Tłumacz

10 kwietnia 2026

Adamas z Milo

    Może znawców sztuki przedstawiona w poprzednim wpisie Afrodyta z Palepaphos rozczarowuje (wszak technicznie jest to zwykły betyl, szeroko rozpowszechniony wśród plemion semickich wizerunek – symbol – bóstwa a nie rzeźba) ale lata rozwoju postaci (jak powiedzieliby fani gier RPG) sprawiły, że pojawiły się i bardziej artystyczne wyobrażenia bogini.
Afrodyta z Pafos - wersja oryginalna Kyprydy
    Najsłynniejszy z owych wizerunków to tak zwana Wenus z Milo. A właściwie, jakbyśmy powiedzieli poprawnie, Afrodyta z Melos. Wiecie, ta hellenistyczna prawdopodobnie kopia wcześniejszej greckiej rzeźby przechowywana (i udostępniana dla zwiedzających; warto zobaczyć, zwłaszcza, że w zatłoczonym muzeum i tak wszyscy biegną do portretu jakiejś włoskiej puci z Florencji) w paryskim Luwrze. Co prawda nie ma rąk (były, ale się urwały), ale Salwador Dali domontował jej w swojej wersji szufladki. Ot, taka sztuka. Swoją drogą to nie jedyna antyczna rzeźba Afrodyty z utrąconymi rękami. W poprzednim wpisie wspominałem o Wenus Taurydzkiej, eksponowanej w petersburskim Ermitażu. Jako ciekawostkę dodam, że hellenistyczna rzeźba nie pochodzi z Krymu. Do Petersburga trafiła jako dar papieża dla cara Pawła, a przechowywana była w Pałacu Taurydzkim, nazwanym tak na cześć opanowania tatarskiego chanatu na tym półwyspie przez Imperium Rosyjskie.
Wenus Taurydzka z Ermitażu
    Ową paryską Wenus z Milo znaleziono w XIX wieku na polu właśnie na wyspie Melos. To jedna z cykladzkich wysp, przez wieki znana głównie z dialogu melijskiego – zmyślonej przez Tukidydesa w swojej Wojnie Peloponeskiej dyskusji ateńskich posłów z Melijczykami. Dialog taki – jeśli się odbył – przebiegał zapewne inaczej, podobnie jak słynne "gwardia umiera ale się nie poddaje" oryginalnie zabrzmiało dźwięcznym francuskim merde. Chodziło tu o to, że Melos – jako jedyne z cykladzkich poleis nie wchodziła w skład ateńskiej Symmachi. A czasy były takie, że kto non est mecum, contra me est, i dla Ateńczyków było jasne, że skoro Melos nie jest ateńskim sojusznikiem wspiera Spartę. Attyckie triery podpływają więc pod wyspę, i z pozycji mocarstwa, sugerują przyłączenie się do Związku Morskiego. Melijczycy coś tam bredzą o wolności, ale w związku z przewagą napastnika ulec muszą. To zresztą standardowa procedura wymuszenia, znana i z radością stosowana do dziś w stosunkach międzypaństwowych. Czym innym, jak nie brutalną demonstracją siły było wysłanie przez Niemcy nie wiadomo kogo nazistów bombowców nad Rotterdam? No właśnie.
Resztki weneckiego zamku i panorama Melos
Upamiętnienie zniszczenia Rotterdamu
    Co do Melos – W. Sz. Czytelnik zapewne pamięta, że wiele lat temu podjąłem wyprawę właśnie na ową wyspę (jak nie pamięta, albo mu ten Niemiec co to wszystko chowa zabrał, albo zwyczajnie nie czytał – wspominałem o tym przy okazji wpisów o Santorynie, także cykladzkiej wyspie, TU, a zwłaszcza TUTAJ). Wcale nie po to, by odnaleźć ręce Afrodyty (te podobno ukruszyły się już po odkryciu rzeźby) ani podumać nad marnością słabych w czysto darwnistycznym świecie polityki i stosunków międzynarodowych. Nawet nie by wspomnieć wojny peloponeskie. Ot, stolica wyspy nazywała się Adamas.
