Tłumacz

27 lutego 2026

Prawie jak Berlin

    Do cypryjskiej stolicy, Nikozji (przez miejscowych zwaną Lefkozją – zarówno tych greko-, jak i tureckojęzycznych; warto mieć to na uwadze jeżdżąc po wyspie samochodem i spozierając na tamtejsze znaki drogowe – po stronie greckiej pisane w dwóch alfabetach) jechaliśmy od południa, przekraczając niewysokie już w tym miejscu Góry Troodos. Kiedy znaleźliśmy się w najwyższym punkcie trasy przed nami ukazały się Góry Kyreńskie i kotlina, w której położone było to starożytne miasto. Czy może dwa miasta. Dwie stolice: Republiki Cypryjskiej i uznawanej tylko przez Turcję Tureckiej Republiki Cypru Północnego. Obejrzeć mogliśmy też wyrysowaną na zboczach – w otoczeniu patriotycznych tureckich napisów – olbrzymią flagę Cypru Tureckiego. Trwała tam jako kpina z Greków oraz – o czym pisałem – symbol tureckiego nacjonalizmu i potęgi.

Flaga Cypru Północnego górująca nad Nikozją

    Od razu mówię – na chwilę obecną po północnej stronie linii demarkacyjnej z 1974 roku byłem tylko w Nikozji, więc wciąż nie udało się odwiedzić Famagusty z gotycką katedrą koronacyjną królów Jerozolimy na wygnaniu, opuszczoną dzielnicą Warosia czy fortyfikacjami znanymi z dramatu Otella (tak, tak, ów Maur w weneckiej służbie Desdemonę udusił właśnie na Cyprze) czy malowniczej Kyrenii. O średniowiecznych zamkach czy antycznych stanowiskach archeologicznych nawet nie ma co wspominać. Tym bardziej, że na stronie południowej też jest ich całkiem sporo. Tak więc wypada kiedyś na wyspę – trzecią pod względem wielkości na Morzu Śródziemnym – wrócić. Jak Bóg da, a partia pozwoli.

Cypryjski landszafcik

    Po co pchałem się na turecką stronę? Skoro nie zobaczyłem przerobionej na meczet katedry świętego Mikołaja w Famaguście, ujrzeć chciałem podobną świątynię, tym razem miejsce koronacji średniowiecznych królów Cypru (a było królestwo to pokłosiem wypraw krzyżowych, templariuszy i joannitów hasało tu ich całe mrowie, zresztą świeckich krzyżowców także), dziś również zbisurmanioną. A linia podziału miasta przez otoczoną potężnymi fortyfikacjami nikozyjską starówkę przebiegała w taki sposób właśnie, że katedra świętej Zofii (Hagia Sophia, ha!) - zwana meczetem Selima (jak w Edirne normalnie) – leżała na północnej stronie. W południowej części miasta stoi dziś nowa, bo XVII-wieczna prawosławna katedra świętego Jana Teologa przerobiona z dawnej klasztornej kaplicy benedyktynów. Ale o świątynnym recyklingu dopiero co było, więc nie ma sensu się tu powtarzać.

Dawna katedra św. Zofii

    Jak wygląda Nikozja? Jak wspominałem, jest otoczona fortyfikacjami z czasów panowania włoskich kupców (Najjaśniejsza Republika Świętego Marka, no bo kto inny finalnie wyspę mógł przejąć? Choć trzeba przyznać, że w czasach wypraw krzyżowych pozostałe republiki morskie, Piza czy Genua, też miały tu faktorie) a wypełniona budowlami z czasów osmańskich oraz trwającej od drugiej połowy XIX wieku brytyjskiej okupacji (są też bezpłciowe nowe budynki niestety). Może trochę przypomina Vallettę na Malcie, ale jest mniej barokowa. No, prawie wcale w sumie.

Stare miasto w greckiej Nikozji

    W sumie – mówimy tu o części greckiej – takie europejskie miasto. Południowoeuropejskie. Mimo, że geograficznie bardzo w Azji – z Cypru do Turcji jest jakieś 60 kilometrów, do wybrzeży Syrii i Palestyny niewiele więcej. Ale nie widać tu lewantyńskiego kolorytu – chyba, że weźmiemy pod uwagę starszych panów siedzących na zydelkach i rypiących w tryktraka.

Poważna rozgrywka w tryktraka

    Greckie cerkwie, niczym żywcem przeniesione z kontynentalnej Grecji pokazują, że koncepcja enosis, zjednoczenia (jeden z powodów tureckiej inwazji na wyspę w latach 70-tych) nie była li tylko wyssaną z palca mrzonką, a mającą spory sens koncepcją (choć do Macierzy 700 kilometrów).

