Tłumacz

16 października 2026

Włodarze i alkohol

    W poprzednim wpisie było o tym, że Amerykanie może i napadną, ale potem przeproszą. Oraz o promocji (znaczy, nie takiej sklepowej).
Amerykański czołg we francuskich barwach, onegdaj szturmujący Alzację
    Było też o Mikołaju Koperniku, ale zostawmy wielkiego polskiego astronoma w spokoju, ponieważ wkraczamy do Niemiec. A dla Niemców to jest Niemiec. Cóż, nie takie rzeczy przez wieki kradli i niszczyli.
Zniszczona przez Niemców warcka synagoga (foto. z arch. I. Ślipka)
    Choćby wspaniałą gotycką cerkiew w Supraślu, wysadzoną przez niemieckich żołnierzy bez najmniejszego powodu.
Rekonstrukcja supraskiej gotyckiej cerkwi obronnej
    Taki to naród poetów, artystów i romantyków. Właśnie ci ostatni na przełomie XVIII i XIX wieku odkryli pewne niewielkie miasteczko we Frankonii, dziś części Bawarii. Dawniej bogate, popadło w nędzę, więc zachowało nie tylko średniowieczny pierścień murów obronnych, ale i tkankę miejską. Rothenburg ob der Tauer.
Rynek w Rothenburgu nad Tauberem
    Cóż. Miasto naprawdę jest ładne, ale żeby robić z niego jakąś romantyczną perłę to trzeba być niemieckim dandysem upitym absyntem (czy czym tam się wtedy odurzano; może bardziej opium niż piołun?). Miasto nie ma nawet żadnej miłosnej legendy (jest o jakimś rajcy, który mocno poświęcał swe finanse pro bono publico, za co trafił do ciupy, gdzie nim go oczyszczono z zarzutów został otruty – nikogo, kto zna oryginalne niemieckie baśnie to nie szokuje; bracia Grimm mocno je odkrwawili). Weźmy takie Plötlein, najsłynniejszy widokówkowy landszaft urokliwej starówki. No szczerze, jakoś spektakularne nie jest.
Plötlein
    Mimo to miasto zostało rozpromowane na tyle, że w XIX i XX wieku tłumnie odwiedzali je zagraniczni turyści w ramach swoistego Grand Tour. A skoro w bedekerach pisano, że miastem należy być zauroczony – to turyści tacy być musieli. Może zresztą szczerze, jak pewien Amerykanin który odwiedził Rothenburg ob der Tauer w dwudziestoleciu międzywojennym. W porównaniu z nowymi i ohydnie wręcz utylitarnymi (nie chcę napisać brzydkimi) miastami Stanów Zjednoczonych Rothenburg jawić się musi jako prawdziwa perła.
Rothenburg od der Tauber
    Amerykanin ten w czasie II Wojny Światowej brał udział w inwazji na III Rzeszę – natarcie szło akurat na kierunku frankońskim. Czując sentyment do Rothenburga przekonał sztabowców by puścić zagony pancerne inną trasą. Miasto ocalało (kurczę, a naród poetów i artystów Niemcy zwiedzający Polskę przed wojną jakoś na to nie nalegali, wręcz przeciwnie, puszczali wojska przez miasto, nawet nie bronione niczym Wieluń; o sowietach nie wspominam, bo szkoda śliny).
Wieluńska gotycka fara pw Świętego Michała - stan po wizycie Niemców w 1939
    Nie pierwszy raz w swojej historii – poprzedni raz, w XVII wieku, nie był może związany z tak zwanym PR, ale był dużo bardziej spektakularny. Mało tego, uczy on nas, że dobrze jeśli miejscy włodarze lubią zaglądać do kieliszka (nie, nie jestem zwolennikiem samorządowców z ramienia tak zwanych ludowców). To znaczy – może niech nie zataczają się na sesjach rady czy innych uroczystościach, ale...
