Tłumacz

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą australia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą australia. Pokaż wszystkie posty

12 stycznia 2024

Śladami Tomka Wilmowskiego

    Literacka historia Tomka Wilmowskiego zaczyna się w okupowanej przez Imperium Rosyjskie Warszawie, stolicy Kraju Przywiślańskiego (niezależnie kto w Rosji rządzi, czy Romanowowie, czy komuniści – czy wreszcie obecni autokraci czyli samodzierżcy – od XVIII wieku Warszawa traktowana jest tam jako rosyjska strefa wpływów: kurica nie ptica, Warszawa nie stolica; wszystkie próby zerwania zależności od Rosji jak do tej pory są nieudane, czasem nawet dzięki działaniu wewnętrznych wrogów polskości) – i jest to oczywiste dla nieco starszych Czytelników bloga. Młodszym potrzebne są didaskalia: Tomek Wilmowski to fikcyjna postać stworzona przez Alfreda Szklarskiego (pisał też pod różnymi pseudonimami), młodzieniec który na początku XX wieku wraz z ojcem (Wilmowski senior jest uchodźcą politycznym, socjalistą prześladowanym przez carat; tak jak i ojciec Szklarskiego musiał uciekać za granicę – pan Alfred na Świat przyszedł w Chicago, taka ciekawostka) i kilkorgiem przyjaciół rozbija się po Świecie przeżywając różnorakie przygody oraz ów nieznany jeszcze glob eksplorując.
Pałac Zimowy w Petersburgu - siedziba carów moskiewskich
    Wraz z Tomkiem Świat poznaje także Czytelnik: pan Szklarski bowiem oprócz zwykłej fabuły zaopatruje swoje książki także w przypisy – geograficzne, biologiczne, historyczne – co sprawia, że dla dzieciaka jest to prawdziwa kopalnia wiedzy. Sam będąc takim bajtlem otrzymałem któregoś roku dwie z ośmiu części przygód Tomka, wspaniale wydane przez Wydawnictwo Śląsk (stąd ten bajtel). Nie ukrywam, że stały się to moje ulubione lektury – zaraz po Biblii i Hobbicie.
Warszawski posąg Chopina
    Ale co ty Autor za kocopoły gadasz, od dwóch wpisów zapowiadasz podróż po Ameryce Południowej, a nawijasz o jakichś książkach dla dzieci.
    Wyjaśniam – jedną z tych pozycji była ostatnia część serii, Tomek w Gran Chaco – i od Gran Chaco zacznę blogową podróż po Latynoameryce (to znaczy – są i następne części, innego już autorstwa, ale przeczytałem tylko jedną, Tomek w Grobowcach Faraonów, i abdykowałem; może byłem już za stary). Było to – przy okazji – pierwsze moje spotkanie z obcym językiem: napisane było chaco, a czytało się to czako, jadowita jararaca to żararaka. Oczywiście poza wspaniałą dla młodzieży fabułą i olbrzymią ilością informacji historyczno-krajoznawczych książki te miały jedną zasadniczą wadę. Elementarnym jest, że od razu na to nie wpadłem, bo skąd dzieciak może się orientować – powieści te pełne są komunistycznej propagandy. Na każdym kroku bohaterowie spotykają socjalistów i komunistów, za każdym razem postaci pozytywne. Dobrymi zawsze są tu też Rosjanie (wyjątkiem są oczywiście carscy urzędnicy, bezlitośnie zwalczający ruch socjalistyczny zarówno w Kongresówce jak i w Irkucku). Całe szczęście pan Szklarski oparł się przedstawieniu kapitalistów jako wszelkiego zła Świata, choć oczywiście zachodni imperialiści są co najwyżej ambiwalentni.
