Tłumacz

4 września 2026

Pub i pożar

    W dawnym Księstwie Sieradzkim pubów mało, stąd ostatni wpis o kioskach, ale jako, że nie chcę jeszcze porzucać tego nieco alkoholowego tematu trza mi wrócić na Wyspy Brytyjskie. A konkretniej do Londynu. Miasta, które ukształtował jeden z najsłynniejszych pożarów w dziejach – Wielki Pożar 1666 roku.
Nieistniejący już bar Zakątek w Zadzimiu
    Swoją drogą oni tam wszystko mają wielkie – taka polityka historyczna. Rok przed Wielkim Pożarem wybuchła wszak Wielka Zaraza, a Wielki Smród (1858) spowodował olbrzymią przebudowę Londynu (mamy też Wielki Londyn – w sumie nie ma praw miejskich, choć dwa z jego komponentów, City of London i City of Westminster, są miastami już od setek lat). Nie pamiętam, czy atak słynnej londyńskiej mgły, toksycznego siarkowego smogu z 1952, też nie miał takiego przydomku (jest to jedna z londyńskich atrakcji, która przeminęła na zawsze – niby szkoda, ale pamiętam, jak byłem w mniej jadowitym smogu w La Paz, i jednak nie szkoda).
Wielkie reklamy na Piccadilly Circus
    Wracając do pożaru – Pałac Westminsterski spłonął przecież w XIX wieku, dając początek Big Benowi i nowym trendom w malarstwie. Cóż, jak mi w trakcie tego niezwykle gorącego tygodnia lata (bo tak, to tradycyjnie, lipcopad i siąpień, drodzy klimatyści) w wyniku iskry z drutów zapalił się ścięty rygras (jak mówimy na rajgras, jedną z uprawnych traw) nie wyciągałem farb i palety, tylko zadzwoniłem po strażaków. Rychło zlecieli się też – jak to na wsi – sąsiedzi do pomocy, ale dwa zastępy OSP szybko opanowały sytuację (chwała im za to). Ale moje pole nie jest parlamentem w stolicy ówczesnego imperium.
Pałac Westminsterski współcześnie
    Wielki Pożar roku 1666 Westminster akurat ominął. Trwał od 2 do 5 września (więc, volens nolens, to wpis rocznicowy - rocznicowo także, 3-4.09.1939, zapłonął Złoczew, o czym w następnym wpisie, za tydzień) i spopielił City of London – centrum finansowe królestwa ostatnich Stuartów, z królami zresztą skonfliktowane i nie ufające Karolowi II (w czasie pożaru nie chciano w mieście królewskich gwardzistów – nie pomogło to w gaszeniu ognia). Centrum centrumem, a zbudowane było głównie z materiałów biodegradowalnych – znaczy się z drewna i słomy (mimo królewskich dekretów zabraniających używania takich komponentów; republikańskie protestanckie City nie będzie przecież słuchało kryptokatolickiego monarchy, ważne, że słoma i deski są tanie). Domy, zwane jetty charakteryzowały się tym, że każde następne piętro było nieco wysunięte w porównaniu z poprzednim (dzięki temu ogień mógł łatwo przeskakiwać z jednej na drugą strzechę, zwłaszcza, gdy drugiego czy trzeciego dnia pożaru rozpoczęły się burze ogniowe). Dziś w Londynie takich budynków już nie spotkamy, ale gdzieniegdzie na Wyspach da się je odszukać.
Jetty w Jorku
