Tłumacz

11 września 2026

Bunkry

    Skoro poprzedni wpis zakończyłem opowiastką o pubie i historii, a tych pierwszych, jak wcześniej wspomniałem w okolicy nie ma za wiele, to zostaje historia, która, jak wiadomo magistra vitae est.
Efekty walk na Westerplatte we wrześniu 87 lat temu
    Tyle w teorii, bo w praktyce rzadko kto z historii wyciąga jakieś głębsze wnioski – a nawet jeśli, to i tak potem zapomina.
Gotycka fara pw św Michała w Wieluniu po niemieckiej wizycie
    A w krajobrazie przecież co chwila natrafia się na pamiątki przypominające minione dzieje. Niedaleko Warty (miasta, ale i rzeki) znaleźć można bunkry kilku grup warownych mających zabezpieczać polską granicę, przebiegającą ówcześnie całkiem niedaleko. Nie bez powodu Wieluń był jedną z pierwszych – jeśli chodzi o nalot na niebronione cywilne miasto to pierwszą – ofiarą Września '39.
Fortyfikacje na linii Warty - Glinno
Schron bojowy w Rogoźnie na linii Grabi i Widawki
    Takich bunkrów, w dużej mierze wykorzystanych bojowo biedna II Rzeczpospolita miała zresztą dużo więcej.
Polskie bunkry z lat 30. XX wieku w rejonie Tomaszowa Mazowieckiego
    Ale, jak uczy historia, nie powstrzymały – z wielu powodów – niemieckiej przyjecielskiej wizyty (przewaga liczebna i technologiczna była jednym z nich, nie wiem, czy najważniejszym; chyba nie).
Cmentarz wojskowy w Glinnie
    Wbrew wrażej propagandzie zwycięstwo naszych zachodnich sąsiadów, nieprzyjaciół od czasów cesarza Henryka II Świętego te 1000 lat temu, nie było jednak takie łatwe. Jako dowód niech posłuży historia Złoczewa. Niewielkie miasto spalono jakiś czas po Bitwie Granicznej, inscenizując zwycięski pochód niemieckich hord. W czasie rzeczywistym takie nagrania nie były możliwe – z powodu oporu wojsk polskich (naród poetów i filozofów przy okazji bestialsko zamordował tam 200 osób – w tym i niemowlaki, zatłuczone kolbami karabinów – a za zbrodnię i podpalenie – tradycyjnie, jak to w Niemczech – nikt nie poniósł konsekwencji; o karze czy zadośćuczynieniu nawet nie wspominam).
Typowe stosunki polsko-niemieckie na przestrzeni dziejów
    Wracając do bunkrów, to akurat Niemcy mieli w ich konstruowaniu czarny pas – o przygodach związanych z potężnym bunkrem kolejowym w Jeleniu (i przy okazji w nieodległej Konewce) już na blogu wspominałem.
Bunkier kolejowy w Jeleniu
    O Międzyrzeckim Rejonie Umocnionym (mającym zabezpieczać Niemcy przed hipotetyczną napaścią Polski – si vis pacem para bellum) zdaje się, że też coś tam pisałem. Ale tylko przelotnie.
Międzyrzecki Rejon Umocniony - Obiekt 717
    O kompleksie Riese jeszcze mniej, jak nie wcale.
Podziemia zamku Książ
    Tematu innych niemieckich bunkrów nie poruszałem, bo i specjalistą od nich nie jestem.
Niemiecki bunkier na sieradzkim Wzgórzu Zamkowym
Jednoosobowy niemiecki bunkier dla strażnika, lata 40. XX wieku - Łódź
    Ważne jest, że ci specjaliści od podziemnych konstrukcji w miastach Rzeszy na potęgę stawiali też schrony dla ludności cywilnej. II Wojna Światowa rozpoczęła się przecież od nalotu na niebronione miasto, a potem ta praktyka tylko eskalowała. Nic dziwnego, że i druga strona w końcu zaczęła popełniać zbrodnie przy użyciu lotnictwa. Nie każde miasto miało metro. Albo naturalne groty.
Cywilne schrony z II Wojny Światowej w maltańskiej Moście
    Bunkry i schrony budował w Polsce i drugi okupant, ZSRS. Poczynając od Linii Mołotowa na podziemnych silosach przechowujących głowice nuklearne kończąc.
Bunkier Linii Mołotowa w Przemyślu
    Schrony miały też komunistyczne elity – zresztą tak było (i jest w sumie) w każdym państwie. Nawet jeśli nie jest to rozmach godny Białego Domu albo albańskiego watażki Envera Hodży.
Rządowy schron w centrum Tirany
    Tak więc władze PRL miały sporo przeciwatomowych schronów. Skoro zaś o nich wiemy, a część niszczeje, ciekawe gdzie będą się podziewali obecni rządzący na wypadek W. Bo reszta cywilów to wiadomo – nigdzie. Kraje tak zwanej Demokracji Ludowej (i tu mały żarcik: czym się różni demokracja od demokracji ludowej? Ano tym, czym krzesło od krzesła elektrycznego) przygotowywane były przez Związek Sowiecki do wojny o pokój – a że akurat udało się okiełznać energię atomową miała to być wojna totalna. Stawiając więc bloki mieszkalne (wspaniale wypaczające koncepcję dzieła Le Corbusiera) czy Tysiąclatki (szkoły budowane z okazji Tysiąclecia Państwa Polskiego – kontrimprezy dla kościelnego Millenium Chrztu) mają w piwnicach schrony. Spokojnie, drodzy hipisi i pacyfiści – dzisiaj już schronów się nie buduje – wygraliście. Społeczeństwo zaś przegrało.
Pobożne życzenie
    Trochę słabo też żyje się ze świadomością – a przecież zaraz rocznica napadu ZSRS na II Rzeczpospolitą, zakończona zwycięską defiladą w Mińsku Litewskim i podziałem polskich ziem – że na tą chwilę jako państwo jesteśmy chyba bardziej bezbronni niż w 1939. I nie chodzi o budowanie nowych bunkrów, uczynienie Polski drugą Albanią (albo Szwajcarią) – teraz wojny toczy się inaczej. Każda epoka ma swoje fortyfikacje. Patrząc na to, co się dzieje wygląda, jakbyśmy sami się rozbrajali.
Szwajcarskie fortyfikacje przeciwniemieckie
    Ciarki przechodzą. Trzeba się czym innym na blogu zająć.