Niegościnne Gran Chaco
    Po tej niewielkiej beczce dziegciu w łyżce miodu muszę stwierdzić, że cała seria wspaniale – przynajmniej u mnie – potrafiła rozbudzić ciekawość Świata. I po latach nieśmiało zacząłem odwiedzać miejsca, które sto lat wcześniej odwiedzał Tomek z przyjaciółmi. Wtedy były one dużo bardziej dzikie niż obecnie (no, może poza Warszawą, gdzie zaczyna się cała opowieść). Dla osób nieczytających serii małe resume – po kolej Wilmowski odwiedził: Australię, Afrykę Subsaharyjską (gdzie jako pierwszy biały widział okapi – taki żarcik pana Szklarskiego), pogranicze amerykańsko-meksykańskie, Tybet, rosyjski Daleki Wschód (chyba najbardziej propagandowa część sagi), Nową Gwineę (najbardziej mi się podobała), Andy i Amazonię.
Andy - Nevado Ausangate
    Do tej pory zahaczyłem ino o Australię i Andy, ale właśnie wracam z miejsc, gdzie niemal dokładnie skopiowałem szlak bohaterów książek (warto dodać, że w każdej części była mapka z rozrysowaną trasą podróży) – Gran Chaco i Amazonię (dobra, tu też byłem, ale nad Ukajali, i mi to psuje koncepcję wpisu). Swoją drogą spływ Amazonką jest równie emocjonujący co obserwowanie rosnącej fasoli – ale o tym innym razem.
Amazonka
    Jako, że tereny w książkach są dziksze niż współcześnie Tomek Wilmowski nie widział słynnej Wielkiej Otwartej Paczki Chusteczek Higienicznych w Sydney (znaczy: gmachu Opery), więc tu zwycięstwo przy mnie.
Opera w Sydney
    Po rzekach Amazonii zaś pływał parowcem i pirogą – ja głównie peke-peke i, te kilka dni, statkiem pasażerskim zwanym lancha; zastąpiły one drewniane parowce.
    Po Chaco zaś zamiast konno poruszałem się pieszo i autostopem.
  Za to obaj wszędzie spotykaliśmy ślady Polaków. Nazwiska Pawła Edmunda Strzeleckiego, Jana Czerskiego, Ignacego Domeyki czy Ernesta Malinowskiego pierwszy raz dotarły do mojej świadomości właśnie dzięki lekturze serii książek o Tomku. Bo pan Szklarski, mimo nachalnej socjalistycznej propagandy, sprawia, że czytając te powieści człowiek jest dumny z Polaków, którzy – mimo, że nie było Polski – rozsławiali jej imię w Świecie. Teraz Polska jest, a niektórzy... Ech, banda ojkofobów, zresztą dopiero co się na blogu żaliłem.
Symbol okupacji Polski
    Tak więc – przynajmniej przez Gran Chaco – ruszam śladem Tomka Wilmowskiego, ale potem wkładam już własne buty (choć oczywiście trudno płynąć Amazonką inną trasą) i odwiedzę krainy o których pan Szklarski nie zdążył napisać (a pisał dużo, choćby sagę młodzieżową Złoto Gór Czarnych). Będzie też oczywiście o Starożytnych Kosmitach, bo jakby miało nie być.
Starożytni Kosmici
    A mimo tej komunistycznej propagandy i tak polecam książki o Tomku dzieciom. Lepiej, żeby czytały to niż tą współczesną prozę młodzieżową. Albo żeby grały na telefonach czy tam tiktokowały. Ot co. Naprzód, na Gran Chaco.