Leżajsk - und alles klar
    Ad rem. W Pradze Czesi wyrzucają na kupę kompostu paru ludzi przez okno, przez co w całej Europie (poza Rzeczpospolitą, Moskwą i Osmanami) wybucha krwawa wojna religijna, która do historii przejdzie jako Wojna Trzydziestoletnia. Jak to nie jest efekt motyla, to ja nie wiem co nim jest.
Złota Praga - miejsce wielu defenestracji, w tym i tej z 1618 roku
    Mniej więcej w połowie wojny pod mury Rothenburga – miasta podówczas protestanckiego – podchodzą wojska katolickie pod dowództwem hrabiego Johannesa de Tilly. Zwyczaje epoki wymagają, że zdobyte miasto zostanie spalone, zrabowane i zgwałcone, niekoniecznie w tej kolejności (stacjonujące na terenie Niemiec cesarskie wojska z Hiszpanii znacznie ubogaciły pulę genową Rzeszy – oto po Wojnie Trzydziestoletniej zaczęli pojawiać się Niemcy o czarnych włosach i równie ciemnych oczach, na początku XVII wieku rzadsi od raroga; obecne zmiany struktury etnicznej na tamtych terenach zachodzą bez wojny w tradycyjnym znaczeniu tego słowa). Rothenburskim mieszczanom taka perspektywa się nie do końca podoba, katolicy mają przewagę. Jako, że region słynie – do dziś – z produkcji czerwonego wina (to zabawne, połowa Frankonii delektuje się winami, druga na potęgę żłopie piwsko) wręczają hrabiemu de Tilly dzban trunku z prośbą o oszczędzenie miasta. Sagan mierzy niecałe 3,5 litra, więc całkiem zacny krater. Książę w przypływie dobrego nastroju mówi: ok. Oszczędzę miasto pod warunkiem – akurat słyszy kurant wybijający godzinę na ratuszowej wieży – że jakiś mieszkaniec Rothenburga ciurkiem wydoi owo naczynie w czasie trwania kurantu. Duszkiem 3,5 litra w siebie wlać może mieć trudność nawet najbardziej zaprawiony bej, czy tam inny łódzki bramin. Tu jednak zgłasza się były burmistrz miasta nazwiskiem Georg Nusch i ku zaskoczeniu wszystkich wlewa w siebie zawartość naczynia. Hrabia Tilly dotrzymuje słowa (co pokazuje, że nawet w takich okrutnych czasach honor miał swoją wagę), miasto ocalało (nie na długo, kilka lat później zrabują je Szwedzi, trenujący przed kradzieżami w czasie Potopu), były burmistrz zmarł (jeśli myślicie, że się rozpuknął po wydojeniu dzbana, to nie: odszedł wiele lat po incydencie, zapewne dalej garując tym razem w blasku sławy) a Meistertrunk trafił do legendy. Co godzinę na rynku pojawiają się postaci hrabiego de Tilly (który dzięki temu też trafił do lokalnego bestiariusza) i pijącego wino burmistrza. Taka atrakcja turystyczna.
Der Meistertrunk - hrabia Titlly i były burmistrz Nusch
    U mnie w mieście Burmistrz jest raczej nie pijący, a winnice w okolicy dopiero powstają, więc w razie ataku jesteśmy bezbronni. Moglibyśmy najwyżej podać najeźdźcy skrzynkę landrynkowych oranżad produkowanych na miejscu. Fakt, całkiem smaczny to napój, ale może mówię tak, bo jestem fanem oranżad.
Oranżada - choć nie z warckiego Unikatu - na turystycznym szlaku