    Albo w innych miejscach świata, gdzie zachowało się tradycyjne miejskie budownictwo drewniane.
Alzacki Colmar - słowo jetty przyszło do Anglii z języka francuskiego
    Nie mówię tu o Łodzi i okolicach, tu drewniana miejska zabudowa jest z XIX wieku, całkiem nowoczesna.
Zgierz - drewniane domy tkaczy z XIX wieku
    W każdym razie City of London spłonęło praktycznie całe – łącznie z rzymskimi jeszcze murami.
Pozostałości rzymskich czasów pamiętającego Muru Londynu
    Spłonęła też średniowieczna katedra świętego Pawła (to ten kościół z kopułą, który pojawiał się przed - czy tam po -  programami Benny'ego Hilla, z napisem Thames). I tak była w słabym stanie, remontować miał ją niejaki Christopher Wren, ale może by ocalała – gdyby nie drewniane rusztowania. W każdym razie kościół poszedł z dymem, a pan Wren mógł odbudować go po swojemu – wcześniej hierarchowie wzbraniali się przed jego pomysłami – w duchu barokowym.
Katedra Świętego Pawła
    Odbudować City w takimż duchu się nie udało – wszystkie plany stworzenia nowoczesnego przestrzennego miasta (jak w XIX wieku w Paryżu i Berlinie) spaliły na panewce. A raczej na prawach własności gruntu. Ot, w pożarze nie poginęli właściciele działek miejskich, i nie bardzo można było je przejąć w imię nowoczesności. Swoją drogą źródła z epoki mówią zaledwie o kilku ofiarach pożogi, ale (podobnie jak przy katastrofie w Czarnobylu) nikt nie brał pod uwagę osób zaczadzonych czy zmarłych później z ran czy głodu. Więcej – 1/4 mieszkańców City – pochłonęła rok wcześniej zaraza (taka prawdziwa, nie ta o której wielokrotnie na blogu wspominałem byłem). Mimo to i tak udało się poszerzyć londyńskie ulice, i tym razem wyegzekwowano już zakaz budowania z drewna i słomy. Wychodzi na to, że centrum Londynu jest mimo to miastem barokowym – ale jest to barok taki jakiś mało wystawny, klasycystyczny niemal. Nawet projektowane przez Wrena Greenwich, leżące od centrum bardzo daleko, ale za to wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.
Greenwich
    Co to ma wspólnego z pubem? Otóż całkiem niechcący – będąc w pracy w londyńskim City – trafiłem do lokalu zwanego Ye Olde Watling. Położony w najbliższym sąsiedztwie katedry z zewnątrz wyglądał całkiem zacnie.
Ye Olde Watling
    Zbudowany miał być przez Christophera Wrena zaraz po pożarze, który użyć miał do konstrukcji więźby rozebranych kadłubów statków, i początkowo miejsce spełniać miało funkcję biura architekta w czasie rekonstrukcji – czy też odbudowy – londyńskiej katedry. Ściany lokalu – zwłaszcza na piętrze – zdobią ryciny z epoki, przedstawiające plany nowej świątyni. I teraz niech-że W. Sz. Czytelnik przeczyta sobie następne zdanie głosem Roberta Makłowicza: Ye Olde Watling jest najlepszym przykładem na to, że chodzenie po barach nie musi li tylko ograniczać się do spożywania trunków i zakąsek, może także być żywą lekcją historii. Cheers.