22 grudnia 2023

Era Wodnika

    Nimbin to niewielkie miasteczko leżące w australijskim interiorze w Nowej Południowej Walii, całkiem niedaleko granicy z Queensland – bliżej Gold Coast niż Sydney.
Senne Nimbin
    Choć określenie "australijski interior" nieodmiennie kojarzy się z frazami wyśpiewywanymi przez australijską gwiazdę rocka i późniejszego ministra ochrony środowiska i zmian klimatu Petera Garretta The western desert lives and breathes, in forty-five degrees (piosenka Bed are burning opowiada nie tylko o idyllicznym życiu na pustyni, ale jest też próbą rozliczenia się Australijczyków z przeszłością, kiedy to rząd masowo odbierał Aborygenom dzieci by je westernizować; spowodowało to niepowetowane straty dla autochtonicznych kultur Australii, i tak stojących na straconej pozycji w konfrontacji z Białymi – wbrew pozorom Australijczycy wcale nie są tacy no worries, mate; Aborygena widziałem raz – siedział na ulicy w Sydney i stukał kijkiem o kijek – trudno było orzec, czy tworzył, żebrał, czy był po prostu osobą słabującą) to nie całe wnętrze kontynentu jest okrutną pustynią.
Miejsce lądowania kapitana Cooka w Zatoce Botanicznej
    My byliśmy po wschodniej stronie Wielkich Gór Wododziałowych, całkiem niedaleko wpisanych na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO deszczowych lasów Gondwany – więc wody było w bród (na tyle, że kilkukrotnie trzeba było zmieniać plany - bo podtapiało okolicę).
Lasy deszczowe Australii
    Otaczał nas też rolniczy krajobraz rodem ze szkockich gór i wyżyn – tylko dużo żyźniejszy i miast buków i sosen rosły bukany i eukaliptusy. Jedyną chyba istotniejszą różnicą były znaki ostrzegające przed wtargnięciem na jezdnię kangurów.
Nowa Południowa Walia
    No i można było bez problemu nabyć lokalne banany, mimo przepowiadanych zmian klimatycznych nadal nie chcące rosnąć w Szkocji.
Przydrożny sklepik z bananami
    Właśnie w taki interior wjechaliśmy – zamiast jechać nudną autostradą woleliśmy pooglądać wiejski krajobraz Nowej Południowej Walii (oraz dolinę rzeki Tweed, zdecydowanie bardziej malowniczą od jej brytyjskiego odpowiednika).
    - Słuchaj – stwierdziła koleżanka – Tu zaraz mamy Nimbin, wioskę hipisów. Jedziemy zobaczyć?
    Oczywiście, że pojechaliśmy – skoro nie było daleko, a nie wiadomo kiedy znowu znajdziemy się w Australii (no, ja jeszcze drugi raz nie byłem), to czemu nie. Zwłaszcza, że miasteczko okazało się być całkiem malowniczo położone, na lekko falowanym pogórzu, w cieniu Nimbin Rocks. Wjeżdżając przywitał nas baner, że jest to miasto – tu pamięć mi niedomaga, musiałem sprawdzić na zdjęciach – Festiwalu Ery Wodnika roku 1973.
Nimbin Rocks
    I to właściwie wszystko, co mogę dobrego o nim powiedzieć (znaczy, to o skałach, nie o Erze Wodnika). Miasteczko jest senne – choć może sprawia to podzwrotnikowy klimat, gorący i duszny, i pełne podstarzałych hipisów z brzuszkiem i łysiną, którzy mentalnie – choć chyba z opowiadań rodziców raczej – pozostali w dekadzie narkotyków, seksu bez zobowiązań i psychodelicznego rocka. Wydaje się, że spędzają całe dnie paląc marihuanę (jest legalna w miasteczku, w reszcie Australii to różnie), jedząc sałatę i produkując niezbyt urodziwe rękodzieła, niekiedy wzorowane na oryginalnych wyrobach Aborygenów. No, może jeszcze czasem spojrzą w horoskop czy inne tablice kabalistyczne – w nadziei, że ujrzą tam ową Erę Wodnika.
Festiwal Wodnika, 1973. I plastikowy kangur
Hipisowsko-turystyczna ulica w Nimbin
    Cóż to takiego? Ano – w sumie nic. Związane jest to z precesją, astronomicznym zjawiskiem w wyniku którego co ileś tam lat (2000 z górką) w wyniku obrotu ekliptyki zmienia się dla obserwatora z Ziemi gwiazdozbiór na którego tle wschodzi Słońce. Gwiazdozbiory są oczywiście konstruktem kulturowym, ale precesja to typowa matematyka. Znaczy: astronomia, nie astrologia. Przy okazji pochodzenie gwiazdozbiorów wspaniale opisuje w swoich Kronikach Ziemi Zacharia Sitchin. Teoretycy Starożytnej Astronautyki wchodzą tam na pełnej – i biją brawo.
Neolityczne obserwatorium astronomiczne w Kokino
    I Era Wodnika, następująca po obecnie chyba jeszcze trwającej Erze Ryb, ma wznieść Ludzkość na nowy poziom rozwoju umysłowego i emocjonalnego. Wiecie, Obcy w obcym kraju Roberta A. Heinleina i te sprawy.
Efekty wprowadzenia umysłu na nowy poziom rozwoju
    Czemu zdawałoby się inteligentni i wykształceni ludzie oddali się w wir ezoteryki czy astrologii? Narkotyki nie mogą być odpowiedzią, choć hipisowskie lata nie udałyby się bez LSD. Oto Człowiek jest istotą religijną – i musi w coś wierzyć. Jeżeli jednak da się ponieść nowoczesności i wykreśli Boga z życia – no to wtedy trafia w pustkę. A wtedy będzie chwytał się każdej ideologii, każdej myśli która pozwoli wskazać mu cel w życiu. Dlatego hipisi zostali tak łatwym celem dla różnych sekt krążących wokół New Age, magii i innej astrologii. Rozumiem, że każdy jest kowalem swojego losu, ale mnie zwyczajnie ich jest szkoda. Poddali się, wierząc, że matematycznie wyliczone ruchy gwiazd decydują o człowieczym losie. Smutne.
Gotujący się wywar z ayahuaski
    Ale żeby nie kończyć wpisu o wiosce hipisów zbyt smutno – to małe przypomnienie: zbliża się Święto Bożego Narodzenia – upamiętnia ono początek cudu Zbawienia, zakończony radosnym Zmartwychwstaniem. A Jezus Chrystus przyszedł dla wszystkich, zwłaszcza dla tych zagubionych.
Jerozolima - miejsce dokonania Zbawienia
    Wesołych Świąt Bożego Narodzenia i do zobaczenia w Roku Pańskim 2024.

