Tłumacz

6 listopada 2026

Tum

    Jak wspomniałem w poprzednim wpisie (może nie dosłownie, bo jednak nie jest to świetlista gotycka konstrukcja, a solidna i zwarta – choć olbrzymia) perłą nad Bambergiem górującą jest wspaniała romańska katedra cesarska. Konstrukcje takie koncepcyjnie łączyły władzę duchowną i świecką, zapewniając dla obu tych filarów średniowiecznego społeczeństwa godne – i równoważne w sumie – miejsce.
Katedra w Bambergu
    Kto jednak nie chce – bądź nie może – odwiedzać niemieckojęzycznej ekumeny, a chciałby taką konstrukcję zobaczyć wcale nie musi za Odrę czy inną Nysę Łużycką jechać. Ot, przepiękna taka romańska konstrukcja (mniejsza co prawda od bamberskiego chramu, a i z czterech wież dwie ino takie pełnoprawne są) znajduje się w samym centrum współczesnej Polski. Dla niewtajemniczonych: chodzi o od niedawna znów miasto Piątek, w którym kartografowie czy inni geodeci chcą widzieć geograficzny (czy tam geometryczny) środek naszego kraju. Położony na piąteckim rynku pomnik co prawda nie znajduje się w tym miejscu (leży ono u chłopa na podpiątkowskim polu, ale gospodarz jakoś nie zgodził się na postawienie mu monumentu), ale jest to jakaś atrakcja. Mierniczy nie uwzględnili oczywiście ziem ukradzionych w czasie zdrady w Jałcie. Ale dość o Piątku (niedaleko jest też Sobota), chodzi wszak o wzorowany na cesarskich katedrach kościół – mianowicie o archikolegiatę w podłęczyckim Tumie.
Kolegiata w Tumie
    Samo słowo tum to przecież spolszczone Dom, po niemiecku oznaczające katedrę (z łaciny domus – po naszemu dom), acz kolegiata katedrą nigdy nie była. Ufundowana przez Salomeę z Bergu (druga żona Bolesława Krzywoustego – podobno jej konflikt z małżonką pasierba, Władysława Wygnańca, Agnieszką Babenberg - z tych Babenbergów z Austrii, co to ułapili Ryszarda Lwie Serce; stryjna Leopolda V - nie pomógł w załagodzeniu sporów początku okresu rozbicia dzielnicowego; ot, niemieckie baby się pobiły) na miejscu dawnego opactwa benedyktyńskiego z miejsca stała się jedną z najważniejszych polskich świątyń. Nie dość, że leżała – podobnie jak dziś – w centrum ziem piastowskich, to obok znajdował się potężny łęczycki gród, rozbudowywany w tamtym czasie przez juniorów na – przynajmniej kilkadziesiąt lat temu chodziły po narodzie takie koncepcje – główną swoją stolicę (senior siedział w Krakowie – formalnej stolicy Polski). Może stąd ta architektoniczna koncepcja dwuwładzy? Kto to wie (możliwe, że księżna Salomea, pani Księstwa Łęczyckiego, wiedziała, ale ta od ponad 800 lat już nie żyje).
Szwedzka Góra - łęczycki gród
    Finalnie sprawa się rypła (o ile w ogóle była rozważana), i jakiś czas potem Łęczyca przeniosła się na drugą stronę Bzury, gdzie powstało otoczone murami i okraszone zamkiem nowoczesne średniowieczne miasto, stolica Ziemi Łęczyckiej. Ale kolegiata przetrwała, i dalej była miejscem synodów – znaczy się zjazdów i konferencji – polskiego Kościoła Katolickiego. Podejmowano tam istotne z punktu widzenia chrześcijaństwa w naszym kraju decyzje, ale dla opowieści o kolegiacie w Tumie jest to w sumie nieistotne – kto chce, to sobie informacji poszuka.
Rynek w Łęczycy
    A szukając ich może znajdzie też odpowiedź jak to możliwe, że na tej naszej umęczonej najazdami ziemi zachował się tak znaczny romański zabytek (grodzisko – dziś zamienione w muzeum i ciutkę zrekonstruowane – zwie się Szwedzką Górą: widać podczas tego najtragiczniejszego pod względem strat najazdu na Rzeczpospolitą północni okupanci miejsce zajęli). Jak to możliwe, że – był to ważny kościół, nie jakieś zapomniane świątynko – nie zbarokizowano w okresie największej potęgi Rzplitej?
Polski barok
    Spokojnie. Oczywiście, że zbarokizowano. Ale w pewnym momencie zdebarokizowano. Odpowiedzialni za to byli – bo kto inny – Niemcy naziści nie wiadomo kto. Oto Wrzesień '39 w okolicy – jesteśmy, przypominam, nad Bzurą – to dwa tygodnie ostrych walk między germańskim najeźdźcą a naszą Armią Poznań (z dodatkiem Armii Pomorze). Potężna kolegiata do dziś jest dominantą nad rozlewiskami doliny Bzury (i nieodległego Neru, rzeki, jak wspominałem, nieco mi bliskiej) – w czasie walk wieże kościoła obsadzili niemieccy obserwatorzy kierujący ogniem wrażej artylerii. Nasi zdjęli to gniazdo dość dokładnie, a następne lata na pewno nie poprawiły stanu ruin. W 1947 pojawiła się nawet koncepcja rozebrania resztek murów. Na szczęście upadła – a świątynię postanowiono odbudować w jej pierwotnym stanie – wszak mimo złego stanu ścian coś tam się zachowało (przetrwały nawet malowidła). Nie jest to więc budowla sztuczna jak warszawskie Stare Miasto, niemniej nie można powiedzieć, że jest w stu procentach oryginalna.
Kopia zniszczonej przez Niemców Warszawy - wpisana na listę UNESCO
    Ale przetrwała. Archikolegiacie nie dali rady Niemcy czy komuniści (tylko w XX wieku – wcześniej Krzyżacy, Tatarzy, Litwini, Szwedzi i inni różnej maści awanturnicy), ani nawet Diabeł Boruta – lokalny mityczny złol. O którym chyba zrobię wpis; w końcu o diabołach z odległych krain na blogu było, a nie może być tak, że cudze chwalicie, a swego nie znacie.
El Tijo - zagraniczny diaboł
    Nie ukrywam, że Archikolegiata – i ów diabeł – to akurat dwie rzeczy, jakich Księstwo Sieradzkie może Księstwu Łęczyskiemu zazdrościć. O! Zanim więc będzie o Borucie (nie chodzi oczywiście o klub sportowy ze Zgierza, ani tak samo zwące się zagłady chemiczne zajmujące się barwieniem tkanin; w zależności od koloru produkcji takiej barwy płynęła woda w Bzurze – wszystkich pseudoekologów uspokajam, dziś już nie płynie, zakłady zostały zniszczone, podobnie jak cały przemysł tekstylny regionu) porównam sobie na blogu dwie sąsiednie stolice, najbardziej (a przynajmniej najdłużej takimi będących) polskich ziem.
Zamek w Sieradzu
Zamek w Łęczycy