9 października 2026

Znowu o Alzacji

    Oto wkraczałem po raz pierwszy do potężnej strasburskiej katedry. Mimo wielu wojen, protestanckiego ikonoklazmu czy zbrodniczej Wielkiej Rewolucji Francuskiej tworzącej z kościoła Świątynię Rozumu (najgorsza rzecz jaką można czcić) zachowany tam został wspaniały zespół gotyckiej rzeźby sakralnej (oraz witraże; gotyk był czasem światła).
Katedra w Strasburgu
    Najwspanialszym przykładem – co za tym idzie opisywanym w każdym bedekerze – jest tak zwany Anielski Filar. To przepiękna kompozycja figuralna przedstawiająca tak naprawdę Sąd Ostateczny – w sposób nieco odbiegający niestety od apokaliptycznych wizji. Tu ma być tryumf wiekuisty, nie potępienie dla grzeszników na pierwszym miejscu. Ech, szkoda, zło czyniącym trzeba na każdym kroku o karze boskiej przypominać. Zwłaszcza, gdy na ludzką sprawiedliwość liczyć nie zawsze można.
Anielski Filar
    Za owym Anielskim Filarem znajduje się nieco młodsze – bo renesansowe – dzieło sztuki. I techniki. Zegar astronomiczny. Orloj, jak z francuskiego powiedzieliby Czesi.
Renesansowy zegar astronomiczny
    Jak wszystkie tego typu cuda jest oczywiście ruchomy. I tak sobie przyglądałem się owemu zegarowi próbując rozszyfrować – bezskutecznie – co akurat pokazuje, gdy jeden z obrazów przykuł moją uwagę. Spojrzałem. Raz. Drugi. Z obrazu spozierał typ, który przed denominacją wielokrotnie łypał na mnie z portfela. Z banknotu o nominale 1000 starych złotych. Mikołaj Kopernik, jako żyw.
Kopernik
    I faktycznie, jako żyw: istnieją portrety naukowca z epoki, a badania czaszki znalezionej we Fromborku potwierdzają, że Mikołaj faktycznie miał złamany za młodu nos. Te dwadzieścia lat temu mógłby zagrać go Gerard Depardieu, bez wielkiej charakteryzacji.
Frombork
    Podobno młody Kopernik jest też uwieczniony na monumentalnym fresku Szkoła Filozofów autorstwa Rafaela Santiego w Watykanie, ale tu historycy ciągle się spierają. Niemniej był znany na całym kontynencie. Prosty chłopak z Torunia. Odkrywca, uczony, oskarżany o romans. Historia filmowa. Ale jakoś nie umiemy w promocję (z drugiej strony widząc stan polskiej kinematografii może to i lepiej; format Korony Królów nie przesadnie do mnie przemawia – no i Depardieu jest za stary).
Polska polityka historyczna
    Na Zachodzie jakoś lepiej im to idzie – w końcu (było wszak na blogu) w Strasburgu atrakcję zrobili z dawnej dzielnicy biedoty nazwanej na cześć choroby wenerycznej.
Mała Francja w Strasburgu
    Choć nie ma co ukrywać, że faktycznie Mała Francja wygląda bardzo reprezentatywnie dla chociażby Alzacji. O tej krainie co nieco już było – i o Alzackim Szlaku Winnym (gewurztraminer i muskat), i o miejscowym papieżu, świętym Leonie IX, prywatnie hrabim Brunonie z Eguisheim.
Alzacki Szlak Winny - tu winnice Kayserbergu
    
