Tłumacz

26 czerwca 2026

Co za dużo to niezdrowo

Napisałem epistołę o tym smutnym mundialu, ale moje wrażenia po pierwszych dwóch kolejkach jeszcze się pogorszyły (zwłaszcza bo burzy nad Filadelfią - tą w USA, nie tą na blogu już opisywaną) - więc jak kto chce, to sobie wpis przeczyta, a jak nie - to na końcu są uwagi i dąsy w punktach

    
W sumie miałem o tegorocznych Mistrzostwach Świata w piłce nożnej nie pisać – wszak na blogu o mundialu, tym poprzednim, sprzedajnym w Katarze, było (wspominałem któregoś razu także o międzynarodowych rozgrywkach żeńskich, ale – z całym szacunkiem dla zawodniczek – to całkiem inna dyscyplina sportu, różniąca się od męskiej piłki nawet bardziej niż nasza Ekstraklasa; didaskalia: w zeszłym sezonie grało w niej dwóch mistrzów Świata) – ale wymiękłem. W końcu na blogu teraz wpisy o Anglii, a ta, jak wiadomo, jest kolebką nowożytnego futbolu, w niecywilizowanych rejonach Świata zwanego soccerem. W ichni futbol, wbrew nazwie, nie gra się nogami.
Miejsce, gdzie futbol zwie się soccerem
    Poza tym tutaj było o tym najbardziej egalitarnym ze sportów jeszcze kilka razy. W końcu każdy chyba raz w życiu blazę kopnął, nawet Autor bloga. I nie tylko na podwórku, ale i raz udało się wystąpić w reprezentacji szkoły podstawowej. Może tylko do przerwy (niczym legendarny futbolista Al Bundy, zdobywca czterech przełożeń w jednym meczu – to coś takiego jak gol w normalnych sportach), i bez sukcesów (stąd najwyraźniej tylko do przerwy), ale zawsze.
    W każdym razie – jest to sport fascynujący, w którym każdy może marzyć, żeby zostać prawdziwą gwiazdą. Legendą.
Marzenia o wielkości
    A przynajmniej był. Bo – teraz wyjdzie ze mnie stary dziad i malkontent – bo jest tego wszystkiego za dużo. Jakiś czas temu okazało się, że piłka nożna wspaniale nadaje się do zarabiania pieniędzy. I zaczęło się.
    Pomijam piłkę klubową, w której przecież też międzynarodowe rozgrywki rozrosły się do gargantuicznych rozmiarów, obdzierając je z mistycyzmu. Przesyt takich gier sprawia, że powszednieją, zwyczajnie nie czeka się na pojedynek Realu z Bayernem - bo za chwilę będzie następny.
Ikona futbolu klubowego
    To samo – choć może troszkę inaczej – zrobiono z rozgrywkami międzynarodowymi. A tegoroczny mundial jest tego najlepszym przykładem. Pomijam już fakt, że meczy jest zwyczajnie zbyt dużo by je wszystkie ogarnąć, ale liczba drużyn sprawia, że rozrywki tracą swoją elitarność. Owszem, na turniej zawsze awansowały egzotyczne drużyny, ale to właśnie nadawało uroku całej sprawie, a tu w oczekiwaniu na pojedynek gigantów mamy masę anonimowych gier (z oprawą godną wiejskiego festynu, tylko bilety horrendalnie drogie), zupełnie jak we wstępnych rundach pucharów klubowych. Wspominałem przecież kiedyś, jak w Limie spotkałem Peruwiańczyka, który na wieść o tym, że jestem z Polski od razy zakrzyknął:
    - Cinco uno! Pięć jeden!
    To oczywiście wynik meczu, jakim w 1982 roku zakończył się mecz Polska – Peru. Porażka dotkliwa, ale do przerwy było po 0. O tym się pamięta. Bo awans na mistrzostwa w założeniu już miał być wielką sprawą – wszak nawet najwięksi musieli się przez eliminacje przebijać. Teraz nie jest – skoro z racji liczby drużyn awans wywalczyły kraje takie jak Uzbekistan czy Republika Zielonego Przylądka. Albo zależne od Królestwa Niderlandów Curacao. Nie to, żeby coś miał do tej karaibskiej wyspy – w tamtej części Świata jeszcze nie byłem, choć zwrotnikowe plaże nie są mi obce – ale jakie emocje może wywoływać mecz tej trzeciej czy czwartej reprezentacji Holandii na mundialu? No właśnie.
Typowa tropikalna plaża
    Do tego emocje związane z mundialem osłabia brak awansu reprezentacji Polski. Do tak licznego grona. I to jest dopiero przykre. Nie są to czasy, w których polscy zawodnicy grzali ławę w drużynach 2. Bundesligi. Gros zawodników – nie tylko bramkarzy – gra w czołowych ligach Europy, w czołowych zespołach, w pierwszych składach. Karierę dogrywa – końcowy akord osłodzą mu, po odejściu z FC Barcelona, albo arabskie petrodolary, albo te zwykłe, z MLS, z największego polskiego miasta na Świecie, Chicago (ta druga opcja piłkarsko jest chyba lepsza, wielki Messi sobie tu kopie, i nie zmęczony sezonem w dwóch pierwszych meczach Argentyny zrobił różnicę) – jeden z najwybitniejszych piłkarzy ostatnich kilku lat na Świecie, a tu lipa. Naprawdę, brak awansu na ten przeładowany drużynami turniej to sprawa haniebna (tymczasem Włosi nie awansowali któryś raz z rzędu – tym razem odpadli po karnych z Bośnią i Hercegowiną dwóch na jednego to banda łysego).
Strefa kibica we Włoszech w czasie międzynarodowego turnieju
    Może też tak być, że to syndrom czegoś gorszego – opadnięcia reprezentacji w przeciętniactwo. Niby co chwila pojawia się jakiś nowy talent, ale na 35-milionowy kraj to i tak są jakieś promile. Ot, po prostu kultura fizyczna jako element kultury masowej u nas nie istnieje - boiska, po których w tłoku biegałem za dzieciaka dziś zarosły trawą. Stąd problemy we wszystkich sportach. No, pewnie w prawie wszystkich, taka siatkówka, w której istnieje plan szkolenia i sukcesy na razie funkcjonuje, ale ciekawe jak długo.
Sport z sukcesami
    Ech. Całkiem niepotrzebny ten wpis. Ale trochę mi się ulało z nadmiaru tego całego mundialu. Bo wiadomo, co za dużo to nie zdrowo. Ale prawda jest taka – kilka meczy już obejrzałem, a i jeszcze parę zobaczę, ale nocek (ech, te strefy czasowe) zarywać nie mam zamiaru. Natomiast nie interesuje mnie kto wygra. Choć miło by było, gdyby nie byli to Niemcy.
    Dobra, wracam do podróży przez Anglię, ale już nie powiązaną z makrozoobentosem, jak te kilka ostatnich wpisów.
Symbol Anglii