Cerkiew w greckiej Nikozji

    Nagle to europejskie miasto kończy się ustrojonym w drut kolczasty murem (często wykorzystuje on opuszczone budynki) – i musimy przedostać się do strefy tureckiej. To znaczy: nie musimy, ale skoro już jesteśmy, i mamy dokument tożsamości, to możemy (a dokument taki będąc na Cyprze mieć musimy – państwo nie należy do strefy Schengen; do Unii E***pejskiej należy niestety). Przejście graniczne jest skromne, nie rzuca się w oczy tak, jak słynny berliński checkpoint Charlie. Ale i waga miasta niższa jest niż onegdaj podzielonego Berlina.

Berliński Checkpoint Charlie jako atrakcja turystyczna

    Trzy kroki po przekroczeniu linii demarkacyjnej zaczyna się zupełnie inny świat. Orient, znaczy się. Nieco senne uliczki południowej Nikozji zamieniają się w typowy turecki bazar, gdzie przechodzień agresywnie nagabywany jest przez sklepikarza (sprzedawcy po stronie greckiej zdają się klienta traktować niczym intruza chcącego brutalnie przerwać im sjestę i proces kontemplowania życia). Pojawiają się typowe tureckie kebaby i herbata w charakterystycznych dzbanuszkach (słodka i turecka, po stronie greckiej łatwiej dostać brytyjską z mlekiem).

Bazar uliczny
Troszkę dalej od przejścia granicznego - spokojniej

    Znikają cerkwie, a pojawiają się meczety.

Meczet Araba Ahmeda Paszy

    Oraz wspaniałe osmańskie karawanseraje. Coraz częściej te hany zostają też odrestaurowane – przez wiele lat stały opuszczone. Po podziale wyspy nikozjańska starówka opustoszała (przesiedlenia ludności; muzułmanie przyjechali na północ, prawosławni na południe; trochę ich zostało w okolicach Rizokarpaso, mieście leżącym na tym półwyspie w kształcie ogonka, Karpaz), do tego – i była to świadoma polityka rządu w Ankarze, najechało tu sporo osadników z kontynentu (cóż, nie tylko z powodu podziału Nikozja przypomina Berlin, gdzie jak wieść gminna niesie, stoi Turek na każdym rogu), dla których zabytkowa tkanka miejska nic nie znaczyła.

Buyuk Han - Wielki Zajazd
Kumalcilar Han

    Jedno miasto – dwa światy. Nie wiem, czy jest między nimi sto metrów (przypomina mi się książka Miasto i miasto Chiny Mielville'a, dziwnie pisze, ale pomysł fajny), chyba nie ma. Poza Nikozją zdemilitaryzowana strefa zamknięta bywa całkiem szeroka, ale tu, w centrum nieraz jest na szerokość kamienicy. Bedekery piszą, że Nikozja nie jest miastem rzucającym na kolana, i jeśli ktoś nie ma czasu, a zwiedzał część północną to wielkiej krzywdy nie uczyni odpuszczając stolicę. Chyba, że, tak jak ja, Cypr Północny odpuszcza. Wtedy warto, zwłaszcza by zobaczyć ową różnicę kulturową. Cóż, może tak być, nie neguję. Choć mimo wszystko nie tak czy siak nie rezygnowałbym z wizyty, choćby tylko dla tej gotyckiej byłej katolickiej katedry Mądrości Bożej. Tak mi się spodobała, że chyba uczynię o niej osobny wpis.

Meczet Selima czyli katedra

    Podejrzewam, że te renowacje zrobiono głównie pod turystów – by chętniej zostawiali dukaty na północnej stronie wyspy. Która, gdy tylko wyjdzie się poza centralny bazar i osmańskie hany sprawia wrażenie dużo biedniejszej i bardziej zdewastowanej. Zamiast banków mamy warsztaty samochodowe. A weneckie fortyfikacje obudowywane są nie wieżowcami i pasażami, a lepiankami i uprawnymi polami.

