Tłumacz

13 marca 2026

Cypr podzielony

    Dopiero co było o Nikozji, znanej jako ostatnia podzielona stolica na Świecie, więc bezsensownie jest jeszcze raz pisać o tym, że 37% wyspy w odpowiedzi na koncepcję enosis, zjednoczenia z Grecją, opanowali Turcy i od 1974 jest osobnym bytem jako Turecka Republika Cypru Północnego (każdy powie, że to państwo nieuznawane na arenie międzynarodowej, ale skoro Turcja uznaje – no to jest uznawane). W poprzednim wpisie wspominałem jeszcze o brytyjskich bazach wojskowych (kontrola nad szlakami morskimi biegnącymi w stronę Kanału Sueskiego było jednym z powodów przejęcia Cypru przez Zjednoczone Królestwo w drugiej połowie XIX wieku) w Akrotiri (tak samo się nazywa wioska i stanowisko archeologiczne na Santorynie) i Dhekelii.
Ulice podzielonej Nikozji
Brytyjskie flamingi na Cyprze
    Tak więc Cypr jest podzielony – co w sumie nie jest niczym nowym, gdy tylko wyspa była niepodległa zawsze (no prawie – wyjątkiem jest panowanie Lusignanów (Luzynianów po naszemu); w sumie na upartego można by je jednak potraktować jako okupację wyspy przez krzyżowców) dzieliła się na wiele mniejszych państewek.
Obronny dwór Luzynianów
Zamek joannitów w Kolossi
    A zamieszkana jest od dawna. Od bardzo dawna. Pierwsi mieszkańcy przybyli tu w czasach sprzed wynalezienia rolnictwa – i przywieźli dziki, w zamian wybijając miejscowe karłowate słonie i inne hipopotamy. Jakieś 10 tysięcy lat temu. Ich śladów nie odwiedziłem, za to mającą 7 000 lat wioskę w Chirokitii jak najbardziej. Miejscowi zrobili nawet rekonstrukcję zabudowań używając technik z epoki, ale wygląda to trochę jak betonowe silosy. Wychodzi, że już w neolicie żyto (w znaczeniu, że żyło się, a nie jako jedno ze zbóż, wtedy tam nie znane) w kawalerkach w domach z betonu nie ma wolnej miłości.
Zrekonstruowane domki neolitycznej wioski...
...i zachowane pozostałości
    Potem nadeszła epoka brązu (a ten, jak wiadomo, składa się z miedzi, obficie na Cyprze występującej – i do dziś w śladowych ilościach tu wydobywanej) i ważne miejsce na mapie ówczesnego Świata jako Alaszija. Wyspę w orbitę swoich wpływów wciągali Egipcjanie, Hetyci, Asyryjczycy... Nie wierzę też, że nie zaglądali tu Minojczycy i Mykeńczycy. W końcu znalezione na Cyprze pismo pochodzi od pisma linearnego z Krety (niektórzy mówią o piśmie linearnym C). A przynajmniej jedno z pism.
Cypryjskie pismo
    W epoce Wielkiej Kolonizacji przypłynęli tu Grecy i Fenicjanie – wraz z miejscowymi, Eteocypryjczykami, utworzono wtedy kilka królestw, które zajął dopiero Aleksander Macedoński. Dziś pozostały po nich tylko ruiny, choć na przykład w miejscu takiego Kitionu, miasta Zenona, słynnego stoika, wyrosła dziś Larnaka.
Współczesna Larnaka - tu cerkiew i klasztor wzniesione na grobie świętego Łazarza (na jego drugim grobie, oczywiście)