4 września 2026

Pub i pożar

    W dawnym Księstwie Sieradzkim pubów mało, stąd ostatni wpis o kioskach, ale jako, że nie chcę jeszcze porzucać tego nieco alkoholowego tematu trza mi wrócić na Wyspy Brytyjskie. A konkretniej do Londynu. Miasta, które ukształtował jeden z najsłynniejszych pożarów w dziejach – Wielki Pożar 1666 roku.
Nieistniejący już bar Zakątek w Zadzimiu
    Swoją drogą oni tam wszystko mają wielkie – taka polityka historyczna. Rok przed Wielkim Pożarem wybuchła wszak Wielka Zaraza, a Wielki Smród (1858) spowodował olbrzymią przebudowę Londynu (mamy też Wielki Londyn – w sumie nie ma praw miejskich, choć dwa z jego komponentów, City of London i City of Westminster, są miastami już od setek lat). Nie pamiętam, czy atak słynnej londyńskiej mgły, toksycznego siarkowego smogu z 1952, też nie miał takiego przydomku (jest to jedna z londyńskich atrakcji, która przeminęła na zawsze – niby szkoda, ale pamiętam, jak byłem w mniej jadowitym smogu w La Paz, i jednak nie szkoda).
Wielkie reklamy na Piccadilly Circus
    Wracając do pożaru – Pałac Westminsterski spłonął przecież w XIX wieku, dając początek Big Benowi i nowym trendom w malarstwie. Cóż, jak mi w trakcie tego niezwykle gorącego tygodnia lata (bo tak, to tradycyjnie, lipcopad i siąpień, drodzy klimatyści) w wyniku iskry z drutów zapalił się ścięty rygras (jak mówimy na rajgras, jedną z uprawnych traw) nie wyciągałem farb i palety, tylko zadzwoniłem po strażaków. Rychło zlecieli się też – jak to na wsi – sąsiedzi do pomocy, ale dwa zastępy OSP szybko opanowały sytuację (chwała im za to). Ale moje pole nie jest parlamentem w stolicy ówczesnego imperium.
Pałac Westminsterski współcześnie
    Wielki Pożar roku 1666 Westminster akurat ominął. Trwał od 2 do 5 września (więc, volens nolens, to wpis rocznicowy - rocznicowo także, 3-4.09.1939, zapłonął Złoczew, o czym w następnym wpisie, za tydzień) i spopielił City of London – centrum finansowe królestwa ostatnich Stuartów, z królami zresztą skonfliktowane i nie ufające Karolowi II (w czasie pożaru nie chciano w mieście królewskich gwardzistów – nie pomogło to w gaszeniu ognia). Centrum centrumem, a zbudowane było głównie z materiałów biodegradowalnych – znaczy się z drewna i słomy (mimo królewskich dekretów zabraniających używania takich komponentów; republikańskie protestanckie City nie będzie przecież słuchało kryptokatolickiego monarchy, ważne, że słoma i deski są tanie). Domy, zwane jetty charakteryzowały się tym, że każde następne piętro było nieco wysunięte w porównaniu z poprzednim (dzięki temu ogień mógł łatwo przeskakiwać z jednej na drugą strzechę, zwłaszcza, gdy drugiego czy trzeciego dnia pożaru rozpoczęły się burze ogniowe). Dziś w Londynie takich budynków już nie spotkamy, ale gdzieniegdzie na Wyspach da się je odszukać.
Jetty w Jorku
