Tłumacz

29 maja 2026

Edinbra is a krejt taun

    Następnym przystankiem po wyruszeniu z Dundee miał być Edynburg, ninie stolica Szkocji. Przyznam się szczerze, że to akurat takie miasto w Wielkiej Brytanii, które lubię odwiedzać. Przede wszystkim dla tego, że ma starówkę. Stare i Nowe Miasto wpisane zostały na Listę Dziedzictwa Ludzkości UNESCO, choć są zupełnie inne. Najlepiej Edynburg odwiedzać w sierpniu – wtedy w centrum tętni tam życie (a poza centrum... a poza centrum to obejrzyjcie sobie Trainspotting, albo przeczytajcie; swoją drogą oryginalna książka została napisana po szkocku), odbywa się multum różnych festiwali.
Royal Mile w czasie sierpniowych festiwali
Royal Mile gdy festiwali brak
    Akurat gdy wracałem nie było sierpnia. Co oznaczało, że Edynburg stawał się nieco sennym, acz nadal całkiem ładnym miasteczkiem. Usiadłem więc sobie na ławeczce, zdaje się, że niedaleko pomnika sir Waltera Scotta (to inny Scott niż ten odkrywca z Dundee; ten był pisarzem, twórcą Ivenhoe'a) – w przyszłości miała niedaleko powstać statua upamiętniająca Niedźwiedzia Wojtka – i tak se siedziałem. Gdy wtem! W pole widzenia weszły dwie – bo ja wiem – jedenastolatki. Był biały dzień, nieco słoneczne popołudnie, a dziewczynki były kompletnie pijane. Może wśród zachodnich społeczeństw i celebrytów jest to coś normalnego, ale mnie napełniło szokiem, zażenowaniem i odrazą (a było to jakieś naście, raczej nie dziesiąt, lat temu; nadal mnie to zresztą owymi uczuciami napełnia). Jedno z dzieci podeszło do mnie i coś zabełkotało – wypity alkohol nie pomagał, ale mówiła ze szkockim akcentem (na przykład Edinbra is a krejt tałn miast Edynboł is a głej tałEdinburgh is a great town). Przyznam się szczerze, że nie wiedziałem jak zareagować. Całe szczęście na horyzoncie pojawił się radiowóz. Na widok policjantów dziewczynki jęły uciekać. Jedna wybrała losowy kierunek i przydzowniła w pobliski słup, druga, ta gadająca, z wielką butlą coli w ręce zrobiła dwa kroki, nogi jej się rozjechały i upadła.
    - Znasz je? - zapytał policjant zbierając nieco wyrywające się dzieci.
    - Nie – odparłem zgodnie z prawdą, acz z pewną nutką niepokoju; wiadomo co to sobie wymyślą tacy szkoccy stróże prawa?
    W tym czasie drugi policjant podniósł butelkę z colą, otworzył, powąchał, i wylał zapewne oktanową substancję za pobliskie ogrodzenie. Po chwili dziewczynki siedziały w samochodzie, a ja zostałem na ławeczce sam z myślami o upadku zachodniej cywilizacji. Przechodzące obok hinduskie dzieci były trzeźwe.
Monument Sir Waltera Scotta i edynburskie planty
    Może zresztą przemawia przeze mnie zaścianek, może po prostu nie nadążam za trendami? Dawno nie byłem u nas w stolicy, może pod Prąciem Stalina dziś też takie rzeczy się dzieją, i dogoniliśmy Zachód? Ale chyba nie, na Sylwestra u nas ciągle płoną fajerwerki a nie samochody. Nie ważne zresztą, wróćmy do tego Edynburga. W języku gaelickim – szkockim celtyckim – to Dun Edin, Gród Edwina (książka Trainspotting napisana została po szkocku germańsku; ów dialekt różni się od angielskiego bardziej niż serbski od chorwackiego, ot, polityka językowa). Miasto leży na terenie Lothian, kolejnego z piktyjsko-celtyckich królestw z wczesnego średniowiecza – to wyjaśnia czemu jeden z czołowych klubów piłkarskich nazywa się Hearts of Midlothian (druga edynburska drużyna to Hibernians – na cześć przybyszów z katolickiej Irlandii; protestancko-katolickie walki między kibicami w Edynburgu nie są tak znane jak między Rangers i Celtic w Glasgow, acz uznawane za bardziej krwawe). Związki z Celtami – głównie historyczne – pozostają jednak dość silne. Charakterystyczne pochyłe wzgórze górujące nad miastem zwie się Arthur's Seat, Krzesło Artura. Tak, chodzi o tego legendarnego króla, który miał stąd spoglądać na jakąś batalię czy na to, na co legendarni władcy spoglądają. Postać ta wiązana jest najczęściej