Panorama Adamas
    Adamas albo Adamantas – wspominałem jakiś czas temu, że Grecja ma pewien problem z językiem. W czasach tak zwanej dyktatuty Czarnych Pułkowników rząd centralny postanowił – w ramach chyba źle rozumianego nacjonalizmu – zreformować grecką mowę. Mianowicie postanowiono zanegować tysiąc lat rozwoju greki bizantyjskiej, pięćset tureckich naleciałości i wrócić w warstwie leksykalnej (nie tylko) do koine, greki klasycznej (opartej w dużej mierze na starożytnym dialekcie attyckim). Formę tą nazwano katharewusa, oczyszczoną, i przez kilkanaście lat usilnie nauczano tak młodzież. Po upadku reżymu powrócono do greki codziennej, będącej efektem powolnej ewolucji języka, ale pozostało pokolenie mówiące odmianą oczyszczoną. W jednej z nich (a może i w obu) diament to adamas. Dla jasności dodam, że nie mam greckich korzeni, a moje nazwisko i diament to zwykłe homonimy.
Francuski cmentarz wojskowy w Adamas/Adamantas - dowód na skomplikowaną historię Melos i dwie nazwy miasteczka
    Ale nazwa jest nazwa – ruszyliśmy wraz z kolegą na podbój Cyklad. Była zima, co stanowiło pewien problem. Jedyną wyspą odwiedzaną w takim okresie był cudowny Santoryn. Co oznaczało, że właściciele jakichś pensjonatów czy innych kwater na wynajem tłumnie opuszczali swe letnie siedziszcza i jechali przezimować do Aten. Widać wiatr i kilkanaście stopni Celsjusza potrafiły przegnać potomków dawnych odkrywców i kolonizatorów (dobra, wiem, w Starożytności prawie wcale nie żeglowało się zimą po Morzu Śródziemnym, a dziś połączenia promowe między wyspami są całoroczne, z czego w sumie obficie korzystaliśmy). Co oznaczało, że znalezienie noclegu w przyzwoitej dla biednego polskiego studenta cenie graniczyło z niemożliwością. Tak więc łóżka zaznaliśmy raz tylko, na Ios, tak to spało się gdzie popadnie. Przygoda przewspaniała, ale dziś chyba bym się nie podjął. Bo tu boli, tam boli, spać na zimnych marmurach... Poza tym trochę bardziej już los sprzyja (los dollares, oczywiście). Zdziadział człowiek trochę. No, albo dorósł, zależy jak na to spojrzeć.
Żeglowanie po greckich wodach
    W każdym razie wróciliśmy z dość intensywnego spaceru – pieszego oczywiście – po wyspie i skierowaliśmy swe kroki do jedynej w Adamas otwartej portowej tawernie. Prom mieliśmy dopiero nad ranem, więc plan był przesiedzieć jak najdłużej w lokalu, a potem czujnie przedrzemać – na marmurach – w nieodległym terminalu portowym. Znaczy, taka chatka to była. Odmrożenia nerek uniknęliśmy, bo ktoś zostawił tam jakieś deski, i dużo milej było na nich rozłożyć śpiwory. W każdym razie w pobliskich krzakach ukryliśmy mandżur i zakupy, i poszliśmy zakosztować miejscowego wina na kolację. W lokalu siedziało kilku miejscowych. Tak siedzieliśmy, aż w końcu koledze odpalił się tryb Zorby. Przecież byliśmy w słonecznej (choć zimowej akurat) Grecji, a tu taki smutek. Przyznałem mu rację. Przeliczyliśmy fundusze, po czym kolega podszedł do baru okupowanego przez autochtonów i w moim imieniu postawił po lampce wina, gdyż – tu wskazał na mnie – nazywam się tak samo jak miasto, i z tej okazji et cetera et cetera.