24 lipca 2023

Pożar

    Pożar jest czymś strasznym. Sam nie miałem, ekhem, przyjemności zaznać tego śmiercionośnego żywiołu – znam to tylko z opowiadań, śp. Dziadek był strażakiem i brał udział w akcji gaszenia wsi w latach 40-tych albo 50-tych zeszłego stulecia. Wsi, dodajmy, drewnianej, krytej strzechą. Ot, zdarzyła się letnia sucha burza (po fali upałów), trzasnął piorun, powiał wiatr (swoją drogą w czasie takiej apokalipsy rozgrzane powietrze samo roznosi płonące strzechy – ot, fizyka działa) i wieś się zajęła. Dziadek do końca życia (a dożył prawie setki) słynął z brawury, więc i wtedy zapuścił się zbyt daleko – płonąca krokiew nie dość, że odcięła mu odwrót, to jeszcze przepalila parciany wąż. Udało się go uratować, ale włosy odrosły dopiero po jakimś czasie.
Drewniana zagroda z Pomorza
    Tak, w zabudowaniach – zwłaszcza gęstych i drewnianych – pożar jest straszny. Natomiast w naturze pożar jest nie tylko czymś normalnym, ale i wręcz miejscami pożądanym.
Puszcza Białowieska
    Otóż nie dość, że uwalnia przestrzeń życiową dla nowych organizmów, to jeszcze włącza do obiegu uwięziony w roślinach związki organiczne. Drobne przypomnienie z biologii: obieg węgla w ekosystemie wygląda tak: rośliny w procesie fotosyntezy pozyskują z atmosfery dwutlenek węgla i przetwarzają go w związki organiczne – cukry (a potem tłuszcze, białka i inne) z których budują swoje organizmy, które następnie są podstawą diety roślinożerców, ci drapieżników – a na końcu wszystkich na związki proste przerabiają reducenci.
Roślinożerca
    Oczywiście w czasie życia zwierzęta (i rośliny) także przetwarzają związki organiczne na dwutlenek węgla (w procesie oddychania wewnątrzkomórkowego). Niemniej każdy, kto szedł po lesie strefy umiarkowanej wie, że system nie działa. Masa węgla zostaje uwięziona w ściółce czy w celulozowych pniach drzew. Owszem, reducenci pracują na dwie zmiany, ale i tak nie ma szans, żeby wszystko to przetworzyli. Pożar nagromadzonej ściółki jest co jakiś czas więc niezbędny – stąd i wielkie pożary lasów syberyjskich.
Czas, kiedy reducenci się lenią
    Wyjątkiem jest dżungla, na przykład ta największa, amazońska, gdzie procesy rozkładu są tak zaawansowane, że spadający liść zaczyna gnić zanim jeszcze dotknie ziemi.
Dżungla
    Ciekawostką ekologiczną jest, że brakujących w Amazonii nutrientów (a dżungla rośnie dosłownie z minuty na minutę, więc rośliny jak szalone potrzebują pokarmu) dostarcza wiatr wiejący znad Sahary – pasaty porywają z pustyni mikroelementy nagromadzone tam w czasach, gdy miejsce to było kwitnącą oazą życia (czyli kiedy panował inny klimat – który zresztą ciągle się zmienia) i przenoszą za Atlantyk.
Widok na Atlas
    Poza tym w dżungli jest zbyt mokro żeby cokolwiek się zapaliło, chociaż...
    Na Świecie najbardziej łatwopalnymi lasami są te tworzone przez eukaliptusy. Na blogu wspomniałem o tym, że przybyłem do Krainy Kangurów wkrótce po największych od 50-ciu lat pożarów. Cóż, podpowiem – następne tak wielkie klęski żywiołowe powinny być za następne pięćdziesiąt. Tyle trwa bowiem cykl życia lasu eukaliptusowego. Po prostu małe eukaliptusiki do wzrostu potrzebują dużo światła, a miejscowy klimat sprawia, że pomiędzy starymi drzewami rosną różnego rodzaju paprocie czy banksje.
Po australijskich pożarach
    Pożar jest więc eukaliptusom niezbędny do zapewnienia potomstwu (oprócz światła także masa odżywczego popiołu) jak najlepszego startu w życiu – każdy organizm dba o swoje potomstwo (wyjątek stanowią zwolennicy mordowania nienarodzonych bezbronnych dzieci). W australijskich lasach czy zaroślach wyewoluowały gatunki, które nasiona wydają właśnie po pożarach – potrafią czekać nań kilkanaście lat.