Nie było o będących symbolem krainy bocianach, których gniazda to przecież naturalny piorunochron (taki przedbobon).
Zamek Świętego Leona w Eguisheim - z obowiązkowymi bocianimi gniazdami
    Jakże potrzebny w miasteczkach pełnych łatwopalnej szachulcowej zabudowy. Miasteczkach malowniczych niewymownie.
Ribueville
Riquewhir
Eguisheim
Colmar
Selestat
Kayserberg
Strasburg
    Chociaż jak się przyjeżdża to trzeciego, czwartego, siódmego to mózg się wyłącza, i wszystkie zlewają się w jedną kolorową masę. Zwiedzając z grupą Alzację trzeba czasem tańczyć na rzęsach żeby turystów nie zanudzić. Każda odmiana jest wtedy dobra.
Cesarski zamek w Kayserbergu
    Naprawdę.
Sherman w Colmarze
    Tak. Sherman. Upamiętniający francuską 1. Armię (przyjęła barwy właśnie z herbu Colmaru), która razem z Amerykanami walczyła w Alzacji. Warto pamiętać, że Alzacja – podobnie jak moja rodzinna Ziemia Sieradzka – została wcielona w czasie II Wojny Światowej bezpośrednio w granice Niemiec. Nie była jednak na początku wojny zniszczona – przez Alzację przebiegała Linia Maginota, zresztą francuskie tradycje fortyfikowania tych ziem sięgają Ludwika XIV i jego genialnego Vaubena – twierdza w Neuf-Brisch jest wpisana na listę UNESCO.
Marne resztki fortyfikacji Vaubena w Selestat
    Niemcy zamiast wykrwawiać się na fortyfikacjach obeszli je przez Belgię i Francja, która pół roku wcześniej haniebnie zdradziła Polskę, padła równie szybko co Rzeczpospolita. Brytyjski Korpus Ekspedycyjny z podkulonym ogonem ewakuował się z Dunkierki. Jeśli zaś chodzi o wyzwolenie – u nas zamiast Shermanów na cokołach stoją T-34 (nie, żeby zachodnie czołgi nie walczyły na froncie wschodnim – zachodni Alianci czynnie wspierali pierwszego sojusznika III Rzeszy Stalina sprzętem i technologią, parę lat temu z rzeki Warty w mojej Warcie wydobyto pochodzący z takiej pomocy czołg Valentine; okazał się na tyle dobrze zachowany, jest jedną z kilku na świecie jezdnych maszyn tego typu; znaleziono też kanister pełen długo leżakowanego sowieckiego zajzajeru, ale to inna historia). Jak to w jednym skeczu mówił genialny Bohdan Smoleń – może i Amerykanie napadną, ale przeproszą. Alzacja była terenem walk pod koniec wojny, nieraz ciężkich, ale jakoś tak lepiej się zachowała. Może brak kilkudziesięciu lat sowieckiej okupacji też ma jakieś znaczenie.
Symbol sowieckiej okupacji
    A. I Amerykanie nie przywłaszczają sobie Kopernika jak Niemcy.