z południem Brytanii, ale jest też koncepcja, że cała arturiańska epopeja dzieje się na północy, w Szkocji, gdzie Brytowie z Ait Clud (Strathclyde, kolejne z przedszkockich królestw, ze stolicą w Dunbarton koło Glasgow) również walczyli z anglosaskimi najeźdźcami (w tej teorii Artur jest jednym z celtyckich królów). Generalnie wczesne Średniowiecze w Szkocji to cała karuzela wojen, najazdów i interesujących postaci, wielka szkoda, że wżeniony w wschodnich Piktów Kenneth MacAlpin z Dalriady (zachodnie królestwo założone przez pochodzących z Irlandii Szkotów) zjednoczył całe to towarzystwo. A. Właśnie. W jednej z jaskiń w wulkanicznym masywie Arthur's Seat znaleziono w XIX wieku tajemniczy cmentarz karłów (znaczy, 17 niewielkich trumienek z drewnianymi figurkami). Hobbici, Krasnoludowie i Teoretycy Starożytnej Astronautyki nie wzięli się znikąd.
Arthur's Seat i szkocka pogoda
    Arthur's Seat i leżące obok Sailsbury Crags to nie jedyne pozostałości po prehistorycznych wulkanach w Edynburgu. Calton Hill z kopią ateńskiego Partenonu (oryginalne fragmenty znajdują się w Londynie) to dawna wulkaniczna wychodnia, a samo Stare Miasto z ową Royal Mile leży na pochylonym przez lądolód wulkanicznym kominie.
Calton Hill i replika Partenonu
    Royal Mile – główna ulica miasta, coś jak Piotrkowska w Łodzi – ma, nomen omen, długość mili. Ciągnie się od edynburskiego zamku (dziś przechowywane są tam zwrócone przez Anglików szkockie insygnia królewskie) po ruiny opactwa Holyrood, do którego przylega tak samo zwący się pałac, rezydencja władców Szkocji (dziś jest nim Niemiec o imieniu Karol). Całkiem niedawno vis-a-vis pałacu, na fali szkockiego independyzmu wybudowano ohydnej urody modernistyczny gmach szkockiego parlamentu. Przeprowadzono nawet referendum niepodległościowe, ale minimalną większością Szkoci opowiedzieli się za pozostaniem w Zjednoczonym Królestwie. Było to jednak przed tak zwanym Brexitem, a dziś rząd centralny jakoś nie kwapi się przeprowadzać następnego plebiscytu. Co ciekawe, w przeciwieństwie do Katalonii, za referendum niepodległościowe nikt nie poszedł siedzieć.
Zamek w Edynburgu - jeden koniec Royal Mile
Katedra św Idziego przy Royal Mile
Dom Johna Knoxa, szkockiego Kalwina
Parlament podle Pałacu Holyrood - drugi koniec Royal Mile
    Swoją drogą szkoccy lojaliści jakoś swojej szkockości się nie wstydzą, i z zapałem pałaszują haggisa przepijając go whisky. Ten nadziewany kaszą i podrobami barani żołądek – uboższy krewny naszej bezkrwistej kaszanki (z krwią mają tu black pudding, ale szału nie ma) – to niewielki jaśniejszy punkt w gwiazdozbiorze smutnej brytyjskiej kuchni – brytyjskiej, bo Anglicy twierdzą, że haggis to ich wynalazek; whisky pochodzi z Irlandii, gdzie jest nieco smaczniejsza. Nie wali tak torfem i trociną; w Szkocji są trzy destylarnie robiące lowlands whisky – zamiast torfu używa się tam węgla kamiennego – i to chociaż trochę nadaje się do picia.
Destylarnia Glenkinchie - produkująca lowlandy
    Kiedyś w Edynburgu był lokal serwujący haggisa jako fast-food i nie ukrywam, że pomysł ten wspaniale przypadł mi do gustu. Kilka lat później usiłowałem go odnaleźć, ale okazało się, że upadł. Przegrał z jakimiś tandoori czy innymi masalami (swoją drogą kurczak tikka masala powstał w... Glasgow). Koniec świata.
Koniec Świata i Autor, mniej więcej w połowie Royal Mile (foto: P. Strzelczyk)
    Tak zwie się pub na Royal Mile, w miejscu gdzie kończyły się mury miejskie, mniej więcej w połowie traktu. W szczęśliwych czasach przed bramą miejską odbywały się publiczne egzekucje, więc dla wychodzącego skazańca rzeczywiście kończył się świat. Choć to oczywiście przenośnia, prawdziwy Koniec Świata znajduje się nieopodal Kalisza. Więc i ja ruszam w dalszą drogę do Polski, wszak muszę udowodnić W. Sz. Czytelnikowi, że w podróży przydał mi się makrozoobentos.
Prawdziwy Koniec Świata

