Tłumacz

12 kwietnia 2024

Jadłoszyn

    Do leżącego na pustyni miasteczka Nazca przyjechałem nad ranem – czyli właściwie w nocy: jesteśmy w tropikach, wschody i zachody Słońca nie mają w sobie za grosz romantyzmu, jak u nas, tu to zwykła chwila, ciemno, pstryk, jasno, układ zero-jedynkowy. Z pewnym żalem opuszczałem pekaes – w Dzikich Krajach często są one niesprawne, zapuszczone i parchate, a tu miałem szeroki rozkładany fotel z wbudowanym masażem. Kilkugodzinna nocna podróż z Limy była naprawdę komfortowa, a ja w miarę wypoczęty. Ilość luksusu w autokarze dwukrotnie przewyższała cały dworzec w Nazce.
    Przed wyjściem założyłem też czapkę i ciepły polar – miasto leżało na środku pustyni, a przecież wiadomo nie od dziś (jak ktoś nie uważał na lekcjach geografii to pisałem o tym też na blogu), że noce na pustyniach są chłodne – żeby nie powiedzieć mroźne. Głównym powodem mojej wizyty tutaj były oczywiście wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO słynne Linie z Nazca, ale miejscowe lotnisko miało zacząć funkcjonować dopiero za kilka godzin. Jako, że turyści przyjeżdżają tu (całkiem tłumnie) tylko chwilę polatać nad płaskowyżem o tak nieludzkiej porze na dworcu spotkać można było przedstawicieli firm oferujących loty nad Liniami. Szybko więc załatwiłem co i jak z samolotem (oraz – gdy wstanie słońce – na przejażdżkę naziemną po okolicy) i poszedłem na spacer. Nadal było ciemno, ale miasto już powoli przygotowywało się do poranka. Mianowicie zapłonęły grille przygotowujące uliczne śniadania.
Uliczna kuchnia w Nazca napędzana jadłoszynem
    O dziwo nie używano – jak robią to na przykład ciotki-trucicielki w Cuzco, albo uliczni sprzedawcy w Limie – gazu. Tu rozpalano żywym drewnem (a takie jedzenie ma swój niepowtarzalny aromat, polecam), i to nie byle jakim – bo jadłoszynem.
    Jadłoszyn (Prosopis sp.) to – można przewinąć do następnego akapitu, będzie garść informacji, które można znaleźć też gdzie indziej – kilkadziesiąt gatunków z rodziny bobowatych (najogólniej mówiąc - strączkowych) występujących w obu Amerykach, w tym i na nadpacyficznych pustyniach. Jak każde drzewa żyjące w tak srogim klimacie mają niezwykle rozbudowany system korzeniowy, twarde drewno (bo rosną wolno) oraz niewielkie liście. Do tego kwitną niezwykle obficie. Wszystkie te cechy okazały się niezwykle przydatne kiedy kilkanaście (prawdopodobnie) tysięcy lat temu przybyli tu ludzie. A kiedy zaczęli tworzyć cywilizację, no to już całkiem.
Jadłoszynwowe deski w Chankilo
    Głęboki system korzeniowy zapewniał stabilizację gruntu (nieraz są tu prawdziwe piaskowe diuny) i wskazywał miejsca, gdzie może być woda.
Kwiaty jadłoszynowe
    Drewno stanowiło wspaniały materiał budulcowy i opałowy – tak jest zresztą do dziś, co stanowi dla jadłoszynów pewien problem. Ludzi coraz więcej, drzew zaś coraz mniej – jak każde długowieczne rośliny (a mogą żyć – jak twierdzą niektórzy – i po kilka tysięcy lat) rosną niezwykle wolno. Populacja, jak słyszałem, ale z niezbyt wiarygodnych źródeł, może też mieć problem z odnawianiem się, z powodu mitycznych antropogenicznych zmian klimatu (bo że klimat nie jest czymś stałym i fluktuuje to wiedza elementarna). Jeżeli faktycznie gorzej się odradza, to ja kładłbym to na karb miejscowej, nie globalnej, antropopresji. Zajmujemy coraz więcej miejsc, gdzie jadłoszyn mógłby sobie rosnąć. Ostatnio w związku z tym zaczęto tworzyć nawet jadłoszynowe szkółki, ale na efekty trzeba będzie poczekać.
Restauracje pod jadłoszynami w oazie Huacachina
    Niektóre gatunki – nie wiem czy te występujące w Peru – były jadalne (to znaczy: nadal są jadalne, ino nie są jadane; zwłaszcza w okolicy dzisiejszej granicy USA i Meksyku).
    Najciekawszą – no bo stabilizacja terenu, palenisko czy chatka z gałązek to, umówmy się, odkrywcze nie są, i każde drzewo można tak użyć – funkcję jadłoszyna spotkałem przy wspominanych już (obiecuję, ostatni raz o nich wspominam, serio) inkaskich spiralnych akweduktach w Cantalloc. Same spiralne studnie – jak wspominałem – umożliwiają zejście z naczyniem do tafli wody – przypływa ona z gór podziemnym kanałem, jest chłodna (w skwarze panującym na pustyni to cudowna sprawa), pluskają się w niej niewielkie rybki. Sielsko.
Prekolumbijskie akwedukty w cieniu jadłoszyna
    A co do tego ma jadłoszyn? Zapewne przy konstrukcji podziemnego kanału używano jadłoszynowego drewna, ale ważniejszy okazał się okwiat – znaczy to, co opada z przekwitniętych kwiatów – oraz suche liście. Okazuje się, że posłużyły one Inkom do uszczelnienia owego kanatu. No właśnie – czy to na pewno inkascy inżynierowie skonstruowali ów kanał? Przecież w ich Andach jadłoszynu nie używano. Albo więc konstrukcje są starsze, albo po prostu wykorzystali miejscowych, którzy z tych, z braku lepszego słowa, pakuł korzystali od dawien dawna.
Catalloc - przebieg podziemnego kanału
    Choć – podobno – zasięg występowania tych drzew się zmniejsza, to w pustynnych okolicach jadłoszyn wciąż występuje nader często, i jeśli tylko miejscowi nie wykarczują go na opał (noce na pustyni zimne, bezpańskie drzewa darmowe, a ludzi coraz więcej) to powinien przetrwać – w końcu na co dzień żyje w ekstremalnych warunkach. A że w trakcie tego wyjazdu do Peru poruszałem się głównie po pustynnym wybrzeżu, to i jadłoszyn będzie się pojawiał co jakiś czas. A teraz W. Sz. Czytelnicy będą już wiedzieli co to takiego. I że to ważna roślina dla rozwoju południowoamerykańskich cywilizacji znad Pacyfiku.
Suchy las nadmorski w Chan Chan w środkowym Peru