    Albo w innych miejscach świata, gdzie zachowało się tradycyjne miejskie budownictwo drewniane.
Alzacki Colmar - słowo jetty przyszło do Anglii z języka francuskiego
    Nie mówię tu o Łodzi i okolicach, tu drewniana miejska zabudowa jest z XIX wieku, całkiem nowoczesna.
Zgierz - drewniane domy tkaczy z XIX wieku
    W każdym razie City of London spłonęło praktycznie całe – łącznie z rzymskimi jeszcze murami.
Pozostałości rzymskich czasów pamiętającego Muru Londynu
    Spłonęła też średniowieczna katedra świętego Pawła (to ten kościół z kopułą, który pojawiał się przed - czy tam po -  programami Benny'ego Hilla, z napisem Thames). I tak była w słabym stanie, remontować miał ją niejaki Christopher Wren, ale może by ocalała – gdyby nie drewniane rusztowania. W każdym razie kościół poszedł z dymem, a pan Wren mógł odbudować go po swojemu – wcześniej hierarchowie wzbraniali się przed jego pomysłami – w duchu barokowym.
Katedra Świętego Pawła
    Odbudować City w takimż duchu się nie udało – wszystkie plany stworzenia nowoczesnego przestrzennego miasta (jak w XIX wieku w Paryżu i Berlinie) spaliły na panewce. A raczej na prawach własności gruntu. Ot, w pożarze nie poginęli właściciele działek miejskich, i nie bardzo można było je przejąć w imię nowoczesności. Swoją drogą źródła z epoki mówią zaledwie o kilku ofiarach pożogi, ale (podobnie jak przy katastrofie w Czarnobylu) nikt nie brał pod uwagę osób zaczadzonych czy zmarłych później z ran czy głodu. Więcej – 1/4 mieszkańców City – pochłonęła rok wcześniej zaraza (taka prawdziwa, nie ta o której wielokrotnie na blogu wspominałem byłem). Mimo to i tak udało się poszerzyć londyńskie ulice, i tym razem wyegzekwowano już zakaz budowania z drewna i słomy. Wychodzi na to, że centrum Londynu jest mimo to miastem barokowym – ale jest to barok taki jakiś mało wystawny, klasycystyczny niemal. Nawet projektowane przez Wrena Greenwich, leżące od centrum bardzo daleko, ale za to wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.
Greenwich
    Co to ma wspólnego z pubem? Otóż całkiem niechcący – będąc w pracy w londyńskim City – trafiłem do lokalu zwanego Ye Olde Watling. Położony w najbliższym sąsiedztwie katedry z zewnątrz wyglądał całkiem zacnie.
Ye Olde Watling
    Zbudowany miał być przez Christophera Wrena zaraz po pożarze, który użyć miał do konstrukcji więźby rozebranych kadłubów statków, i początkowo miejsce spełniać miało funkcję biura architekta w czasie rekonstrukcji – czy też odbudowy – londyńskiej katedry. Ściany lokalu – zwłaszcza na piętrze – zdobią ryciny z epoki, przedstawiające plany nowej świątyni. I teraz niech-że W. Sz. Czytelnik przeczyta sobie następne zdanie głosem Roberta Makłowicza: Ye Olde Watling jest najlepszym przykładem na to, że chodzenie po barach nie musi li tylko ograniczać się do spożywania trunków i zakąsek, może także być żywą lekcją historii. Cheers.