Czekając na pożar
    U nas w Europie najbardziej pożarolubnym ekosystemem jest śródziemnomorska makia. Pierwszy raz spotkałem się z nią na Ios – wspinaliśmy się z kolegą na najwyższy szczyt tej cykladzkiej wyspy (zdaje się, że zwący się, tak jak stojący nań klasztorek – Święty Eliasz). Upał był niemiłosierny, zbocze nierówne i zbudowane z marmurów. Porośnięte zaś było – w czasach gdy ja się tam wspinałem – jedynie rzadkimi tymiankiem i kwitnącymi hiacyntami.
Hiacynty
   Kocham ten zapach, jakże podobny do bzu lilaka, więc mimo zmęczenia wspinaczka była całkiem miła. Przeszkadzał ciut niewielki zapach spalenizny – pomiędzy hiacyntami i płytami marmuru sterczały spalone kikuty większych roślin. Oto bowiem sezon wcześniej w upalne lato całe zbocze wypaliło się do cna. Zostały tylko cebule hiacyntów i naniesione po pożarze nasionka tymianku. Reszta poszła z dymem, ale te rośliny miały sezon dziesięciolecia. Zbocze, które się nie wypaliło, było porośnięte gęstymi kłującymi zaroślami, nie dopuszczającymi żadnych nowych roślin.
Makia na Ios
    O tym, że pożary w Śródziemiomorzu nie są czymś niezwykłym może świadczyć też jedna z najbardziej emblematycznych roślin tego rejonu – dąb korkowy. Nie bez kozery wytwarza ognioodporną korę – każdy za dzieciaka próbował podpalić korek, wszyscy wiemy, że jest to niezwykle trudne, trzeba bardzo długo trzymać korek w ogniu. A naturalny pożar nie trwa długo. Przesuszone rośliny wypalają się w oka mgnieniu, i ściana ognia idzie dalej.
Makia w Prowansji
    No chyba, że napotka na swej drodze zabudowania. Wtedy zaczyna się groźny pożar, o którym wspominałem na początku wpisu. A jak jeszcze w wyniku ludzkiej gospodarki zmienione zostają – a zawsze będą – stosunki wodne... No, to i o pożar łatwiej i częściej, i będzie on szybszy. Oraz stanowił będzie zagrożenie dla ludzi. Kilka lat temu przejeżdżając przez Attykę nad Atenami rozciągała się olbrzymia chmura dymu. Odbijając na Kretę z portu w Pireusie widziałem płonące szczyty attyckich wzgórz. Ale zagrożenie wynikało nie z pożaru, a z obecności pięciu milionów ludzi w miejscu, gdzie pożary są naturalne.
Spalona hacjenda w Australii
    Oczywiście, człowiek czasem pomaga pożarowi – głośna była sprawa kilka lat temu w Czarnogórze: nasi rodacy zgubili się w miejscowych wspaniałych górach. Zadzwonili po pomoc, ale, że ekipy ratownicze nie mogły ich namierzyć podpowiedziano im, by rozpalono ognisko. W wysuszonym sosnowym lesie, lubiącym się palić. Szanowni Czytelnicy mogą domyśleć się co się stało – w okolicach Baru dalej widać poczerniałe stoki Gór Dynarskich.
Góry Dynarskie w Czarnogórze
    Wydaje mi się też, że właśnie zagrożenie pożarowe jest też powodem zakazu wypalania traw – bo z biologicznego punktu widzenia nie dzieje się tam nic złego (ba, sawanny, stepy czy pampy też muszą co jakiś czas się przepalić). Fakt, że sucha trawa pali się bardzo szybko – a jak podpalacz jest niezbyt bystry albo zmęczony – i finalnie może spowodować zagrożenie mienia lub życia ludzkiego. Niemniej słysząc jeremiady pseudoekologów czy innych szemranych person o tragicznych pożarach miejmy na uwadze, że są to procesy naturalne, ba, niezbędne dla ekosystemu. I tylko myśmy się niepotrzebnie między wódkę a zakąskę wtranżolili – bo z jakiegoś powodu te pożarowe obszary często są atrakcyjne dla mieszkańców i turystów. Ale to już zupełnie inna bajka.
Makia i turyści
    Ach. Wpis taki na gorąco, w związku z pożarami na greckich wyspach. Na blogu powoli kończymy Bałkany, za chwilę Malta i powrót do Peru.