5 kwietnia 2024

Wstęga Dzbanów

    Dzień był niezwykle upalny (niezwykle dla mnie – byłem u wrót Atacamy, w tropikach, więc dla miejscowych był normalny), więc z ulgą schroniłem się pod krzakami winorośli porastającymi brzegi kanałów irygacyjnych Doliny Pisco. Jak to dobrze, że Hiszpanie rozpoczęli uprawę tej rośliny, i równie wspaniale, że klimat tego rejonu tak jej podpasował. Klimat nieco tropikalny, ale suchy – roślinność rosła tylko tam, gdzie można było doprowadzić wodę. Swoją drogą kanały też były wyschnięte – pora deszczowa w Andach, zasilająca rzeki peruwiańskiego wybrzeża trochę się ociągała. Właśnie wracałem z przecudnego Tambo Colorado nad ocean, lecz przerwałem podróż, by w poszukiwaniu pewnej ciekawostki turystycznej opuścić przytulną dolinę.
Przytulna dolina
    Nie miałem dokładnej mapy tego miejsca, a i urządzenia GPS nie dość, że traciły zasięg, także nie zachowywały się jak benedyktyn kopiujący manuskrypt. Dlatego brnąłem przez kanały, zarośla, winnice i pola kukurydzy w mniej więcej właściwym kierunku. Skoro nie miałem mapy skąd wiedziałem, że taki jest? Zapytałem miejscowego, któremu niechcący wtargnąłem na posesję. Najpierw się zdziwił na widok Gringos, ale potem podrapał się po odzianym w żonobijkę (biała podkoszulka na ramiączkach; bez plamy po klopsach) brzuchu i wskazał właśnie mniej więcej właściwy kierunek.
Wyschnięte kanały irygacyjne
    Rozpocząłem więc dalszą wspinaczkę – trochę ubarwiam: brzegi doliny były, owszem, strome, ale niezbyt urwiste, powinienem napisać: wędrówkę – ale, że ani nie spadłem z żadnej kładki przerzuconej przez głębokie rowy nawadniające, ani mnie psy nie pogryzły, to oszczędzę Czytelnikowi relacji z podróży i przybliżę nieco cel wyprawy – tytułową Wstęgę Dzbanów (tak, wiem, nazwać to powinienem Wstęgą Dziur, no ale prośba, co to za tytuł? O taśmie perforowanej?), czyli Banda de Aguas.

