Następnym przystankiem na mojej drodze
było Newcastle-upon-Tyne, miasto znane z Alana Shearera, snajpera
reprezentacji Anglii (bo Szkocję już opuściliśmy) i miejscowych
Zjednoczonych FC oraz brata Wilhelma, bohatera genialnego Imienia
Róży. Dla mnie istotne było, że miejsce to stanowiło punkt wypadowy
na słynny Wał Hadriana, ów rzymski odpowiednik Chińskiego Wielkiego Muru.
Skoro już musiałem (jak pisałem) wracać ze Szkocji drogą lądową, postanowiłem
obejrzeć ową wspaniałą konstrukcję (o której na blogu troszkę też już było). W każdej jednak podróży najważniejsza jest
regeneracja sił – Wał Hadriana ma kilkadziesiąt kilometrów
długości. Do Newcastle przybyłem późnym wieczorem, rano miałem
wyruszyć na rzymskie ruiny. Hotelu szukać nie chciałem –
stwierdziłem, że na te kilka godzin się nie opłaca (tak
stwierdziłem przed podróżą – w trakcie ciężko było to
skorygować, wszak internety były w powijakach, i tylko
stacjonarnie; kto to o smartfonach słyszał). Kimnę się chwilę na
olbrzymim miejskim dworcu. Niestety, teoria często nie idzie w parze
z praktyką. Okazało się, że dworzec jest na tych kilka nocnych
godzin zamykany, więc volens nolens ponaglany przez ochroniarza
zarzuciłem swój dobytek na plecy i ruszyłem w nocne miasto. Brzmi
jak początek niezłej przygody – ale byłem mocno zmęczony, skąpy
i zdeterminowany wczesnym rankiem wyruszyć na Wał Hadriana. Tym nie
mniej centrum żyło. Kiedym przechodził obok jednego z pubu
wysypała się zeń banda pijanych Angoli. Mimo nocy rzucałem się w
oczy. Jako, że ciągnęło chłodem od rzeki byłem dość szczelnie
odziany, spod kaptura wystawał mi tylko marznący noc. Anglicy
spojrzeli na mnie – z plecakiem pewnie bym im nie uciekł – jeden
z nich wskazał palcem i krzyknął:
- Eskimo!
Po czym cała
banda zaczęła śpiewać:
- E-ski-mo-o o o!
Wzruszyłem
ramionami i oddaliłem się spokojnym krokiem – ciągnąc za sobą
rozśpiewaną grupę. I tak wędrowaliśmy kilka ładnych minut przez
centrum, aż w końcu śpiewacy ochrypli, zmęczyli się i sobie
poszli. A ja dotarłem do dawnych, średniowiecznych fortyfikacji
miejskich.
 |
Eskimo i średniowieczne mury Newcastle - selfie bez selfiesticka
|
Potem – skoro i tak nie spałem – poszedłem
zdobyć miejscowy zamek. Tam zaskoczyły mnie dwie rzeczy. Pierwsza –
o której kiedyś zdaje się wspominałem – to zamkowy stołb.
Wyglądał jak żywcem wzięty z cudownej gry strategicznej Age of
Empires II. Tak, wiem, pozycja to bardzo wiekowa, ale nadal grywalna. Kilka zachodnioeuropejskich nacji miało właśnie zamek w kształcie
tegoż stołbu. Polecam. Drugą zaskakującą rzeczą był stosunek
brytyjskich urbanistów i architektów do własnej historii. Oto
bowiem przez teren zamku biegła estakada jakieś drogi szybkiego
ruchu. W pylony wbudowane były na przykład resztki zamkowych wież.
Dla mnie było to – i jest – niepojęte. Taki przesadny
utylitaryzm. I chyba głupota. O, mam – ślepy kult
nowoczesności.
 |
Zamek w - nomen omen - Nowym Zamku
|
Równie nowocześnie wyglądały nabrzeża Tyne,
i te w Newcastle, i te w Gateshead na drugim brzegu rzeki. Zwłaszcza
o poranku.
 |
Nabrzeża Newcastle
|
 |
| Gateshead o poranku |
Zupełnie inne wrażenie zrobiło na mnie leżące
przy drugim końcu Wału Hadriana Carlisle. Przede wszystkim miało
ono potężny i niezniszczony zamek. Warownię właściwie. Oraz vibe
sennego miasta powiatowego. Powiedzmy – Tomaszowa Mazowieckiego
(naprawdę, takie porównanie przyszło mi wtedy do głowy).
 |
Centrum Carlisle
|
Ludzi
było jak na lekarstwo, spytać się o cokolwiek – nijak. W końcu
jednak natrafiłem na gang młodocianych rowerzystów. Znaczy się:
grupkę dzieciaków na rowerach uprawiających dzieciństwo na
ulicach. Chłopaki – ciut starsi od pijanych w sztok dziewczynek z
Edynburga, trzeźwi – okazali się Polakami. Bez problemów
wskazali jakiś lokal z jedzeniem. Znaczy się, knajpkę serwującą
słynne fish and chips. Danie prymitywne jak cała brytyjska kuchnia
(nie no, czasem potrafią rybę zrobić, weźmy takiego Arbroath smokie, wędzonego łupacza z Morza Północnego serwowanego we
wspominanym już przeze mnie – choć ciągle zbyt mało –
szkockim Arbroath), ale tanie oraz zapewniające odpowiednią dawkę
cholesterolu, soli i spalonego oleju. Sprzedawca – Brytyjczyk – był
całkiem uprzejmy, pewnie niezbyt często gościł w swoim lokalu
turystów. Atmosfera siadła gdy powiedziałem mu, że jestem nie
tyle/nie tylko turystą, ale i wracam z pracy. Konwersacja się
skończyła, choć powstrzymał się od wyrzucenia mnie z lokalu. Ale
miał na to ochotę. Ot, taka to otwartość na Zachodzie była
wtedy. W każdym razie – zjadłem i ruszyłem w dalszą drogę:
Londyn, Dover, Dunkierka, Berlin. Ale to już całkiem inna historia,
choć białe skały Albionu naprawdę robią wrażenie.
 |
Białe skały Dover
|
Właściwa
historia odbywa się bowiem między Newcastle a Carlisle, którędy to biegnie ów Wał Hadriana. I gdzie w końcu przydał mi się ten
makrozoobentos.
 |
| Wał Hadriana |
Tymczasem, na koniec tego wpisu, jeszcze jedna
uwaga dotycząca Carlisle. Językowa. Oto bowiem złapałem lokalny
busik, wsiadłem i zapragnąłem kupić bilet do Carlisle.
Powiedziałem pewnie coś w stylu "Karisle". Kierowca popatrzył na
moją żytnio-ziemniaczaną twarz, niezbyt pasującą do brytyjskiego
typu urody, i kiedy już domyślił się o jaką destynację mi
chodzi poprawił:
- Ka'ajl?
- Tak, Kaalaj – zgodziłem się
– Jeden bilet.
A tytułowe Perły północnej Anglii? Cóż.
Niech będzie Angel of North zamiast nich.
 |
Angel of North - sztuka nowoczesna na szkocko-angielskim pograniczu
|