    Nie na wszystkich jednak, ja odwiedziłem dwa stanowiska archeologiczne (no, trzy, bo jedno podwójne, za to wpisane na Listę UNESCO, podobnie jak neolityczna Chirokitia i kilka średniowiecznych cerkwi w górach Troodos) dawnych stolic cypryjskich królestw. Na tyle dawnych, że w czasach rzymskich były to już normalne miasta. No, właściwie kto widział jakieś rzymskie ruiny w jednym miejscu, ten widział je w każdym.
Odessos - czyli bułgarska Warna
Ruiny rzymskiej wilii w katalońskiej Tossie
    Tu jednak – oprócz malowniczego położenia - swoje zrobiły wspaniale zachowane mozaiki. W Kurionie był to ledwie przedsmak.
Antyczny Kurion
    Nea Paphos – Nowa Pafos (przeniesiona tam w Starożytności, Palea Paphos też jest, i też byłem; współczesne Pafos ma centrum jeszcze gdzie indziej) za to oczarowywuje misternymi podłogowymi mozaikami (restaurowali je także nasi archeolodzy, są na stanowisku odpowiednie adnotacje), pokazując w jakim przepychu żyło się w Starożytnym Rzymie.
Stanowisko archeologiczne Nea Paphos
Mozaiki Nea Paphos
    Oczywiście jak się miało pieniądze, biedni w każdej epoce mieli pod górkę. W każdym razie przepych przepych przepychem poganiał. Wielka szkoda, że nie zachowały się ściany domostw, bo były one zapewne pięknie malowane – zapewne równie frywolnymi wzorami co mozaiki.
Typowa podłoga u rzymskiego bogacza - odkrywana przez polskich archeologów
    O samych królach Cypru z epoki Antyku w sumie nie wiemy zbyt wiele, dalej najpopularniejszym władcą jest mityczny Pigmalion (imię raczej fenickie, Pumajaton), który od Afrodyty dostał w darze ożywioną z marmuru Galateę. W Pafos znajdują się liczne Grobowce Królewskie – ale powstały one w czasach panowania na wyspie greckich Lagidów z Egiptu (Ptolemeuszy, znaczy się), i zapewne są mauzoleami miejscowych i przyjezdnych elit. Wykute w skale w późniejszych wiekach robiły za kamieniołomy, i podejrzewam, że większość z nich się nie zachowała. Pierwszy miejscowy grobowiec jaki spotkałem – niezbyt zachwycający – znajdował się na nieużytku robiącym za wysypisko. U nas nie do pomyślenia.
Ellinospilios - antyczny grobowiec
    Te najznaczniejsze jednak, chronione także przez UNESCO, faktycznie zrobiły na mnie wrażenie.
Hellenistyczno-rzymskie dziedzictwo
Patio jednego z grobowców
Grobowce królewskie
    Owszem, widziałem piękniejsze cmentarze - wszak na blogu opisywałem nabatejską stolicę Petrę, mimo iż semicką w swej istocie to jednak silnie zhellenizowaną, tak jak Cypr, i tak jak on w końcu zajętą przez Rzymian (kilkadziesiąt lat później).
Petra - widok z grobowca na grobowiec
Wnętrze jednego z grobowców w Petrze
    Nie da się ukryć, że Cypr leży nie tylko geograficznie w Azji. W Lewancie. Chociaż przecież jest także europejski, takie Outremer. Piękne pogranicze.
Gotycki meczet na skrzyżowaniu kultur

