Swoją drogą oni tam wszystko mają wielkie – taka
polityka historyczna. Rok przed Wielkim Pożarem wybuchła wszak
Wielka Zaraza, a Wielki Smród (1858) spowodował olbrzymią przebudowę
Londynu (mamy też Wielki Londyn – w sumie nie ma praw miejskich,
choć dwa z jego komponentów, City of London i City of Westminster,
są miastami już od setek lat). Nie pamiętam, czy atak słynnej
londyńskiej mgły, toksycznego siarkowego smogu z 1952, też nie miał
takiego przydomku (jest to jedna z londyńskich atrakcji, która
przeminęła na zawsze – niby szkoda, ale pamiętam, jak byłem w
mniej jadowitym
smogu w La Paz, i jednak nie szkoda).
 |
Wielkie reklamy na Piccadilly Circus
|
Wracając
do pożaru – Pałac Westminsterski spłonął przecież w XIX
wieku, dając początek Big Benowi i nowym trendom w malarstwie. Cóż,
jak mi w trakcie tego niezwykle gorącego tygodnia lata (bo tak,
to tradycyjnie, lipcopad i siąpień, drodzy
klimatyści) w wyniku
iskry z drutów zapalił się ścięty rygras (jak mówimy na
rajgras, jedną z uprawnych traw) nie wyciągałem farb i palety,
tylko zadzwoniłem po strażaków. Rychło zlecieli się też – jak
to na wsi – sąsiedzi do pomocy, ale dwa zastępy OSP szybko
opanowały sytuację (chwała im za to). Ale moje pole nie jest
parlamentem w stolicy ówczesnego imperium.
 |
Pałac Westminsterski współcześnie
|
Wielki Pożar roku
1666 Westminster akurat ominął. Trwał od 2 do 5 września (więc,
volens nolens, to wpis rocznicowy - rocznicowo także, 3-4.09.1939, zapłonął Złoczew, o czym w
następnym wpisie, za tydzień) i spopielił City of London –
centrum finansowe królestwa ostatnich Stuartów, z królami zresztą
skonfliktowane i nie ufające Karolowi II (w czasie pożaru nie
chciano w mieście królewskich gwardzistów – nie pomogło to w
gaszeniu ognia). Centrum centrumem, a zbudowane było głównie z
materiałów
biodegradowalnych – znaczy się z drewna i słomy
(mimo królewskich dekretów zabraniających używania takich
komponentów; republikańskie protestanckie City nie będzie przecież
słuchało kryptokatolickiego monarchy, ważne, że słoma i deski są
tanie). Domy, zwane
jetty charakteryzowały się tym, że każde
następne piętro było nieco wysunięte w porównaniu z poprzednim
(dzięki temu ogień mógł łatwo przeskakiwać z jednej na drugą
strzechę, zwłaszcza, gdy drugiego czy trzeciego dnia pożaru
rozpoczęły się burze ogniowe). Dziś w Londynie takich budynków
już nie spotkamy, ale
gdzieniegdzie na Wyspach da się je
odszukać.
 |
Jetty w Jorku
|
Albo w innych
miejscach świata, gdzie zachowało się
tradycyjne miejskie budownictwo drewniane.
 |
Alzacki Colmar - słowo jetty przyszło do Anglii z języka francuskiego
|
.jpg) |
Zgierz - drewniane domy tkaczy z XIX wieku
|
W każdym razie City of London spłonęło
praktycznie całe – łącznie z rzymskimi jeszcze murami.
 |
Pozostałości rzymskich czasów pamiętającego Muru Londynu
|
Spłonęła
też średniowieczna katedra świętego Pawła (to ten kościół z
kopułą, który pojawiał się przed - czy tam po - programami Benny'ego Hilla, z
napisem Thames). I tak była w słabym stanie, remontować miał ją
niejaki Christopher Wren, ale może by ocalała – gdyby nie
drewniane rusztowania. W każdym razie kościół poszedł z dymem, a
pan Wren mógł odbudować go po swojemu – wcześniej hierarchowie
wzbraniali się przed jego pomysłami – w duchu
barokowym.
 |
Katedra Świętego Pawła
|
Odbudować City w takimż duchu się nie udało –
wszystkie plany stworzenia nowoczesnego przestrzennego miasta (jak w
XIX wieku w
Paryżu i
Berlinie) spaliły na panewce. A raczej na
prawach własności gruntu. Ot, w pożarze nie poginęli właściciele
działek miejskich, i nie bardzo można było je przejąć w imię
nowoczesności. Swoją drogą źródła z epoki mówią zaledwie o
kilku ofiarach pożogi, ale (podobnie jak przy
katastrofie w Czarnobylu) nikt nie brał pod uwagę osób zaczadzonych czy zmarłych
później z ran czy głodu. Więcej – 1/4 mieszkańców City –
pochłonęła rok wcześniej zaraza (taka prawdziwa,
nie ta o której
wielokrotnie na blogu wspominałem byłem). Mimo to i tak udało się
poszerzyć londyńskie ulice, i tym razem wyegzekwowano już zakaz
budowania z drewna i słomy. Wychodzi na to, że centrum Londynu jest mimo to miastem barokowym – ale jest to barok taki jakiś mało wystawny,
klasycystyczny niemal. Nawet projektowane przez Wrena Greenwich, leżące od centrum bardzo daleko, ale za to wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.
 |
Greenwich
|
Co
to ma wspólnego z
pubem? Otóż całkiem niechcący – będąc w
pracy w londyńskim City – trafiłem do lokalu zwanego Ye Olde
Watling. Położony w najbliższym sąsiedztwie katedry z zewnątrz
wyglądał całkiem zacnie.
 |
Ye Olde Watling
|
Zbudowany miał być przez
Christophera Wrena zaraz po pożarze, który użyć miał do konstrukcji
więźby rozebranych kadłubów statków, i początkowo miejsce spełniać
miało funkcję biura architekta w czasie rekonstrukcji – czy też
odbudowy – londyńskiej katedry. Ściany lokalu – zwłaszcza na
piętrze – zdobią ryciny z epoki, przedstawiające plany nowej
świątyni. I teraz niech-że W. Sz. Czytelnik przeczyta sobie
następne zdanie głosem Roberta Makłowicza: Ye Olde Watling jest
najlepszym przykładem na to, że chodzenie po barach nie musi li
tylko ograniczać się do spożywania trunków i zakąsek, może także być żywą lekcją historii. Cheers.
Wpis powstał zanim wspaniały sanocki skansen budownictwa drewnianego poszedł z dymem (spokojnie, nie cały). Może kiedyś zrobię jakiś memoratywny wpis, bo odwiedziłem to czarowne miejsce. Ale później. Na razie warto pamiętać, jak nietrwałe są drewniane konstrukcje...