Początek - lub koniec - Wstęgi Dzbanów
    Otóż jest to niezwykła prawdopodobnie antropogeniczna struktura ciągnąca się przez kilkaset albo i lepiej, może i 3000, metrów (i mająca zazwyczaj kilka – kilkanaście szerokości) zbudowana z dość regularnie rozmieszczonych dołów. Zaczyna się na brzegu Doliny Pisco i ciągnie się w głąb kamienistej pustyni, mniej więcej prosto wzdłuż wyschniętej dolinki, wspinając się co i rusz na jakieś wzgórze.
    Cóż. Ustalmy, że na pierwszy rzut oka nie oczarowuje. Niemniej jej kształt, położenie i zagadkowe pochodzenie sprawiło, że podbiła serduszka miłośników Teorii Starożytnych Astronautyków – choć sądząc po jej nieco odludnym (a przynajmniej wiejskim) położeniu niewielu widziało ją na własne oczy. Może dlatego jedna z najwspanialszych teorii na pochodzenie tych wgłębień sugeruje, że są to ślady olbrzymiego gąsienicowego (czy coś w tym guście) pojazdu obcych czy tam innych Atlantów. Jest to niezwykle rozczulające – bo dziury wcale nie są takie regularne, a bliższy z nimi kontakt uświadamia, że posiadają jakąś strukturę, i nie są to bezmyślne odciski. W każdym razie badania trwają, i możliwe, że jest to tylko informacja dla przybyszów z kosmosu. Albo zakodowany przekaz matematyczny. Może system komunikacyjny z lądującymi Obcymi - w dziurach rozpalano ogniska wedle danego wzoru (coś jak ta wspominana taśma perforowana). Albo coś innego, stworzone przez pozaziemską technologię. Zresztą sami wiecie.

Tajemnicze dziury
    Można się z tego śmiać, ale tak naprawdę nie wiadomo co to jest. Może gdyby dokładniej przebadać, ale zapewne nie ma na to środków. Jedna z koncepcji mówi, że mogą to być ślady działalności wspominanych w poprzednim wpisie huaceros, rabusiów grobów. Ale do mnie ta teoria nie przemawia – czemu kopali tylko w tym jednym miejscu, i czemu wykopy te są tak porządne. Złodzieje zazwyczaj są bardziej niechlujni i nie tak systematyczni.

Ślady działania huaceros
    Może był to system nawadniania? Obok Wstęgi biegnie dziś sucha dolina – może owe dziury, w oryginale zapewne głębsze, napełniane były wodą, byłyby zwykłymi rezerwuarami, dzbanami jakby, tego życiodajnego płynu. Napełnienie ich wymagałoby sporo wysiłku, ale mając odpowiednie zasoby ludzkie byłoby to do zrobienia. Ale to tylko moja teoria. No, może nie tylko moja. I w sumie nawet logiczna, choć na pierwszy rzut oka bezsensowna. Na drugi nie. Natomiast na trzeci... Wstęga pnie się wielokrotnie w górę i w dół, trzeba byłoby wnosić wodę bardzo wysoko i daleko od rzeki. Chyba, że przelewano by z dołu do dołu. Tak dużo pytań, tak mało odpowiedzi.
Południowoamerykańskie wadi
    Jeśli miałby to być system irygacyjny (a kilkadziesiąt metrów dalej zaczynają się normalne kanały), to muszę przyznać, że niezbyt porywający. Inkaski akwedukt w nieodległej Nazce jest dużo bardziej zaawansowany, solidniejszy i wciąż sprawny. A jego niecodzienny kształt także stanowi pożywkę dla Teoretyków Starożytnej Astronautyków (którzy jakoś nie potrafią przyznać, że Indianie mogli być sami z siebie niezłymi inżynierami i innowatorami).

Prekolumbijskie akwedukty w Nazca
    Żeby było ciekawiej – tu odzywa się moja natura biologa – spirale Cantalloc nie byłby możliwe bez występujących na miejscowych pustyniach endemicznych drzew. I między innymi o nich będzie następny wpis – tak, żeby się Czytelnikowi nie znudziło od tych wszystkich zabytków.
Dawna klasztorna hacjenda w Dolinie Pisco

