Polacy odwiedzają Stambuł od setek
lat. Kiedyś w celach handlowych (w czasach sowieckiej okupacji po
złoto i skóry, w czasach I Rzeczypospolitej jako niewolnicy z
Dzikich Pól sprzedawani na sułtański dwór przez żydowskich
kupców) i politycznych (walczyliśmy ze sobą od XV wieku przecież,
Władysław Warneńczyk może tego nie lubić, Jan III Sobieski wręcz
przeciwnie), dziś raczej turystycznie – by poznać delikatny
koloryt Orientu i blisko dwa tysiące lat historii miasta.
Z
racji naszych kontaktów oba imperia, i Rzeczpospolita, i Wysoka
Porta, nieco się do siebie upodobniały, zwłaszcza w dziedzinie nazwijmy ją militarną. O tym wschodnim dziedzictwie Polski nie mówcie tylko tenkrajowcom i uniopejczyków, oddających
bałbochwalczą cześć Unii E***pejskiej, spadkobierczyni myśli
Karola Marksa Wielkiego (który na naszych ziemiach w porównaniu z
Kościołem Katolickim i walkami na Wschodzie praktycznie nie
odcisnął żadnego piętna).
W dawnej stolicy Osmanów polonicum
jest zresztą dużo więcej. Od planu zdjęciowego jednego z odcinków
Stawki większej niż życie po miejsce śmierci pewnego prostego
chłopaka z Zaosia koło Nowogródka, który został był Wieszczem
Narodowym.
Ewenementem jest też położona na dzisiejszych
azjatyckich przedmieściach Stambułu wioska Polonezköy. Nazwa ta
znaczy dosłownie Polska Wieś – nie bez przyczyny. Powstała jako
Adampol (na cześć założyciela, Adama Czartoryskiego), który za
zgodą sułtana w roku 1841 zakupił rękami Michała Czajkowskiego w tych małoazjatyckich górach
odrobinę ziemi i osadził tu grupę polskich kolonistów. Miał to
być taki substytut Polski w czasach gdy ta opuszczała mapy, a zgodnie
z wolą zaborców miała także zniknąć z ludzkiej pamięci. Jak
wiemy, nie udało się to (przynajmniej w dużej mierze), ale to inna
historia. Na razie wracamy do Azji, gdzie książę Czartoryski
zakłada katolicką enklawę w muzułmańskim imperium (pierwszą chatę księża lazaryci wyświęcają w marcu Roku Pańskiego 1842). I enklawa to
przetrwała do dziś.
Nie będę ukrywał, że zawsze wzrusza
mnie wizyta w takich miejscach. Na Cmentarzu Orląt Lwowskich
(obecnie pod wrażą okupacją) za każdym razem wzruszenie ściska
mi krtań i odejmuje mowę.
W innych miejscach zazwyczaj czuję
dumę z bycia Polakiem.
W Polonezköy mam pół na pół. Ale
cudownym uczuciem jest spotkanie tu na ulicach ludzi płynnie
mówiących po polsku. Żadne tam bełkotliwe zawodzenie a la Dżoana
Krupa i jej slyperskeczyn. Piękna polska mowa wyrosła w tureckojęzycznym otoczeniu.
Miejscowi mówią o sobie Turcy polskiego pochodzenia (nasi podlascy
Tatarzy przedstawiają się jako Polacy o tatarskich korzeniach; żyją
w obcym środowisku dużo dłużej, stracili więc swój język) ale
nadal utrzymują serdeczny kontakt z pierwszą ojczyzną. Spotkana
kiedyś stateczna niewiasta z rodziny Hyży (jeden z rodów
pierwszych osadników) z dumą pochwaliła się studiującą w Polsce
córką. Spora część mieszkańców wioski nadal wyznaje
katolicyzm, w czym pomaga niewielki kościółek (bardziej imponujący
niźli tamtejszy meczet). Sama rodzina Hyży doczekała się także
niewielkiego muzeum, znanego jako Dom Cioci Zosi. Ta typowa polska
wiejska chata jest obowiązkowym punktem wizyt polskich turystów.
Pokazuje historię osadnictwa, oraz stanowi izbę pamięci. Na jednej
ścianie wiszą też twórcy nowożytnej Polski i Turcji –
Marszałek Piłsudski i Mustafa Kemal Pasza czyli Atatürk. I tak,
wiem, że Józef Piłsudski był tylko jednym z twórców
Niepodległej, ale został twarzą marki. Nie deprecjonujmy tego.
Swoją drogą brat Marszałka ocalił przed zagładą i zapomnieniem
naród japońskich Ajnów. Ale do rzeczy – dom należący od Zofii
Hyży przez wiele lat stał w niezwykle zapuszczonym ogrodzie. Nie da
się ukryć, że wyglądało to tak średnio. Oto jednak w zeszłym
roku wszystkie te chynchy wykarczowano i wygląda na to, że w końcu
wzięto się na poważnie za to miejsce. Dziś chałupę widać z
głównej drogi biegnącej przez wieś.
Jest to o tyle istotne,
że miejscowi dziś nie żyją już – jak na początku – z uprawy
roli, a raczej z turystyki. Polonezköy leży bowiem w parku
narodowym, do tego ma egzotyczną dla Turków architekturę – po
prostu stało się dla mieszkańców Stambułu kurortem. Ba, wieś
swego czasu odwiedził sam Mustafa Kemal Atatürk. Podobno twórca
Republiki Turcji był pod wrażeniem pracowitości mieszkańców
(cóż, nie chcę wyjść na jakiegoś sami-wiecie-kogo, ale dookoła
żyją dość leniwi Południowcy) i z dumą zawyrokował, że
chciałby, aby wszyscy mieszkańcy Turcji tacy byli, a Polonezköy
należy brać za przykład. Zabrzmiało to jak świadectwo jakości
dla tureckich nacjonalistów. No, może trochę żartuję, ale tu na
domach oprócz tureckich czerwonych flag z półksiężycem i białą
gwiazdą wiszą także nasze Biało-Czerwone, i nikt nie robi z tego
problemu. Słowo Atatürka jest prawem, na to wygląda.
W każdym
razie warto – będąc w Stambule – pojechać do Polonezköy. Tam
widać naprawdę jak Polska może być ważna (ku zgryzocie
wielokrotnie już przywoływanych na blogu ojkofobów). Najważniejsza.
![]() |
| Punkt dowodzenia Murada II w czasie potrzeby warneńskiej - technicznie tracki kurhan |
![]() |
| Turecki żołnierz, a prawie jak nasz |
![]() |
| Zaosie koło Nowogródka - rekonstrukcja dworu Mickiewiczów |
| Polska ziemia w Azji |
![]() |
| Orlęta Lwowskie na Łyczakowie |
| Nagrobek - państwowo ufundowany - twórcy peruwiańskich uczelni technicznych na Cmentarzu Centralnym w Limie |
![]() |
| Skryty domek i chynchy |
![]() |
| Muzeum Cioci Zosi po karczunku (widok z 2025) |
![]() |
| Kawiarnia "Gospoda" - należąca do rodziny Hyży |
![]() |
| Atatürk |




