Wenecka fosa po stronie greckiej...
...i po stronie tureckiej

20 lutego 2026

Miedź i miłość

    Kto nie ma miedzi ten na tyłku siedzi siedzi – jak mawia stare chińskie przysłowie (czasem odnoszę wrażenie, że Konfucjusz dla Dalekiego Wschodu to raczej Paulo Coelho niż Sokrates; choć Chiny Ludowe ufundowały na ateńskiej agorze pomnik Konga Fuziego prowadzącego z tym ostatnim dyskusję filozoficzną, tak w ramach globalnej ekspansji kulturowej; i tak, wiem, powiedzonko o miedzi nijak się z Konfucjuszem, a ten z tematem wpisu, nie wiąże, ale tak w ramach koncepcji sliva rerum sobie wtrącam, raz, bo mogę, dwa ku przestrodze przed azjatycką potęgą, trzy, bo pokazuje jak my nie umiemy w autopromocję – chociażby remontując Warszawę w czasie Konkursu Chopinowskiego). I zasadniczo ma rację. Może i aurum et argentum nihil me est, ale miedziak w trzosie zawsze jakiś znaleźć się powinien. Tym bardziej, że to miedź – a nie któryś z wymienionych metali szlachetnych – pchnęła cywilizację (nie tylko naszą, chińską też) bardzo mocno do przodu. Złoto bowiem – choć łatwe w obróbce – nadaje się tylko do jakichś układów scalonych i na ozdoby, a w neolicie występowały tylko te pierwsze (chyba, że jest się Teoretykiem Starożytnej Astronautyki, to wtedy nie).
Złoto i inne metale z grobowca kultury Varna
    Miedź, niemal równie łatwa w obróbce, była jednak trwalsza, i oprócz ozdób oraz – jak mawiają archeologowie – przedmiotów prestiżowych można było zacząć wytwarzać przedmioty bardziej użytkowe (maczugi, dzidy, strzały). Rozpoczynał się chalkolit, a już za chwilę...
Miedziany import z grobowca kultury pucharów lejkowych - z żalka kujawskiego, znaczy się
    A już za chwilę wystartowała Epoka Brązu – ten najważniejszy stop w dziejach ludzkości całkowicie zmienił oblicze Ziemi. Z brązu można było robić dosłownie wszystko (maczugi, dzidy, strzały – ale lepszej jakości). Mało tego – punktowe jeno występowanie tego metalu (oraz cyny, która brąz współtworzy) wymusiła rozwinięcie się kilka tysięcy lat temu sieci handlowej sięgającej od Afganistanu po Słupy Herkulesa (a pewnie i dalej – z Chin do Kornwalii). Maskę grobową Tutenchamona zdobią wszak kamienie z Azji Środkowej. A cyna do Śródziemnomorza szerokim strumieniem wędrowała z gór Persji i Afganistanu. Miedź występowała u nas bardziej powszechnie. U nas – w znaczeniu w basenie Morza Śródziemnego – niezwykle bogatych złóż Lubina i Polkowic w Starożytności nie znano. Ba, gdyby wiedziano o nich przed II Wojną Światową tereny pogranicza Dolnego Śląska i Łużyc – stawiam diamenty przeciwko orzechom – za Chiny Ludowe nie trafiłyby w granice Rzeczypospolitej. Na szczęście nie znano, i dziś możemy być jednym z największych producentów miedzi na Ziemi, a KGHM przejęła złoża i kopalnie także na innych kontynentach.
Kaplica - pozostałość zamku w Lubinie