30 lipca 2021

Banany

    We wpisie o jedzeniu owadów wspominałem o tacacho, regionalnym daniu z peruwiańskiej części Amazonii, składającym się głównie z bananów (z niewielkim dodatkiem innych składników, w tym – jakżeby inaczej – mięsa). Czyli – jakby nie patrzeć – o daniu z tropików.

Banany

    A jakby (ponownie) nie patrzeć – banany są tym owocem, który chyba najbardziej kojarzy się z tropikami. Słyszysz banan – widzisz Dzikie Kraje o gorącym klimacie.
    Wielka szkoda, że w naszych sklepach dostępny jest tylko jeden rodzaj (no, odmiana) tej jagody, choć muszę przyznać, że ostatnio się to zmienia i oprócz tych typowych bananów można dostać także te przeznaczone do obróbki termicznej (to te czerwone).

Dostawa świeżych bananów

    Właśnie – jako, że to blog edukacyjno-podróżniczy – banan, owoc bananowca to jagoda, a sam bananowiec nie jest drzewem. Ba, nie jest nawet palmą: z botanicznego punktu widzenia to bylina – jak, dajmy na to, krokus. Albo żonkil.
    A teraz drobne didaskalia: jagodami oprócz bananów są też pomidor, dynia, ogórek, papryka, bakłażan – czyli coś, co zwykliśmy nazywać warzywami. Z biologicznego punktu widzenia sałatkę z pomidorów i ogórków możemy nazwać owocową. Kiedy nauczałem w (nieistniejącym już, na szczęście) gimnazjum takie stwierdzenie wywoływało mętlik w młodych głowach:
    - Panie, co pan? Pomidor to warzywo, nie owoc!
    A już kompletny zamęt powodowało stwierdzenie, że jabłko i truskawka nie są owocami.