3 kwietnia 2024

Współczesne barbarzyństwo

    Nie lubię na blogu pisać o wojnie – no chyba, że w ujęciu historycznym, wszak wiadomo, że konflikt pomiędzy populacjami jest czymś normalnym z punktu widzenia biologii; jest też wojna niesamowitym stymulantem do rozwoju cywilizacji – ale czasem się zdarza, zwłaszcza, że żyjemy w okresie starcia cywilizacji, gdy Kultura Zachodu (gnijąca, bo gnijąca) pada pod ciosami nie tylko zewnętrznych najeźdźców, ale i socjalistycznego wroga wewnętrznego.
Niszczenie korzeni cywilizacji w Europie
    Ale czasem się zdarza, choć nie ukrywam, że chodzi tu raczej o tą romantyczną, wyidealizowaną wizję konfliktu – taką, która bezpowrotnie minęła przy okazji Wielkiej Wojny, gdy honor, rycerskość i człowieczeństwo zastąpione zostało – między innymi dzięki rozwojowi technicznemu Ludzkości (i spowodowanego Wielką Rewolucją Francuską moralnemu upadkowi Człowieka) – bezduszną i krwawą hekatombą.
Cmentarz w Ulejowie k. Szadku - miejsce spoczynku żołnierzy obu stron Wielkiej Wojny
    Tak, w czasach Wielkiej Wojny jeszcze chowano poległych na wspólnych cmentarzach – wszak w życiu doczesnym połączyła ich wspólna potrzeba.
    Ale był to ostatni akord. Chwilę później Europa pokryła się skorupą krwi (piszę bowiem z perspektywy stricte europejskiej – może z innej ten romantyzm wojenny przemijał trochę inaczej, ale w końcu prysł; automat Kałasznikowa jest dziś w kilku państwowych herbach Dzikich Krajów), a kontynent opanowały – bądź opanować próbowały – różnego rodzaju zbrodnicze ideologie. Z jakichś względów były one socjalistyczne, i stawiały w centrum Świata nie Boga (religia była wrogiem najgorszym, zwłaszcza chrześcijańska) a Człowieka.
Okopy z czasów Bitwy Warszawskiej - Marki k. Warszawy
    W przededniu zaś II Wojny Światowej Niemcy pokazały zaś, że mocno do serca wzięły sobie słynną "mowę huńską" cesarza Wilhelma z początków Wielkiej Wojny. I zbombardowały z powietrza niebronioną baskijską Guernikę. Nie było ku temu żadnych przesłanek – poza propagandowo-psychologicznymi. Zginęło kilkuset cywilów, zniszczeniu uległo 70% zabudowy. Oczywiście nie był to pierwszy w historii taki akt (choćby ostrzał Kalisza w 1914, przez Niemców, bo przez kogo), ale premierowy tak gwałtowny, śmiercionośny i z wykorzystaniem nowoczesnych środków i lotnictwa.
    Guernica stała się przy okazji mimowolnym symbolem nowoczesnych wojennych zbrodni – przyczynił się do tego monumentalny i przejmujący fresk Pabla Picassa – ale sprzeciw przeciw tragedii był głównie artystyczny. Inne Guerniki nawet tego nie doświadczyły.
    Bo kto – nie tylko na Świecie, do niedawna nawet w Polsce nie była to powszechna wiedza – wie, słyszał, o bombardowaniu Wielunia nad ranem pierwszego września '39?
    No właśnie. Tu nikt fresku nie namalował, a winnych – zdaje się – nie ukarano. Życie straciło kilkaset osób, zniszczeniu uległo 75% tkanki miejskiej. A nie było to jedyne zniszczone przez Niemców polskie miasto – podkreślmy, że nie bronione. Możliwe, że był to też pierwszy akt II Wojny Światowej – bomby spaść miały na śpiące miasto wcześniej niż atak na Westerplatte (i te dwie pozycje nie wyczerpują listy potencjalnych początków wojny).
Zbombardowana i rozebrana w 1940 synagoga we Warcie (foto z arch. J. Ślipka)