Jeden z landszaftów na Melos
    Czy miejscowi zrozumieli? Nie wiem. Uprzejmie wypili, ale upadł tutaj mit radosnych Greków, Dalej z ponurymi gębami siedzieli przy barze, impreza się nie rozkręciła. Resztę wieczoru bawiliśmy się więc już tylko w naszym gronie.
    Obudziłem się w porcie – znajomy szarpał mnie za ramię:
    - To chyba nasz prom – wskazał na majaczący w pobliżu czarny, czarniejszy niż noc, kształt – Chodźmy.
    Faktycznie, to był prom. I prawdopodobnie nasz. Port w Adamas nie był jakoś przesadnie oblegany o tej porze roku. Wzięliśmy nasze tobołki i ruszyliśmy do abordażu. Zatrzymał nas jakiś elegancko odziany jegomość, niechybnie członek załogi.
    - Dokąd? - zapytał, całkiem w sumie uprzejmie.
    - Na prom, no bo gdzie? - odparliśmy.
    Jegomość popatrzył na nasze zmęczone kilkudniową tułaczką oblicza.
    - Macie bilety? - zapytał nieco podejrzliwie.
   - A jakże! - pewny siebie włożyłem rękę do kieszeni i wyciągnąłem plik papierów.
    Trzeba bowiem wiedzieć, W. Sz. Czytelniku, że będąc czasem człowiekiem nieuporządkowanym na wszelkiego rodzaju wyjazdach staram się trzymać wszystkie ważne dokumenty podróżne zawsze w tym samym miejscu – by uniknąć niepotrzebnego stresu związanego z poszukiwaniem onych w razie w. Tym razem wszystkie zakupione wcześniej promowe bilety miałem w kupie. Wyjąłem więc pliczek, przejrzałem. I zamarłem. Popatrzyłem z przerażeniem na kolegę – biletów nie było. Poczęła łapać mnie niewielka panika – utkwienie na Melos dłużej wiązało się ze zrujnowaniem całego dalszego planu podróży, łącznie z lotem z Aten z powrotem do Polski. Kolega wzruszył ramionami. Marynarz czekał. Nabyte w lokalu promile spadały. Schowałem plik biletów w ową boczną sakwę, i zrezygnowany włożyłem ręce do normalnych kieszeni. Coś mi jednak nie grało. W jednej miałem jakiś śmieć. Kawał papieru. Nie lubię mieć śmieci, więc wyjąłem go chcąc wyrzucić. Coś mnie jednak tknęło. Rozwinąłem kulkę. Ciśnienie zeszło. Były to nasze bilety. Uśmiechnięty szeroko (podobno gdyby nie uszy odpadłoby mi pół głowy, tak szeroki był to uśmiech) podałem członkowi załogi. Pokiwał głową, że ok, są bilety, ale jeszcze nas nie wpuści na pokład. Pokiwaliśmy głowami, ale, że jako, że wracać już nam się nie chciało, mimo sprzeciwu załoganta, zalegliśmy na pokładzie dla samochodów. Byliśmy pewni, że bez nas nie odpłynie. A po przysłowiowej półgodzinie marynarz zawołał nas i wskazał schody, Mogliśmy się okrętować i iść poszukać miejsca do spania na pokładzie dla ludzi.
    W jaki sposób bilet z bezpiecznej skrytki przetransportował się pomięty do innej kieszeni było dla mnie pewną tajemnicą. Dopiero jakiś czas później kolega spróbował zrekonstruować bieg wydarzeń:
    - Prawdopodobnie – zaznaczył – było tak, że zobaczyłem prom po wyjściu z baru, i spanikowany kazałem ci iść nas zaokrętować. Pokazałeś bilet, nie wpuścili, bo dopiero przypłynęli i sprzątali, wkurzyłeś się, zgniotłeś bilet, wrzuciłeś w kieszeń i poszliśmy spać do portu. Dobrze, że go nie wywaliłeś.
    Cóż, naprawdę jestem już na to za stary.
Sentymentalny zachód słońca nad santoryńską kalderą

