłużej niż tydzień. Na pewno zaś nigdy nie odwiedzili Polski, bo nie opowiadaliby takich kocopołów. Nasza jest dużo bogatsza w smaki i tradycje. Choć oczywiście w tak olbrzymim państwie jak ta południowoamerykańska republika każdy znajdzie coś dla siebie, mieszają się tu wpływy indiańskie, hiszpańskie i właśnie azjatyckie.
Chifa - azjatyckie wpływy w kuchni Peru (ta maca to wantan, o czym poniżej)
    I te wpływy azjatyckie, chińskie, sprawiły, że tak polsko się w restauracji poczułem. Oto bowiem miałem przed sobą nadziewane pyzy/pampuchy/kluski na parze oraz pierożki. Te ostatnie w swojej oryginalnej wersji, pokrewnej chińskim jiaozi (te pierwsze zaś w formie zwanej baozi).

Pierożki i pampuszki w Ameryce Południowej
    Tak, Chiny od tysięcy lat wpływały kulinarnie (no, nie tylko, ale skupmy się na tym najsmakowitszym aspekcie chińskiej influencji) na okoliczne kultury. Ot, koreańskie mandu czy japońskie gyoza pierogi to nic innego jak kopie, względnie potomki, jiaozi. A kiedy do chińskiego gara zajrzą Mongołowie, pierogi rozejdą się wraz z ich dzikimi hordami po całym olbrzymim stepowym imperium. O Attyli mówiono, że tam, gdzie przejdzie jego koń pozostają ino zgliszcza, o Temudżynie, Czyngis-Chanie, i jego potomkach można dowcipnie rzec, że tam, dokąd docierają ichnie zagony pozostają kluski.

Chiński fast-food w... Australii
    Wszak pierogi to takie kluski z nadzieniem, prawda? W Peru każda zupa (znaczy rosół; w restauracji chifa nie ma innych) zaopatrzona jest w wantan, właśnie takie pierogi zrobione ze sporych plastrów makaronu. Za dzieciaka takie plastry na piecu wypiekałem na macę, tu czasem smaży się je w głębokim oleju i podaje także jako zakąskę.
Wantany w chińsko-peruwiańskim rosole
    Co do nadzienia pierogi można zrobić ze wszystkim. W Azji Środkowej będzie to baranina czy warzywa, w Gruzji chinkali wypełnia miłość wino mielonka, na Rusi biały ser z cebulą (tak, to nasze pierogi ruskie)... Trudno wyobrazić sobie Wieczerzę Wigilijną bez barszczu z uszkami nadzianymi grzybem i kiszoną kapustą, prawda? Do tego pierogi przyjmą także owoce (to dalekie echo makaronu z truskawkami). Piękna sprawa.
    Tak, można w środek włożyć także szpinak – niech i wegetarianie skorzystają z bogactwa polskiego (oraz chińskiego) dziedzictwa kulinarnego.

Przykładowy makaron w wersji jarskiej
    A na historii uczą nas, że Mongołowie to ino zgliszcza i pożogę zostawiali (zresztą to wspaniały temat na wpis, w końcu w tym roku przypadała okrągła 784 rocznica bitwy pod Legnicą). No może i pozostawili, ale zostawili pierogi. To uczciwa cena. Właściwie potrawa ta znana jest w Europie tylko tam, dokąd doszli.
Głowa Mongoła wbudowana w ścianę jednego z dolnośląskich kościołów
    Wyjątek stanowią Włochy, zwane krajem makaronu. Jak wspominałem, kuchnia tamtejsza jest niezwykle prymitywna – samo przygotowanie klusek też do najtrudniejszych nie należy, więc jak ulał tam pasują. Pytanie tylko, czy włoskie pierożki ravioli to lokalny wynalazek, bo w końcu ile można jeść papkę zwaną polentą i postne placki później udoskonalone do pizzy, czy może przynieśli je kupcy Jedwabnego Szlaku.

Wielki Kanał w Wenecji - kraniec Jedwabnego Szlaku
    Wszak ta ohydna Najjaśniejsza Republika Świętego Marka była ostatnim punktem na tym olbrzymim handlowym szlaku, łączącym Chiny z Zachodem. Pomysł na spaghetti czy inne targiatelle mógł do Wenecji przywieźć Marco Polo – albo jeden z jego konfratrów w kupieckim interesie.
    Jakieś pyzy też chyba zdaje się mają. Nie wiem.