30 października 2026

Bambry

    Jechaliśmy sobie lokalną szosą, pięknie otoczoną sporymi jesionami (spokojnie, już nadeszła nowoczesność, i powoli wszystkich przydrożnych dawców cienia wyrabują, u nas latoś zaczęli; niech-że tylko przyjdzie tylko śnieżna zima, nikt drogi nie znajdzie) gdy wyprzedził nas niestosujący się do ogólnie przyjętych zasad zachowania na drodze (o przepisach ruchu drogowego nawet nie wspominam) lepszej klasy dość wysoko zawieszony samochód. To się chyba SUV nazywa, takie ni to, ni sio (coś jak warszawska Syrenka, pół-baba, pół-ryba, ani nie zjesz, ani... ech).
    - O, bamber jeden – skwitowała szybko oddalającego się Mama.
    Fakt, auto miało numery rejestracyjne rodem z Wielkopolski (wschodniej, do której mamy rzut beretem, jemy zupę repetę, pyzy na parze i gziczkę, zamiast pyr mogą jednak być ziemniaki), ale kierowca raczej nie był przedstawicielem tej grupy etnicznej. Ot, po prostu u nas słowo bamber oznacza buca. Takiego, wiecie, co to wywyższa się ponad sąsiadów, nie przesadnie uczestniczy w życiu wsi, a do tego – at last but not the least – jest chytry. I skąpy. Ale bardziej chytry. Czasem jest też pozbawionym sumienia i nastawionym na zysk badylarzem.
Ziemie Księstwa Sieradzkiego bamberskim osadnictwem niedotknięte
    Wzięło się to stąd, że prawdziwi Bambrzy (będę ich pisał wielką literą, dla odróżnienia od tego pejoratywnego określenia), przybysze z Zachodu, faktycznie początkowo niezbyt integrowali się z autochtonami, do tego mając nieco wyższą kulturę agrarną faktycznie zostawali najbogatszymi gospodarzami w okolicy. Do nas miast tego XVIII-wiecznego osadnictwa dotarły tylko plotki, i tak Bambrzy zostali bambrami. Dziś potomkowie tych osadników całkowicie się zintegrowali (stąd może to moje określenie grupa etniczna jest nieco na wyrost) z wielkopolskim społeczeństwem, choć, co miłe, zachowali własne tradycje, a pomnik Bamberki od jakiegoś czasu uświetnia poznański rynek - w końcu to podpoznańskie wioski przyjęły, jak się szacuje, około 1000 przesiedleńców. Przyjąć mogły, bo po wojnach i zarazach czasów saskich były nieco wyludnione.
Poznań - Stary Rynek
    Skąd zaś owi Bambrzy się wzięli? Ano, jak nazwa wskazuje – z Bambergu, starego frankońskiego miasta, dzisiaj leżącego w Wolnym Państwie Bawarskim (ukłon dla bawarskich independystów; nie tylko Katalonia czy Padania chciałyby być niepodległe). Konkretniej z rolniczych jego okolic (to nie jedyna grupa z Zachodu która tworzy współczesny polski Naród, po Olędrach zostały już chyba tylko nazwy lokalne, ale karpaccy Głuchoniemcy czy Wilamowiczanie dalej pielęgnują swoje tradycje, a bywa, że i język – to całkiem sympatyczne pamiętać skąd się jest).
Bamberg
    Miasto Bamberg znane jest z jednej siedmiu cesarskich katedr (widziałem do tej pory jeszcze tą pierwszą, w Akwizgranie, oraz we Frankfurcie nad Menem) i najwyższej w Niemczech konsumpcji piwa (nasi Bambrzy jakoś się tak nie upijali, więc może dlatego opuścili rodzinne strony). Rothenburg ob der Tauber to winna Frankonia, może i dobrze, bo 3,5 litra piwa duszkiem to by największy burmistrz pijak nie wydoił.