Kwiaty jabłoni

    Bo – z punktu widzenia nauki – nie są. Owoc powstaje z owocni, części słupka (to żeńska część kwiatu), wewnątrz której znajduje się zalążnia z zalążkami – po zapłodnieniu przekształcającymi się w nasiono. Jeśli zalążek jest jeden – mamy pestkowca (śliwka) czy orzeszki (te kropki na powierzchni truskawki), jeśli kilka – powstaje jagoda (klasyczny przykład to przekrojony pomidor, ale także owoc ziemniaka), strąk (orzeszki ziemne, fasola); jest wiele typów owoców. Nie jest nim jabłko – to szupinka, owoc rzekomy, gdyż u jabłoni, jarzębiny, gruszy w wytworzeniu "owocu" bierze udział także inny element kwiatu – dno kwiatowe (u truskawki to ta czerwona część).
    - A warzywo? Jak pomidor to owoc, to co jest warzywem?
    Ano: nic. Z punktu widzenia nauki, oczywiście (tak, tak, tej samej, która twierdziła kiedyś, że nic cięższego od powietrza nie jest w stanie latać, a koronawirus powstał dzięki jedzeniu nietoperzy).
    Ja prywatnie oczywiście stosuję to nienaukowe rozróżnienie na owoce i warzywa – "owocem" jest dla mnie to, z czego można zrobić kompot – a więc na przykład mak rabarbar; pozostałe owoce (pomidor, ogórek, dynia) zaliczam do warzyw – razem z bulwami, korzeniami i innymi cudami natury.
    Z tego wniosek, że banan jedzony na surowo, słodki (suszony nada się pewnie na wigilijny kompot z suszu) jest owocem, a ten pieczony, używany na przykład w tacacho, będzie warzywem. Faktycznie, pieczony, gotowany, smażony banan jest w swojej konsystencji podobny do ziemniaka, kłączy juki czy batatów – choć delikatniejszy w konsystencji.

Tacacho i suri
Anticuchos (wołowe serca) z bananami

    Oprócz owoców w krajach tropikalnych nagminnie używa się liści bananowca – zastępują one na przykład talerze, opakowania (w liście zawijane są chociażby tamale – tamales – to temat na jeszcze inną historię), elementy budowlane (dachy), garderoba (tylko wśród naprawdę Dzikich Plemion i w hollywodzkich produkcjach) – generalnie jest to niezwykle ważna roślina, występująca wszędzie w szeroko pojętych tropikach. Przez tą kosmopolityczność nie wiemy dokładnie, skąd się bananowiec wywodzi.

Ryż z kurczakiem pakowany w liście bananowca
Bananowy dach
Banany i piranie

    Wiemy za to, gdzie rośnie go najwięcej – w Ekwadorze. Ten niewielki południowoamerykański kraj jest największym producentem bananów na Świecie. Rzeczywiście, jadąc przez ekwadorskie niziny plantacje bananowców ciągną się po horyzont i za horyzont. No, właściwie po Andy – te najwyższe, ponieważ bananowce w niższych (tak do, bo ja wiem, 2000 metrów, może lepiej) partiach gór radzą sobie doskonale. Mogę to organoleptycznie potwierdzić – choć w związku z ewakuacją z Ekwadoru w ramach paniki koronawirusowej (o czym pisałem) spacer po miejscowych plantacjach zostawiłem sobie na kolejną wizytę.

Ekwador - bananowce po horyzont i za horyzont

    A jak rosną? No, wiadomo: w ziemi, zielonym do góry.
    Na wielkich plantacjach, w przydomowych ogródkach, w dżungli.
    Sporo tego jest – nie trzeba jechać do Ameryki Południowej, żeby zobaczyć je na żywo: Wyspy Kanaryjskie, geograficznie leżące w Afryce, są największym producentem bananów w Unii E***pejskiej – a dostać się tam jest bardzo łatwo (zwłaszcza, że na dzień dzisiejszy panika koronawirusowa mija powoli) i zobaczyć. Na Teneryfie mówią, że najlepsze są z Teneryfy (wytwarza się z nich także bananowy likier, całkiem słodki).