Wpis powstał zanim wspaniały sanocki skansen budownictwa drewnianego poszedł z dymem (spokojnie, nie cały). Może kiedyś zrobię jakiś memoratywny wpis, bo odwiedziłem to czarowne miejsce. Ale później. Na razie warto pamiętać, jak nietrwałe są drewniane konstrukcje...
Pamiętajmy o przeszłości

28 sierpnia 2026

Kiosk

    Po takiej małej przerwie w nadawaniu spowodowanej względami, jak to się ładnie mówi, pozasportowymi, wracam do Sieradza (bo też i tu ostatnio często bywam, taka dira neccesita) i muszę zrobić wpis o kolejnej – choć wyszło na to, że tymczasowej – atrakcji dawnej stolicy Księstwa Sieradzkiego. Może W. Sz. Czytelnik wolałby dalej ciągnąć temat barów, ale Autor demokratycznie podjął taką, a nie inną decyzję. Zwłaszcza, że w okolicy pubów tak średnio, bym powiedział. Więc sieradzkie atrakcje wracają na chwilę na tapet.
Chorągiew sieradzka, akurat z miasta wyruszająca
    O większości owych zresztą już było, w kilku co najmniej wpisach, ale że to sąsiednia gmina, i rodzinny powiat, to zawsze warto się chwalić.
Jedna z atrakcji Sieradza na Placu Wojewódzkim
    Oto bowiem na początku Roku Pańskiego 2026 w przystanek autobusowy na którym te -dziesiąt lat temu wsiadałem byłem w powrotny do domu pekaes przydzwonił jakiś szalony kierowca. Na szczęście obyło się bez ofiar, poza odholowaniem wraku drogiego pojazdu na złomowisko. No i naprawą przystanku. Władze miejskie stanęły na wysokości zadania – zniszczoną połowę wiaty odcięto i przez kilka miesięcy przystanek był połową siebie. Wrzuciłem to kuriozum gdzieś tam w internety, bo było to w sumie całkiem zabawne rozwiązanie.
Jugokiosk jako półprzystanek
    - Ej, ten przystanek wygląda jak kiosk "Jugo" – pojawił się komentarz.
    Przyjrzałem się – rzeczywiście. Człowiek cały czas miał to pod nosem, a faktycznie w Sieradzu przystanki wyglądały jak kioski typu K67, zwane u nas, z racji pochodzenia Jugokioskami. Ba, na Placu Wojewódzkim (tym z trójkątnym Łokietkiem i olbrzymim gmachem dawnego Urzędu Wojewódzkiego) wiata płynnie przechodziła w kiosk rozprowadzający kiedyś bilety MZK, a potem już wszystko inne. Miałem tą jugosłowiańską stylizację na wyciągnięcie ręki, a w poszukiwaniu kosmicznego brutalizmu czasów Marszałka Tity jak głupi na Bałkany jeździłem.
Nowy dworzec w Skopje
    Nie ukrywam, że znalazłem tam różne cuda, o których na blogu W. Sz. Czytelnik czytał.
Jugosłowiański brutalizm wyłaniający się z mgły
    Albo i nie, nie jest to istotne (link podaję TU, TU i TU; a co). Niestety, po pewnym czasie włodarze miasta zlikwidowali półprzystanek, a na jego miejscu postawili prostą i nudną zwykłą metalowo-pleksiglasową wiatę. Prozaiczną i smutną, nie wzbudzającą w obserwatorze żadnych głębszych uczuć. Mało tego, wkrótce zorientowałem się, że i inne stylowe Jugo zastąpiono modernistycznym chłamem. Tak oto z miejskiej przestrzeni zniknęła odrobina piękna. Taka to nowoczesność, ha tfu.