Cesarska katedra w Bambergu
    Założona na górującym nad okolicą wzgórzu miała jedno zadanie – chrystianizować okolicznych Słowian. Tak, dobrze W. Sz. Czytelnik widzi, w IX wieku Frankonia pełna była osadnictwa słowiańskiego. Do dziś zresztą zdumiewa ilość słowiańskich nazw miejscowych w północnej Bawarii. O tym, że byłe NRD zamieszkiwały całkiem potężne plemiona (po których zostali Serbowie Łużyccy, w liczbie dwóch narodów) to właściwie pamiętamy z historii, Mieszko i Bolesław z różnym natężeniem obijali Wieletom gębę (no, życiem te walki przypłacił nieznany z imienia mieszkowy brat), o Rugii i Arkonie też wszyscy wiedzą. A o tym, że Sand, najstarsza dzielnica Bambergu, była słowiańska to już się nie pamięta. Drang nach Ostern nie jest wynalazkiem XIX-wiecznego niemieckiego nacjonalizmu.
Sand w Bambergu
    Swoją drogą po drugiej stronie rzeki Regnitz leży Bamberska Wenecja, dawne osiedle rybaków i innych ludzi morza rzeki. Naprawdę, wstydu nie mają bedekery wrzucając wszędzie, gdzie nad kanałem stoją domki, miano Wenecji. Jako ciekawostkę można dodać, że na ową Wenecję widok mają również penitencjariusze lokalnego więzienia.
Bamberska Wenecja
    Ale nieodległy Stary Ratusz, położony na rzece między częścią mieszczańską a biskupią miasta, jest naprawdę uroczy.
Stary Ratusz
    A. Byłbym zapomniał: z Bambergu pochodził święty Otto, patron i chrystianizator słowiańskiego (trudno powiedzieć, że polskiego, choć przecież w 1000 roku to Piastowie utworzyli pierwsze biskupstwo w Kołobrzegu) Pomorza. Może postać trochę zapomniana, ale swego czasu uczynił był wiele dobrego.
Wolin - miejsce działalności świętego Ottona z Bambergu
    A Bambrzy? No może gdzieś tam kilkaset lat temu mieli słowiańskich przodków – nikt tego genetycznie nie badał, zresztą łączenie jakiejś grupy kulturowej z konkretnym genomem jest koncepcją tyleż karkołomną, co właściwie śmieszną. Zwłaszcza na Niżu Europejskim, gdzie od tysiącleci różne ludy i etnosy defilowały w te i na zad niczym krasnoarmiejcy na Placu Czerwonym. Kultura to bardziej stan umysłu niż geny, chociaż z drugiej strony ktoś, kto uważa, że nie różnimy się genetycznie, i że nie ma to wpływy na na nas jest jeszcze gorszym ignorantem. Takim bambrem intelektualnym, o.
Współcześni mieszkańcy Bambergu spędzający letnie miesiące w mieście
    Jeśli zaś chodzi o romańską potężną bamberską katedrę, to – taka ciekawostka – w Polsce jest kościół który koncepcyjnie nawiązuje do planu budowy kościoła cesarskiego, takiego w którym władza świecka była na równi z duchową (pamiętamy z historii spór o inwestyturę, kto jest ważniejszy, cesarz czy papież). Oczywiście znajduje się on w centralnej Polsce, choć niestety nie w dawnym Księstwie Sieradzkim.