Bananowce na Teneryfie
Uprawa w dżungli

    Co może zaskakiwać – kanaryjskie plantacje bananowców, niewielkie w porównaniu z ekwadorskimi hektarami, rosną w cieniu: są przykryte włókniną. Dziwne, niby roślina tropikalna, a słońca się boi. No, właściwie to tak. Młode bananowce, odbijające od korzenia starszej rośliny, są dość wrażliwe na światło. W naturalnych warunkach ta niewielka bylina była ocieniana przez wyższe drzewa – tak do dziś rośnie w dżungli, często na niewielkich poletkach – jeśli można tak powiedzieć – lub starsze osobniki. Na dużych plantacjach dalej tak jest, ale na mniejszych stare bananowce wycina się, a na ich miejscu wyrastają nowe – choć z tego samego korzenia. Tak więc na plantacji znajdują się bananowce w różnym wieku – część dorasta, część kwitnie, część owocuje, część obumiera.

Tunele z bananowcami

    Bananowe kwiaty i kiście potrafią być przeogromne, czasem wielkości całej rośliny. I – co pewnie ktoś już słyszał – banany rosną do góry nogami. To znaczy – wyginają się w rogalika do góry.

Kwiatostan

    I na koniec jeszcze kilka słów o odmianach bananowca. Faktycznie, te które kupujemy w naszych sklepach, zrywane jeszcze zielone, dojrzewające w czasie podróży (najsmaczniejsze są takie o brązowiejącej już skórce – nie dajcie się zwieść, że w sklepach są w promocji: najsłodsze, rozpływają się w ustach, a bywa, że już w dłoni) są w krajach pochodzenia niezbyt poważane. Ba, czasem uznawane za pastewne. Cóż z tego, skoro najlepiej znoszą transport – i mogą być sprzedawane za granicę.
    Tam, gdzie bananowce rosną permanentnie najczęściej używa się odmian zdatnych do obróbki termicznej. Oraz specyficznych, krótkich bananów, znanych w Ameryce Południowej jako manzanillas, jabłuszka, a w Australii queen's fingers, palcami królowej. Faktycznie są bowiem całkiem twarde w konsystencji, lekko kwaskowate – niczym jabłko (które, jak wiemy, nie jest owocem) – oraz kluseczkowate, jak palce dobrze usytuowanej kobiety o rubensowskich kształtach i pyknicznym typie budowy (jak na przykład Wiktoria Hanowerska, władczyni Australii i połowy Świata).

Manzanilki na straganie

    I takie manzanilki kupuję zawsze gdy tylko je zobaczę, na każdym bazarze, targu, sklepie (o ile mam czas i pieniądze oczywiście). Najsympatyczniejszym miejscem, w jakim je znalazłem była niewielka budka stojąca przy drodze gdzieś w Nowej Południowej Walii (albo Queenslandzie – w każdym razie w Australii). Dookoła nie było żywego ducha – choć możliwe, że gdzieś czaiły się, jak to na tym kontynencie, jakieś kangury owce – a kiosk był otwarty, towar wyłożony na ladę.

Budka z owocami

    Budkę ozdabiała tabliczka informująca, że to produkty miejscowego farmera, i miło by było, jakbyś zapłacił za płody rolne jeśli chcesz je wziąć. No worries, mate. Wspomożesz tym lokalnego rolnika.
    Nie będę ukrywał, że razem z Koleżanką wspomogliśmy owego lokalsa – i z bananem na buzi – dalszą część drogi do Sydney zajadaliśmy się właśnie australijskimi manzanilkami. Zaufanie to świetna sprawa.

Spora bananowa kiść

Najchętniej czytane

Bunkry

     Skoro poprzedni wpis zakończyłem opowiastką o pubie i historii , a tych pierwszych, jak wcześniej wspomniałem w okolicy nie ma za wiel...