27 marca 2026

Wyspa Afrodyty

    Seria wpisów o Cyprze, a niemal nic nie było o najsłynniejszej Kyprydzie, Wenerze? Otóż trochę było – zwłaszcza w kontekście bogactw na wyspie występujących, które, jak wiadomo miłości sprzyjają.
Ruda jak miedź cypryjska ziemia
    Z miłością związane są – także etymologicznie – choroby weneryczne, te same, które jednej ze stolic Unii E***pejskiej, Strasburgowi mianowicie, dały atrakcję turystyczną w postaci tak zwanej Małej Francji. Ale o tym na blogu - jak i o innych nieprzyjemnych rzeczachbyło (o przyjemnych też, pono i słowo wino ma pokrewne pochodzenie). Teraz Cypr.
Strasburska Mała Francja vel Mała Franca
    Wenera, Wenus, to oczywiście zajumana przez Rzymian grecka Afrodyta, bogini miłości, Miała ona narodzić się właśnie u wybrzeży wyspy, w sposób jak najbardziej magiczny. Oto bowiem rodzina pośród greckich bóstw nigdy nie cieszyła się przesadną estymą. Oto Uranos – Niebo, napłodził był z Gają – Ziemią Tytanów, z których najsilniejszy, Kronos, wziął był swojego ojca obalił i strącił z tronu w czeluści Tartaru. O tym wiedzą zapewne nawet absolwenci gimnazjów (a wiedzieć nie będą obecni uczniowie, okaleczani przez "nowoczesne" podstawy programowe, mające skutecznie odciąć kolejne pokolenia od korzeni kultury europejskiej). Niektórzy może nawet kojarzą, że Kronos zranił Uranosa sierpem. O tym, że zranienie to polegało na ucięciu kurze złotych jajec ojcu genitaliów słyszeli jednak nieliczni (swoją drogą polecam pozycję Mity greckie Roberta Gravesa, kiedyś zresztą na blogu wspominanego). A szkoda, bo to nadaje opowieści niemal współczesnej pikanterii. W każdym razie krew brocząca z ran lecącego ku wiecznemu tartarowemu przebytowi Uranosa nakapała do pobliskiego oceanu, zapładniając go. W efekcie z powstającej u wybrzeży Cypru morskiej piany narodziła się właśnie Afrodyta. Świat zawirował, rozległy się hymny pochwalne, a Botticelli mógł namalować swoje słynne dzieło, Narodziny Wenus, gdzie nienachalnej urody panna odziewana jest w zdobne szaty stojąc na muszli perłopława, niczym perła powstająca z cierpienia małża. Jak wygląda ów obraz wie każdy (a jak nie wie, niech sobie poszuka), na Cyprze jego fragmenty ozdabiają wiele pamiątek dla turystów. Podobnie jak i skała, przez miejscowych zwana Petra tou Romani, Skałą Rzymianina, a przez bedekery Skałą Afrodyty. Mająca być jakoby miejscem pojawienia się bogini. Rzeczywiście, Morze Śródziemne malowniczo rozbryzguje się o owe ostańce.
Skała Afrodyty
    Fakt, że proces narodzenia Afrodyty przebiegał jak przebiegał (krwawiące genitalia wchluptane do morza) mówi nam, że o prokreacji starożytni Grecy wiedzieli odrobinę więcej od tych jakże nowoczesnych Ludzi Alfabetu.
    I tak, będąc na Cyprze widziałem Afrodytę. Prawdziwą – taką, jaka ze Wschodu przybyła na wyspę i do Grecji. Nie było to jedyne bóstwo, które do Europy trafiło ze wschodnich rejonów Morza Śródziemnego. Przy okazji: Europa była fenicką księżniczką (siostrą Kadmosa, który nie dość, że przyniósł Grekom alfabet, to jeszcze zbudował akropol w siedmiobarmnych Tebach beockich; kiedyś takie rzeczy się działy, dziś już się nie dzieją), którą zdybał sam Zeus. Dopadł ją na Krecie, miejscu własnych narodzin. Także jeden z zeusowych synów, Dionizos, przybył w swym pijackim orszaku z Azji Mniejszej.
Jaskinia Dikte na Krecie, jedno z mitologicznych miejsc narodzin Zeusa
    Gdziem ową Afrodytę widział? W Starym Pafos. Docenione przez UNESCO stanowisko archeologiczne leży kilka kilometrów zaledwie od Skały Afrodyty. I kilkadziesiąt od Nowego Pafos (także wpisanego na listę UNESCO) – ta jedna z dawnych stolic wyspy zmieniała swoje położenie kilkakrotnie, i dziś też leży całkiem gdzie indziej. W każdym razie w Palepaphos (w wiosce Kuklia) zachowały się ruiny sanktuarium Afrodyty.
Ruiny sanktuarium Afrodyty
    To, co zostało pochodzi oczywiście z czasów rzymskich, ale miejsce było używane jeszcze przez kolonizujących wyspę Fenicjan i Greków (a może i miejscowych Eteocypryjczyków). Sama zaś bogini, czy też jej posąg, obecnie zamknięta jest w nieodległym średniowiecznym dworze Luzynianów (choć oczywiście obiekt rozbudowano za Turka) robiącym za muzeum.
Zamek Luzynianów
    A wygląda tak:
Afrodyta z Pafos
    Zgadza się, ten wcięty w boku bezkształtny głaz to właśnie Afrodyta. No, nie głaz, a betyl. Symbol bogini. Standardowa rzecz na Bliskim Wschodzie, gdzie plemiona semickie, z racji tabu, tak właśnie przedstawiały swe bóstwa.
Betyle w stolicy semickich Nabatejczyków, Petrze
    Niektóre z nich do dziś wzdrygają się przed personifikacją, wizerunkiem bóstwa. Inne z tych ludów, te tworzące cywilizację, jak Egipcjanie, szybko porzucili te wierzenia. Pozostałe skłoniło ku temu światło bijące z cywilizacji greckiej (i rzymskiej), i w takiej Petrze czy Kartaginie bóstwa dostają ludzkich kształtów. Tak też stało się z Asztarte, która trafiła na Cypr za pośrednictwem jej kanaanejskich, fenickich wyznawców. Tu wzięli ją w leasing równie politeistyczni Grecy, i jako Afrodytę wciągnęli do własnego panteonu. I uczłowieczyli ją.
Wenus Taurydzka - rzeźba z okresu hellenistycznego
    Najsłynniejszym wizerunkiem takiej Afrodyty jest oczywiście rzeźba (z czasów hellenistycznych) znaleziona na jednej z cykladzkich wysp – dziś eksponowana w paryskim Luwrze. Po tej niekształtnej Asztarte pozostały biblijne wzmianki o aszerach, jakie do Świątyni wstawiać kazał między innymi sam Salomon. Hebrajczycy, zatwardziali zwolennicy monolatrii (monoteizm wymyślili później), mocno zwalczali niezwykle żywotny kult owej bogini.
Źródło zwane Łaźniami Afrodyty w swej mroczniejszej odsłonie