    Miedź bowiem do dziś jest cenna – i nie trzeba być złomiarzem by to wiedzieć. W Starożytności, wracając do przerwanego wątku, nie dość, że była wartościowa, to jeszcze kulturogenna. A głównym miejscem występowania rud tego metalu we wschodniej części basenu Morza Śródziemnego była kraina zwana Alasziją: ważny punkt w międzynarodowej sieci handlowej, znana z zapisów egipskich, hetyckich czy ugaryckich. Zapewne też u Minojczyków, ale pisma linearnego A nikt jeszcze nie odczytał.
Pismo linearne furda - konia z rzędem temu, kto odczyta Dysk z Fajstos
    Złoża miedzi były tak olbrzymie, że dziś nazwa owej krainy ściśle powiązana jest z nazwą miedzi – choć nie polską. Jak wiedzą wszyscy nie wagarujący na chemii metal ten w układzie okresowym ma skrót Cu – od cuprum łacińskiego. A nazwa ta pochodzi (albo odwrotnie) od miana Cypru, trzeciej największej wyspy Śródziemnomorza.
    Może poetycko zwiemy dziś Cypr Wyspą Afrodyty, Wyspą Miłości (wszak bogini ta miała się u wybrzeży wyspy – z braku lepszego słowa – narodzić), ale powinniśmy Wyspą Miedzi. Co w sumie nie stoi ze sobą jakoś w sprzeczności, ba, właściwie to bardzo często bogactwo sprzyja szczęściu w miłosnych podbojach. Taka już nasza ludzka natura.
Skała Afrodyty, postulowane miejsce narodzin Kyprydy
    Z racji bogactwa miejsca za wiele pamiątek po Alasziji się nie zachowało, przykryły je kolejne tysiąclecia ludzkiej działalności.
Jeden z tak zwanych Grobowców Królewskich z okresu hellenistycznego
    A miedź? Nadal jest na wyspie wydobywana, choć w niewielkich już ilościach – pewnie dlatego nasze KGHM nie zainteresowało się kopalnią w Skouriotissie. Innym powodem może być to, że od 1974 roku wyspa jest podzielona na Republikę Cypru i nieuznawany Cypr Północny, a linia demarkacyjna przebiega w pobliżu owych złóż (biegnie też przez stolicę, niczym przez jakiś Berlin). Poza tym wydobywa się tu także nieco innych minerałów, ciut złota, piryt (złoto głupców) czy azbest. Niedawno na szelfie odkryto złoża ropy i gazu, więc może ktoś im tam wprowadzi jaką demokrację czy inną wolność.
Nieczynna cypryjska kopalnia azbestu w górach Troodos
    A. I zapomniałbym o soli – dziś, podobnie jak przed wiekami, uzyskiwana jest z wielu słonych jezior. O tej jadalnej skale na blogu rozpisywałem się wielokrotnie przecież.
Słone jezioro z flamingami koło Limassol i brytyjskiej bazy wojskowej w Akrotiri
    Jak sól to i inne przyprawy – co prawda pieprz tu nie urośnie, bo to tropikalne pnącze, ale widziałem południowoamerykańskie drzewo zwane pieprzowym, z którego pozyskiwany jest ten charakterystyczny czerwony pieprz (inaczej ziarna schinusowe, mają naprawdę ciekawy aromat). Na potęgę za to uprawiano tu niegdyś trzcinę cukrową, stąd i co jakiś czas w krajobrazie można dostrzec ruiny dawnych młynów cukrowych. Ale to już inna opowieść.
Ruiny średniowiecznego młyna cukrowego
    Teraz mieszkańcy wyspy żyją z turystyki (oraz usług finansowych).
Wrak statku Edro III, jedna z nowszych atrakcji turystycznych Cypru