22 maja 2026

Najbardziej słoneczne miejsce w Szkocji

    Jak wspominałem w poprzednim wpisie, dzięki światłym decyzjom rządzących utknąłem w krokodylu Dundee (trzeba czytać Dan-dii-i, z akcentem na drugie d), reklamującym się jako najbardziej słoneczne miasto Szkocji. Logotypem miejscowości jest słoneczko, coś jak u nas w Mielnie. Tylko nad Morzem Północnym. Nie no, żartuję, całkiem udatne piaszczyste plaże Dundee miało troszkę dalej od centrum, chociażby w Broughty Ferry, satelickim miasteczku słynącemu z niewielkiego zamku.
Zamek Broughty Ferry, broniący dostępu do piaszczystych plaż estuarium rzeki Tay
    Właśnie. Szkocja usiana jest wręcz zamkami (w samym Dundee są trzy) – przez wieki był to bowiem niezwykle dziki kraj, i taka kamienna forteca lepiej się w stosunkach międzysąsiedzkich sprawdzała niż nasze nawet obronne (wiecie, takie z alkierzami umożliwiającymi skuteczniejsze prowadzenie ognia) dworki. Albo u nas ludzie bardziej cywilizowani.
Breamer - jeden z licznych szkockich zamków
    Tu powinienem zażartować, że Szkoci to naprawdę dzielny lud, jako, że chodzą w kieckach bez majtek w kraju, gdzie osty i pokrzywy dorastają do metra wysokości, ale ponieważ nie staram się o angaż do Familiady to nie zażartuję. Tym bardziej, że słynny kilt to angielski wynalazek, a oset ów – jakby nie było narodowy kwiat Szkocji (vide Order Ostu, najważniejsze chyba szkockie odznaczenie) – po naszemu zwie się popłochem. Ależ psikuśnicy z tych naszych botaników-systematyków.
Szkocki oset czyli popłoch - w tle Jezioro Ness
    Samo Dundee okazało się typowym brytyjskim miastem. Znaczy się było niezbyt urodziwym ośrodkiem z główną ulicą, wzniesionym z szarego kamienia. Prawie cała Szkocja jest taka, z wyjątkiem pasa ciągnącego się od Arbroath na wschodzie po Glasgow na zachodzie. W tym rejonie występuje bowiem Old Red Sandstone, taki czerwono-brązowy, ceglasty, piaskowiec, więc i miejscowości są tej barwy.
Próby tynkowania szarego kamienia w centrum Dundee
    Nad centrum (szkoda mi zużywać określenia stare miasto) góruje Old Steeple, średniowieczna wieża, pozostałość po takimż gotyckim kościele (ten dobudowany jest neogotycki). Dziś tą najwyższą w Szkocji zabytkową dzwonnicę otacza galeria handlowa, dla upijającej się w niej młodzieży spełniająca rolę świątyni. Jak ktoś się interesuje lekkoatletyką, to pewnie zaświeciła mu się lampka na słowo steeplechase – tak zwie się przecież bieg na 3000 metrów z przeszkodami (w tym i słynnym rowem z wodą). Chodziło tu o to, że pierwotnie zawodnicy mieli dobiec do górującej na horyzoncie wieży (steeple), po drodze przeskakując płoty czy kanały melioracyjne (a kto pierwszy na rowie z wodą, ten pierwszy na mecie, jak mawia Konfucjusz Babiarz Przemysław). Tak, ten cały miejski parkour nie jest niczym nowym.
Ye Old Steeple