6 marca 2026

Gotycki meczet

    Pośród licznych – nie tylko antycznych – zabytków Cypru było kilka, które podczas niedługiej, trochę ponad tydzień, wizyty zobaczyć chciałem koniecznie. Pech chciał, że niektóre z nich leżały po tureckiej stronie podzielonej wyspy, a wynajętym po greckiej stronie strach trochę było tam wjeżdżać. Nie, nie dlatego, że było tam niebezpiecznie, albo że kierowcy jeździli z większą swadą niż pełni angielskiej flegmy Cypryjczycy południowi. Po prostu ubezpieczenie nie obejmowało terenów Tureckiej Republiki Cypru Północnego. Do wykupywania osobnej polisy u Turka jakoś nie miałem głowy – ani chęci ni czasu – a na jeżdżenie tak centralnie, na Jana, byłem trochę za stary (o ile możliwy był w ogóle wjazd na północ bez ubezpieczenia – nie mam pewności). Tak więc odpuściłem słynną Famagustę (teraz zwaną Gazimagusą) z jej ufortyfikowanym starym miastem (na cześć szekspirowskiego bohatera, tunezyjskiego najemnika na weneckiej służbie i zarządcy wyspy z ramienia Najjaśniejszej Republiki Świętego Marka część fortyfikacji zwie się zamkiem Otella) i opuszczonym kurortem Varosia i zadowolić musiałem się Nikozją – czyli Lefkosią/Lefkosą – z, jakżeby inaczej, ufortyfikowaną przez Wenecjan starówką. Oba miasta zdobiły też średniowieczne gotyckie katedry. W Famaguście była to świątynia pod wezwaniem świętego Mikołaja, gdzie koronowano wygnanych królów Jerozolimy. W Nikozji, w katedrze pw Świętej Zofii ten sam człowiek zostawał władcą powstałego także w wyniku krucjat Królestwa Cypru.
Dawna katedra
    Swoją drogą w powstaniu tegoż wyspiarskiego państwa maczali palce Ryszard Lwie Serce i templariusze, ale to opowieść na inny raz – pewnie już niedługo. W każdym razie tron zajął francuski ród Lusignanów, pokonany dopiero co w Ziemi Świętej.
Zamek krzyżowców w Kolossi
    Nic w sumie dziwnego, że potężne katedry zbudowano w stylu gotyku francuskiego. Ot, taki przyczółek cywilizacji zachodniej na azjatyckiej wyspie.
Typowa francuska katedra - tu paryska Notre-Dame przed spaleniem
    Bo tam, gdzie dotarł gotyk, tam była Europa.
Opactwo westminsterskie w Londynie
Czarny kościół w siedmiogrodzkim Braszowie
    Niekoniecznie musiały to być kościoły, czy katedry. Ziemia Święta – ale i Cypr – upstrzone są przecież ruinami licznych zamków, z syryjskim Krak de Chevaliers na czele (czy jest on stricte gotycki, to by trzeba historyka sztuki - albo architektury - pytać).
Zamek cesarski w Syrakuzach
Staronowa synagoga w Pradze
Gotycka studnia w katalońskim Blanes
    A sama katedra? Jest tak gotycka, jak to tylko możliwe.
Katedra św Zofii w pełnej krasie
    A i dookoła zachowało się nieco innych budynków z epoki – taki, wypisz wymaluj, zakątek gotycki w Wilnie. Tyle, że starszy o kilkaset lat.
Gotycki dom w Nikozji
    Dziwne wrażenie ten wspaniały gotyk sprawia w zestawieniu z osmańskimi gwarnymi uliczkami, pełnymi sklepików, restauracji i orientalnego kolorytu.
Katedralny minaret i gwarna turecka uliczka