23 października 2026

Piwny książę

    Poprzedni wpis mógł wyglądać jak apoteoza spożywania alkoholu w warstwach rządzących, ale jest to oczywista nieprawda, wszak ustawa o zapobieganiu alkoholizmowi z roku 1982 jasno zakazuje takich działań (znaczy, ogólnie zakazuje, bo wtedy jeszcze nie było internetów, była zima i wojna polsko-jaruzelska Stan Wojenny). Niemniej Der Meistertrunk rzeczywiście ocalił miasto.
Der Meistertrunk z Rothenburga nad Trauerem
    W historii Polski mamy zresztą liczne przykłady rządzących, którym alkohol zdecydowanie nie wyszedł na zdrowie. O jednym z nich wspominałem przy okazji opowiastki o kanonizowaniu polskiego piwa przez Klemensa VIII. Chodzi oczywiście o Leszka Białego, udatnego Piasta, który namawiany przez papieża do udziału w krucjatach wymówił się twierdząc, że pija jedynie właśnie piwo (wtedy jeszcze niekanonizowane przecież), a tego w Ziemi Świętej nie uświadczysz (obecnie jest, i to nawet importowane z Polski, organoleptycznie sprawdziłem to kiedyś w gieesie w Tel Awiwie czy tam innej Jaffie). Zamiast więc odbijać Jerozolimę poczciwy książę konałby z pragnienia w gorącym klimacie pustyń Syro-Palestyny. Albo w cedrowych lasach gór Libanu. Nieistotne. W każdym razie Leszkowi odpuszczono i mógł zostać na ojcowiźnie, włączając się w wir walk o tron krakowski (który zresztą zdobył, kładąc definitywnie kres zasadom przejmowania władzy w Polsce wytyczonych przez Bolesława Krzywoustego). Swoją drogą leszkowy krewniak, Bolesław Wysoki, na krucjatę wyruszył. Może nie miał co innego do roboty, wszak czasowo z ojcowej dziedziny był wywłaszczony, niemniej wyprawa przyniosła mu sławę w oczach cesarza Konrada III, a rycerski mir w oczach następcy, Fryderyka Barbarossy, ugruntował wygrywając w imię władcy Świętego Cesarstwa Rzymskiego pojedynek rycerski pod murami Mediolanu.
Jerozolima
    Leszek Biały, jak pisałem, w kraju został, zdobył krakowski tron, aż w końcu drogi zawiodły go do Gąsawy. Zresztą nie tylko jego – na zjazd piastowskich książąt przybyli Konrad I mazowiecki czy syn Bolesława Wysokiego (niedługo po zwycięstwie w Mediolanie odzyskał dzielnicę ojca, Władysława Wygnańca) Henryk Brodaty. Piastowicze w serdecznej atmosferze mieli przysiąść i omawiając palące problemy radzić co dalej z tą Polską. Słowiańskim zwyczajem książęta przysiedli sobie w bani (czyli saunie), i chłostając się brzozowymi witkami rozpoczęli obrady. Koncepcja zjazdów władców istnieje od tysięcy lat, wymaga jednak pewnej bardzo ważnej rzeczy: odpowiedniego zabezpieczenia. W przeciwnym razie udany zamach terrorystyczny może dokonać naprawdę wiele złego. Na zjeździe w Gąsawie taka okazja nadarzyła się właśnie w czasie kąpieli książąt w saunie – byli tam właściwie bezbronni – ani miecza, ani tarczy. Brzozowa witka używana do chłosty w bani nie jest uznawana za szczególnie efektywną broń.
Kościół w Gąsawie - na tym miejscu świątynia stała już w czasach Leszka Białego
    Wbrew przewidywaniom tym razem to nie Niemcy napadli na polskich książąt (odbili to sobie kilkadziesiąt lat później mordując króla Przemysła II). Piastowicze mieli wrogów na Pomorzu (Świętopełk II Wielki wiele robił by zrzucić polską zwierzchność), morderców mógł nasłać też Władysław Odonic, książę na zjazd niezaproszony (albo każdy inny z Piastów tamtego czasu). W wyniku ataku Henryk Brodaty został ciężko ranny (nie zginął dzięki poświęceniu jednego z własnych rycerzy, książęcy bodyguard poniósł śmierć) a Leszek Biały, zapewne zawołany kawalkator, goły jak go Pan Bóg stworzył począł uciekać konno. Siepacze ruszyli za nim w pogoń. I, co wiemy z historii, dopadli go obok wioski Marcinkowo Górne, kilka kilometrów od Gąsawy. Każdy kto przejeżdża tamtędy – na przykład do Wenecji (tej koło Żnina, rzecz jasna, ale technicznie można tamtędy jechać do Włoch) lub do Biskupina – zobaczyć może wspaniały pomnik, przedstawiający moment śmierci księcia, gdy przeszyty kilkoma strzałami spada z konia.
Śmierć Leszka Białego
    Pomnik (nie dodałem, że kopia, oryginał zniszczyli Niemcy) jest jak najbardziej wzruszający, ale mało kto wie, że nie stoi on wcale w miejscu śmierci Leszka. To jest całkiem niedaleko, może półtora kilometra, może trochę więcej od okazałego monumentu. Mianowicie należy zjechać z głównej drogi, a wkrótce i z asfaltu. Znakiem rozpoznawczym będzie stojąca w środku pola aleja potężnych drzew.
Droga do pomnika
    W. Sz. Czytelnik domyśla się już, że prowadzi ona do prawdziwego miejsca tragedii z XIII wieku. Ba. Na końcu alei znajduje się nawet niewielki obelisk – trzeba mu przyznać, że nieco zaniedbany i kruszący się.
Miejsce śmierci Leszka Białego
    Ale jest. I jeszcze ten biały pomnik. W kraju w którym nie umiemy w pokazywanie historii (o promocji nawet nie wspominam, choć na blogu często nad tym jojczę) to naprawdę ładny głaz sprawa wspaniała.
Kopia przedwojennego pomnika w Marcinkowie - oryginał zniszczyli Niemcy, no bo kto
    Tak więc podsumowując ten i poprzedni wpis, to alkohol jednak – w ostatecznym rozrachunku szkodzi. Choć, z drugiej strony, jeśli opowieść o śmierci Leszka Białego czyta akurat ktoś niezbyt ortodoksyjnie traktujący sprawy higieny osobistej (nie mówię o hipisach, może to być na przykład Ludwik XIV, słynny Król Słońce, który – wliczając chrzest – w czasie swojego kilkudziesięcioletniego życia kontakt z wodą miał zaledwie 7 razy, dane mogą być przesadzone) może dojść do przekonania, że częste mycie skraca życie (Ludwik XIV żył 72 lata).