2 października 2026

Astrolodzy i astronomowie

    Jak wspominałem w poprzednim wpisie, mamy w Polsce, na Podkarpaciu, prawdziwe obserwatorium astronomiczne sprzed 3,5 tysiąca lat.
Góra Zyndrama
    Bądźmy szczerzy – do obserwacji pozornego ruchu Słońca po widnokręgu wystarczy wbity w ziemię kijaszek, gnomon, i drugi, którym na piasku zaznacza się długość cienia owego patyszka. Nie zmienia to jednak faktu, że w pewnym momencie Ludzkość zaczęła delikatnie ów kijaszek modyfikować.
Dość solidnej konstrukcji gnomon w Machu Picchu - Intihuatana
    Czasem wykorzystywano do obserwacji naturalne ukształtowanie terenu, jak w Kokino w Macedonii.
Obserwatorium w Kokino
    Czasem budowano niezwykle skomplikowane struktury, jak opisywane kiedyś przeze mnie na blogu, a nadal nie odkryte przez Teoretyków Starożytnej Astronautyki, stanowisko archeologiczne Chankillo w peruwiańskiej Casmie.
Chankillo w Casmie
    A inne ciała niebieskie? Fakt, widoczne głównie w nocy, ale też obserwowane z olbrzymią zaciętością. Tak jest zresztą do dzisiaj, może to element pareidolii, że dostrzegamy elementy astronomiczne wszędzie gdzie się da. Od linii Ley po nasze kamienne kręgi w Odrach. Będąc na miejscu znaleźć można opis mapy gwiezdnej jaką tworzą gockie kręgi i kurhany, podczas gdy obecne ustawienie tamtejszych kamieni to efekt XIX-wiecznych badań i rekonstrukcji budowli. Ta wiara w astrologię mówi o Ludzkości więcej niż niejedna gruba naukowa książka.
Kamienne kręgi w Odrach
    Co zaś się nocnego nieba tyczy – to wspaniałą miałem z nim przygodę na Południowej Półkuli. Już nie pamiętam, gdzie to było, w dżungli, Andach, czy – to najbardziej prawdopodobna opcja – na pustyni. W każdym z tych miejsc nie było zanieczyszczenia nocnego nieba światłem, ale ta pustynia najbardziej mi tu pasuje. Kiedy zrobiło się już zimno, opadł pył i kurz nocne niebo ukazało się w całej okazałości – z od razu rozpoznawalnym Krzyżem Południa. Dla mnie, człowieka z Północy układ gwiazd był tak obcy, że miało się niemal namacalną pewność przebywania w całkiem obcym świecie, pod niebem innej planety. Totalnie dziwne uczucie – i wcale nie trzeba było zażywać jakichś środków psychoaktywnych.
Garniec z ayahuascą
    Niestety, to dalej był najlepszy ze Światów.
Najlepszy ze Światów
    Kilka razy widziałem zachwycające zjawiska astronomiczne, zaćmienia Słońca (jeszcze nigdy całkowitego), Księżyca, koniunkcje planet, komety, roje asteroidów (i dwa razy zorzę polarną, raz w Sztokholmie, raz w Polsce, ale trudno zaliczyć ją do typowych zjawisk astronomicznych – nie da się jej wyliczyć matematycznie)... Absolutnie jestem w stanie zrozumieć, że wywoływały one fascynację u wszystkich ludzkich grup (słynna scena z Faraona się kłania), do tego stymulowały rozwój matematyki, geometrii i historii. Na dodatek najbliższe nam ciało niebieskie – Księżyc – miało całkiem realny wpływ na ludzi. I nie chodzi o pływy morskie. Składamy się w 70% z wody, grawitacja działa. W niektórych kulturach zbrodnie popełniane w czasie pełni były sądzone łagodniej. A skoro jedno ciało oddziaływuje, to metodą magii sympatycznej i inne – i powstaje nam astrologia. Raczej zabobon niż przedbobon, ale wspaniale pomagająca opisywać Świat i mocować w nim Człowieka. Rozwój religii abrahamowych nieco podciął wróżbiarstwu skrzydła, ale przecież dalej trzyma się mocno. Czasem nawet ubiera się w naukowe szaty, jak chociażby w temacie zmian klimatycznych, jakże zależnych od aktywności Słońca (dobrze, że nie nawołują – przynajmniej bezpośrednio – do krwawych ofiar z ludzi). Sama nauka, stymulowana przez religię (głównie chrześcijaństwo) też zadała straszny cios tradycyjnemu postrzeganiu Świata. Pisałem już na blogu jaka to była katastrofa z tym Galileuszem, ale przecież nie był jedyny.
Zaćmienie Słońca AD 2026
    Tak zwany przewrót kopernikański też pomógł zmienić astrologię w astronomię. Swoją drogą Kopernik, prosty chłopak z Torunia renesansowy polihistor, jeden z najwybitniejszych naukowców swojej epoki, jest też najwybitniejszym polskim (i tu larum podnoszą Czesi i Niemcy; wszak niemieckojęzyczna rodzona Koperników pochodziła ze Śląska, kraju Korony Świętego Wacława, wuj i promotor uczonego, biskup Watzenrode też był Niemcem) astronomem wszech czasów. Warto jeszcze wspomnieć o gdańskim piwowarze Janie Heweliuszu, badaczu nieba któremu zawdzięczamy gwiazdozbiór południowego nieba Tarczę Sobieskiego (oznacza to, że nasz król lepiej jest reprezentowany memoratywnie na nieboskłonie niż we Wiedniu; przyznaję, że nie rozpoznałem tegoż obserwując gwiazdy poniżej równika). I o Aleksandrze Wolszczanie. Ten akurat żyje (studiował w Toruniu na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika), odkrył pierwsze pozasłoneczne planety (ciekawe, jak bardzo obce mają niebo), niestety z takim nazwiskiem, niewymawialnym dla inostrańców (ależ ta nasza mowa jest cudna) trudno mu być tak popularnym jak Kopernik.
Konkatedra we Fromborku - miejsce spoczynku Kopernika
    A że Kopernik był popularny w Europie niech zaświadczy pewne spotkanie, które miało miejsce – z moim udziałem – w potężnej strasburskiej katedrze. Żeby jednak nie przeciągać wpisu będzie o nim za tydzień.
Katedra w Strasburgu
    Tymczasem – gdyby ktoś chciał odwiedzić naszych astronomów – Jan Heweliusz spoczywa na dnie morza w Gdańsku, a Mikołaja Kopernika po wieluset latach znaleziono w grobie pod posadzką obronnej konkatedry we Fromborku. Aleksander Wolszczan, jak wspominałem, żyje. I mam nadzieję, że dobrze się ma.