    Minarety dobudowane do świątyni dopełniają tego wrażenia. Jest dziś bowiem czcigodna katedra meczetem, od imienia zdobywcy Cypru Selima (zwanego Pijakiem, syn Sulejmana Wspaniałego wyspę zdobył na Wenecjanach, choć trzeba przyznać, że traktował swe sułtańskie obowiązki z pewną taką dezynwolturą, w końcu życie stracił gdy pijany poślizgnął się w łaźni goniąc jakąś konkubinę i rozbił sobie głowę o kamienny podest) Selimiye Cami – Meczetem Selima, jak w Edirne normalnie. Katedra w Famaguście zwie się dziś meczetem Lali Paszy, więc zawsze można było trafić gorzej.
Katedra w Królewcu też trafiła gorzej - dziś to sala koncertowa
    Wraz z upadkiem Cypru w drugiej połowie XVI wieku katedra straciła też cały wystrój malarsko-rzeźbiarski. W stambulskiej Hagia Sophia Mehmet Zdobywca kazał ukryć i zachować wspaniałe bizantyjskie mozaiki, tu łacińskie rzeźby i malunki zostały zniszczone. Wystarczy przyjrzeć się pustemu marmurowemu portalowi wejściowemu.
Gotycki portal katedry
    Albo ascetycznemu wnętrzu (i tak, wiem, u nas gotyckie kościoły też często potraciły średniowieczny wystrój – odpowiadały za to liczne wojny, zastąpił je barok, który na Cypr dotrzeć niemal nie zdołał).
Gotycki warowny kościół na Warmii z barokowymi przybudówkami - konkatedra we Fromborku
    Tylko gdzieniegdzie zachowały się marne resztki bogatego wystroju – w końcu była to katedra koronacyjna władców całej wyspy (a Cypr przez te tysiące lat historii nieczęsto był zjednoczony, dziś zresztą też podzielony jest na trzy części, oprócz wspomnianej greckiej i tureckiej są jeszcze dwie brytyjskie bazy wojskowe, de iure części Zjednoczonego Królestwa).
Dawne wnętrza katedry - pewnie zakrystia
    Przebudowa dystyngowanej katedry na meczet wiązała się z jeszcze jedną sprawą. Oto bowiem tradycyjnie (przedsoborowo) kościół jest orientowany (nie, nie napiszę orientowany na wschód, bo byłby to pleonazm). Znaczy: prezbiterium skierowane jest na wschód, mniej więcej w stronę Jerozolimy (od orientowania budowli odstępowano rzadko – przykładem kościoła odwrotnie orientowanego, tj skierowanego na zachód, jest kościół NMP na poznańskim Ostrowie Tumskim). Meczety także są kierunkowane – pierwotnie Mahomet nakazał kierować je na Jerozolimę, ale kiedy zajął Mekkę i sanktuarium Czarnego Kamienia właśnie Ka'abę uczynił omphalosem muzułmańskiego świata. I od tamtej pory każdy meczet ma mirhab, niszę wskazującą kierunek modlitwy ku Mekce. Osmanowie zajmując katedrę musieli więc wyznaczyć nową oś budowli. A że solidnej gotyckiej konstrukcji ruszyć się nie dało wygląda to nieco dziwnie. Oto bowiem mirhab zbudowany jest – zgodnie z kierunkiem nieco bardziej na południe – tak jakby po skosie. I temu nowemu układowi podporządkowany jest nowy, islamski wystrój wnętrza. Nie wiem czy udało mi się to dobrze opisać, chodzi o to, że fizyczne i duchowe ukierunkowanie budowli tworzą pewien dysonans (to żem wyjaśnił). Gryzie to trochę poczucie geometrii. Kąsa, właściwie.
Orientowana nawa i islamskie skosy
    W każdym razie – genialne miejsce, nawet mimo tego obecnego anturażu. Polecam.