20 marca 2026

Wyspa krzyżowców

    Wspominana w poprzednim (i w kilku wcześniejszych też) wpisie europejskość – właściwie zachodnioeuropejskość, Grecy powiedzieliby frankokracja, a może i któryś by splunął przez ramię – Cypru rozpoczęła się jakieś 1000 lat temu w mojej ulubionej epoce historycznej, Średniowieczu, znaczy się.
Gotyckie wnętrze dawnej katedry w Nikozji
    Technicznie to jakieś 900 lat temu, ale weźmy zaokrąglijmy, nie? Zwłaszcza, że narrację zaczynam w połowie X wieku, a więc troszkę wcześniej. Oto bowiem Roku Pańskiego 966 basileus Nicefor II Fokas (po podboju Krety cesarzowa Teodora zdeaktualizowała pierwszego męża i wyszła za bitnego wodza) wysyła na wyspę armię odradzającego się Bizancjum. Cypr, podobnie jak inne wyspy Morza Śródziemnego, od kilkuset lat okupują Saraceni. Sytuacja międzynarodowa zmienia się jednak na tyle, że we wschodnich rejonach basenu Morza Śródziemnego można rozpocząć rekonkwistę. Bizantyjczycy wchodzą na Kretę i Cypr, za niedługo Normanowie odbiją (nie tylko od Arabów, ale i od Bizancjum) południowe Włochy i Sycylię (no i Maltę). Desant patrycjusza Niketasa się udaje, wyspa wraca w obręb rzymskiej – teraz już romajskiej, greckiej – ekumeny.
Warstwy historii na Krecie - groby krzyżowców w dawnym meczecie
Normański zamek w Apulii
    200 lat później bizantyjski namiestnik Cypru Izaak Komnen korzystając z kolejnego kryzysu w Konstantynopolu wybija się na niezależność. Jako Grek pała sporą nienawiścią do Łacinników, Franków jak się ich zowie w Lewancie, a tu przecież jest ich pełno (sto lat wcześniej jego krewny, cesarz Aleksy I Komnen, atakowany przez Seldżuków i Normanów, prosi papieża o pomoc, co wywołuje I krucjatę). Może i Jerozolimę na powrót zajęli bisurmani, ale właśnie płyną następni krzyżowcy – ogłoszono III krucjatę. Izaak jest władcą niezwykle nieuprzejmym dla gości, i pewnie uszłoby mu to płazem, gdyby jednym z przybyszów nie był niejaki Ryszard Lwie Serce. Tak, ten legendarny król Anglii (król, dodajmy, słaby, o mentalności raubrittera a nie władcy; ale PR jaki mu zrobiono sprawia, że każdy o nim słyszał jako szlachetnym władcy i krzyżowcu). Ryszarda impertynencje Izaaka irytują, więc ląduje na Cyprze ze swoją armią i wyspę zajmuje. Pokonany Bizantyjczyk prosi, by król Anglii nie zakuwał go w żelazo. Ten spełnia suplikę pokonanego przeciwnika, i nakłada mu srebrne kajdany. Następnie bierze ślub z nawarrską księżniczką, upija się i płynie dalej, ku Palestynie, by odbić Jerozolimę.
Jerozolima - cel krzyżowców
    Jak wiemy, miasto obejrzał tylko z daleka i wrócił do Francji (tam, a nie w Anglii, miał swoje żywotne interesy; tam też zginął, a sam powrót z krucjaty domaga się osobnego wpisu). Natomiast Cypr – ponieważ Ryszard cierpiał na chroniczny brak aurum et argentum – sprzedał był Templariuszom. Wojowniczym mnichom wyspa zapewne by się przydała, ale jako, że oprócz walki z niewiernymi Templariusze zajmowali się także bankowością spieniężyli Cypr niejakiemu Gwidonowi z Lusignan. Znaczy się nieuznawanemu przez wszystkich krzyżowców królowi Jerozolimy (który właśnie stracił swą stolicę). Lusignanowie (albo Luzynianowie po naszemu; według legendy ród pochodził od wodnej boginki Meluzyny – dojście do władzy na wyspie znanej jako miejsce narodzin z morskiej fali innej bogini wydaje się więc dziejową koniecznością) przejęli wyspę na następne niemal 300 lat.