    Jest też wspaniałe estuarium rzeki Tay, Firth of Tay, z przerzuconym nad nim cudem XIX-wiecznej techniki, żelaznym mostem kolejowym (nie tak ładnym jak w Edynburgu może, tym wpisanym na listę UNESCO, ale chyba dłuższym) oraz pamięć po czasach, gdy miasto było centrum przemysłu. Nie tylko zresztą stoczniowego czy rybackiego. W czasach rewolucji industrialnej Dundee znane było jako miasto trzech J. Przynajmniej po angielsku, nasz wspaniały, nie tak prymitywny język trochę inaczej traktuje te słowa: jam, juta, journalist. Oto było Dundee centrum produkcji jutowych sznurów czy tam worków, wczesnego rozwoju dziennikarstwa oraz miejscem powstania pomarańczowej marmolady (nie, to nie miś Paddington z Peru ją wynalazł). Dzisiaj została jakaś lokalna gazeta, muzeum juty i konfitura w sklepie.
Górująca nad Dundee platforma wiertnicza - znak, że przemysł stoczniowy jeszcze całkiem nie obumarł w Szkocji, a miasto dalej jest nieco uprzemysłowione
    Oraz słynny HMS Discovery, na którym pływał – jesteśmy w Szkocji – niejaki Robert F. Scott. Człowiek, którego pokonała Antarktyda i Roald Amudsen (oprócz Discovery w porcie stoi jeszcze HMS Unicorn, najstarszy na Świecie zachowany drewniany okręt bojowy). Sporo przez to pingwinów w mieście. Rzeźb, znaczy się.
HMS Discovery i jaskółki które żarły po osiemnastej pingwiny
    Samo Dundee jest – mimo dość nowoczesnej tkanki miejskiej – osadą dość starą (ma nawet kamienny krąg, ciut starszy i niewiele bardziej imponujący od tego opisywanego przeze mnie w Poddąbiu). Nad miastem góruje Dundee Law, spore wzgórze z resztkami grodziska jeszcze z epoki żelaza. We wczesnym średniowieczu należała do Królestwa Angus, jednego z celtycko-piktyjskich państewek z których powstała Szkocja zjednoczona przez Kennetha MacAlpina. Wygaśnięcie starszej linii dynastii przypadło na czasy Macbetha (Mac Bethada), młodszej zaś poskutkowało imponującymi zmaganiami nad panowaniem w kraju, niezwykle sugestywnie, choć może nie do końca zgodnie z prawdą oddanymi w Bravehearcie Mela Gibsona.
Widok z Dundee Law na wody Firth of Tay i kolejowy Taybridge
    W trakcie owych wojen z przełomu XIII i XIV wieku walki toczono także w Dundee (efektem tego było zniszczenie głównego zamku miasta, została po nim tylko katedra św. Pawła i ulica Castle Street, przy której zdarzyło mi się pomieszkiwać; te istniejące trzy wspomniane zamki to prywatne rezydencje raczej z czasów nowożytnych). Finalnie zwycięstwo odniósł Robert Bruce, zwany Braveheart, a Szkoci – według samych Szkotów – stworzyli nowoczesny europejski naród. Ale to inna historia, musiałbym udać się do malowniczego Arbroath (może kiedyś) na północ od Dundee. A to nie po drodze. Nie mogąc zapomnieć, że dążę tu do opowieści o tym, jak w czasie podróży przydały mi się studia hydrobiologiczne wyjeżdżam ze Szkocji do Polski. Wbrew pozorom wcale nie miałem łatwo – Wielka Brytania nigdy nie była w strefie Schengen (Polska wtedy też zresztą), a w związku z tym, że złamał mi się dowód osobisty lot samolotem odpadał. W autokarach nie czepiali się tak, więc wsiadłem w szkocki pekaes (właścicielem był późniejszy założyciel Polskiego Busa) i ruszyłem – z przystankami – do Polski. Trasa zajęła kilka dni, po drodze bowiem trochę zwiedzałem, i przyniosła wiele dodatkowych atrakcji, jak awarię pojazdu, gadatliwą współpasażerkę ze schizofrenią czy agresywnych Cyganów. Ot, uroki komunikacji zbiorowej.
Nie ukrywam, że lubię to zdjęcie szkockich pustaci - uspokaja po wspomnieniach z podróży zbiorkomem