2 marca 2026

Podróże w czasach wojen

    Trudno powiedzieć, czy obecnie wojen jest więcej niż dawniej – na pewno w związku z globalizacją dużo więcej i lepiej o nich słyszymy. Dobra, z tym "lepiej" to kontrowersyjne było, rozwój mass-mediów powoduje, że szeroko dostępna jest dezinformacja. Jak śpiewał Salon Niezależnych: świeże groby zawsze wzruszą, niezależnie gdzie kopane; gdy porosną wyjdzie na jaw kto szczuł i co było grane. A że pauperyzacja umysłowa przestrzeni publicznej następuje w postępie geometrycznym górę w ocenie biorą emocje, nie rozum. Stąd współczesne wojny muszą ostygnąć, by można było stwierdzić kto judził, a kto mordował. Z tym, że wtedy nie interesuje to już nikogo. Smutne.
Bliskowschodnia pustynia
    W każdym razie: wojen ci u nas dostatek. Ale o nich nie będę pisał, nie jestem ekspertem od spraw bliskowschodnich (choć kiedyś tam te okolice odwiedzałem, było o tym na blogu, także chyba o konfliktach). O innym aspekcie bieżących wydarzeń chcę wspomnieć, będącym pro maior pars konsekwencją wspomnianej przed chwilą pauperyzacji umysłowej przestrzeni publicznej. Chodzi mianowicie o tak zwanych celebrytów (co to w ogóle za słowo? Bycie znanym z tego, że jest się znanym? Wieniawa, spełniający wszystkie warunki tej profesji był poetą, żołnierzem i lekarzem, a nie influencerem, o mores o tempora). Otóż te nie reprezentujące wiele sobą persony za cel swoich wojaży obrały sobie Dubaj – jeden z wyrosłych na ropie naftowej arabski emirat. Czemu to zrobili – nie wiem. Aczkolwiek się domyślam. Oto tamtejsi szejkowie sporo petrodolarów władowali w uczynienie z tego sztucznego, bo zbudowanego na pustyni miasta celem dla influencerów. Podobno całkiem sporo płacą za promocję. Ich sąsiedzi z innych emiratów także mocno się promują – choćby Abu Zabi (albo Katar z tymi przekupionymi Mistrzostwami Świata w piłkę nożną). Do tego oba nowe miasta zostały hubami przesiadkowymi, jednymi z najważniejszych w tamtej części świata (sam zresztą miałem okazję z nich korzystać). Potomkowie pustynnych beduinów to jednak całkiem obrotni ludzie.
Abu Zabi - miasto fatamorgana
    A że mają pieniądze, to całe miasta skrzą się od blichtru. Takiego w najgorszym wydaniu, bo niezwykle – jak powiedziałaby moja śp Babcia – cygańskiego. Może on zauroczyć tylko jakieś zakompleksione osoby – czyli naszych celebrytów (no, nie tylko naszych, ale inostrańcy mnie nie obchodzą). Owszem, nasi influencerzy (podobnie jak szejkowie znad Zatoki) jeżdżą pokazywać się w miejsca, gdzie bogactwo jest solidne i okrzepłe, do Monte Carlo czy Saint Tropez, ale przesiadują w Dubaju, Czemu? Bo jest taniej (i to sporo mówi o naszych współczesnych bananowcach).
Monte Carlo
    Z racji położenia Zatoka Perska znalazła się niejako na linii frontu między dwoma bliskowschodnimi reżimami, Tu i tam gruchnęły też – głównie na zagraniczne bazy wojskowe – bomby. I nasi patologiczni celebryci podnieśli larum: że nie mają jak wrócić do kraju. Cóż. Otumanieni szejkową propagandą i zwabieni pazłotkami polecieli w niezbyt stabilny rejon Świata. Od wielu miesięcy nasze MSZ ostrzegało przed podróżami po krajach regionu: do Syrii, Palestyny czy innych tamtejszych tworów doszedł ostatnio Iran. No ale kto by słuchał jakichś informacji, interesował się Światem, jak może zdobyć kilka dukatów za polubienia pod postem opublikowanym na dubajskim balkonie? No a teraz lament.
Dzień jak co dzień na Zachodnim Brzegu
    Kilka lat temu znalazłem się w podobnej sytuacji (to znaczny: mnie nie zależało na lajkach), o czym przecież pisałem na blogu. Mimo pełzającej paniki koronawirusowej poleciałem do Ameryki Południowej, do Peru i Ekwadoru – w efekcie tego utknąłem na kilka tygodni na tropikalnej plaży, aresztowało mnie lokalne wojsko i z nudów wypiłem morze rumu. W końcu nasze służby konsularne, mimo strasznych trudności, zorganizowały – we współpracy z ministerstwem i na szczęście nie sprywatyzowanym narodowym przewoźnikiem lotniczym – najpierw zbiórkę Polaków w Limie, potem powrót do domu (zabraliśmy też i kilkoro przedstawicieli dość roszczeniowego sąsiedniego narodu).
Miejsce uwięzienia Autora
    Tak, wiem, sytuacja jest tu zgoła inna, bo służby konsularne i MSZ podobno niezbyt się przejęły swoją rolą – ale jest to efekt występujących co jakiś czas w demokracji wyborów, w części też naszych celebrytów, dość tłumnie zresztą hałłakujących za rządzącą obecnie opcją. Cóż, cytując klasyka można rzec, że ja im wójta nie wybierałem (oni mi tak, ale to inna historia). W każdym razie: w moim wypadku państwo zadziałało. Do tego ja nie robiłem z tego powodu medialnej afery. Ot – wepchnąłem się z własnej i nieprzymuszonej woli w kabałę, trzeba było potem wypić to rozlane mleko (czy jak tam to przysłowie brzmi, zresztą na pochyłe drzewo to i Salomon – żeby pozostać na Bliskim Wschodzie – nie naleje). Także finansowo.
Zbrodniarz, ale i gwarant stabilizacji, gdzieś na ulicy bliskowschodniego miasta
    I teraz ludzie – skrajnie nieodpowiedzialni, a możliwe, że zwyczajnie głupi – robią raban i grają na emocjach, że są uwięzieni, miast ponosić konsekwencje swoich wyborów z godnością. Niechże się W. Sz, Czytelnik na to nie da złapać. I niech pamięta, że każda akcja ma swoje konsekwencje, o czym w tym szalonym konsumpcyjnym Świecie zapominamy. Albo do takiego zapomnienia zmuszani jesteśmy.
    A. Żeby tak nie porzucać tematu Cypru, jaki właśnie jest na blogu (bo ten wpis jest okazjonalny), to rakiety trafiły też w jedną z brytyjskich baz na Wyspie Afrodyty.