13 lutego 2026

Polska w Azji

    Polacy odwiedzają Stambuł od setek lat. Kiedyś w celach handlowych (w czasach sowieckiej okupacji po złoto i skóry, w czasach I Rzeczypospolitej jako niewolnicy z Dzikich Pól sprzedawani na sułtański dwór przez żydowskich kupców) i politycznych (walczyliśmy ze sobą od XV wieku przecież, Władysław Warneńczyk może tego nie lubić, Jan III Sobieski wręcz przeciwnie), dziś raczej turystycznie – by poznać delikatny koloryt Orientu i blisko dwa tysiące lat historii miasta.
Punkt dowodzenia Murada II w czasie potrzeby warneńskiej - technicznie tracki kurhan
    Z racji naszych kontaktów oba imperia, i Rzeczpospolita, i Wysoka Porta, nieco się do siebie upodobniały, zwłaszcza w dziedzinie nazwijmy ją militarną. O tym wschodnim dziedzictwie Polski nie mówcie tylko tenkrajowcom i uniopejczyków, oddających bałbochwalczą cześć Unii E***pejskiej, spadkobierczyni myśli Karola Marksa Wielkiego (który na naszych ziemiach w porównaniu z Kościołem Katolickim i walkami na Wschodzie praktycznie nie odcisnął żadnego piętna).
Turecki żołnierz, a prawie jak nasz
    W dawnej stolicy Osmanów polonicum jest zresztą dużo więcej. Od planu zdjęciowego jednego z odcinków Stawki większej niż życie po miejsce śmierci pewnego prostego chłopaka z Zaosia koło Nowogródka, który został był Wieszczem Narodowym.
Zaosie koło Nowogródka - rekonstrukcja dworu Mickiewiczów
    Ewenementem jest też położona na dzisiejszych azjatyckich przedmieściach Stambułu wioska Polonezköy. Nazwa ta znaczy dosłownie Polska Wieś – nie bez przyczyny. Powstała jako Adampol (na cześć założyciela, Adama Czartoryskiego), który za zgodą sułtana w roku 1841 zakupił rękami Michała Czajkowskiego w tych małoazjatyckich górach odrobinę ziemi i osadził tu grupę polskich kolonistów. Miał to być taki substytut Polski w czasach gdy ta opuszczała mapy, a zgodnie z wolą zaborców miała także zniknąć z ludzkiej pamięci. Jak wiemy, nie udało się to (przynajmniej w dużej mierze), ale to inna historia. Na razie wracamy do Azji, gdzie książę Czartoryski zakłada katolicką enklawę w muzułmańskim imperium (pierwszą chatę księża lazaryci wyświęcają w marcu Roku Pańskiego 1842). I enklawa to przetrwała do dziś.
Polska ziemia w Azji
    Nie będę ukrywał, że zawsze wzrusza mnie wizyta w takich miejscach. Na Cmentarzu Orląt Lwowskich (obecnie pod wrażą okupacją) za każdym razem wzruszenie ściska mi krtań i odejmuje mowę.
Orlęta Lwowskie na Łyczakowie
    W innych miejscach zazwyczaj czuję dumę z bycia Polakiem.
Nagrobek - państwowo ufundowany - twórcy peruwiańskich uczelni technicznych na Cmentarzu Centralnym w Limie
    W Polonezköy mam pół na pół. Ale cudownym uczuciem jest spotkanie tu na ulicach ludzi płynnie mówiących po polsku. Żadne tam bełkotliwe zawodzenie a la Dżoana Krupa i jej slyperskeczyn. Piękna polska mowa wyrosła w tureckojęzycznym otoczeniu. Miejscowi mówią o sobie Turcy polskiego pochodzenia (nasi podlascy Tatarzy przedstawiają się jako Polacy o tatarskich korzeniach; żyją w obcym środowisku dużo dłużej, stracili więc swój język) ale nadal utrzymują serdeczny kontakt z pierwszą ojczyzną. Spotkana kiedyś stateczna niewiasta z rodziny Hyży (jeden z rodów pierwszych osadników) z dumą pochwaliła się studiującą w Polsce córką. Spora część mieszkańców wioski nadal wyznaje katolicyzm, w czym pomaga niewielki kościółek (bardziej imponujący niźli tamtejszy meczet). Sama rodzina Hyży doczekała się także niewielkiego muzeum, znanego jako Dom Cioci Zosi. Ta typowa polska wiejska chata jest obowiązkowym punktem wizyt polskich turystów. Pokazuje historię osadnictwa, oraz stanowi izbę pamięci. Na jednej ścianie wiszą też twórcy nowożytnej Polski i Turcji – Marszałek Piłsudski i Mustafa Kemal Pasza czyli Atatürk. I tak, wiem, że Józef Piłsudski był tylko jednym z twórców Niepodległej, ale został twarzą marki. Nie deprecjonujmy tego. Swoją drogą brat Marszałka ocalił przed zagładą i zapomnieniem naród japońskich Ajnów. Ale do rzeczy – dom należący od Zofii Hyży przez wiele lat stał w niezwykle zapuszczonym ogrodzie. Nie da się ukryć, że wyglądało to tak średnio. Oto jednak w zeszłym roku wszystkie te chynchy wykarczowano i wygląda na to, że w końcu wzięto się na poważnie za to miejsce. Dziś chałupę widać z głównej drogi biegnącej przez wieś.
Skryty domek i chynchy
Muzeum Cioci Zosi po karczunku (widok z 2025)
    Jest to o tyle istotne, że miejscowi dziś nie żyją już – jak na początku – z uprawy roli, a raczej z turystyki. Polonezköy leży bowiem w parku narodowym, do tego ma egzotyczną dla Turków architekturę – po prostu stało się dla mieszkańców Stambułu kurortem. Ba, wieś swego czasu odwiedził sam Mustafa Kemal Atatürk. Podobno twórca Republiki Turcji był pod wrażeniem pracowitości mieszkańców (cóż, nie chcę wyjść na jakiegoś sami-wiecie-kogo, ale dookoła żyją dość leniwi Południowcy) i z dumą zawyrokował, że chciałby, aby wszyscy mieszkańcy Turcji tacy byli, a Polonezköy należy brać za przykład. Zabrzmiało to jak świadectwo jakości dla tureckich nacjonalistów. No, może trochę żartuję, ale tu na domach oprócz tureckich czerwonych flag z półksiężycem i białą gwiazdą wiszą także nasze Biało-Czerwone, i nikt nie robi z tego problemu. Słowo Atatürka jest prawem, na to wygląda.
Kawiarnia "Gospoda" - należąca do rodziny Hyży
Atatürk
    W każdym razie warto – będąc w Stambule – pojechać do Polonezköy. Tam widać naprawdę jak Polska może być ważna (ku zgryzocie wielokrotnie już przywoływanych na blogu ojkofobów). Najważniejsza.