16 października 2026

Włodarze i alkohol

    W poprzednim wpisie było o tym, że Amerykanie może i napadną, ale potem przeproszą. Oraz o promocji (znaczy, nie takiej sklepowej).
Amerykański czołg we francuskich barwach, onegdaj szturmujący Alzację
    Było też o Mikołaju Koperniku, ale zostawmy wielkiego polskiego astronoma w spokoju, ponieważ wkraczamy do Niemiec. A dla Niemców to jest Niemiec. Cóż, nie takie rzeczy przez wieki kradli i niszczyli.
Zniszczona przez Niemców warcka synagoga (foto. z arch. I. Ślipka)
    Choćby wspaniałą gotycką cerkiew w Supraślu, wysadzoną przez niemieckich żołnierzy bez najmniejszego powodu.
Rekonstrukcja supraskiej gotyckiej cerkwi obronnej
    Taki to naród poetów, artystów i romantyków. Właśnie ci ostatni na przełomie XVIII i XIX wieku odkryli pewne niewielkie miasteczko we Frankonii, dziś części Bawarii. Dawniej bogate, popadło w nędzę, więc zachowało nie tylko średniowieczny pierścień murów obronnych, ale i tkankę miejską. Rothenburg ob der Tauer.
Rynek w Rothenburgu nad Tauberem
    Cóż. Miasto naprawdę jest ładne, ale żeby robić z niego jakąś romantyczną perłę to trzeba być niemieckim dandysem upitym absyntem (czy czym tam się wtedy odurzano; może bardziej opium niż piołun?). Miasto nie ma nawet żadnej miłosnej legendy (jest o jakimś rajcy, który mocno poświęcał swe finanse pro bono publico, za co trafił do ciupy, gdzie nim go oczyszczono z zarzutów został otruty – nikogo, kto zna oryginalne niemieckie baśnie to nie szokuje; bracia Grimm mocno je odkrwawili). Weźmy takie Plötlein, najsłynniejszy widokówkowy landszaft urokliwej starówki. No szczerze, jakoś spektakularne nie jest.
Plötlein
    Mimo to miasto zostało rozpromowane na tyle, że w XIX i XX wieku tłumnie odwiedzali je zagraniczni turyści w ramach swoistego Grand Tour. A skoro w bedekerach pisano, że miastem należy być zauroczony – to turyści tacy być musieli. Może zresztą szczerze, jak pewien Amerykanin który odwiedził Rothenburg ob der Tauer w dwudziestoleciu międzywojennym. W porównaniu z nowymi i ohydnie wręcz utylitarnymi (nie chcę napisać brzydkimi) miastami Stanów Zjednoczonych Rothenburg jawić się musi jako prawdziwa perła.
Rothenburg od der Tauber
    Amerykanin ten w czasie II Wojny Światowej brał udział w inwazji na III Rzeszę – natarcie szło akurat na kierunku frankońskim. Czując sentyment do Rothenburga przekonał sztabowców by puścić zagony pancerne inną trasą. Miasto ocalało (kurczę, a naród poetów i artystów Niemcy zwiedzający Polskę przed wojną jakoś na to nie nalegali, wręcz przeciwnie, puszczali wojska przez miasto, nawet nie bronione niczym Wieluń; o sowietach nie wspominam, bo szkoda śliny).
Wieluńska gotycka fara pw Świętego Michała - stan po wizycie Niemców w 1939
    Nie pierwszy raz w swojej historii – poprzedni raz, w XVII wieku, nie był może związany z tak zwanym PR, ale był dużo bardziej spektakularny. Mało tego, uczy on nas, że dobrze jeśli miejscy włodarze lubią zaglądać do kieliszka (nie, nie jestem zwolennikiem samorządowców z ramienia tak zwanych ludowców). To znaczy – może niech nie zataczają się na sesjach rady czy innych uroczystościach, ale...