Polskie kioski niczym dinozaury
    Rozsierdzony brakiem kiosków Jugo w Sieradzu podjąłem decyzję by odwiedzić w końcu słynne cmentarzysko kiosków, dość niedaleko w sumie leżące, bo na wschodnich rubieżach miasta Łodzi. No, może ciut dalej. I co? I okazało się, że pole na którym dogorywały kioskie wszelkiego kształtu, wielkości i autoramentu opustoszało. Poczciwe te budowle, nieodłączny kiedyś element polskich miast (pod szyldem nieistniejącego już przedsiębiorstwa Ruch, u mnie we Warcie (a zamku ani jednego) na rynku stały aż, dwa, co w sumie – byłem dzieckiem – wydawało mi się nielogiczne, że to samo tak blisko siebie; okazało się, że to był efekt panującego wtedy w Polsce komunizmu – umysł dziecka od razu zauważał wady gospodarki planowej) zwyczajnie zniknęły, zamieniając się w saloniki prasowe w galeriach handlowych. Tak sobie myślę, że za kilka lat jak ktoś będzie czytał Złego Leopolda Tyrmanda pan Kalodont i jego kiosk będzie bajką o żelaznym wilku.
Targ z lat 90-tych XX wieku i pierwszej dekady XXI, czasy popularności Jugokiosków
    Co ciekawe w innych krajach jakoś kioski nie umarły (samo słowo kiosk jest pochodzenia perskiego – podobnie jak określenie raju w większości języków europejskich, u nas występujące tylko w nazwie Paradyż – i oznacza pałac, pawilon; via turecki trafiło do włoskiego i francuskiego, a potem, już jako buda uliczna, do pozostałych języków Europy), i dalej funkcjonują w przestrzeni publicznej. Można tam nabyć nie tylko prasę (mimo, że jest niby w odwrocie ludzie nadal kupują ten fizyczny nośnik informacji, czasem tylko ze zwykłego snobizmu) ale i bilety lokalnej komunikacji, napoje, przekąski, czasem też i alkohol. Takie szwarc mydło i powidło, jak kiedyś u pana Kalodonta.
Kiosk w Amsterdamie - z przeznaczeniem kulinarnym
    Oprócz punktu sprzedaży najpotrzebniejszych rzeczy kioski – podobnie jak mury miejskie – spełniały także inną zaszczytną funkcję. Otóż były niejako miejscem w którym ulewały się uczucia społeczne. Owszem, czasem były tam humorystyczne napisy jak słynne "rany boskie, jestem kioskiem" czy kronika towarzyska "Krzysiu kocha Zosię", ale pojawiały się tam i problemy nurtujące społeczeństwo. Każda władza powinna śledzić takie graffiti, dla własnego dobra (nie zawsze tożsamego z interesem społeczeństwa).
Tam, gdzie kioski jeszcze istnieją dalej służą za agorę – tak więc, W. Sz. Czytelniku, jeśli zapuścisz się w ostępy nieznanego miasta wypatrujcie kiosków i graffiti na nich, żeby w razie czego być przygotowanym na prawidłową reakcję na nastroje społeczne w danym miejscu.
Kiosk w Stambule.