Wpis powstał zanim wspaniały sanocki skansen budownictwa drewnianego poszedł z dymem (spokojnie, nie cały). Może kiedyś zrobię jakiś memoratywny wpis, bo odwiedziłem to czarowne miejsce. Ale później. Na razie warto pamiętać, jak nietrwałe są drewniane konstrukcje...
Pamiętajmy o przeszłości

28 sierpnia 2026

Kiosk

    Po takiej małej przerwie w nadawaniu spowodowanej względami, jak to się ładnie mówi, pozasportowymi, wracam do Sieradza (bo też i tu ostatnio często bywam, taka dira neccesita) i muszę zrobić wpis o kolejnej – choć wyszło na to, że tymczasowej – atrakcji dawnej stolicy Księstwa Sieradzkiego. Może W. Sz. Czytelnik wolałby dalej ciągnąć temat barów, ale Autor demokratycznie podjął taką, a nie inną decyzję. Zwłaszcza, że w okolicy pubów tak średnio, bym powiedział. Więc sieradzkie atrakcje wracają na chwilę na tapet.
Chorągiew sieradzka, akurat z miasta wyruszająca
    O większości owych zresztą już było, w kilku co najmniej wpisach, ale że to sąsiednia gmina, i rodzinny powiat, to zawsze warto się chwalić.
Jedna z atrakcji Sieradza na Placu Wojewódzkim
    Oto bowiem na początku Roku Pańskiego 2026 w przystanek autobusowy na którym te -dziesiąt lat temu wsiadałem byłem w powrotny do domu pekaes przydzwonił jakiś szalony kierowca. Na szczęście obyło się bez ofiar, poza odholowaniem wraku drogiego pojazdu na złomowisko. No i naprawą przystanku. Władze miejskie stanęły na wysokości zadania – zniszczoną połowę wiaty odcięto i przez kilka miesięcy przystanek był połową siebie. Wrzuciłem to kuriozum gdzieś tam w internety, bo było to w sumie całkiem zabawne rozwiązanie.
Jugokiosk jako półprzystanek
    - Ej, ten przystanek wygląda jak kiosk "Jugo" – pojawił się komentarz.
    Przyjrzałem się – rzeczywiście. Człowiek cały czas miał to pod nosem, a faktycznie w Sieradzu przystanki wyglądały jak kioski typu K67, zwane u nas, z racji pochodzenia Jugokioskami. Ba, na Placu Wojewódzkim (tym z trójkątnym Łokietkiem i olbrzymim gmachem dawnego Urzędu Wojewódzkiego) wiata płynnie przechodziła w kiosk rozprowadzający kiedyś bilety MZK, a potem już wszystko inne. Miałem tą jugosłowiańską stylizację na wyciągnięcie ręki, a w poszukiwaniu kosmicznego brutalizmu czasów Marszałka Tity jak głupi na Bałkany jeździłem.
Nowy dworzec w Skopje
    Nie ukrywam, że znalazłem tam różne cuda, o których na blogu W. Sz. Czytelnik czytał.
Jugosłowiański brutalizm wyłaniający się z mgły
    Albo i nie, nie jest to istotne (link podaję TU, TU i TU; a co). Niestety, po pewnym czasie włodarze miasta zlikwidowali półprzystanek, a na jego miejscu postawili prostą i nudną zwykłą metalowo-pleksiglasową wiatę. Prozaiczną i smutną, nie wzbudzającą w obserwatorze żadnych głębszych uczuć. Mało tego, wkrótce zorientowałem się, że i inne stylowe Jugo zastąpiono modernistycznym chłamem. Tak oto z miejskiej przestrzeni zniknęła odrobina piękna. Taka to nowoczesność, ha tfu.