Leżajsk - und alles klar
    Ad rem. W Pradze Czesi wyrzucają na kupę kompostu paru ludzi przez okno, przez co w całej Europie (poza Rzeczpospolitą, Moskwą i Osmanami) wybucha krwawa wojna religijna, która do historii przejdzie jako Wojna Trzydziestoletnia. Jak to nie jest efekt motyla, to ja nie wiem co nim jest.
Złota Praga - miejsce wielu defenestracji, w tym i tej z 1618 roku
    Mniej więcej w połowie wojny pod mury Rothenburga – miasta podówczas protestanckiego – podchodzą wojska katolickie pod dowództwem hrabiego Johannesa de Tilly. Zwyczaje epoki wymagają, że zdobyte miasto zostanie spalone, zrabowane i zgwałcone, niekoniecznie w tej kolejności (stacjonujące na terenie Niemiec cesarskie wojska z Hiszpanii znacznie ubogaciły pulę genową Rzeszy – oto po Wojnie Trzydziestoletniej zaczęli pojawiać się Niemcy o czarnych włosach i równie ciemnych oczach, na początku XVII wieku rzadsi od raroga; obecne zmiany struktury etnicznej na tamtych terenach zachodzą bez wojny w tradycyjnym znaczeniu tego słowa). Rothenburskim mieszczanom taka perspektywa się nie do końca podoba, katolicy mają przewagę. Jako, że region słynie – do dziś – z produkcji czerwonego wina (to zabawne, połowa Frankonii delektuje się winami, druga na potęgę żłopie piwsko) wręczają hrabiemu de Tilly dzban trunku z prośbą o oszczędzenie miasta. Sagan mierzy niecałe 3,5 litra, więc całkiem zacny krater. Książę w przypływie dobrego nastroju mówi: ok. Oszczędzę miasto pod warunkiem – akurat słyszy kurant wybijający godzinę na ratuszowej wieży – że jakiś mieszkaniec Rothenburga ciurkiem wydoi owo naczynie w czasie trwania kurantu. Duszkiem 3,5 litra w siebie wlać może mieć trudność nawet najbardziej zaprawiony bej, czy tam inny łódzki bramin. Tu jednak zgłasza się były burmistrz miasta nazwiskiem Georg Nusch i ku zaskoczeniu wszystkich wlewa w siebie zawartość naczynia. Hrabia Tilly dotrzymuje słowa (co pokazuje, że nawet w takich okrutnych czasach honor miał swoją wagę), miasto ocalało (nie na długo, kilka lat później zrabują je Szwedzi, trenujący przed kradzieżami w czasie Potopu), były burmistrz zmarł (jeśli myślicie, że się rozpuknął po wydojeniu dzbana, to nie: odszedł wiele lat po incydencie, zapewne dalej garując tym razem w blasku sławy) a Meistertrunk trafił do legendy. Co godzinę na rynku pojawiają się postaci hrabiego de Tilly (który dzięki temu też trafił do lokalnego bestiariusza) i pijącego wino burmistrza. Taka atrakcja turystyczna.
Der Meistertrunk - hrabia Titlly i były burmistrz Nusch
    U mnie w mieście Burmistrz jest raczej nie pijący, a winnice w okolicy dopiero powstają, więc w razie ataku jesteśmy bezbronni. Moglibyśmy najwyżej podać najeźdźcy skrzynkę landrynkowych oranżad produkowanych na miejscu. Fakt, całkiem smaczny to napój, ale może mówię tak, bo jestem fanem oranżad.
Oranżada - choć nie z warckiego Unikatu - na turystycznym szlaku