15 maja 2026

Makrozoobentos

    Obiecałem trzy wpisy temu wyjaśnić W. Sz. Czytelnikowi czym jest makrozoobentos, i cóż, słowa dotrzymam, gdyż, jak kiedyś już na blogu wspominałem, nie nadaję się na polityka. Znaczy: dotrzymuję słowa. Mało tego: zdradzę, że wiedza o makrozoobentosie bywa niezwykle przydatna w życiu. Ta zdobyta w trakcie kilku lat nauki przydała mi się bowiem w czasie moich podróży cały jeden raz, na dodatek w krainie, w której ów makrozoobentos został obiektem moich studiów. Kariery zawodowej nie.
Ner - siedziba makrozoobentosu i przez kilkadziesiąt lat jedna z najbardziej zanieczyszczonych rzek w tej części Europy
    Oto bowiem makrozoobentos to nic innego jak zespół organizmów zwierzęcych (z greki zoion to zwierz) związanych z dnem zbiorników (z greki benthos to głębia). Organizmy to nie byle jakie, bo bezkręgowe, ale z tych większych (ponownie z greki makros to duży) – znaczy takich, których nie trzeba obserwować pod (tu kolejne słowo z języka Hellenów) mikroskopem. Mało wyjaśniające? Dobra, inaczej: makrozoobentos to robale co to żyją w stawie na dnie i na roślinach wodnych. Przykłady: kojarzona z Wiedźmina żyrytwa, znane wędkarzom ochotki i pływak żółtobrzeżek. Czyli głównie owady (czasem tylko li w swoim larwalnym stadium, jak ważki czy chruściki). Z tymi na blogu spotykaliśmy się kilkukrotnie, choć raczej – acz nie zawsze – jako obiekty kulinarne.
Kulinarna odsłona owadów
    W przeciwieństwie do ssaków – które, jak wiadomo, wszystkie są jadalne dla człowieka – owady en masse jadalne nie są, ba, niektóre wręcz silnie trujące, jak na przykład będąca chrząszczem z urodzenia hiszpańska mucha. W każdym razie to gros słodkowodnego makrozoobentosu (morskim się bowiem nieprzesadnie zajmowałem, choć kikutnice, o łacińskiej nazwie Pantopoda, skradły moje serce), oprócz nich obecne są różnego rodzaju małże, skorupiaki czy inne skąposzczety. O tych grupach na blogu było dużo rzadziej, ale też w sumie głównie kulinarnie.
Morskie bezkręgowce
    Czyli sprawa wyjaśniona, raz dotrzymać to jak dwa razy obiecać (czy jakoś tak). Teraz zaś opowieść o tym, w jaki sposób się owa wiedza o wodnych robalach przydała mi w czasie podróży. Wyprawy nie byle jakiej, bo wzdłuż wpisanych na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO rzymskich fortyfikacji na Wyspach Brytyjskich, a konkretniej leżącym w północnej Anglii Wale Hadriana – o którym zresztą wspominałem też na blogu (oprócz tegoż muru UNESCO doceniło też dużo mniej imponujący Wał Antoninusa w Szkocji oraz leżące dziś w Niemczech Limes Retyckie; tak, limes, znaczące granice, to nie tylko dziedzina matematyki).
Wał Hadriana
    Ale – za co zganiliby mnie antyczni literaturoznawcy chwalący Homera za to, że Iliadę zaczyna w najlepszym z możliwych miejsc, a nie ab ovo, od jaja jakie złożyła Leda – zacznę od początku.
Moment, w którym ważka przestaje być elementem makrozoobentosu
    A początek ów ma miejsce właśnie w Anglii, w której makrozoobentos poczęto używać do oznaczania stanu jakości wody w zbiornikach wodnych. Konkretniej zaś w środkowoangielskiej rzece Trent (nad nią leży słynne Nottingham). Stworzono skalę – Indeks Rzeki Trent (TBI) – według której na podstawie występujących tam bezkręgowców oceniano czystość wody. Są bowiem zwierzęta, które mogą żyć w wodach zanieczyszczonych – ochotki i skąposzczety – i takie, które żyją ino w czystych. Tak, na pewno każdy pomyślał o rakach, ale najpopularniejszy dzisiaj rak w Polsce, pręgowany vel amerykański, chwast, znosi spore zanieczyszczenia. Ocena jakości wody na podstawie tych zwierzaków jest lepsza od zwykłego badania fizykochemicznego akwenu – zwierzak żyje jakiś czas w wodzie, a jak bada się tylko zanieczyszczenia szwagier zrzucający do rzeki zanieczyszczenia może zostać ostrzeżony i przestać zatruwać. Woda będzie wtedy czysta, ale nic nie będzie w niej żyło. U nas ten sposób badania mógł wejść w życie dopiero po tak zwanym upadku komuny. A konkretniej kiedy zobowiązaliśmy się przyjąć międzynarodową Ramową Dyrektywę Wodną. Sęk w tym, że wdrażaniem tego projektu zajęli się politycy. A ci skiepścili sprawę, i ktoś znający indeks BMWP-PL (dostosowany do polskich warunków doskonalszy od tego trentowego sposób oceny jakości wody na podstawie makrozoobentosu) okazał się całkowicie niepotrzebny. Ruszyłem więc zarabiać na Zachód, do Dundee, początkowo tymczasowo, ale nie wiadomo było jak się sytuacja rozwinie.
Dundee
    Na szczęście okazało się, że życie na obczyźnie nie jest dla mnie. Pomijam fakt, że w przeciwieństwie do biednej wtedy Polski bogata Szkocja (ojczyzna Makbeta – to postać historyczna, król, nie tylko szekspirowski wymysł) okazała się syfiasta, ale lubię przebywać i komunikować się z ludźmi którzy myślą podobnie do mnie. Albo chociaż w tym samym systemie językowym. I nic mnie tak nie irytuje jak głupota. A lower classes pośród których się z racji pracy obracałem (brytyjskie społeczeństwo jest niezwykle rozwarstwione) byli... No, byli pozbawionymi jakichkolwiek wyższych ambicji prymitywami o zerowej wiedzy o Świecie. Ważne było tylko po pracy się nażreć, napić, w weekend pójść na mecz. I nic więcej (a napić się też nie było łatwo, w Szkocji obowiązywała prohibicja, w sklepach alkohol tylko do 22, w knajpach do północy). Straszne. Idealne, wykastrowane społeczeństwo. Nic dziwnego, że dziś Brytyjczycy są w odwrocie u siebie w kraju.
Brytyjski pub - ostatnia ostoja wielkobrytyjskości
    I już W. Sz. Czytelnik się domyśla – zamiast od razu opisać sytuację, gdy te makrozoobentosowe studia mi się przydały, to machnę poemat dygresyjny epistołę na kilka wpisów. O Wielkiej Brytanii, wszak dawno już nic o niej nie było.
    Ale dotrę w końcu do clou, mogę obiecać.
Dla wojownika droga jest celem