14 sierpnia 2026

Papierosy i pająki

    Tylko skończyłem pisać jeremiadę o tym, że w pubach nie można palić papierosów (co, jak W. Sz. Czytelnik pamięta, wcale nie jest dla mnie taką tragedią jaką zaprezentowałem – naprawdę brak papierosianego smrodu jest czymś cudownym, ale...) trafiłem do miejsca, gdzie papierosy w lokalu się pali – i nikt nie ma z tym problemu. I wcale nie chodzi mi o Bałkany, gdzie dymek dalej jest częścią kultury (zdarzało mi się trafiać do pokojów hotelowych "pachnących" papierosami; bez kucia tynku tej aury chyba się zlikwidować nie da). Nie. Była to Szwajcaria – oaza wolności w Europie Zachodniej.
Szwajcaria
    Z tą wolnością to już kiedyś na blogu wspominałem, wcale nie ma tak różowo, ale faktycznie – palenie w barze nie jest zabronione. A jak nie jest zabronione, to jest dozwolone. Więc wkroczyłem do środka i zamówiłem piwo. Miejscowi pili raczej wino – byliśmy w niemieckojęzycznej części Szwajcarii, w Lucernie, ale ten drugi trunek także był tu popularny: w końcu jeden z placów starego miasta zwie się Weinmarkt, i na pamiątkę intratnego handlu który się tam niegdyś odbywał ozdobiony jest freskiem przedstawiającym Wesele w Kanie Galilejskiej.
Wesele w Kanie Galilejskiej
    Atmosfera była miła i serdeczna, z sali obok dobiegały wrzaskliwe nieco bawarskie zaśpiewy (jakaś grupa miała biesiadę połączoną z pokazami – niech będzie – artystycznymi). Dym papierosowy (i ubiór klientów) zdradzał, że szlugi były z tych lepszych, nie te przemycane ze Wschodu, składające się z tektury, końskiego włosia i smoły. Znaczy: mocno nie śmierdziało. Niemniej długo tam nie siedziałem – ruszyłem poszwendać się po mieście. Na blogu o Lucernie wspomniałem zdaje się pokazując pomnik Lwa Lucerny, projektu znanego nam z Warszawy Thorvaldsena, ale nie tam skierowałem swoje kroki.
Lew Lucerny
    Minąłem wąskie uliczki starego miasta na które z góry spoglądały średniowieczne mury miejskie, nie zatrzymałem się nad Jeziorem Czterech Kantonów by podziwiać panoramę lokalnych Alp, tylko udałem się nad Reuss, rzekę dzielącą miasto na dwie części. A jak rzeka – to i mosty. I to jest absolutny – najbardziej emblematyczny, jak powiedziałby pan Makłowicz – top lucerninanych landszaftów.
Most Kapliczny
    Z trzech drewnianych konstrukcji do naszych czasów zachowały się – choć zaraz powiem dlaczego to nieco problematyczne stwierdzenie – dwa. Starszy, Kapellbrücke, z połowy XIV wieku, i Spreuerbrücke, datowany na Rok Pański 1408 (czyli budowniczowie nieco wyprzedzili zbudowany na rozkaz Jagiełły most pontonowy na Wiśle, który umożliwił w czasie Wielkiej Wojny z Zakonem chwalebną wiktorię grunwaldzką). Dlaczego zaś stwierdzenie o dwóch zachowanych mostach jest nieco na wyrost? Oto bowiem Most Kapliczny na początku lat 90-tych XX wieku wziął był i spłonął. Nie cały co prawda, ale duża część drewnianej przecież konstrukcji poszła z dymem – w tym i zdobiące przejście liczne malowidła przedstawiające sceny zarówno biblijne, jak i świeckie z historii Szwajcarii. Całe szczęście dwa lata wcześniej wszystkie owe obrazy skatalogowano i obfotografowano, ale dziś, przekraczając rzekę Reuss większość miejsc po malowidłach świeci pustkami. To celowe działanie – kiedy olbrzymim kosztem odbudowano most mieszkańcy Lucerny w referendum zadecydowali, że tak ma pozostać, że nie chcą mieć na swej największej atrakcji turystycznej kopii. Zachowane oryginały wróciły na swoje miejsce.
Miejsca po spalonych obrazach
    Swoją drogą drewniane mosty były obiektem turystycznych wizyt już jakieś 200 lat temu, a kiedy w XIX wieku powstała plotka, że władze miejskie chcą przeprawy zburzyć z Wysp Brytyjskich (bo to angielscy dandysi pro maior pars atrakcję oglądali) popłynęły petycje z prośbą o zachowanie konstrukcji. Z tych petycji lokalsi dowiedzieli się też dopiero o planach wyburzenia mostów. Plotka ma ogromną siłę.
Most Plewny
    Równie ogromną siłę miał też niedopałek, od którego zajął się drewniany Most Kapliczny. Sprawę ułatwiły kilogramy pajęczej sieci, nie sprzątane zapewne od kilkuset lat. Jakąż wspaniałą patynę wieków musiały nadawać konstrukcji. Dziś niestety – na obu mostach – są regularnie zdejmowane. Bo stare pajęczyny – wraz ze starym, przesuszonym drewnem – to wspaniały materiał palny. Nic dziwnego, że pożar rozprzestrzenił się błyskawicznie. W tym wypadku powiedzenie, że szczęśliwy dom gdzie pająki są okazało się nie przedbobonem, a zabobonem.
Pocztówka z Lucerny
    Drugi most, Plewny, przetrwał, i dziś także jest przeciwpożarowo zabezpieczony. Jest też ozdobiony nieco bardziej mrocznym zestawem malowideł – przedstawiają one danse macabre, taniec ze śmiercią.
Danse macabre
Wszyscy równi wobec Śmierci
    Przecudowna rzecz. Kostucha odwiedza wszystkie stany społeczne, z każdym – bądźmy nowocześni – zbija piątkę. Pokazuje, że czeka na każdego. Straszne? Wbrew pozorom wcale nie. Śmierć czeka każdego, a ostatnie malowidło przedstawia tryumf Chrystusa nad nią. Czyż może być coś bardziej optymistycznego?
Zwycięzca Śmierci
    Mimo, że jestem w nieco turpistycznym nastroju, odpowiem: no nie może.