9 października 2026

Znowu o Alzacji

    Oto wkraczałem po raz pierwszy do potężnej strasburskiej katedry. Mimo wielu wojen, protestanckiego ikonoklazmu czy zbrodniczej Wielkiej Rewolucji Francuskiej tworzącej z kościoła Świątynię Rozumu (najgorsza rzecz jaką można czcić) zachowany tam został wspaniały zespół gotyckiej rzeźby sakralnej (oraz witraże; gotyk był czasem światła).
Katedra w Strasburgu
    Najwspanialszym przykładem – co za tym idzie opisywanym w każdym bedekerze – jest tak zwany Anielski Filar. To przepiękna kompozycja figuralna przedstawiająca tak naprawdę Sąd Ostateczny – w sposób nieco odbiegający niestety od apokaliptycznych wizji. Tu ma być tryumf wiekuisty, nie potępienie dla grzeszników na pierwszym miejscu. Ech, szkoda, zło czyniącym trzeba na każdym kroku o karze boskiej przypominać. Zwłaszcza, gdy na ludzką sprawiedliwość liczyć nie zawsze można.
Anielski Filar
    Za owym Anielskim Filarem znajduje się nieco młodsze – bo renesansowe – dzieło sztuki. I techniki. Zegar astronomiczny. Orloj, jak z francuskiego powiedzieliby Czesi.
Renesansowy zegar astronomiczny
    Jak wszystkie tego typu cuda jest oczywiście ruchomy. I tak sobie przyglądałem się owemu zegarowi próbując rozszyfrować – bezskutecznie – co akurat pokazuje, gdy jeden z obrazów przykuł moją uwagę. Spojrzałem. Raz. Drugi. Z obrazu spozierał typ, który przed denominacją wielokrotnie łypał na mnie z portfela. Z banknotu o nominale 1000 starych złotych. Mikołaj Kopernik, jako żyw.
Kopernik
    I faktycznie, jako żyw: istnieją portrety naukowca z epoki, a badania czaszki znalezionej we Fromborku potwierdzają, że Mikołaj faktycznie miał złamany za młodu nos. Te dwadzieścia lat temu mógłby zagrać go Gerard Depardieu, bez wielkiej charakteryzacji.
Frombork
    Podobno młody Kopernik jest też uwieczniony na monumentalnym fresku Szkoła Filozofów autorstwa Rafaela Santiego w Watykanie, ale tu historycy ciągle się spierają. Niemniej był znany na całym kontynencie. Prosty chłopak z Torunia. Odkrywca, uczony, oskarżany o romans. Historia filmowa. Ale jakoś nie umiemy w promocję (z drugiej strony widząc stan polskiej kinematografii może to i lepiej; format Korony Królów nie przesadnie do mnie przemawia – no i Depardieu jest za stary).
Polska polityka historyczna
    Na Zachodzie jakoś lepiej im to idzie – w końcu (było wszak na blogu) w Strasburgu atrakcję zrobili z dawnej dzielnicy biedoty nazwanej na cześć choroby wenerycznej.
Mała Francja w Strasburgu
    Choć nie ma co ukrywać, że faktycznie Mała Francja wygląda bardzo reprezentatywnie dla chociażby Alzacji. O tej krainie co nieco już było – i o Alzackim Szlaku Winnym (gewurztraminer i muskat), i o miejscowym papieżu, świętym Leonie IX, prywatnie hrabim Brunonie z Eguisheim.
Alzacki Szlak Winny - tu winnice Kayserbergu
    