    W Wieluniu, położonym w dawnej Ziemi Rudzkiej, byłem kilka razy – wszak nie mam daleko. To już pas wyżyn, niedaleko Załęczański Park Krajobrazowy z jaskiniami, ostańcami wapiennymi i malowniczym przełomem Warty, więc i krajobrazy, i kamienna architektura bliższa Krakowowi niż Sieradzowi. Zabytków niestety zbyt dużo nie pozostało – Luftwaffe było niezwykle skuteczne – ot, kolegium pijarskie i resztki miejskich murów, z bramą udającą ratusz.
Brama Krakowska z ratuszem i resztki murów obronnych
    Zamek podobnie jak w Sieradzu nie zachował się, choć na fundamentach chwacko wznosi się klasycystyczny pałacyk. Przy rynku kiedyś stał gotycki kościół św. Michała Archanioła – resztki pozostałe po wrześniowych bombardowaniach rozebrano rok później. Dziś można zobaczyć tylko zarys murów zniszczonej świątyni. W tym roku jeśli dobrze liczę będzie 75. rocznica zniszczenia miasta – nadal nieodbudowanego [EDIT: oczywiście, źle policzyłem, to już 85 lat].
Fundamenty wieluńskiej fary pw św. Michała Archanioła
    Pierwszym celem dzielnych niemieckich lotników (armia niemiecka była tak dzielna, że większość kronik filmowych z Września '39 powstało kilka tygodni później; dla celów propagandowych podpalono nawet leżący między Wieluniem a Sieradzem Złoczew – by uwiecznić na taśmie filmowej marsz wspaniałego Wermachtu; oczywiście nikt nie poniósł konsekwencji tego czynu – poza pozbawionymi mienia mieszkańcami oczywiście) był – i tu nawiązanie do tragicznych wydarzeń z pierwszych dni kwietnia 2024 roku ze Strefy Gazy – jeden z największych budynków w mieście, oznaczony czerwonym krzyżem szpital. Był to atak całkowicie świadomy – wśród atakujących był chociażby miejscowy Niemiec, absolwent wieluńskiego gimnazjum. Tak miała przebiegać nowa, totalna wojna – pełna zbrodni na cywilach i ludobójstw. Barbarzyńska i całkowicie obca Cywilizacji Europejskiej. Ot, Niemcy okazali się prawdziwymi trendsetterami Narodów (choć możliwe, że czerpali z pomysłów sowieckich – choć trudno stwierdzić, czy wojna domowa w Rosji, albo tureckie ludobójstwo Greków i Ormian, odbywały się w europejskim kręgu kulturowym) – ale znaleźli licznych naśladowców, choćby w czasie niedawnego (ha, to już ponad 30 lat) konfliktu w byłej Jugosławii (właściwie: serii wojen, do dziś niezakończonych).
Sarajewo - ślady po ostrzale
    Podobnie jak na Bliskim Wschodzie – tam bowiem też wojna trwa, raz w większym, innym razem w mniejszym natężeniu.
Zwykły dzień na Zachodnim Brzegu
    Obecnie w większym. I tak w wyniku celowego ataku rakietowego wojska izraelskiego w niszczonej Strefie Gazy na oznaczony i bezbronny konwój humanitarny zginęli ludzie. W tym i Polak, niosący bezinteresownie pomoc napadniętym i mordowanym, jak to już w naszej narodowej tradycji jest – i nie ważne kto jest agresorem, a kto ofiarą: pomagamy także naszym wrogom. To szlachetne – głupie, ale szlachetne (zwłaszcza widząc jak zachowują się wobec Polski i Polaków ci, którym kiedyś i teraz pomagamy). Najgorsze w tym wszystkim, że teraz Świat trochę pokrzyczy (o dziwo, polskie władze jakoś tak nieskore do jakiejś reakcji są, nie po raz pierwszy zresztą) i za tydzień wszyscy zapomną. Może tylko wolontariuszy chcących pomagać ginącym Palestyńczykom będzie mniej. Barbarzyństwo znowu wygra.
Tryumf barbarzyństwa