Zamek Luzynianów w Kukli
    W 1291 roku upada Akka, uznawana za ostatni przyczółek Krzyżowców w Ziemi Świętej, i Cypr zostaje jedynym zachodnim państwem Lewantu. W pełni feudalnym i gotyckim (o cudownej katedrze w Nikozji wspominałem w osobnym wpisie, o antyfeudalnych greckich powstaniach nie wspominałem – a było ich kilka). Zakony krzyżowe czmychają gdzie mogą: dzielni rycerze Krzyżacy do Prus, a Joannici i Templariusze na Cypr. Szpitalnicy mają u Luzynianów lepsze notowania chyba, bo dostają od króla zamek w Kolossi, wraz z uposażeniem.
Zamek joannicki w Kolossi
    Uposażeniem nie byle jakim, znajduje się tu fabryka cukru (trzcinę cukrową przywieźli tu Arabowie, rychło wyspa stała się sporym eksporterem tego luksusowego produktu; Kuba Średniowiecza normalnie) oraz magazyny do przechowywania tego surowca.
Ruiny młyna cukrowego joannitów
    Joannici tworzą tu swoją Wielką Komandorię, skąd zarządzają okolicznymi ziemiami. Oprócz cukru produkuje się tu dość esencjonalne wino, które, gromadzone przez rycerzy zakonnych, zyskuje miano, pod jakim zna się je dzisiaj: commodoria. Niezły trunek, nie ustępujący w smaku iberyjskim sherry'm, portom czy maderom. Do dziś – przerobiona na cerkiew – ostała się też kaplica. Trzeba przyznać, że mniej foremna niż nasza, także pojoannicka i potemplariuszowa, w Chwarszczanach.
Kaplica w Kolossi
Kaplica w Chwarszczanach
    Właśnie. Templariusze. Też są na Cyprze, i łakomym okiem patrzą na posiadłości Joannitów. Zapewne pamiętają, że przez jakiś rok ponad sto lat wcześniej cała wyspa była ich. W początkach XIV wieku przeganiają więc z Kolossi swoich konkurentów. Wielkim Mistrzem jest już wtedy – wybrany tu, na Cyprze – Jakub de Molay. A królem Francji Filip IV Piękny, zadłużony u Templariuszy po same swe kształtne uszy. Jak się to skończyło, wszyscy wiemy (a jak nie wiemy, bo zostaliśmy już wykluczeni przez nowoczesną edukację z kultury europejskiej to mówię: efektem były fałszywe oskarżenia, stos dla zakonnych dostojników, kasata zgromadzenia i anulowanie królewskich długów) – Joannici wracają do Kolossi. Zamek przestaje jednak być główną siedzibą Szpitalników: po przejęciu sporej części templariuszowego majątku Wielki Mistrz Fulko de Villaret organizuje piracki najazd na bizantyjską wyspę Rodos, która stanie się odtąd nową główną siedzibą zakonu. Stamtąd – po krwawych bojach – na Maltę przepędzą ich Osmanowie. Z Malty wygoni ich dopiero Napoleon. Ten sam, który zlikwidował też Republikę Wenecką.
Jedna z joannickich wież obserwacyjnych na Malcie
    Krzyżowe królestwo Cypru zlikwidują z kolei sami Wenecjanie, choć trzeba przyznać, że nie bez walki. Znaczy, Najjaśniejsza Republika Świętego Marka o wyspę walczy z Pizańczykami i Genueńczykami (ci ostatni kilkadziesiąt lat siedzieli w Famaguście), bo sami Luzynianowie nieopatrznie właśnie wymierali, a na dodatek za żonę pojęli pewną wenecką damę. Która sprzedała wyspę swojej republice kupieckiej. Historia krzyżowców na Cyprze dobiega końca mniej więcej z końcem Średniowiecza.
Wenecja, zwycięzca krucjat