26 września 2025

Ziemniak

    Mięsko musisz zjeść, ale ziemniaczki możesz zostawić – któż z nas będąc dzieckiem nie słyszał tej frazy (albo – będąc dziadkiem czy rodzicem jej nie wypowiadał)?

Prekolumbijskie pola ziemniaczane

    No właśnie. To pokazuje tylko, jak gargantuiczną rolę – rolę wypełniacza, takiego biblijnego chleba powszedniego – w polskiej świadomości, kuchni i kulturze spełnia ta zamorska bulwa z rodziny psiankowatych, psianka ziemniak, Solanum tuberosum. Ziemniaki znane są też u nas jako pyry, pyrki czy perki (od miejsca pochodzenia, Peru), grule, bulwy albo bulby, barabole (nijak z czeskimi bramborkami nie powiązane), kompery, swapki... Jest więc o co się kłócić. Popularna nazwa to także pochodzące z Niemczyzny kartofle – tu źródłosłowem są trufle, grzyby dziś nieco bardziej cenne od poczciwych kartofelków. Francuzi w swym językowym prymitywizmie zwą je ziemnymi jabłkami. Fakt, i te, i te można w ognisku upiec. Same ziemniaki można podać na różne sposoby – oprócz wspominanych pieczonych – nie tylko z wody (a i tak inaczej w wodzie się gotuje obrane i pokrojone, inaczej w mundurkach – można je i uparować – inaczej młode). Dajmy na to: babka ziemniaczana, zwana kuglem. Frytki (pono w Belgii wynalezione, ale mi w Holandii bardziej smakują). Albo weźmy placki ziemniaczane – które dzieci i dziwacy jedzą z cukrem, dorośli na wytrawnie, niekoniecznie z mięsem - czy puree. Nie tylko u nas – tradycyjny colcannon zjadany z irish stew w dniu Świętego Patryka to przecież danie ziemniaczane (arcyziemniaczane, jak rzekłby Makłowicz spacerując po klifach Moheru). Zresztą Irlandczycy to nacja co najmniej tak samo zupno-ziemniaczana jak Polacy, a epidemia zarazy ziemniaczanej, fitoftory, spowodowała olbrzymi głód u ziemniakozależnej społeczności i wywołała masową migrację do Ameryki Północnej. Dało to USA drużynę Boston Celtics i jednego zastrzelonego prezydenta. Ba, nawet w krajach, gdzie ziemniak jest tylko kulinarnym dodatkiem można spotkać sympatyczną bulwę w najmniej spodziewanych momentach. Niedawno wspominałem o spotkaniu w Syrakuzach: kawałki ziemniaka leżały na pizzy.

Frytki belgijskie w Amsterdamie
Sycylijska pizza z ziemniakami

    Za naszą zachodnią granicą, w kraju także ziemniaczanym, hitem jest Kartoffelsalad, sałatka ziemniaczana. Ale i u nas trafia on jako baza do sałatki warzywnej (zwanej też rosołową, a w krajach Dzikiego Zachodu rosyjską) – bez względu na rodzaj użytego do niej majonezu. Jeśli zaś już jesteśmy przy kulinarnych konfliktach (placki ziemniaczane z cukrem, wojny majonezowe) przypominam, że osoby szkalujące dodawanie jabłka do sałatki nomen omen warzywnej używając argumentu, że to przecież owoc są w całkowitym błędzie – jabłoń rodzi szupinki, owoce rzekome.

Kwiat jabłoni, dający owoce rzekome

    Jedna szkoda, że udana ofensywa ziemniaka na polskie stoły ograniczyła rolę tych cudownych polskich kasz w diecie. Co prawda wybroniły się, ale sporo gatunków kasz zniknęło w mrokach dziejów. Warto dodać, że kartofle i zboża konkurują również w przemyśle spirytusowym – wódka ziemniaczana w mojej opinii jest smaczniejsza od zbożowej. Póki co nikt nie wynalazł piwa albo wina z pyrek robionego.