Polskie kioski niczym dinozaury
    Rozsierdzony brakiem kiosków Jugo w Sieradzu podjąłem decyzję by odwiedzić w końcu słynne cmentarzysko kiosków, dość niedaleko w sumie leżące, bo na wschodnich rubieżach miasta Łodzi. No, może ciut dalej. I co? I okazało się, że pole na którym dogorywały kioskie wszelkiego kształtu, wielkości i autoramentu opustoszało. Poczciwe te budowle, nieodłączny kiedyś element polskich miast (pod szyldem nieistniejącego już przedsiębiorstwa Ruch, u mnie we Warcie (a zamku ani jednego) na rynku stały aż, dwa, co w sumie – byłem dzieckiem – wydawało mi się nielogiczne, że to samo tak blisko siebie; okazało się, że to był efekt panującego wtedy w Polsce komunizmu – umysł dziecka od razu zauważał wady gospodarki planowej) zwyczajnie zniknęły, zamieniając się w saloniki prasowe w galeriach handlowych. Tak sobie myślę, że za kilka lat jak ktoś będzie czytał Złego Leopolda Tyrmanda pan Kalodont i jego kiosk będzie bajką o żelaznym wilku.
Targ z lat 90-tych XX wieku i pierwszej dekady XXI, czasy popularności Jugokiosków
    Co ciekawe w innych krajach jakoś kioski nie umarły (samo słowo kiosk jest pochodzenia perskiego – podobnie jak określenie raju w większości języków europejskich, u nas występujące tylko w nazwie Paradyż – i oznacza pałac, pawilon; via turecki trafiło do włoskiego i francuskiego, a potem, już jako buda uliczna, do pozostałych języków Europy), i dalej funkcjonują w przestrzeni publicznej. Można tam nabyć nie tylko prasę (mimo, że jest niby w odwrocie ludzie nadal kupują ten fizyczny nośnik informacji, czasem tylko ze zwykłego snobizmu) ale i bilety lokalnej komunikacji, napoje, przekąski, czasem też i alkohol. Takie szwarc mydło i powidło, jak kiedyś u pana Kalodonta.
Kiosk w Amsterdamie - z przeznaczeniem kulinarnym
    Oprócz punktu sprzedaży najpotrzebniejszych rzeczy kioski – podobnie jak mury miejskie – spełniały także inną zaszczytną funkcję. Otóż były niejako miejscem w którym ulewały się uczucia społeczne. Owszem, czasem były tam humorystyczne napisy jak słynne "rany boskie, jestem kioskiem" czy kronika towarzyska "Krzysiu kocha Zosię", ale pojawiały się tam i problemy nurtujące społeczeństwo. Każda władza powinna śledzić takie graffiti, dla własnego dobra (nie zawsze tożsamego z interesem społeczeństwa).
Tam, gdzie kioski jeszcze istnieją dalej służą za agorę – tak więc, W. Sz. Czytelniku, jeśli zapuścisz się w ostępy nieznanego miasta wypatrujcie kiosków i graffiti na nich, żeby w razie czego być przygotowanym na prawidłową reakcję na nastroje społeczne w danym miejscu.
Kiosk w Stambule.