13 marca 2026

Cypr podzielony

    Dopiero co było o Nikozji, znanej jako ostatnia podzielona stolica na Świecie, więc bezsensownie jest jeszcze raz pisać o tym, że 37% wyspy w odpowiedzi na koncepcję enosis, zjednoczenia z Grecją, opanowali Turcy i od 1974 jest osobnym bytem jako Turecka Republika Cypru Północnego (każdy powie, że to państwo nieuznawane na arenie międzynarodowej, ale skoro Turcja uznaje – no to jest uznawane). W poprzednim wpisie wspominałem jeszcze o brytyjskich bazach wojskowych (kontrola nad szlakami morskimi biegnącymi w stronę Kanału Sueskiego było jednym z powodów przejęcia Cypru przez Zjednoczone Królestwo w drugiej połowie XIX wieku) w Akrotiri (tak samo się nazywa wioska i stanowisko archeologiczne na Santorynie) i Dhekelii.
Ulice podzielonej Nikozji
Brytyjskie flamingi na Cyprze
    Tak więc Cypr jest podzielony – co w sumie nie jest niczym nowym, gdy tylko wyspa była niepodległa zawsze (no prawie – wyjątkiem jest panowanie Lusignanów (Luzynianów po naszemu); w sumie na upartego można by je jednak potraktować jako okupację wyspy przez krzyżowców) dzieliła się na wiele mniejszych państewek.
Obronny dwór Luzynianów
Zamek joannitów w Kolossi
    A zamieszkana jest od dawna. Od bardzo dawna. Pierwsi mieszkańcy przybyli tu w czasach sprzed wynalezienia rolnictwa – i przywieźli dziki, w zamian wybijając miejscowe karłowate słonie i inne hipopotamy. Jakieś 10 tysięcy lat temu. Ich śladów nie odwiedziłem, za to mającą 7 000 lat wioskę w Chirokitii jak najbardziej. Miejscowi zrobili nawet rekonstrukcję zabudowań używając technik z epoki, ale wygląda to trochę jak betonowe silosy. Wychodzi, że już w neolicie żyto (w znaczeniu, że żyło się, a nie jako jedno ze zbóż, wtedy tam nie znane) w kawalerkach w domach z betonu nie ma wolnej miłości.
Zrekonstruowane domki neolitycznej wioski...
...i zachowane pozostałości
    Potem nadeszła epoka brązu (a ten, jak wiadomo, składa się z miedzi, obficie na Cyprze występującej – i do dziś w śladowych ilościach tu wydobywanej) i ważne miejsce na mapie ówczesnego Świata jako Alaszija. Wyspę w orbitę swoich wpływów wciągali Egipcjanie, Hetyci, Asyryjczycy... Nie wierzę też, że nie zaglądali tu Minojczycy i Mykeńczycy. W końcu znalezione na Cyprze pismo pochodzi od pisma linearnego z Krety (niektórzy mówią o piśmie linearnym C). A przynajmniej jedno z pism.
Cypryjskie pismo
    W epoce Wielkiej Kolonizacji przypłynęli tu Grecy i Fenicjanie – wraz z miejscowymi, Eteocypryjczykami, utworzono wtedy kilka królestw, które zajął dopiero Aleksander Macedoński. Dziś pozostały po nich tylko ruiny, choć na przykład w miejscu takiego Kitionu, miasta Zenona, słynnego stoika, wyrosła dziś Larnaka.
Współczesna Larnaka - tu cerkiew i klasztor wzniesione na grobie świętego Łazarza (na jego drugim grobie, oczywiście)