27 lutego 2026

Prawie jak Berlin

    Do cypryjskiej stolicy, Nikozji (przez miejscowych zwaną Lefkozją – zarówno tych greko-, jak i tureckojęzycznych; warto mieć to na uwadze jeżdżąc po wyspie samochodem i spozierając na tamtejsze znaki drogowe – po stronie greckiej pisane w dwóch alfabetach) jechaliśmy od południa, przekraczając niewysokie już w tym miejscu Góry Troodos. Kiedy znaleźliśmy się w najwyższym punkcie trasy przed nami ukazały się Góry Kyreńskie i kotlina, w której położone było to starożytne miasto. Czy może dwa miasta. Dwie stolice: Republiki Cypryjskiej i uznawanej tylko przez Turcję Tureckiej Republiki Cypru Północnego. Obejrzeć mogliśmy też wyrysowaną na zboczach – w otoczeniu patriotycznych tureckich napisów – olbrzymią flagę Cypru Tureckiego. Trwała tam jako kpina z Greków oraz – o czym pisałem – symbol tureckiego nacjonalizmu i potęgi.

Flaga Cypru Północnego górująca nad Nikozją

    Od razu mówię – na chwilę obecną po północnej stronie linii demarkacyjnej z 1974 roku byłem tylko w Nikozji, więc wciąż nie udało się odwiedzić Famagusty z gotycką katedrą koronacyjną królów Jerozolimy na wygnaniu, opuszczoną dzielnicą Warosia czy fortyfikacjami znanymi z dramatu Otella (tak, tak, ów Maur w weneckiej służbie Desdemonę udusił właśnie na Cyprze) czy malowniczej Kyrenii. O średniowiecznych zamkach czy antycznych stanowiskach archeologicznych nawet nie ma co wspominać. Tym bardziej, że na stronie południowej też jest ich całkiem sporo. Tak więc wypada kiedyś na wyspę – trzecią pod względem wielkości na Morzu Śródziemnym – wrócić. Jak Bóg da, a partia pozwoli.

Cypryjski landszafcik

    Po co pchałem się na turecką stronę? Skoro nie zobaczyłem przerobionej na meczet katedry świętego Mikołaja w Famaguście, ujrzeć chciałem podobną świątynię, tym razem miejsce koronacji średniowiecznych królów Cypru (a było królestwo to pokłosiem wypraw krzyżowych, templariuszy i joannitów hasało tu ich całe mrowie, zresztą świeckich krzyżowców także), dziś również zbisurmanioną. A linia podziału miasta przez otoczoną potężnymi fortyfikacjami nikozyjską starówkę przebiegała w taki sposób właśnie, że katedra świętej Zofii (Hagia Sophia, ha!) - zwana meczetem Selima (jak w Edirne normalnie) – leżała na północnej stronie. W południowej części miasta stoi dziś nowa, bo XVII-wieczna prawosławna katedra świętego Jana Teologa przerobiona z dawnej klasztornej kaplicy benedyktynów. Ale o świątynnym recyklingu dopiero co było, więc nie ma sensu się tu powtarzać.

Dawna katedra św. Zofii

    Jak wygląda Nikozja? Jak wspominałem, jest otoczona fortyfikacjami z czasów panowania włoskich kupców (Najjaśniejsza Republika Świętego Marka, no bo kto inny finalnie wyspę mógł przejąć? Choć trzeba przyznać, że w czasach wypraw krzyżowych pozostałe republiki morskie, Piza czy Genua, też miały tu faktorie) a wypełniona budowlami z czasów osmańskich oraz trwającej od drugiej połowy XIX wieku brytyjskiej okupacji (są też bezpłciowe nowe budynki niestety). Może trochę przypomina Vallettę na Malcie, ale jest mniej barokowa. No, prawie wcale w sumie.

Stare miasto w greckiej Nikozji

    W sumie – mówimy tu o części greckiej – takie europejskie miasto. Południowoeuropejskie. Mimo, że geograficznie bardzo w Azji – z Cypru do Turcji jest jakieś 60 kilometrów, do wybrzeży Syrii i Palestyny niewiele więcej. Ale nie widać tu lewantyńskiego kolorytu – chyba, że weźmiemy pod uwagę starszych panów siedzących na zydelkach i rypiących w tryktraka.

Poważna rozgrywka w tryktraka

    Greckie cerkwie, niczym żywcem przeniesione z kontynentalnej Grecji pokazują, że koncepcja enosis, zjednoczenia (jeden z powodów tureckiej inwazji na wyspę w latach 70-tych) nie była li tylko wyssaną z palca mrzonką, a mającą spory sens koncepcją (choć do Macierzy 700 kilometrów).