Obiecane na początku wpisu podsumowanie moich uczuć do Mistrzostw Świata:
Pierw plusy, bo i takie są:
- ukrócenie symulek; zmiana przepisów sprawiła, że kopacz nie zwija się już na murawie jakby umierał, tylko po męsku wstaje i gra dalej.
- Można zobaczyć wielu egzotycznych piłkarzy.
- Było już kilka (choć może to zbyt górnolotne określenie) niezłych meczów. Może od 1/8, gdy już słabeusze odpadną, to się zmieni.
Nie może być jednak tak, by te plusy przysłoniły nam minusy:
- Można zobaczyć wielu egzotycznych piłkarzy. Którzy odstają poziomem. I to widać po wysokich wynikach (do tej pory poziomem odstawali tylko sędziowie z egzotycznych krajów - i tu akurat nic się nie zmieniło).
- Masa słabych meczów pomiędzy słabymi drużynami - nie dość, że za dużo i nie w Bożych godzinach, to jeszcze niezwykle usypiające to widowiska. "Widowiska" właściwie.
- Jako, że odpadają tylko naprawdę najsłabsi, czołowe drużyny pełne przemęczonych gwiazd często grają w chodzonego, co powoduje kolejną falę słabych spotkań (skorzystali na tym chłopaki z Wysp Zielonego Przylądka).
- Kiedy ci lepsi zaczynają grać mecze zamieniają się w jednostronną rzeź, co w sumie też jest nudne. Stąd hokejowe wyniki.
- Na hokeju kibice w Kanadzie i USA znają się lepiej, więc widownia czasem przypomina tekstury ze starych gier komputerowych.
- Olbrzymie odległości między miastami, więc wiadomo, że ta cała "ekologia" to pic na wodę, chodzi tylko o pieniądze.
- Przerwa hydratacyjna. No, na reklamy. Bo dukat się musi zgadzać. Na poprzednich mundialach w Meksyku czy USA nie było czegoś tak durnego (a dziś część stadionów jest klimatyzowana), a Kanada bardziej słynie z zapachu śniegu i żywicy niż upałów, więc jest to rzecz zbędna. Do tego rozbija widowisko oraz wytrąca z uderzenia drużyny.
- Strach przed burzą spowodował przerwanie meczu na dwie godziny. Słabo.
- Na koniec: o gustach głupio dyskutować, ale oprawa naprawdę jest jarmarczna.

Miłego oglądania. Argentyna, Francja albo Hiszpania.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Najchętniej czytane

Co za dużo to niezdrowo

Napisałem epistołę o tym smutnym mundialu, ale moje wrażenia po pierwszych dwóch kolejkach jeszcze się pogorszyły (zwłaszcza bo burzy nad Fi...