29 marca 2024

Archeologia żywa i martwa

    Wpis miał być o tropieniu Starożytnych Kosmitów w okolicach wioski Humay w dolinie Pisco, ale, że wyjeżdżając z Tambo Colorado wspomniałem o archeologach to o nich właśnie będzie.
Tambo Colorado w Dolinie Pisco
    Dobra, właściwie to było o duchach które ostrzegają przed zakłócaniem spokoju, ale nie da się ukryć, że gros archeologicznej roboty to plądrowanie grobowców.
Preinkaska chullpa, wieża pogrzebowa
    Trochę żartuję – większa część to oglądanie potłuczonych kawałków glinianych skorup, ale faktycznie, bardzo dużo z tego co z nas zostaje to po prostu grób.
    Najstarsze budowle w Polsce, kopce kujawskie, też są przecież niczym innym jak grobowcami (owszem, miały też inne funkcje, ale przede wszystkim grzebalne).
    Przyznaję się, że to zdjęcie poniżej wrzuciłem głównie-li w celach estetycznych. Dookoła pustynia, szaro, buro, a zieleń, jak już się pojawi dzięki odrobinie wilgoci albo prehistorycznym akweduktom też taka jakaś przydymiona. A u nas pełna, wręcz soczysta.

Grobowce kujawskie, tak zwane żalki
    Te wspominane już inkaskie (albo i wcześniejsze) akwedukty Cantalloc z kolei wcale się przypadkiem nie pojawiły (a jeszcze o nich wspomnę na pewno, bo są urzekające). Znajdują się bowiem na przedmieściach miasteczka Nazca, tuż przy dawnym inkaskim mieście Los Paredones.
Urzekający akwedukt
    Tak, wiem, miasto znane jest głównie z tajemniczych geoglifów będących według najnowszych badań archeologów szlakami procesji (a według Teoretyków Starożytnej Astronautyki nieodmiennie znakami zostawionymi dla przybyszów z innych planet).
Geoglif z Płaskowyżu Nazca - jak się dobrze przyjrzeć ptak
    Ale wracajmy do czasów inkaskiej kolonizacji. Oprócz genialnego systemu akweduktów i miasta nieopodal znajduje się także cmentarz (z górującym nad nim geoglifem kociej mordy – niezbyt zresztą wyraźnym).

Geoglif Kocia Morda o poranku
    No tak. Cmentarzysko. Stanowisko archeologiczne. Nad ziemią widać niewiele. Poza licznymi dołami. I te doły są clue tego wpisu właśnie. Są to bowiem efekty działania miejscowych archeologów. A konkretniej archeologów-amatorów. Huaceros. Rabusiów grobów. Hien cmentarnych, znaczy się. I nie ważne, że pochówki mają tutaj ponad 500 lat.

Teren inkaskiego cmentarzyska
    Niech się archeolodzy nie gniewają, ale czy czym innym był włam Cartera do tutenchamonowego grobowca i wyniesienie tamtejszych skarbów? Dobra, może czym innym, bo Carter miał licencję państwową, skarby trafiły do muzeów, a wcześniej sam odkrywca zajmował się tropieniem archeologów bezlicencyjnych, okradających inne grobowce i sprzedających mumie na bazarku. Jako, że czasem moje wpisy przypominają poemat dygresyjny to i tu będzie wtręt: opisywałem któregoś razu jordańskiego beduina sprzedającego to co jego synowie pod piaskami Petry znaleźli.

Skarby Petry
    Ale wracając do wątku – jak nie Carter, to taki Henry Birgham III. Przyjechał do Peru z Hawajów i szukał Vilcabamby (ostatnia stolica wolnych Inków – ruiny zidentyfikowali nieodżałowanej pamięci Tony Halik z towarzyszami, Elżbietą Dzikowską i Eduardo Guillenem). Znalazł Machu Picchu – a miejscowi do dziś twierdzą, że wyjeżdżając z miasta miał ze sobą 40 skrzyń ze skarbami (i pewnie nie chodzi im o gliniane skorupy).
Puste ściany w Machu Picchu
    Jak było to nie wiadomo, ale faktycznie nikt nie widział listy rzeczy w mieście przez Birghama znalezionych. W każdym razie Amerykanin został bohaterem, dorobił się – nic dziwnego, że i biedni huaceros chcą poprawić swój los. Na dodatek są to ludzie w jakiś pokrętny sposób świadomi tego, że historia ich kraju ma wartość. Utyskiwałem kilka wpisów temu, że w Peru bywa z tym różnie, że miejscowi nie wiedzą, że mają tu coś cennego. Wspominałem też, że to powoli się zmienia, zwłaszcza w miejscach gdzie przed hiszpańskim podbojem coś się działo – w okolicach Cuzco mieszkańcy dumni są ze swoich korzeni. Huaceros byli – jak to się modnie mówi – trendsetterami. Zainteresowali się przeszłością przed wszystkimi. Choć dość wybiórczo. Kiedy zwiedzałem prekolumbijskie cmentarzysko w Kanionie Cotahuasi nasz przewodnik Mario wskazując na groby i gliniane skorupy stwierdził:
    - Tylko to zostało, resztę rozkradli huaceros.