7 sierpnia 2026

Pub

    Był całkiem pogodny – jak na Szkocję – dzień (wszak Dundee reklamowało się jako najbardziej słoneczne miasto całej krainy) a ja akurat zdobywałem wdrapywałem się wchodziłem szedłem na górujące nad miastem wzgórze zwane Dundee Law.
Dundee Law
    Po drodze mijałem różne chynchy, RODOS-y (zgadza się, Rodzinne – czy tam Robotnicze – Ogródki Działkowe Otoczone Siatką to nie tylko polska specjalność; te szkockie są równie parchate co nasza i nic wspólnego, poza nazwą, nie mają z ową śródziemnomorską wyspą swego czasu zdobytą na Bizantyjczykach przez piratów joannitów operujących wtedy z Cypru), przedmieścia czy puby. Zgadza się, o tej ostatniej ostoi brytyjskości zapowiadałem kiedyś osobny wpis (a jak nie zapowiadałem, to miałem zamiar; obiecać to prawie jak zrobić, tu działa podobny mechanizm) i oto jest. Przynajmniej trochę. Więc kroczyłem ku szczytowi Dundee Law, gdy wtem:
    - Wejdź do nas, stary przyjacielu! - rozległ się skrzekliwy głos.
    Rozejrzałem się – nie Gandalf mnie nawoływał, a miejscowy stary Szkot. Stał oparty o framugę mijanego pubu, i zamiast fajkowego ziela palił zwykłego szluga (zdaje się, że poprawnie powinno być: i palił zwykły szlug; ech, ta nasza cudowna mowa).
    - Jak będę wracał! - obiecałem, i rzeczywiście, skoro obiecałem to na powrocie wstąpiłem na jedno piwo. Czy inne ale. Nie pamiętam, szczerze mówiąc, było to jakieś dwadzieścia lat temu.
    Pamiętam, że pub nazywał się The High Corner. Od czasu bowiem zdaje się ohydnego bufona wielkiego reformatora Henryka VIII angielskie – i szkockie potem, za Stuartów – lokale z wyszynkiem musiały mieć nie tylko nazwę, ale i widoczny szyld. Znając chciwego Tudora chodziło zapewne o jakieś podatki.
The High Corner i lokalny Szkot
    W każdym razie lokal wyglądał w środku jak typowy brytyjski pub. W tym akurat – sądząc po przekroju wiekowym klientów i wczesnej popołudniowej godzinie zwykli przesiadywać lokalni właściciele wspomnianych wyżej RODOS-ów. W prawdziwym bowiem pubie zawsze przesiadują tylko lokalsi – choć oczywiście bona fide wędrowiec zawsze jest miło przywitany, jak ja tamtego dnia. Spełnia bowiem nie tylko pub rolę miejsca do spożywania alkoholu czy zakąsek, ale jest również spoiwem lokalnej społeczności. Któregoś razu trafiłem do lokalu, w którym gromadzili się członkowie (wraz z przyjaciółmi) amatorskiego klubu sportowego. W innym pubie obok pili – i wymieniali informacje – filateliści. W kolejnym – kolejarze. Może to efekt stratyfikacji społecznej w Wielkiej Brytanii, może przywiązanie do swojego małego zakątka. U nas w Polsce raczej tak nie ma. Bary osiedlowe już wymierały kiedy dobiła je panika koronawirusowa, na wsi zaś powoli do lamusa odchodzą typowe gieesy. U mnie sklep spożywczy też już upadł – a spełniał przecież taką samą funkcję socjalizującą jak brytyjskie puby. Oto zawsze w Niedzielę po Mszy Świętej lokalni gospodarze spotykali się przy symbolicznym kieliszku wódki (kto by się tam piwem zamulał) i omawiane były najnowsze decyzje władz samorządowych, wymieniano lokalne plotki informacje oraz politykowano. Tak, wiem, w czasach telefonów komórkowych i internetów takie magle czy spelunki tracą niby rację bytu, ale – by Jove – czyż nie lepiej jest porozmawiać twarzą w twarz? Zwłaszcza, że gros informacji i emocji przekazujemy sobie w sposób niewerbalny. Koniec świata.
The World's End i Autor (foto: P. Strzelczyk)