Cerkiew w greckiej Nikozji

    Nagle to europejskie miasto kończy się ustrojonym w drut kolczasty murem (często wykorzystuje on opuszczone budynki) – i musimy przedostać się do strefy tureckiej. To znaczy: nie musimy, ale skoro już jesteśmy, i mamy dokument tożsamości, to możemy (a dokument taki będąc na Cyprze mieć musimy – państwo nie należy do strefy Schengen; do Unii E***pejskiej należy niestety). Przejście graniczne jest skromne, nie rzuca się w oczy tak, jak słynny berliński checkpoint Charlie. Ale i waga miasta niższa jest niż onegdaj podzielonego Berlina.

Berliński Checkpoint Charlie jako atrakcja turystyczna

    Trzy kroki po przekroczeniu linii demarkacyjnej zaczyna się zupełnie inny świat. Orient, znaczy się. Nieco senne uliczki południowej Nikozji zamieniają się w typowy turecki bazar, gdzie przechodzień agresywnie nagabywany jest przez sklepikarza (sprzedawcy po stronie greckiej zdają się klienta traktować niczym intruza chcącego brutalnie przerwać im sjestę i proces kontemplowania życia). Pojawiają się typowe tureckie kebaby i herbata w charakterystycznych dzbanuszkach (słodka i turecka, po stronie greckiej łatwiej dostać brytyjską z mlekiem).

Bazar uliczny
Troszkę dalej od przejścia granicznego - spokojniej

    Znikają cerkwie, a pojawiają się meczety.

Meczet Araba Ahmeda Paszy

    Oraz wspaniałe osmańskie karawanseraje. Coraz częściej te hany zostają też odrestaurowane – przez wiele lat stały opuszczone. Po podziale wyspy nikozjańska starówka opustoszała (przesiedlenia ludności; muzułmanie przyjechali na północ, prawosławni na południe; trochę ich zostało w okolicach Rizokarpaso, mieście leżącym na tym półwyspie w kształcie ogonka, Karpaz), do tego – i była to świadoma polityka rządu w Ankarze, najechało tu sporo osadników z kontynentu (cóż, nie tylko z powodu podziału Nikozja przypomina Berlin, gdzie jak wieść gminna niesie, stoi Turek na każdym rogu), dla których zabytkowa tkanka miejska nic nie znaczyła.

Buyuk Han - Wielki Zajazd
Kumalcilar Han

    Jedno miasto – dwa światy. Nie wiem, czy jest między nimi sto metrów (przypomina mi się książka Miasto i miasto Chiny Mielville'a, dziwnie pisze, ale pomysł fajny), chyba nie ma. Poza Nikozją zdemilitaryzowana strefa zamknięta bywa całkiem szeroka, ale tu, w centrum nieraz jest na szerokość kamienicy. Bedekery piszą, że Nikozja nie jest miastem rzucającym na kolana, i jeśli ktoś nie ma czasu, a zwiedzał część północną to wielkiej krzywdy nie uczyni odpuszczając stolicę. Chyba, że, tak jak ja, Cypr Północny odpuszcza. Wtedy warto, zwłaszcza by zobaczyć ową różnicę kulturową. Cóż, może tak być, nie neguję. Choć mimo wszystko nie tak czy siak nie rezygnowałbym z wizyty, choćby tylko dla tej gotyckiej byłej katolickiej katedry Mądrości Bożej. Tak mi się spodobała, że chyba uczynię o niej osobny wpis.

Meczet Selima czyli katedra

    Podejrzewam, że te renowacje zrobiono głównie pod turystów – by chętniej zostawiali dukaty na północnej stronie wyspy. Która, gdy tylko wyjdzie się poza centralny bazar i osmańskie hany sprawia wrażenie dużo biedniejszej i bardziej zdewastowanej. Zamiast banków mamy warsztaty samochodowe. A weneckie fortyfikacje obudowywane są nie wieżowcami i pasażami, a lepiankami i uprawnymi polami.

Wenecka fosa po stronie greckiej...
...i po stronie tureckiej

Najchętniej czytane

Cypr podzielony

     Dopiero co było o Nikozji, znanej jako ostatnia podzielona stolica na Świecie, więc bezsensownie jest jeszcze raz pisać o tym, że 37%...