Nie było o będących symbolem krainy bocianach, których gniazda to przecież naturalny piorunochron (taki przedbobon).
Zamek Świętego Leona w Eguisheim - z obowiązkowymi bocianimi gniazdami
    Jakże potrzebny w miasteczkach pełnych łatwopalnej szachulcowej zabudowy. Miasteczkach malowniczych niewymownie.
Ribueville
Riquewhir
Eguisheim
Colmar
Selestat
Kayserberg
Strasburg
    Chociaż jak się przyjeżdża to trzeciego, czwartego, siódmego to mózg się wyłącza, i wszystkie zlewają się w jedną kolorową masę. Zwiedzając z grupą Alzację trzeba czasem tańczyć na rzęsach żeby turystów nie zanudzić. Każda odmiana jest wtedy dobra.
Cesarski zamek w Kayserbergu
    Naprawdę.
Sherman w Colmarze
    Tak. Sherman. Upamiętniający francuską 1. Armię (przyjęła barwy właśnie z herbu Colmaru), która razem z Amerykanami walczyła w Alzacji. Warto pamiętać, że Alzacja – podobnie jak moja rodzinna Ziemia Sieradzka – została wcielona w czasie II Wojny Światowej bezpośrednio w granice Niemiec. Nie była jednak na początku wojny zniszczona – przez Alzację przebiegała Linia Maginota, zresztą francuskie tradycje fortyfikowania tych ziem sięgają Ludwika XIV i jego genialnego Vaubena – twierdza w Neuf-Brisch jest wpisana na listę UNESCO.
Marne resztki fortyfikacji Vaubena w Selestat
    Niemcy zamiast wykrwawiać się na fortyfikacjach obeszli je przez Belgię i Francja, która pół roku wcześniej haniebnie zdradziła Polskę, padła równie szybko co Rzeczpospolita. Brytyjski Korpus Ekspedycyjny z podkulonym ogonem ewakuował się z Dunkierki. Jeśli zaś chodzi o wyzwolenie – u nas zamiast Shermanów na cokołach stoją T-34 (nie, żeby zachodnie czołgi nie walczyły na froncie wschodnim – zachodni Alianci czynnie wspierali pierwszego sojusznika III Rzeszy Stalina sprzętem i technologią, parę lat temu z rzeki Warty w mojej Warcie wydobyto pochodzący z takiej pomocy czołg Valentine; okazał się na tyle dobrze zachowany, jest jedną z kilku na świecie jezdnych maszyn tego typu; znaleziono też kanister pełen długo leżakowanego sowieckiego zajzajeru, ale to inna historia). Jak to w jednym skeczu mówił genialny Bohdan Smoleń – może i Amerykanie napadną, ale przeproszą. Alzacja była terenem walk pod koniec wojny, nieraz ciężkich, ale jakoś tak lepiej się zachowała. Może brak kilkudziesięciu lat sowieckiej okupacji też ma jakieś znaczenie.
Symbol sowieckiej okupacji
    A. I Amerykanie nie przywłaszczają sobie Kopernika jak Niemcy.

Najchętniej czytane

Tum

     Jak wspomniałem w poprzednim wpisie (może nie dosłownie, bo jednak nie jest to świetlista gotycka konstrukcja, a solidna i zwarta – ch...