Skorupy - to, co zostaje po wizycie huaceros
    Bo niech Was, Drodzy Czytelnicy, nie zmyli ten wpis. Ci archeolodzy-amatorzy są tak naprawdę złodziejami, rozkradającymi własne dziedzictwo i tak naprawdę niszczącymi je. Kiedy już wyciągną z grobu wszystko co w ich mniemaniu jest cenne reszta zamienia się w kupę pozbawionych kontekstu śmieci, dla licencjonowanych archeologów będących właściwie już tylko garścią ciekawostek, a nie istotną historyczną ciekawostką. I to jest główna różnica między archeologiem i rabusiem. Co prawda jeden i drugi rozkopuje grób, ale ten pierwszy nastawiony jest na zdobycie wiedzy i zachowanie znalezionych artefaktów, a drugiego interesuje tylko zysk (ciekawe, gdzie na tej skali znajduje się odkrywca Troi, Henryk Schliemann).
Ślady działalności huaceros
    I tak naprawdę tutaj w Peru huaceros i archeolodzy toczą nieustanną wojnę. Jest to bowiem jeden z tych rejonów Świata w którym to gdzie się nie wbije łopaty, to coś się wyciągnie. Badania archeologiczne z racji kompleksowości są kosztowne (jak to ktoś powiedział: archeolog to idealna profesja dla trzeciego syna Lorda) i czasochłonne. A huaceros wystarczy łopata (choć czasem też mają sponsorów, bogatych kolekcjonerów z USA, Europy czy Chin). Ilościowo też to rabusie mają przewagę – łatwiej jest zdobyć łopatę niż wykształcenie. Z racji wspomnianej też ilości skarbów w ziemi fizycznie niemożliwe jest zabezpieczenie wszystkich potencjalnie cennych archeologicznie miejsc (poza tym jesteśmy w Dzikich Krajach, a tamtejsi mundurowi... Tylko ryba nie bierze, jak mawiają wędkarze). Do muzeów trafia więc tylko ułamek wykopanych precjozów, a reszta rozpływa się w niebycie. Wielka szkoda.
    Czasem ratowanie peruwiańskich zabytków przyjmuje nietypowe formy. Oto pewnego razu odwiedzałem niewielką wytwórnię pisco w okolicy Iki – i zastałem tam czaszki mumii, już nie pamiętam czy z kultury Paracas, Ica czy Nasca. Do tego antyczne tkaniny, dzbany... Wszystkie, okazało się, zostały wydobyte przez huaceros. Na szczęście niektórzy z nich byli uzależnieni od alkoholu, więc łupy – miast wysłać za granicę (dobra, sam kopacz dostaje grosze, bogacą się, jak wszędzie, handlarze) zamienili je na butelkę pisco. I tak zostały w kraju przodków – choć, co nie do pomyślenia w Europie, nie w muzeum.

Wystawka rzeczy odzyskanych od huaceros w wytwórni pisco w Ice

22 marca 2024

Tambo Colorado

    Pozostałością po podboju doliny Pisco przez Inków jest stanowisko archeologiczne Tambo Colorado – czyli inkaskie miasto pełną gębą, dawne centrum administracyjne. Na dodatek świetnie zachowane, z centralnym placem, świątynią i w ogóle. Eleganckie miejsce.
Główny plac Tambo Colorado
    Zresztą nie było to jedyne miasto inkaskie jakie widziałem – Pisaq, Ollantaytambo, Patallaqta...

Ruiny Pisaq
    Zwłaszcza to ostatnie, Patallaqta, Miasto Schodów, jest ciekawe: zostało opuszczone wraz z przybyciem Hiszpanów. My je znamy jako Machu Picchu.
Najsłynniejszy landszaft w Peru
    Tambo Colorado – czyli Kolorowe Tambo – także nie zostało zniszczone, i także nazywało się oryginalnie inaczej: Pukatampu. Co Hiszpanie przetłumaczyli całkiem słusznie jako Tambo Rojo, Czerwone Tambo. Prawdopodobnie dlatego, że w oryginale było niezwykle barwne – i w przeciwieństwie do większości pozostałych prekolumbijskich zabytków tu te kolory doskonale się zachowały. Mimo upływu pięciuset lat.
Oryginalne kolory
    Dostać się do tych zabytków jest relatywnie łatwo – trzeba iść do agencji turystycznej w Paracas i wykupić odpowiednią wycieczkę. Jednak jako, że większość odwiedzających przybywa tam oglądać pingwinki okazuje się, że zebranie grupy chętnej na wyjazd poza wybrzeże już takie proste nie jest. Natomiast wynajęcie prywatnego auta z kierowcą to pokaźny wydatek – i to w dolarach.
    Nie to, żebym pochodził z Poznania czy tam Krakowa, ale postanowiłem wybrać inną opcję – nie dość, że tańszą, to jeszcze umożliwiającą wejście w interakcję z miejscowymi (w zamian za to za grube dukaty biura podróży oferowały wizytę w bodedze i wytwórni – wszak jesteśmy w dolinie Pisco – pisco). Wystarczyło tylko trochę się postarać – i zbiorczą taksówką przejechać te kilkanaście kilometrów z Paracas do Pisco.

Pingwinki
    Stamtąd do Tambo Colorado co prawda nic nie jeździ, ale jak się złapie collectivo do Huancano, to przecież zawsze można po drodze wysiąść. Kierowca za 2,50 sola zawiezie – a podróż odbywa się w miłym towarzystwie mówiących prawdopodobnie w keczua Indian, przekupek, dzieci wracających ze szkoły i, na przykład, dwóch drzewek. A co to, drzewa już nie mogą busikami jeździć? Zwłaszcza pod opieką starego Indianina?
    A z powrotem? A z powrotem trzeba będzie stanąć przy drodze i machać. Co wbrew pozorom nie jest łatwe. Chyba wspominałem, że busy i autobusy najczęściej odjeżdżają jak się zapełnią? A skoro jadą pełne, to zatrzymać się nie bardzo mogą. Uprzedzając fakty – wracając w końcu złapałem jakąś okazję, ale nie wróciłem prosto do Pisco – wysiadłem po drodze, niedaleko wioski Humay by tropić Starożytnych Kosmitów – a stamtąd do miasta jeździło dużo więcej collectivos. Wróćmy jednak do naszego Tambo Colorado.