Bulwy ziemniaczane w Muzeum Przyrodniczym w Cuzco
Jakaś andyjska psianka, nie wiem, czy jadalna
    Jakie było więc moje zaskoczenie gdy trafiłem do ojczyzny ziemniaka – w Andy. W Peru bowiem istniej podobno 4000 tysiące (a w czasach prekolumbijskich pono jeszcze więcej ich było) odmian (czy też może gatunków/podgatunków) onej psianki (ogólnie Ameryka Południowa psiankowatymi stoi – weźmy pomidory czy papryki), a podstawą diety jest importowany ryż. Nawet nie lokalna komosa, quinoa, krewna naszej lebiody, tylko azjatyckie zboże (technicznie i ryż i komosę można by uważać w kuchni za rodzaj kaszy). Najczęściej ryż z kurczakiem – zamiast z dużo smaczniejszą kawią domową. Świnką morską znaczy.

Gryzoń z ziemniaczkami

    Do tego ryżu z kurczakiem czy innych ceviche albo anticuchos ziemniak trafia niezwykle rzadko – i to tylko li wyłącznie jako warzywko. Piochtanina taka, jak u nas buraczek czy marchewka. Szpinak. Warto dodać, że na talerzu wtedy i tak przegrywa z batatami czy maniokiem (albo i bananem). Przyznam, że było to dla mnie niepojęte.

Bulwy na targu nad Titicaca - prawdopodobnie nie tylko ziemniaki
Coś. Może szczawik bulwiasty, może ziemniak. Może coś innego.
    Może była to kwestia ekonomiczna, może element zagranicznych nowości? Przecież w Europie też dużo bardziej popularna jest dziś fasola niż ten cudowny – najlepsze warzywo – bób. A potomkowie Inków naszego strączkowego giganta przedkładają nad rodzimą fasolę. Swoją drogą hitem jest bób suszony, przegenialny w smaku. Trzeba tylko uważać, by nie ukruszyć sobie na nim zęba, co Autor był któregoś razu wziął i sobie uczynił.
Lima beans - jeden z gatunków fasoli jeszcze używany w Peru, w rejonie Icy. Nie łamie zębów.
    W Peru ziemniak nie został pokonany definitywnie tylko w wysokich górach – gdzie oprócz niego nic właściwie nie chce wyrosnąć. Tam też wyhodowano odmiany które poddają się liofilizacji – klimat wysokich Andów sprawia, że bulwy bardzo łatwo przemrozić i usunąć zeń wodę. Takie suszone ziemniaki długo się przechowują – a jake są w smaku to wspominałem zdaje się w czasie przeprawy po inkaskim wiszącym moście.

Tradycyjny andyjski most wiszący

    Jak nie wspominałem, to już mówię: takie w sumie średnie.

Tradycyjne liofilizowane indiańskie ziemniaki (czarne) wraz ze zwykłym kolegą

    Co ciekawe andyjska bulwa doczekała się w Polsce własnego pomnika – w Biesiekierzu na Pomorzu stoi sobie dumnie rzeźba ziemniaka.

Pomnik Ziemniaka
    Z czasów młodości pamiętam też, że zawsze wrzesień/październik pachniał dymem gorajek z łyntów (łęciny, łęty), czyli z ognisk tworzonych z suchych nadziemnych pozostałości ziemniaczanych krzaków. Nawdychał się tego człowiek sporo, i tylko mam nadzieję, że wyziewy te nie były trujące – jak trujące są pełne toksycznej solaniny jagody psianki ziemniaka. Dziś zresztą łyntów się już nie wypala, a i wykopki (przypominam, że ziemniaki tradycyjnie kopie się dziabką!) zmieniły termin – pierwsze plony ziemniaka potrafimy uzyskać już na początku maja, w czasie gdy kiedyś dopiero bulwy wyjmowało się z kopców (pamiętam, że w dniach awarii w elektrowni w Czarnobylu właśnie wyjmowaliśmy pyrki przygotowując je do sadzenia). Dziś zresztą ziemniaków też się nie kopcuje. Ot, nowoczesność w domu i zagrodzie.

Wesołe ziemniaczki w knajpie serwującej turecki/bałkański kumpir - nadziewanego pieczonego ziemniaka - w Luksemburgu

    I tylko ziemniaczki dalej można zostawić – jak się zje mięsko.