6 lutego 2026

Flaga

    I oto stałem – po raz kolejny przed tym największym z wielkich kościołów Konstantynopola – przed Hagia Sophia. Ubrany byłem odpowiednio, miałem zakryte kolana i ramiona, kobiety do tego musiały mieć zasłonięte włosy (podobnie jak było i u nas przed liberalizacją zasad uczestniczenia we Mszy Świętej; włosy są III-rzędową cechą płciową, atraktantem, a biologii się nie oszuka; jak tu wielbić Boga jak chuć się włącza?). Wszyscy wchodzący ze mną do wnętrza spełniali wymogi formalne, gdy wtem: ochrona cofnęła jedną z pań. O co poszło? Oto na chuście skromnie okrywającej głowę wymalowane były flagi Zjednoczonego Królestwa. No jak to tak? Ktoś wchodzi do narodowego skarbu Turcji (Republika Turecka opiekuje się Hagią Sophią, na stulecie swego powstania zmienili ją z muzeum na powrót w meczet), a tu ktoś eksponuje symbole innego kraju? Skandal. Nie wejdzie. Na nic przekonywania, pani musiała założyć inną chustę, a tą w brytyjskie flagi głęboko schować do torebki. Chociaż chcieli skonfiskować.
Nawa Hagia Sophia - dziś tylko dla muzułmanów
    Barbarzyńcy, ktoś powie. A może – rzecz u naszych rodzimych ojkofobów zupełnie nieznana – dumni ze swojego kraju i jego symboli?
    - Ta flaga – znajoma Turczynka wskazała na olbrzymią flagę Turcji powiewającą na wzgórzach nad Bosforem – mówi wszystkim przybyszom: to nasza ziemia, nasza flaga, nasz kraj. Witamy tu wszystkich serdecznie, ale muszą wiedzieć, że to nasze wszystko.
    Stanowisko dla mnie może i trochę zbyt ostre, ale to tylko dowód na to, że zmiękłem bombardowany tą całą liberalną pseudokulturą. Bo tak naprawdę ma to sens, nawet jeśli jest (bo jest) trochę przerysowane. Szacunek dla flagi, dla własnej ziemi, kraju, powinien być czymś oczywistym. A u nas nie jest – najpierw 50 lat okupacji i wmawiania Polakom przewodniej roli Partii i ZSRS, teraz wysyp tenkrajowców i unijczyków, którzy jak sroka w gnat lampią się w Unię E***pejską. Drodzy moi, niebieska płachta z dwunastoma gwiazdkami (twórca kierował się symbolami maryjnymi, straszna sprawa dla eurosocjalistów - choć jako osoby najczęściej niezbyt lotne mogli się nawet nie zorientować) nie jest żadnym symbolem narodowym, flagą – więc technicznie nie można jej znieważyć.
Marsz Niepodległości z flagami Polski
    Ta duma nie może być jednak przesadzona. Któregoś razu – w czasie studiów – spotkałem Turka z wymiany studenckiej. Pogadaliśmy, wiadomo, jak człowiek z człowiekiem (nie był przyjacielem Kurdów, rzekłbym nawet, że darzył ich nieskrywaną nienawiścią i pogardą – zresztą nami, jako giaurami też lekko gardził; ale alkohol konsumował), w końcu pokazał na mapie satelitarnej (wszyscy wiemy na jakiej) gdzie mieszka. Była to jakaś miejscowość w Jonii zdaje się, na azjatyckim wybrzeżu Morza Egejskiego. Hacjenda jak na tureckich telenowelach, z basenem. A obok, na przylądku nad morzem...
    - O – stwierdziłem – Macie greckie ruiny.
    - One nie są greckie! - oburzył się mój rozmówca – One są nasze! Tureckie!
    No, człowieku! Pomyślałem tak, oczywiście, bo nie wchodziłem w dyskusję, Strasznie się zaperzył. Kiedy Grecy stawiali tamtą świątynię protoplaści mojego rozmówcy żyli jeszcze gdzieś w jurtach na środkowoazjatyckich stepach, i nie jest pewne czy wynaleźli już kumys albo technikę wytopu rud żelaza. Straszna przesada.
Fragmenty ateńskiego Partenonu (w Londynie, no bo gdzie)
    Zresztą sami to doskonale znamy. Liczne grupy etniczne dawnej Rzeczypospolitej na potęgę kradną Polaków i robią z nich własnych bohaterów – prym wiodą chyba Białorusini, którzy za Białorusina uważają każdego, kto kiedyś choćby przejazdem był na terenach dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego (podobnie robią bałkańscy Macedończycy, o czym kiedyś wspominałem na blogu). Jakoś nie mogą zwalczyć kompleksów swojego pochodzenia (ale przynajmniej nie wybierają sobie na bohaterów narodowych zbrodniarzy, jak inni z naszych sąsiadów). Historia wbrew pozorom nie jest sprawą prostą.
Niszczejące dziedzictwo Rzeczypospolitej w Wilnie
    Ale wracając do Turcji – tam nie ma ojkofobii (chyba, że jesteś Kurdem walczącym o powstanie niepodległego Kurdystanu; komunistów-independystów turecka armia mocno spacyfikowała ostatnimi czasy, w zeszłym roku PKK ogłosiła zakończenie działalności; ich lider Abdullah Ocalan odsiaduje dożywocie gdzieś na wyspie na Morzu Marmara), jest olbrzymia duma z bycia Turkiem. Przez setki lat czerpaliśmy nawzajem ze swoich kultur, nie tylko w dziedzinie uzbrojenia, może pora też się czegoś nauczyć?
Turecki rekonstruktor historyczny, a piękny jak husarz bez skrzydeł
    Choć oczywiście nie bierzmy niczego bezkrytycznie, jak ojkofobii z Unii E***pejskiej. Miejmy swój rozum, nie ma co hodować jakichś Szarych Wilków, jeszcze jakiegoś papieża by zastrzelili. Ale uczmy się, do jasnej ciasnej, tej dumy. Jak samo siebie nie będziemy szanować, to nikt nie będzie. A Turcja, stworzona przez Mustafę Kemala Paszę, Atatürka, jest szanowana na arenie międzynarodowej.
Atatürk
    I nie boi się wyrażać swoich opinii. Ani stanowiska.
Flaga Tureckiej Republiki Cypru - nieuznawanej międzynarodowo - górująca nad Nikozją ku zgryzocie greckich mieszkańców wyspy
    Gdy zaś jacyś politycy zaczynają coś kręcić wchodzi armia i bierze – niczym Marszałek Piłsudski w 1926 roku naszych polityków – rozbestwione towarzystwo za mordy. Ech. Absolutyzm oświecony.