    Nie na wszystkich jednak, ja odwiedziłem dwa stanowiska archeologiczne (no, trzy, bo jedno podwójne, za to wpisane na Listę UNESCO, podobnie jak neolityczna Chirokitia i kilka średniowiecznych cerkwi w górach Troodos) dawnych stolic cypryjskich królestw. Na tyle dawnych, że w czasach rzymskich były to już normalne miasta. No, właściwie kto widział jakieś rzymskie ruiny w jednym miejscu, ten widział je w każdym.
Odessos - czyli bułgarska Warna
Ruiny rzymskiej wilii w katalońskiej Tossie
    Tu jednak – oprócz malowniczego położenia - swoje zrobiły wspaniale zachowane mozaiki. W Kurionie był to ledwie przedsmak.
Antyczny Kurion
    Nea Paphos – Nowa Pafos (przeniesiona tam w Starożytności, Palea Paphos też jest, i też byłem; współczesne Pafos ma centrum jeszcze gdzie indziej) za to oczarowywuje misternymi podłogowymi mozaikami (restaurowali je także nasi archeolodzy, są na stanowisku odpowiednie adnotacje), pokazując w jakim przepychu żyło się w Starożytnym Rzymie.
Stanowisko archeologiczne Nea Paphos
Mozaiki Nea Paphos
    Oczywiście jak się miało pieniądze, biedni w każdej epoce mieli pod górkę. W każdym razie przepych przepych przepychem poganiał. Wielka szkoda, że nie zachowały się ściany domostw, bo były one zapewne pięknie malowane – zapewne równie frywolnymi wzorami co mozaiki.
Typowa podłoga u rzymskiego bogacza - odkrywana przez polskich archeologów
    O samych królach Cypru z epoki Antyku w sumie nie wiemy zbyt wiele, dalej najpopularniejszym władcą jest mityczny Pigmalion (imię raczej fenickie, Pumajaton), który od Afrodyty dostał w darze ożywioną z marmuru Galateę. W Pafos znajdują się liczne Grobowce Królewskie – ale powstały one w czasach panowania na wyspie greckich Lagidów z Egiptu (Ptolemeuszy, znaczy się), i zapewne są mauzoleami miejscowych i przyjezdnych elit. Wykute w skale w późniejszych wiekach robiły za kamieniołomy, i podejrzewam, że większość z nich się nie zachowała. Pierwszy miejscowy grobowiec jaki spotkałem – niezbyt zachwycający – znajdował się na nieużytku robiącym za wysypisko. U nas nie do pomyślenia.
Ellinospilios - antyczny grobowiec
    Te najznaczniejsze jednak, chronione także przez UNESCO, faktycznie zrobiły na mnie wrażenie.
Hellenistyczno-rzymskie dziedzictwo
Patio jednego z grobowców
Grobowce królewskie
    Owszem, widziałem piękniejsze cmentarze - wszak na blogu opisywałem nabatejską stolicę Petrę, mimo iż semicką w swej istocie to jednak silnie zhellenizowaną, tak jak Cypr, i tak jak on w końcu zajętą przez Rzymian (kilkadziesiąt lat później).
Petra - widok z grobowca na grobowiec
Wnętrze jednego z grobowców w Petrze
    Nie da się ukryć, że Cypr leży nie tylko geograficznie w Azji. W Lewancie. Chociaż przecież jest także europejski, takie Outremer. Piękne pogranicze.
Gotycki meczet na skrzyżowaniu kultur

Najchętniej czytane

Adamas z Milo

     Może znawców sztuki przedstawiona w poprzednim wpisie Afrodyta z Palepaphos rozczarowuje (wszak technicznie jest to zwykły betyl, szer...