A. Dla purystów językowych: forma astrolodzy z tytułu wpisu jest poprawna. Astrologowie także, ale brzmi ona zbyt poważnie i naukowo.

25 września 2026

Góra Zyndrama

    Kolejny wpis jest w sumie o miejscu mniej więcej porównywalnym wiekowo z kurhanami w Łubnej-Jakusach (o których było przecież tydzień temu), ale by tam się dostać z centralnej Polski z trasy nie zbaczałem – trzeba było odbyć pełnoprawną, kilkugodzinną wyprawę.
Kurhany w Łubnej-Jakusach
    Chodzi o słynną – głównie wśród archeologów i Teoretyków Starożytnej Astronautyki – Górę Zyndrama, jedyny tej klasy znany obiekt z terenów dzisiejszej Polski. Czyli kamienny mur wprost z Epoki Brązu. W Śródziemnomorzu mówi się o takich mury cyklopowe (a o obwarowanych nimi grodziskach na wzgórzach akropole).
Mury cyklopowe Śródziemnomorza - Epoka Brązu w Knossos na Krecie
    Nasz nie jest tak imponujący, zresztą przez wieki łączony był przez miejscową ludność z postacią średniowiecznego rycerza Zyndrama z Maszkowic (herbu – nomen omen, o czym później – Słońce): miał być ów mur pozostałością po zamku możnowładcy. Służył też ów kamienny suchy (znaczy – bez zaprawy wznoszony) mur za rezerwuar materiałów budowlanych, co właściwie nie jest niczym niezwykłym. Kamienie z Góry Zyndrama posłużyć miały do konstrukcji kościoła parafialnego w pobliskim Łącku, miejscu ważnym na kulinarnej mapie kraju.
Kościół parafialny w Łącku, możliwe, że zawierający w swych murach fragmenty muru z Maszkowic
    Proboszcz łąckiej parafii miał – znów według podań, tak zbudowany jest cały świat przecież – w ramach pokuty kazać miejscowej młodzieży za grzeszki i grzechy sadzić śliwy i jabłonie. A że w górskiej kotlinie mikroklimat dla sadów okazał się idealny, drzewka rozwinęły się wspaniale, i galancie rok w rok obradzały owocami. Których przecież się nie przeje. Miejscowi, nauczeni darów Bożych nie marnować, przerabiali nadmiar owoców na bimber. I tak powstała łącka śliwowica, produkt regionalny, przez dziesiątki lat pędzona nielegalnie na pohybel państwowemu monopolowi spirytusowemu. Dziś już wolno (choć i tak jest masa obostrzeń – trudno powiedzieć czy to pozostałość po komunie, czy nadgorliwość nowej, e***pejskiej nomenklatury).
Łącka śliwowica in spe
    Ale zostawmy alkoholizm Autora lokalne trunki, tylko jedźmy z Łącka do Maszkowic – na Górę Zyndrama da się podjechać autem, choć jest wąsko i stromo. Na stanowisko archeologiczne na szczęście nie – trzeba się kawałek przejść po szczytowym plateau. Mija się niewielki pomnik, nieco usyfione miejsce na ognisko i wchodzi się na teren grodziska vel akropolu – dawnym wejściem północnym.
Góra Zyndrama
    Cyklopowy mur miał oryginalnie jakoś ćwierć kilometra, dziś zachowało się go nieco mniej, ale nie otaczał całej osady przybyszów z Południa. Archeolodzy bowiem przebadali już część stanowiska, i stwierdzili, że wioskę założyli goście z Panonii – wtedy jeszcze Panonią nie będącą – z kultury Otomani-Füzesabony. Domyślają się, że była to odległa placówka mająca kontrolować handel dalekobieżny z Północą. Chodziło pewnie o bursztyn, a może krzemień pasiasty. Wytwory ludu tej kultury znaleziono w kurhanach w Łubnej-Jakusach, ale także w Trzcinicy, słynnej Karpackiej Troi (jedna z faz konstrukcji tego grodziska ma być efektem pracy ludu Otomani-Füzesabony; śladu homeryckich pojedynków ani nolanowskich Negroidów nie stwierdzono).