14 sierpnia 2026

Papierosy i pająki

    Tylko skończyłem pisać jeremiadę o tym, że w pubach nie można palić papierosów (co, jak W. Sz. Czytelnik pamięta, wcale nie jest dla mnie taką tragedią jaką zaprezentowałem – naprawdę brak papierosianego smrodu jest czymś cudownym, ale...) trafiłem do miejsca, gdzie papierosy w lokalu się pali – i nikt nie ma z tym problemu. I wcale nie chodzi mi o Bałkany, gdzie dymek dalej jest częścią kultury (zdarzało mi się trafiać do pokojów hotelowych "pachnących" papierosami; bez kucia tynku tej aury chyba się zlikwidować nie da). Nie. Była to Szwajcaria – oaza wolności w Europie Zachodniej.
Szwajcaria
    Z tą wolnością to już kiedyś na blogu wspominałem, wcale nie ma tak różowo, ale faktycznie – palenie w barze nie jest zabronione. A jak nie jest zabronione, to jest dozwolone. Więc wkroczyłem do środka i zamówiłem piwo. Miejscowi pili raczej wino – byliśmy w niemieckojęzycznej części Szwajcarii, w Lucernie, ale ten drugi trunek także był tu popularny: w końcu jeden z placów starego miasta zwie się Weinmarkt, i na pamiątkę intratnego handlu który się tam niegdyś odbywał ozdobiony jest freskiem przedstawiającym Wesele w Kanie Galilejskiej.
Wesele w Kanie Galilejskiej
    Atmosfera była miła i serdeczna, z sali obok dobiegały wrzaskliwe nieco bawarskie zaśpiewy (jakaś grupa miała biesiadę połączoną z pokazami – niech będzie – artystycznymi). Dym papierosowy (i ubiór klientów) zdradzał, że szlugi były z tych lepszych, nie te przemycane ze Wschodu, składające się z tektury, końskiego włosia i smoły. Znaczy: mocno nie śmierdziało. Niemniej długo tam nie siedziałem – ruszyłem poszwendać się po mieście. Na blogu o Lucernie wspomniałem zdaje się pokazując pomnik Lwa Lucerny, projektu znanego nam z Warszawy Thorvaldsena, ale nie tam skierowałem swoje kroki.
Lew Lucerny
    Minąłem wąskie uliczki starego miasta na które z góry spoglądały średniowieczne mury miejskie, nie zatrzymałem się nad Jeziorem Czterech Kantonów by podziwiać panoramę lokalnych Alp, tylko udałem się nad Reuss, rzekę dzielącą miasto na dwie części. A jak rzeka – to i mosty. I to jest absolutny – najbardziej emblematyczny, jak powiedziałby pan Makłowicz – top lucerninanych landszaftów.
Most Kapliczny
    Z trzech drewnianych konstrukcji do naszych czasów zachowały się – choć zaraz powiem dlaczego to nieco problematyczne stwierdzenie – dwa. Starszy, Kapellbrücke, z połowy XIV wieku, i Spreuerbrücke, datowany na Rok Pański 1408 (czyli budowniczowie nieco wyprzedzili zbudowany na rozkaz Jagiełły most pontonowy na Wiśle, który umożliwił w czasie Wielkiej Wojny z Zakonem chwalebną wiktorię grunwaldzką). Dlaczego zaś stwierdzenie o dwóch zachowanych mostach jest nieco na wyrost? Oto bowiem Most Kapliczny na początku lat 90-tych XX wieku wziął był i spłonął. Nie cały co prawda, ale duża część drewnianej przecież konstrukcji poszła z dymem – w tym i zdobiące przejście liczne malowidła przedstawiające sceny zarówno biblijne, jak i świeckie z historii Szwajcarii. Całe szczęście dwa lata wcześniej wszystkie owe obrazy skatalogowano i obfotografowano, ale dziś, przekraczając rzekę Reuss większość miejsc po malowidłach świeci pustkami. To celowe działanie – kiedy olbrzymim kosztem odbudowano most mieszkańcy Lucerny w referendum zadecydowali, że tak ma pozostać, że nie chcą mieć na swej największej atrakcji turystycznej kopii. Zachowane oryginały wróciły na swoje miejsce.
Miejsca po spalonych obrazach
    Swoją drogą drewniane mosty były obiektem turystycznych wizyt już jakieś 200 lat temu, a kiedy w XIX wieku powstała plotka, że władze miejskie chcą przeprawy zburzyć z Wysp Brytyjskich (bo to angielscy dandysi pro maior pars atrakcję oglądali) popłynęły petycje z prośbą o zachowanie konstrukcji. Z tych petycji lokalsi dowiedzieli się też dopiero o planach wyburzenia mostów. Plotka ma ogromną siłę.
Most Plewny
    Równie ogromną siłę miał też niedopałek, od którego zajął się drewniany Most Kapliczny. Sprawę ułatwiły kilogramy pajęczej sieci, nie sprzątane zapewne od kilkuset lat. Jakąż wspaniałą patynę wieków musiały nadawać konstrukcji. Dziś niestety – na obu mostach – są regularnie zdejmowane. Bo stare pajęczyny – wraz ze starym, przesuszonym drewnem – to wspaniały materiał palny. Nic dziwnego, że pożar rozprzestrzenił się błyskawicznie. W tym wypadku powiedzenie, że szczęśliwy dom gdzie pająki są okazało się nie przedbobonem, a zabobonem.
Pocztówka z Lucerny
    Drugi most, Plewny, przetrwał, i dziś także jest przeciwpożarowo zabezpieczony. Jest też ozdobiony nieco bardziej mrocznym zestawem malowideł – przedstawiają one danse macabre, taniec ze śmiercią.
Danse macabre
Wszyscy równi wobec Śmierci
    Przecudowna rzecz. Kostucha odwiedza wszystkie stany społeczne, z każdym – bądźmy nowocześni – zbija piątkę. Pokazuje, że czeka na każdego. Straszne? Wbrew pozorom wcale nie. Śmierć czeka każdego, a ostatnie malowidło przedstawia tryumf Chrystusa nad nią. Czyż może być coś bardziej optymistycznego?
Zwycięzca Śmierci
    Mimo, że jestem w nieco turpistycznym nastroju, odpowiem: no nie może.