8 maja 2026

Dzień Zwycięstwa

    Tak, wiem, składam samokrytykę – miało być o makrozoobentosie, ale akurat trafiła się okrągła 81. rocznica zakończenia II Wojny Światowej. Przynajmniej tu, w Europie, bo na Dalekim Wschodzie walki trwały nadal. W Azji Japonia skapitulowała 2. września, zaś na Wyspie Niedźwiedziej w Arktyce niemiecki garnizon poddał się dwa dni później. Festung Breslau wcale nie walczyła do końca, choć dłużej niż Berlin.
Wrocław - miejsce zażartych walk dawnych sojuszników, ZSRS i III Rzeszy
    Tego dnia wszedł w życie dokument o bezwarunkowej kapitulacji Niemiec nie wiadomo kogo nazistów. Jako, że wojenny sojusz anglosasko-radziecki akurat się rozpadał, sowieci taką kapitulację wymusili dzień później (to znaczy tego samego dnia, ale na tyle późno, że w Moskwie było już jutro; ech te strefy czasowe). I w krajach okupowanych przez ZSRS Dzień Zwycięstwa obchodzony był 9. Maja.
Plac Defilad z PKiN, miejsce komunistycznych parad.
    Dzień Zwycięstwa! Przyznam się, że bawi mnie to określenie w stosunku do Polski. Przecież byliśmy nie tylko pierwszą ofiarą wojny w Europie (na Dalekim Wschodzie walki toczyły się już od kilku lat, i można się spierać czy inwazja Japonii na Chiny to osobna wojna, preludium czy integralna część II Wojny Światowej). Wbrew powszechnej opinii atak Niemiec nie wiadomo kogo nazistów nie rozpoczął się na Westerplatte. Wieluń i mosty na Wiśle w Tczewie zbombardowano troszkę wcześniej (Wieluń to ogólnie pierwsza zbrodnia na ludności cywilnej – oczywiście nikogo za to nie osądzono, nie rozliczono, a o odszkodowaniach można zapomnieć), a pierwsze wojskowe ofiary – czyli i strzały – wydarzyły się na granicy już kilka godzin wcześniej.
Pozostałości wieluńskiej fary
    Ale Westerplatte pozostaje symbolem, dziś – po wielu trudach – miejscem pamięci narodowej, okraszone napisem Nigdy Więcej Wojny, postawionym przez władze zainstalowane w Polsce tylko po to, by do owej wojny o pokój, i tryumfu socjalizmu, dążyć.
Nigdy Więcej Wojny
    Co nie zmienia faktu, że Westerplatte to miejsce zmagań epickich i heroicznych.
Ślady walk z 1939 roku
    Wspaniale też odwraca uwagę od faktu, że trochę ponad dwa tygodnie później bliski sojusznik Niemiec nie wiadomo kogo nazistów, Związek Radziecki, napadł na Rzeczpospolitą.
Pomnik na Westerplatte
    Stara miłość nie rdzewieje, cesarz Henryk II z Jarosławem Mądrym współpracowali już przy usunięciu Mieszka II te prawie 1000 lat temu.
Jedna z rund zmagań Polski z niemiłymi sąsiadami - tu rekonstrukcja roku 1410
    Ale o czym to ja... A tak, znowu mi się tryb Beniowski włączył (chodzi, że był to poemat dygresyjny). Dzień Zwycięstwa. Ludzie kochani. Wybijmy sobie z głowy, że żeśmy byli w klubie zwycięzców tej okrutnej wojny. Kiedy odmówiono naszym siłom uczestnictwa w londyńskiej paradzie wojskowej z okazji zakończenia walk w kraju trwała krwawa walka z nowym/starym okupantem. Bo oto znowu zaufaliśmy Zachodowi, a ten dogadał się z Sowietami – z krajem, który za II Wojnę Światową odpowiada tak samo jak Niemcy nie wiadomo kto naziści.