Dolina Pisco
    Inkaskie miasto leżało – jakże by inaczej – na szlaku Qhapac Ñan, Królewskich Dróg. Te arterie komunikacyjne oplatały całe Tahuantinsuyu, a ich konserwacja była obowiązkiem miejscowych (czyli coś jak szarwark). Oczywiście, podbici przez Inków na pewno wcale nie musieli tego robić, ale ewolucja rodzaju ludzkiego okazała się na tyle nieuprzejma, że czaszka nadal słabo wytrzymuje cios nawet nadziewanej obsydianem maczugi. Tak więc w Peru i okolicznych państwach mamy bardzo dużo różnych rodzajów dróg, w przeciwieństwie do tych budowanych przez Rzymian. Czasem drogi te przyjmują ekstremalne formy.
Ekstremalne fragmenty Qhapac Nan
    Tu, na pustynnym przedgórzu Andów oczywiście takich ekstremów nie ma. Jest za to centralna konstrukcja zwana dziś Pałacem Inków. Faktycznie, wygląda jak siedziba władcy, choć zapewne żaden Syn Słońca (jak nazywano inkaskich królów) tu nawet nie był. Z owego – niech mu będzie – pałacu roztacza się wspaniały widok na dolinę Pisco oraz centralny plac miasta, przez który przebiega Qhapac Ñan. Plac, dodajmy, wielkości boiska piłkarskiego.
Pałac Inki
    Archeolodzy twierdzą, że haratano tu w gałę odbywały się tu targi oraz uroczystości religijne. Funkcje kultowe spełniać miało niewielkie podwyższenie. Oczami wyobraźni można zobaczyć jak wchodzi na nie kapłan albo gubernator, przystrojony w białą bawełnianą szatę i składa ofiary – tu powinienem dodać, jak to leje się krew jeńców, a złoty nóż wycina im serca, ale Inkowie nic takiego nie robili. A przynajmniej nieczęsto.

Kultowa platforma
    Obok platformy zlokalizowana jest niewielka piramida – Inkowie też nie byli entuzjastami tych konstrukcji – oraz, jak twierdzą archeolodzy, koszary. Może więc konstrukcja jest solarną świątynią dla wojska? Nie wiadomo.

Huaca - czyli piramida
    Pałac Inki i całe otoczenie centralnego placu zbudowane jest z adobe. Biała, niewypalana cegła inkaskim wynalazkiem nie była, ale andyjscy górale stosowali ją namiętnie, zwłaszcza tu na wybrzeżu, gdzie nie było tylu kamieni. Miejscowi, przed podbojem, woleli stawiać ściany z talpia, czyli ubitej gliny – i takie mury, podobne do tych w znanym mi królestwie Huarco, znaleźć można na obrzeżach Tambo Colorado. Znaczy to, że miasto zamieszkiwali też miejscowi, i Inkowie, podobnie jak w Huarco, po prostu się dobudowali.

Mur z talpii w Huarco - preinkaski
    W sposób jednak niezwykle imponujący. Spacerując po dawnych komnatach Pałacu Inki, wciąż jeszcze kolorowych (biel, żółć, czerwień, czerń – możliwe, że to po prostu najtrwalsze barwniki, niekoniecznie, że ulubione) niemal dało się odczuć – jak to napisać – atmosferę minionego czasu? Wychodząc na centralny plac kątem – bo tylko tak się to robi – oka dostrzegłem jakiś ruch. Wir powietrza poderwał garść piasku i chwilę nim zakręcił. Czyżby duch miejsca, jakiś supay, żegnał się ze mną? Albo dawni mieszkańcy dawali znać, że jeszcze nie odeszli i ostrzegali, żeby nie naruszać ich spokoju? A może był to tylko efekt lejącego się z nieba żaru i zwykły wir powietrza?
    Można było się wzdrygnąć – choć ja akurat niczyjego spokoju naruszać nie zamierzałem. Nie byłem wszak archeologiem.

Najchętniej czytane

Jadłoszyn

     Do leżącego na pustyni miasteczka Nazca przyjechałem nad ranem – czyli właściwie w nocy: jesteśmy w tropikach, wschody i zachody Słońca...