7 sierpnia 2026

Pub

    Był całkiem pogodny – jak na Szkocję – dzień (wszak Dundee reklamowało się jako najbardziej słoneczne miasto całej krainy) a ja akurat zdobywałem wdrapywałem się wchodziłem szedłem na górujące nad miastem wzgórze zwane Dundee Law.
Dundee Law
    Po drodze mijałem różne chynchy, RODOS-y (zgadza się, Rodzinne – czy tam Robotnicze – Ogródki Działkowe Otoczone Siatką to nie tylko polska specjalność; te szkockie są równie parchate co nasza i nic wspólnego, poza nazwą, nie mają z ową śródziemnomorską wyspą swego czasu zdobytą na Bizantyjczykach przez piratów joannitów operujących wtedy z Cypru), przedmieścia czy puby. Zgadza się, o tej ostatniej ostoi brytyjskości zapowiadałem kiedyś osobny wpis (a jak nie zapowiadałem, to miałem zamiar; obiecać to prawie jak zrobić, tu działa podobny mechanizm) i oto jest. Przynajmniej trochę. Więc kroczyłem ku szczytowi Dundee Law, gdy wtem:
    - Wejdź do nas, stary przyjacielu! - rozległ się skrzekliwy głos.
    Rozejrzałem się – nie Gandalf mnie nawoływał, a miejscowy stary Szkot. Stał oparty o framugę mijanego pubu, i zamiast fajkowego ziela palił zwykłego szluga (zdaje się, że poprawnie powinno być: i palił zwykły szlug; ech, ta nasza cudowna mowa).
    - Jak będę wracał! - obiecałem, i rzeczywiście, skoro obiecałem to na powrocie wstąpiłem na jedno piwo. Czy inne ale. Nie pamiętam, szczerze mówiąc, było to jakieś dwadzieścia lat temu.
    Pamiętam, że pub nazywał się The High Corner. Od czasu bowiem zdaje się ohydnego bufona wielkiego reformatora Henryka VIII angielskie – i szkockie potem, za Stuartów – lokale z wyszynkiem musiały mieć nie tylko nazwę, ale i widoczny szyld. Znając chciwego Tudora chodziło zapewne o jakieś podatki.
The High Corner i lokalny Szkot
    W każdym razie lokal wyglądał w środku jak typowy brytyjski pub. W tym akurat – sądząc po przekroju wiekowym klientów i wczesnej popołudniowej godzinie zwykli przesiadywać lokalni właściciele wspomnianych wyżej RODOS-ów. W prawdziwym bowiem pubie zawsze przesiadują tylko lokalsi – choć oczywiście bona fide wędrowiec zawsze jest miło przywitany, jak ja tamtego dnia. Spełnia bowiem nie tylko pub rolę miejsca do spożywania alkoholu czy zakąsek, ale jest również spoiwem lokalnej społeczności. Któregoś razu trafiłem do lokalu, w którym gromadzili się członkowie (wraz z przyjaciółmi) amatorskiego klubu sportowego. W innym pubie obok pili – i wymieniali informacje – filateliści. W kolejnym – kolejarze. Może to efekt stratyfikacji społecznej w Wielkiej Brytanii, może przywiązanie do swojego małego zakątka. U nas w Polsce raczej tak nie ma. Bary osiedlowe już wymierały kiedy dobiła je panika koronawirusowa, na wsi zaś powoli do lamusa odchodzą typowe gieesy. U mnie sklep spożywczy też już upadł – a spełniał przecież taką samą funkcję socjalizującą jak brytyjskie puby. Oto zawsze w Niedzielę po Mszy Świętej lokalni gospodarze spotykali się przy symbolicznym kieliszku wódki (kto by się tam piwem zamulał) i omawiane były najnowsze decyzje władz samorządowych, wymieniano lokalne plotki informacje oraz politykowano. Tak, wiem, w czasach telefonów komórkowych i internetów takie magle czy spelunki tracą niby rację bytu, ale – by Jove – czyż nie lepiej jest porozmawiać twarzą w twarz? Zwłaszcza, że gros informacji i emocji przekazujemy sobie w sposób niewerbalny. Koniec świata.
The World's End i Autor (foto: P. Strzelczyk)