16 grudnia 2024

Kawa po turecku

    No tak. Kawa po wiedeńsku, jak już wiemy, to polski wynalazek (a konkretniej pana Kulczyckiego, zwanego Bruderherz – było to ulubione powiedzonko owego biznesmena, tak też zwracał się do klientów, przyjaciół i przygodnie poznanych person). Napój ów przybył pod Wiedeń wraz z osmańskimi wojskami pod wodzą Kara Mustafy, nim jednak nasiona kawowca dotarły do Austrii przebyć musiały długą drogę przez Konstantynopol. I o tej drodze mniej więcej będzie.
Hagia Sophia
    Wiem, wiem, spokojnie można by jeszcze dużo o Wiedniu pisać, od rzymskich początków, przez średniowieczne kupieckie miasto będące w orbicie zainteresowań władców Czech po barokową stolicę imperium. O tym, że ulicami miasta spacerowali najwięksi zbrodniarze XX wieku a także lekarze, filozofowie, muzycy... Krzyżacy – bo dziś miasto jest siedzibą Wielkiego Mistrza Zakonu Najświętszej Maryi Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie. Ale może innym razem.
Współczesna siedziba Wielkiego Mistrza
    Teraz zaś – jako, że równie często co we Wiedniu bywam w Istambule – o kawie po turecku.

Wiedeń, jak Istambuł, ma rzymskie początki
    A właściwie o kawie po arabsku, bo przecież od tych semickich plemion Osmanowie zapożyczyli ów trunek.
    Wszak – teraz historia – kawowiec pochodzi z południa Półwyspu Arabskiego, dzisiejszego Jemenu, w Starożytności była to Arabia Felix, Szczęśliwa (wysoka cywilizacja, kultura, a nie wojna domowa, bieda i narkotyki jak teraz) oraz z Rogu Afryki (dziś Etiopia, Somalia, Somaliland, Dżibuti, Erytrea – nie wszystkie państwa uznawane są na arenie międzynarodowej). Generalnie z okolic państwa Aksum (tego trzeciego bądź czwartego chrześcijańskiego kraju na Ziemi, po Armenii, Gruzji i Imperium Rzymskim). Otóż w tym regionie doszło do legendarnego wydarzenia. Oto pasterz kóz zauważył, iż kiedy zwierzęta podjadły sobie owocki pewnego krzewu (albo Coffea arabica, albo C. cenephora – takie dwa gatunki kawowca, arabika i robusta, występowały w regionie, i takie są w dużej mierze uprawiane; kawosze zaraz powiedzą, że robusta mniej gorzka czy inne takie dyrdymały; o liberice, C. liberica jakoś nigdy owi nie wspominają) nagle wstępowała w nie nowa jakby energia, zaczynały hasać po okolicy i ogólnie, odżywały. Pasterz spróbował tychże jagódek, po czym – jako, że nie była to ambrozja – wywalił do ogniska. Gdzie nasiona uprażyły się, nabierając aromatu. Wystarczyło je pokruszyć, zalać wodą i powstał pobudzający napój kofeinowy – gorzki i o całkowicie odstręczającym mnie zapachu. Tyle historii.

Owoce kawowca
    Od razu dodam – w palarni kawy nie byłem w Starym Świecie. Za to w Nowym – jak najbardziej. Oto bowiem dziś głównym producentem kawy jest Ameryka Południowa – na czele z Brazylią (nickname: Kraj Kawy) – amerykańskie kakao uprawiane jest natomiast masowo w Afryce (tu prym wiedzie Ghana).
Fabryka ziaren kawy w peruwiańskim regionie La Merced
    Ma też Ameryka Południowa własny odpowiednik najdroższej kawy na ziemi. W Azji Południowo-Wschodniej (Maciek, Malezja) owoce kawowca zasmakowały miejscowemu zwierzakowi, łaskunowi palmowemu. Niewielki wszystkożerny ssak nie trawi jednak nasion – ino je nadtrawia. Wystarczy je wybrać z kupy, uprażyć, i mamy kopi luwak. W Peru też jest takie zwierzę.

Amerykański skryty kawożerca
    Tak, oczywiście, piłem tą wygrzebywaną z kupy kawę – tą amerykańską, dużo tańszą, nie kopi luwak. Nie ma słonecznikowego posmaku kawy zielonej, nieprażonej – raczej przypomina zwykłą czarną, choć, co poczytuję na plus, nie jest tak intensywna i gorzka. I ma lekko kwaskowaty posmak. Jak kogoś interesuje, niech da znać – w Europie bowiem trudno ją dostać.