Sowieckie koszary w NRD, tuż przy polskiej granicy
    Po raz kolejny w czasie trwania konfliktu zostaliśmy zdradzeni – i w Abbeville, i w Jałcie. Za pierwszym razem była to typowa felonia, za drugim przehandlowano nas chyba za nic. Żeby nie powiedzieć dosadniej. Mniejsza, moim zdaniem, w tym rola tego brytyjskiego pijaka (i męża stanu, nie można mu tego odmówić) Churchilla. Stalin, cwany lis, jak dziecko ograł bowiem amerykańskiego inwalidę – schorowanego Roosevelta. Trochę smutno, że mamy w kraju tyle ulic (pewnie jakiś pomnik jest) tego stetryczałego człowieka, który myślał, że jest sprytny. Zaprawdę, nie jest dobrze, gdy stery w państwie trzymają schodzący już ze sceny. Przypominam, że na konferencji w Poczdamie Stany Zjednoczone reprezentował, po śmierci Roosevelta, Harry Truman.
Resztki mapy Europy w opuszczonych radzieckich koszarach
    Tam się bawiono, świętowano, tu ginęli ludzie, "sojusznicy". Wkrótce też Zachód cofnął uznanie legalnemu polskiemu rządowi, przekazując je uzurpatorom z PKWN (wtedy to już chyba był RJN, ale mniejsza o nazwy; przypomnę, że słynny lubelski Manifest 22. Lipca przywieziono z Moskwy i opublikowano w Chełmie 21. lipca).
Lublin
  Obaj nasi wrogowie, i wschodni, i zachodni, całą wojnę usilnie pracowali nad likwidacją wyższych warstw polskiego społeczeństwa (takich mogących stawiać opór okupantowi), a Auschwitz, Dachau, Katyń, Palmiry czy ubeckie katownie niczym się od siebie nie różniły (może poza intensywnością znęcania się nad więźniami, nieodżałowanej pamięci rotmistrz Pilecki twierdził, że na UB było gorzej - a i tu, i tu siedział). Do tego straciliśmy też odwieczne centra kultury – Lwów, Wilno, Grodno, w zamian dano nam krańcowo ogołocone i zniszczone Ziemie Zachodnie.
Miejsce kaźni obywateli RP
    Świętując więc zakończenie II Wojny Światowej pamiętajmy też, że obecnie urabia się światową opinię publiczną w taki sposób, by to Polskę uczynić współodpowiedzialną za wybuch wojny, za ludobójstwa dokonywane na jej obywatelach (jest taka nacja, która oficjalnie uważa nas za sprawców Holocaustu, nie za jego ofiary – jaka, to sobie wyguglujcie). Wybielanie Niemców rozpoczęło się już w latach 50-tych zeszłego wieku, a dziś za bohaterów robią tam fanatyczni naziści i zbrodniarze, jak ten, no, jak mu tam, co to w Wilczym Szańcu zamach zrobił jako Tom Cruise. Pozostałe wrogie nam nacje w hollywoodzkich superprodukcjach pokazują kolaborantów i zbrodniarzy jako bohaterów. Już w cudownej Casablance (1942 rok) wszystkie europejskie narody walczą z III Rzeszą, brak odniesienia tylko do jednego – do Polaków. Rok później Sikorski nie żył, Stalin był już tym dobrym wujaszkiem – i takim pozostał w świadomości Zachodu.
Dumny pomnik Armii Radzieckiej we Wiedniu
    Ech, Jak sami nie będziemy krzyczeć, to zrobią z nas światowe szwarccharaktery, ku uciesze ojkofobów spod znaku niebieskiej szmaty.
Dzień Niepodległości