    W Wielkiej Brytanii te małe społeczności nadal mają swoje centra integracji – powstałe oddolnie, więc nie trzeba budować jakichś świetlic czy czegoś. Z racji obecności alkoholu czy bekonu puby też skutecznie bronią się przed tym, przed czym Zjednoczonemu Królestwu pro maior pars obronić się nie udało – przed inwazją obcych kulturowo imigrantów, pochodzących głównie z dawnych brytyjskich kolonii. Cóż, przegrali imperium, to teraz mają. Nam, jak straciliśmy mocarstwową pozycję los zgotował rozbiory, Brytyjskie superpaństwo było odrobinę większe od RON, więc i dekonstrukcja musi trochę potrwać. Ot, jak mawiał angielski dramaturg z czasów przed powstaniem Imperium, to są zwyczajne dzieje.
Ye Olde Watling - zbudowany przez Sir Christophera Wrena
Ye Olde Trip To Jerusalem - podobno najstarszy pub w Anglii
    Póki co jedyną rzeczą jaka wpłynęła na funkcjonowanie brytyjskich pubów jest zakaz palenia. Moda te przyszła też do Polski, i obecnie w gastronomi nie pali się papierosów. Z jednej strony jest to ograniczenie wolności i zubożenie kultury (wystarczy sobie poczytać książki, pooglądać filmy – papieros był obecny przez kilkadziesiąt lat, do tego w okresie gwałtownego rozwoju popkultury), z drugiej... Nie, nie będzie tu epistoły o tym, że palenie tytoniu szkodzi. Jeden śp Dziadek palił kilkadziesiąt lat, dożył prawie setki, inna śp Babcia też paliła, zmarła na raka płuc (pracownik służby zdrowia – nie chcę powiedzieć, że lekarz – nie zauważył był początków nowotworu, a później było – nomen omen – za późno). Na pewno substancje wdychane nie pomagają. O tytoniu zresztą na blogu było (każdy sobie zobaczy, czy wspominałem tam także o tym, że z racji trujących właściwości papierosa nasi genialni himalaiści z Jerzym Kukuczką na czele w czasie wysokogórskich ekspedycji jarali jeden za drugim; kwestia podtrucia czadem, opowieść na inny raz).
Andy, nie Himalaje, zdobywane przez Autora bez papierosa - i bez liści koki
    Kiedy zamieszkałem w Łodzi zakaz palenia w lokalach jeszcze nie obowiązywał, i w całym mieście było tylko jedno miejsce w którym w środku się nie paliło. Był to słynny bar Anna (lokal powstał tam w 1912 roku), gdzie pili żule, studenci i pracownicy urzędu miasta (co oczywiste, nie należałem do tej trzeciej grupy). Swego czasu w pubie bytowała bowiem papuga, i dym papierosiany niezwykle ptaka drażnił, w związku z tym palący musieli opuścić główną salę. Gromadzili się w niewielkim przedsionku, gdzie – z racji dymu – słońce nigdy nie zaglądało. Przed wejściem należało więc wziąć głęboki wdech i przedrzeć się przez błękitny tuman. Oznaczało to, że i tak po wizycie w Annie człowiek śmierdział jak popielniczka. I to w sumie jest powód, dla którego, mimo żalu, zaakceptowałem zakaz palenia. Młodzież nie zdaje sobie sprawy, jak – w latach 70-tych, 80-tych czy 90-tych wszystko śmierdziało. Od mieszkań przez restauracje po środki komunikacji publicznej (przecież w pekaesach w siedzeniach były spiołki montowane). Dla węchowca, jakim jestem, była to straszna spawa (mimo, że przecież od małego człowiek wzrastał w takim środowisku). Ale to już przeszłość. Pub Anna też nie przeżył paniki koronawirusowej (i pewnie wzrostu kosztów utrzymania). Ciekawe, jaka dziś jest kondycja brytyjskich lokali. Po pandemii nie byłem.
Strefa dla palaczy na jednym ze współczesnych łódzkich dworców

Najchętniej czytane

Bunkry

     Skoro poprzedni wpis zakończyłem opowiastką o pubie i historii , a tych pierwszych, jak wcześniej wspomniałem w okolicy nie ma za wiel...