Brama Północna
    Sam mur częściowo został zrekonstruowany, częściowo zaś tylko przez naukowców odkopany.
Pozostałości muru cyklopowego
    Najciekawszym punktem jest (ha, nie bez przyczyny wspominałem o Teoretykach Starożytnej Astronautyki) jest tak zwana Brama Wschodnia.
Brama Wschodnia
    Okazało się, że w sumie funkcjonowała ona tylko w najstarszej fazie istnienia osady, potem ją zamurowano (skoro mur suchy, bez zaprawy, to zastawiono kamieniami). Służyć też miała podobno nie do komunikacji, a obserwacjom astronomicznym. Konkretnie zaś wschodu Słońca. Zresztą niedaleko znaleziono różnego rodzaju artefakty, figurki, tradycyjnie przez archeologów klasyfikowane jako obiekty o znaczeniu kultowym.
Rekonstrukcja Bramy Wschodniej
    Zabawne, że Zyndram z Maszkowic – rodem z Niemiec, choć przecież rycerz polski, pod Grunwaldem walczył w pierwszej linii w chorągwi krakowskiej, na swym wiekopomnym obrazie umieścił do mistrz Jan Matejko – w herbie miał właśnie to ciało astralne. Nie ma przypadków, są znaki (między innymi tak wycyrklowałem, by wpis ukazał się na blogu w okolicach cyklicznego zjawiska astronomicznego jakim jest jesienne ekwinokcjum, w języku gminu znane jako równonoc; idzie jesień).
Zyndram z Maszkowic na robocie
    Po co górozyndramscy osadnicy zadali sobie tyle trudu by obserwować raz w roku – o ile mnie pamięć nie myli, w letnie solstycjum – wschód Słońca przez swoją furtkę? W sumie nie wiadomo – i raczej nigdy się tego nie dowiemy. Można ekstrapolować, że miało to jakiś związek z rzeczami eschatologicznymi, w końcu od tysięcy lat najsolidniejsze konstrukcje wznoszono ad maiorem gloria Dei.
Maszkowicki akropol
    A ruch ciał astralnych po niebie – i dziennym, i nocnym – interesował Ludzkość od zawsze, dopiero Galileusz popsuł przy pomocy lunety całą z obserwacji przyjemność, obdzierając ją z magicznej – boskiej – otoczki.
Zjawisko astronomiczne
    Czy natomiast na Górę Zyndrama warto się wybrać? Odpowiem tak: jazda przez całą Polskę do Maszkowic jest delikatnym przejawem fanatyzmu (ale czego się nie robi dla W. Sz. Czytelników, bułgarską Solnicatę też pro bono publico odwiedziłem, liczne przygody po drodze mając), ale jeśli się jest w okolicy (niekoniecznie li tylko by w Łącku kupić lokalny zajzajer) to warto. Jest to bowiem naprawdę ewenement jeśli chodzi o konstrukcje z Epoki Brązu na północ od Karpat. A w przesilenie letnie można sobie nawet poobserwować wschód Słońca przez zrekonstruowaną Bramę Wschodnią.
Prace archeologiczne

Najchętniej czytane

Włodarze i alkohol

     W poprzednim wpisie było o tym, że Amerykanie może i napadną, ale potem przeproszą. Oraz o promocji (znaczy, nie takiej sklepowej). Am...