30 stycznia 2026

Wandal w Hagia Sophia

    I oto stałem – po raz kolejny przed tym największym z wielkich kościołów Konstantynopola – przed Hagia Sophia.
Kościół Mądrości Bożej
    Nie był to ani najstarszy tego typu gmach, ani jedyny pod wezwaniem Mądrości Bożej. Był za to największy – i znów – podobnie jak Mała Hagia Sophia – był meczetem. Zgadza się, w Stambule jest druga Hagia Sophia, równie starożytna jak bohaterka mojego wpisu. Rzadko kiedy jest jednak odwiedzana.
Mała Hagia Sophia z czasów Justyniana Wielkiego
Wnętrza dawnego kościoła
    Częściej turyści zaglądają do Hagia Irene, Kościoła Bożego Pokoju. Leży on na terenie sułtańskiego pałacu Topkapi, nigdy nie był meczetem (więc i nie ma muzułmańskich przybudówek, jak obie Hagie Sophie), niestety wewnątrz jest dziś bardzo ubogi. I tak jednak spotkał go lepszy los niż Kościół Wszystkich Świętych. Z cesarskiego mauzoleum pozostało dziś zaledwie kilka porfirowych (cesarz nie tylko w purpurze się rodził, ale i umierał – a taki kolor ma ten kamień) sarkofagów oraz nieliczne ruiny w okolicach sułtańskiego meczetu Mehmeta Zdobywcy,
Kościół Pokoju Bożego
Wnętrze Hagia Irene
    Sam Mehmet, kiedy wkroczył do Hagii Sophii miał – według legendy – zakazać zniszczenia kościoła. Owszem, przekształcono go na meczet, ale wspaniałe bizantyjskie mozaiki przykryto zaledwie warstwą tynku – chroniąc je przed islamskimi radykałami. Sam wkraczając do Hagia Sophia (ponownie meczetu) byłem oniemiały wspaniałością budowli.
Nawa Kościoła Mądrości Bożej
    O historycznym ciężarze miejsca nie wspominając nawet.
Omphalos czyli pępek świata - miejsce koronacji cesarzy bizantyjskich
    Obecnie sprawa wygląda tak, że abym znów mógł wkroczyć do olbrzymiej nawy muszę się zbisurmanić – czyli przejść na islam. Od kilku lat parter budowli – meczetu – jest bowiem zamknięty dla giaurów. Do tego muzułmanie nie-Turcy mogą wchodzić tam tylko w porze modlitwy. Wstęp tam nadal jest też darmowy (pomijając obostrzenia narodowo-religijne). Wszyscy inni mogą wejść tylko na piętro – świeżo odremontowane – za to płatne. Zdaje się, że ponad 20 euro. I na to piętro właśnie chciałem się dostać.
Nawa Hagii Sophii współcześnie
Rekonstrukcja dawnego wyglądu kościoła
    Skracając opowieść (a raczej przenosząc ją na następny wpis) wcale to takie łatwe nie było. Nie wystarczyło mieć biletu i odpowiedniego ubioru (wszak to nadal meczet), ale udało się. Zanurzyłem się w mrok tunelu, następnie po licznych schodach począłem wdrapywać się na piętro. Balkony Hagii Sophii są naprawdę wysoko. Ciekawe ilu cesarzy, patriarchów czy notabli wcześniej pokonywało tę klatkę schodową? Może setki, może żaden. Kroczyłem w milczeniu. I nie, nie czułem się jak tytułowy wandal. Ani Wandal – choć może jakiś się tu zaplątał, wszak Justynian Wielki odpowiadał i za budowę Hagia Sophia i za likwidację wandalskiego królestwa w północnej Afryce (a od Wandalów Mistrz Kadłubek ród Polaków wywodzi, c'nie Turbosłowianie). No dobra, trochę czułem się jak barbarzyńca. Zwłaszcza gdy wkroczyłem na balkony, pokryte wspaniałymi mozaikami sprzed setek – żeby nie powiedzieć: całego tysiąca – lat.
Droga na balkony Kościoła Mądrości Bożej