24 kwietnia 2026

Kłujki

    Na koniec opowieści o Cykladach powrót na Ios. O wyspie tej wspominałem zdaje się przy okazji pożarów w rejonie Morza Śródziemnego i wspinaczce na najwyższy punkt wyspy. Tym razem będzie dydaktycznie o drodze powrotnej. Znaczy się w dół.
Odżywająca po pożarach makia, towarzyszka wspinaczki
    Żeby też nie było – od razu wyjaśnię – za eksperta od Cyklad się nie mam, byłem tylko na trzech z tych licznych wysp (oprócz Ios także Milos z miejscowością Adamas i – jakże by inaczej – Santoryn, drzewiej Thirą zwany). Nie widziałem Delos, w Starożytności centrum miejscowej kultury a potem olbrzymiego targowiska antycznych niewolników.
Figurka w stylu Delos - choć z Krety
    Wracając do Ios (czy jak powiedzieliby miejscowi Grecy: Nios) – oto lekce sobie ważąc wydeptane owcze i kozie ścieżki stromym marmurowym i nieco nadpalonym zboczem wdrapaliśmy się na szczyt, zajmowany przez nieco zdewastowaną stację przekaźnikową i filigranowy klasztorek pod wezwaniem Świętego Eliasza. Powiedzmy sobie szczerze, kościółek i przybudowana doń izdebka nie były dużo bardziej zadbane, choć sporo wskazywało na to, że co jakiś czas w świątyni odbywają się jednak nabożeństwa. Pokoik częściej jednak od jakiegoś pustelnika zajmować musiały miejscowe kozy (bądź owce – ale, że dookoła same kolczaste zarośla, to obstawiałbym te pierwsze). Na to też były wyraźne dowody. Namacalne, rzekłbym.
Klasztorek św Eliasza
    Równie ciekawa wydała się wieża transmisyjna, pełna sporych anten.
    - Ciekawe – zapytałem mając na uwadze urwisko na jakim wieża stała – w jak wciągają taką antenę, jak im się urwie i spadnie tam w te chynchy?
    - A, o! – kolega wzruszył ramionami wskazał na bębny anten leżących gdzieś w dole – Jak się urwie instalują nową.
    - No tak, po najmniejszej linii oporu.
    Zdążyłem się zorientować, że tu na południu robili wszystko na tak sobie. Późniejsze wyprawy w rejon basenu Morza Śródziemnego tylko mnie utwierdziły w tym przekonaniu. W naszym klimacie nie daliby rady.
Typowa aktywność na wyspach Morza Egejskiego
    Poza tym widoki były naprawdę zacne.
Okolica
    - Jak zejdziemy? - zapytałem niczym nieodżałowany Maklakiewicz w filmie Tak to się robi.
    - A tu prosto, na przełaj – kolega odparł himilsbachowsko; gabarytami też żeśmy pasowali – Co nam się może stać?
    Więc ruszyliśmy, obierając azymut na widniejące w oddali coś – starożytne ruiny konkretnie. Finał wędrówki okazał się dużo mniej groźny niż ten filmowy. Zamiast złamań skończyło się tylko na kilku obtarciach (trzeba było pokonać niewielkie kamienne ścianki) i obfitych pokłuciach.
Mykeńska osada Skarkos widziana ze szczytu Św. Eliasz
    Kiedy bowiem skończyły się leżące podle szczytu pastwiska (miedze oddzielające poszczególne pola wyglądały niezwykle megalitycznie i paleoastronautycznie) rozpoczęła się makia.
Podejrzane miedze
    Ha! Makia, na dodatek nie spalona, jak na innych zboczach. W podstawówce na geografii było mówione, że to śródziemnomorskie zbiorowisko roślinne, na które składają się sucholubne kolczaste zarośla. Ale że tak kolczaste, że kłuły przez grube spodnie, no to bym nigdy nie powiedział. A my, jak te waryjoty, poszli w te chynchy. Na skróty. Nie będę odkrywczy, że podróż trwała finalnie dłużej niż gdybyśmy zeszli ścieżką. Nie bylibyśmy też pokłuci. Mówi bowiem stare przysłowie: kto drogi prostuje, w polu nocuje (albo: kto drogi skraca, do domu nie wraca; myślałem zresztą, czy by takiego tytułu wpisowi nie dać, ale jak sobie przypominałem poszarpane spodnie i podziurawione nogi to jednak wróciłem do kłujek; zresztą o skrótach i związanymi z nimi wtopami kiedyś na blogu wspominałem). Całe szczęście udało się zdążyć przed nocą. No prawie. W każdym razie kiedy już doszliśmy do mniej dzikiej dolinki – zaczęły się oliwne gaje – do uszu dotarły do nas odgłosy pracującej siekiery. Pracującej niezwykle, rzekłbym, interwałowo.
Gaj oliwny - acz nie na Ios
    Rychło okazało się, że za hałas odpowiada starszy pan. Widząc nas przerwał ciężką robotę (znaczy: dziesięć uderzeń siekierki, kilka minut odpoczynku) i... Jak ktoś myślał, że zakutał nas toporkiem to nie zna ludzi na wsi. Pan Ioannes (czyli Jan) zaprosił nas byśmy sobie siedli, chwilę porozmawiali. W Grecji jest to powien problem, jako, że nie uznają oni innych języków. W każdym razie udało nam się zrozumieć, że Ioannes, obdarzony wielkim bujnym siwym wąsem na Ios się urodził i nigdy tej wyspy nie opuścił (tego akurat pewny nie jestem), a teraz powolutku ciapie sobie oliwki, które mają niezwykle twarde drewno. My z kolei powiedzieliśmy, głównie na migi, że jesteśmy z Polski i idziemy stamtąd tam. Po chwili w atmosferze wzajemnego zrozumienia rozstaliśmy się – my dreptając ku owym antycznym ruinom, Ioannes do rabowania oliwnych pni.
Homer - nieco bardziej znany mieszkaniec Ios
    Do ruin Skarkos wcale łatwo trafić nie było, zwłaszcza jeśli straciło się je z oczu. Do tego zaczęło zmierzchać. O dziwo spotkaliśmy miejscową, ale przy pytaniu o drogę znów wyrosła bariera językowa. W końcu dziewczyna machnęła ręką na rozmowę i podprowadziła nas do odpowiedniej ścieżki. Stanowisko archeologiczne z czasów mykeńskich (czyli wojny trojańskiej, jak by nie patrzeć) okazało się zamknięte. Nie wiem, czy na stałe, czy tylko na zimę. Brama wyglądała na dawno nie otwieraną. Płot zaś na łatwo przekraczalny. I antyczni bogowie są mi świadkami, że chętnie zapłaciłbym za bilet, gdyby było komu. Ale nie było, więc po uliczkach dawnej mykeńskiej wioski – albo miasta, zabudowa była zwarta – pospacerowałem całkiem za darmo.
Skarkos o zmierzchu
    I od tamtej pory na Cykladach nie byłem. Podejrzane.
Pożegnanie z Cykladami

Najchętniej czytane

Edinbra is a krejt taun

     Następnym przystankiem po wyruszeniu z Dundee miał być Edynburg, ninie stolica Szkocji. Przyznam się szczerze, że to akurat takie mias...