Suszenie ziaren kawy i kakao na peruwiańskiej wsi
    Tyle autoreklamy didaskaliów, wracamy do Turcji. A szerzej do islamskiej ekumeny. Kawa szybko poczęła rozprzestrzeniać się po rosnącym islamskim świecie, wywołując spore zamieszania. Kofeina jest używką, a tych jako takich Koran zabrania.w Ale o naparze z kawowca nic nie wspomina, więc... Imamowie i mułłowie stoczyli ze sobą wiele – miejmy nadzieję, że tylko słownych – potyczek o to, czy kawę pić można, czy jej pobudzający nie przeszkadza w modlitwie (kiedy kawa dotarła do basenu Morza Śródziemnego taką samą rozkminę miał nasz papież (osmański sułtan takich dylematów nie miał i kawę i kawiarnie w pewnym momencie zakazał), początkowo uznając ją za szatański napój; kupcom weneckim to nie przeszkadzało, a potem, wraz z przesunięciem okna Overtona, kawsko zagościło w tamtejszej rzeczywistości). Ustalono po długim czasie, że nie przeszkadza. A sufici, czy inne mistyczne islamskie bractwa (znamy głównie derwiszów z ich ekstatycznymi tańcami) uznały, że jest wręcz konieczna.

Uliczny sprzedawca kawy w Jordanii
    I tak dziś w całym arabskim świecie kawa – mocna, właściwie nie parzona a gotowana, ogrzewana gorącym piaskiem (kto chce sobie poczytać jak się ją przyrządza to na pewno znajdzie w internetach, mnie, jako miłośnika herbaty nie specjalnie to interesuje) – jest na porządku dziennym.
    Ku mojemu szczęściu w niektórych rejonach tejże ekumeny znacząco przegrywa z herbatą.

Marokańska herbata
    Także na dawnych terenach Imperium Osmańskiego herbata uzyskała mocną pozycję, ale o tym następny, przedświąteczny w sumie, wpis.
Herbata na Bałkanach
    Teraz jeszcze ostatnie akapity o kawie tureckiej, pitej w onegdaj w stambulskich kawiarniach czy zajazdach (han) obok łaźni (hamam) i meczetów (cami).
Osmański hamam w Stambule
    Czarna jak smoła trafiła wkrótce na stoły jednego z głównych otomańskich przeciwników, hegemona w Europie Środkowo-Wschodniej – do Rzeczypospolitej. I to trafiła w taki sposób, że na kartach narodowego naszego Pana Tadeusza, poematu-epitafium sarmackiej Polski musiał Mickiewicz tak napisać: takiej kawy, jak w Polszcze nie ma w żadnym kraju.
Dwór polski
    Dowiadujemy się też, że w każdym dworze, owym domu porządnym dawnego zwyczaju, jest do robienia kawy osobna niewiasta, nazywa się kawiarka. Następnie Wieszcz opisuje sposób owego napoju przyrządzania. Wyewoluował on co prawda z kawy po turecku (taka mocna kawa wieki temu zwana była w Europie "kawą po polsku"; słaba lura znana była jako parzona na sposób "niemiecki"), ale nabrała całkiem innego sznytu. Dużo dostojniejszego niż prymitywne kapuczyna czy inne produkty kawowego ekspresu rodem ze Śródziemiomorza. Każdy zresztą sobie przepis ten, trzynastozgłoskowcem ze średniówką pisany, może sam przeczytać. Albo zmusić do tego swoje pociechy, bo po tak zwanych reformach edukacji na modłę zachodnioeuropejską dla Pana Tadeusza może braknąć miejsca, a wraz z tym dla pamięci o dawnych polskich zwyczajach i kulturze, której – ku mojemu smutkowi – picie kawy było ważnym elementem. Kawy, nie napojów z ekspresu.
Frappe - kawa z lodem
    A jako, że od wieków trwaliśmy na skrzyżowaniu różnych Światów nie tylko kawa ubogacała naszą kulturę.

Autor i Krzyżacy na skrzyżowaniu kultur (foto: P. Strzelczyk)

Najchętniej czytane

Kłujki

     Na koniec opowieści o Cykladach powrót na Ios . O wyspie tej wspominałem zdaje się przy okazji pożarów w rejonie Morza Śródziemnego i...