Cuda Kościoła Mądrości Bożej
    Wandalem pewnie nie czuł się też ów niewidomy wenecki doża, Henryk Dandolo. Tak, ten, który patrząc ino interesu Najjaśniejszej Republiki Świętego Marka zmusił krzyżowców do zdobycia Konstantynopola. Na pomysł grabieży wpadli pewnie sami, trzeba było Wenecjan spłacić w końcu, a zachodnie rycerstwo z zasady groszem nie śmierdziało. Cóż, Grecy i Łacinnicy od dawna robili sobie wzajemne masakry, nihil novi sub sole. Doża Dandolo spoczął w grobowcu na balkonie Kościoła Mądrości Bożej.
Grób zdradzieckiego doży
    Ale to właśnie ów wandal ciągnął mnie na balkony Hagii Sophii. I to wandal z tych najbardziej wandalskich – mianowicie Norman, przedstawiciel Gwardii Wareskiej. Otóż 1000 lat temu cesarze bizantyjscy chcąc wyplatać się z (tu użyję kalki myślowej i znanego na Zachodzie uogólnienia o Romajach, Grekach z Bizancjum) sieci bizantyjskich intryg i skrytobójstw poczęli otaczać się całkowicie niegrecką strażą przyboczną złożoną z – znów kolokwializm – Wikingów. Najczęściej byli to Waregowie podróżujący ze Szwecji przez Ruś, ale trafiali się też Dunowie czy Norwegowie. Harald Haardraade, poległy w 1066 roku król Norwegii (pomagał wprowadzić Bezpryma na tron w Gnieźnie) czy przedstawiciel dynastii z Wessexu Edgar II Aetheling, też pracowali jako najemnicy dla cesarza. Teoretycznie była to dość niewymagająca dla wojownika robota, ale kiedy cesarz zasiadał w swojej loży na balkonie w Hagia Sophia w czasie wielogodzinnego nabożeństwa... Biedny poganin musiał nudzić się jak mops. I wygrawerował na balustradzie – wtedy mającej już jakieś pół tysiąca lat – swoje imię. Reszta napisu do naszych czasów się nie zachowała. Piękna sprawa. Warto było wydać te dukaty by zobaczyć ten akt wandalizmu. Zresztą, żeby to był to ktoś sławny, a to jakiś zwykły Halfdan zabijaka, zbijający bąki na służbie. Bardzo polecam (dlatego zamiast autografu owego Warega wrzucam zdjęcie wandalizmu popełnionego przez kogoś bardziej znanego – i dużo później; wikińskie graffiti zobaczcie sami, organoleptycznie).
Lord Byron też był wandalem - autograf z piwnic zamku Chillon
    Nie wiem też, czy dla człowieka z Europy jest na Świecie budynek bardziej godny zobaczenia (oczywiście znajdą się malkontenci, że tam tłok, że wszyscy to oglądają, to ja nie – a niech wam wprowadzą komunizm, kochani, za takie gadanie). Dla przedstawicieli kultury islamu zresztą też – to Hagia Sophia była wzorem dla meczetów i innych muzułmańskich budowli (Tadź Mahal nie wzięło się znikąd). Wystarczy porównać dzieła Sinana z położonym niedaleko Kościoła Mądrości Bożej jednym z pierwszych osmańskich meczetów, wzniesionym tuż po zajęciu miasta. Kolosalna różnica.
Osmańska architektura sprzed fascynacji Kościołem Mądrości Bożej
Najważniejsze dzieło Sinana, wzorowane na Hagia Sophia
    Tak więc żeglować do Bizancjum i wchodzić do Hagii Sophii – choć, jak zaraz opowiem, wcale nie jest to proste. I nie chodzi o to, że może nie być biletów (najlepiej zamówić on-line, krócej się w kolejce stoi).

Najchętniej czytane

Prawie jak Berlin

     Do cypryjskiej stolicy, Nikozji (przez miejscowych zwaną Lefkozją – zarówno tych greko-, jak i tureckojęzycznych; warto mieć to na uwa...