Poprzedni wpis mógł wyglądać jak
apoteoza spożywania alkoholu w warstwach rządzących, ale jest to
oczywista nieprawda, wszak ustawa o zapobieganiu alkoholizmowi z roku 1982 jasno zakazuje takich działań (znaczy, ogólnie zakazuje, bo wtedy jeszcze nie było internetów, była zima i wojna polsko-jaruzelska Stan Wojenny). Niemniej Der Meistertrunk rzeczywiście ocalił miasto.
| Der Meistertrunk z Rothenburga nad Trauerem |
W historii
Polski mamy zresztą liczne przykłady rządzących, którym alkohol
zdecydowanie nie wyszedł na zdrowie. O jednym z nich wspominałem
przy okazji opowiastki o kanonizowaniu polskiego piwa przez Klemensa VIII. Chodzi oczywiście o Leszka Białego, udatnego Piasta, który
namawiany przez papieża do udziału w krucjatach wymówił się
twierdząc, że pija jedynie właśnie piwo (wtedy jeszcze
niekanonizowane przecież), a tego w Ziemi Świętej nie uświadczysz
(obecnie jest, i to nawet importowane z Polski, organoleptycznie
sprawdziłem to kiedyś w gieesie w Tel Awiwie czy tam innej Jaffie).
Zamiast więc odbijać Jerozolimę poczciwy książę konałby z
pragnienia w gorącym klimacie pustyń Syro-Palestyny. Albo w
cedrowych lasach gór Libanu. Nieistotne. W każdym razie Leszkowi
odpuszczono i mógł zostać na ojcowiźnie, włączając się w wir
walk o tron krakowski (który zresztą zdobył, kładąc definitywnie
kres zasadom przejmowania władzy w Polsce wytyczonych przez
Bolesława Krzywoustego). Swoją drogą leszkowy krewniak, Bolesław
Wysoki, na krucjatę wyruszył. Może nie miał co innego do roboty,
wszak czasowo z ojcowej dziedziny był wywłaszczony, niemniej wyprawa
przyniosła mu sławę w oczach cesarza Konrada III, a rycerski mir w oczach następcy, Fryderyka Barbarossy, ugruntował
wygrywając w imię władcy Świętego Cesarstwa Rzymskiego pojedynek rycerski pod murami Mediolanu.
| Jerozolima |
Leszek Biały, jak pisałem, w
kraju został, zdobył krakowski tron, aż w końcu drogi zawiodły
go do Gąsawy. Zresztą nie tylko jego – na zjazd piastowskich
książąt przybyli Konrad I mazowiecki czy syn Bolesława Wysokiego
(niedługo po zwycięstwie w Mediolanie odzyskał dzielnicę ojca,
Władysława Wygnańca) Henryk Brodaty. Piastowicze w serdecznej
atmosferze mieli przysiąść i omawiając palące problemy radzić
co dalej z tą Polską. Słowiańskim zwyczajem książęta
przysiedli sobie w bani (czyli saunie), i chłostając się
brzozowymi witkami rozpoczęli obrady. Koncepcja zjazdów władców
istnieje od tysięcy lat, wymaga jednak pewnej bardzo ważnej rzeczy:
odpowiedniego zabezpieczenia. W przeciwnym razie udany zamach
terrorystyczny może dokonać naprawdę wiele złego. Na zjeździe w
Gąsawie taka okazja nadarzyła się właśnie w czasie kąpieli
książąt w saunie – byli tam właściwie bezbronni – ani
miecza, ani tarczy. Brzozowa witka używana do chłosty w bani nie jest uznawana za szczególnie
efektywną broń.
| Kościół w Gąsawie - na tym miejscu świątynia stała już w czasach Leszka Białego |
Wbrew przewidywaniom tym razem to nie Niemcy
napadli na polskich książąt (odbili to sobie kilkadziesiąt lat
później mordując króla Przemysła II). Piastowicze mieli wrogów
na Pomorzu (Świętopełk II Wielki wiele robił by zrzucić polską zwierzchność), morderców mógł nasłać też Władysław Odonic, książę na zjazd
niezaproszony (albo każdy inny z Piastów tamtego czasu). W wyniku ataku Henryk Brodaty został ciężko ranny
(nie zginął dzięki poświęceniu jednego z własnych rycerzy,
książęcy bodyguard poniósł śmierć) a Leszek Biały, zapewne
zawołany kawalkator, goły jak go Pan Bóg stworzył począł
uciekać konno. Siepacze ruszyli za nim w pogoń. I, co wiemy z
historii, dopadli go obok wioski Marcinkowo Górne, kilka kilometrów od
Gąsawy. Każdy kto przejeżdża tamtędy – na przykład do Wenecji
(tej koło Żnina, rzecz jasna, ale technicznie można tamtędy
jechać do Włoch) lub do Biskupina – zobaczyć może wspaniały
pomnik, przedstawiający moment śmierci księcia, gdy przeszyty
kilkoma strzałami spada z konia.
| Śmierć Leszka Białego |
Pomnik (nie dodałem, że kopia, oryginał zniszczyli Niemcy) jest jak najbardziej
wzruszający, ale mało kto wie, że nie stoi on wcale w miejscu
śmierci Leszka. To jest całkiem niedaleko, może półtora
kilometra, może trochę więcej od okazałego monumentu. Mianowicie
należy zjechać z głównej drogi, a wkrótce i z asfaltu. Znakiem
rozpoznawczym będzie stojąca w środku pola aleja potężnych
drzew.
| Droga do pomnika |
W. Sz. Czytelnik domyśla się już, że prowadzi ona do
prawdziwego miejsca tragedii z XIII wieku. Ba. Na końcu alei
znajduje się nawet niewielki obelisk – trzeba mu przyznać, że
nieco zaniedbany i kruszący się.
| Miejsce śmierci Leszka Białego |
Ale jest. I jeszcze ten biały
pomnik. W kraju w którym nie umiemy w pokazywanie historii (o
promocji nawet nie wspominam, choć na blogu często nad tym jojczę)
to naprawdę ładny głaz sprawa wspaniała.
| Kopia przedwojennego pomnika w Marcinkowie - oryginał zniszczyli Niemcy, no bo kto |
Tak więc
podsumowując ten i poprzedni wpis, to alkohol jednak – w
ostatecznym rozrachunku szkodzi. Choć, z drugiej strony, jeśli
opowieść o śmierci Leszka Białego czyta akurat ktoś niezbyt
ortodoksyjnie traktujący sprawy higieny osobistej (nie mówię o
hipisach, może to być na przykład Ludwik XIV, słynny Król
Słońce, który – wliczając chrzest – w czasie swojego
kilkudziesięcioletniego życia kontakt z wodą miał zaledwie 7 razy,
dane mogą być przesadzone) może dojść do przekonania, że częste
mycie skraca życie (Ludwik XIV żył 72 lata).



.jpg)









.jpg)