    W Wielkiej Brytanii te małe społeczności nadal mają swoje centra integracji – powstałe oddolnie, więc nie trzeba budować jakichś świetlic czy czegoś. Z racji obecności alkoholu czy bekonu puby też skutecznie bronią się przed tym, przed czym Zjednoczonemu Królestwu pro maior pars obronić się nie udało – przed inwazją obcych kulturowo imigrantów, pochodzących głównie z dawnych brytyjskich kolonii. Cóż, przegrali imperium, to teraz mają. Nam, jak straciliśmy mocarstwową pozycję los zgotował rozbiory, Brytyjskie superpaństwo było odrobinę większe od RON, więc i dekonstrukcja musi trochę potrwać. Ot, jak mawiał angielski dramaturg z czasów przed powstaniem Imperium, to są zwyczajne dzieje.
Ye Olde Watling - zbudowany przez Sir Christophera Wrena
Ye Olde Trip To Jerusalem - podobno najstarszy pub w Anglii
    Póki co jedyną rzeczą jaka wpłynęła na funkcjonowanie brytyjskich pubów jest zakaz palenia. Moda te przyszła też do Polski, i obecnie w gastronomi nie pali się papierosów. Z jednej strony jest to ograniczenie wolności i zubożenie kultury (wystarczy sobie poczytać książki, pooglądać filmy – papieros był obecny przez kilkadziesiąt lat, do tego w okresie gwałtownego rozwoju popkultury), z drugiej... Nie, nie będzie tu epistoły o tym, że palenie tytoniu szkodzi. Jeden śp Dziadek palił kilkadziesiąt lat, dożył prawie setki, inna śp Babcia też paliła, zmarła na raka płuc (pracownik służby zdrowia – nie chcę powiedzieć, że lekarz – nie zauważył był początków nowotworu, a później było – nomen omen – za późno). Na pewno substancje wdychane nie pomagają. O tytoniu zresztą na blogu było (każdy sobie zobaczy, czy wspominałem tam także o tym, że z racji trujących właściwości papierosa nasi genialni himalaiści z Jerzym Kukuczką na czele w czasie wysokogórskich ekspedycji jarali jeden za drugim; kwestia podtrucia czadem, opowieść na inny raz).
Andy, nie Himalaje, zdobywane przez Autora bez papierosa - i bez liści koki
    Kiedy zamieszkałem w Łodzi zakaz palenia w lokalach jeszcze nie obowiązywał, i w całym mieście było tylko jedno miejsce w którym w środku się nie paliło. Był to słynny bar Anna (lokal powstał tam w 1912 roku), gdzie pili żule, studenci i pracownicy urzędu miasta (co oczywiste, nie należałem do tej trzeciej grupy). Swego czasu w pubie bytowała bowiem papuga, i dym papierosiany niezwykle ptaka drażnił, w związku z tym palący musieli opuścić główną salę. Gromadzili się w niewielkim przedsionku, gdzie – z racji dymu – słońce nigdy nie zaglądało. Przed wejściem należało więc wziąć głęboki wdech i przedrzeć się przez błękitny tuman. Oznaczało to, że i tak po wizycie w Annie człowiek śmierdział jak popielniczka. I to w sumie jest powód, dla którego, mimo żalu, zaakceptowałem zakaz palenia. Młodzież nie zdaje sobie sprawy, jak – w latach 70-tych, 80-tych czy 90-tych wszystko śmierdziało. Od mieszkań przez restauracje po środki komunikacji publicznej (przecież w pekaesach w siedzeniach były spiołki montowane). Dla węchowca, jakim jestem, była to straszna spawa (mimo, że przecież od małego człowiek wzrastał w takim środowisku). Ale to już przeszłość. Pub Anna też nie przeżył paniki koronawirusowej (i pewnie wzrostu kosztów utrzymania). Ciekawe, jaka dziś jest kondycja brytyjskich lokali. Po pandemii nie byłem.
Strefa dla palaczy na jednym ze współczesnych łódzkich dworców

31 lipca 2026

Długa droga do domu cz. 2

    Ach. Zatrzymaliśmy się pod katedrą w Dubrowniku, której początki sięgają nieoczekiwanej wizyty Gandalfa w Bag End króla Ryszarda I Lwie Serce w czasie powrotu z Ziemi Świętej do swoich włości (w których coraz większe poparcie zyskiwali król Francji Filip II August i ryszardowy brat Jan).
Dubrownik
    Plantagenet (chciałem napisać: angielski władca, ale W. Sz. Czytelnik już wie, że Ryszard z Anglią – poza traktowaniem jej jak skarbonki – niewiele miał wspólnego) nie zabawił jednak w Dalmacji długo, ruszył dalej na północ, można by rzec, że niczym generał Douglas MacArthur metodą żabich skoków: następnym razem rozbił się gdzieś pod Akwileją. Stamtąd, wraz z niewielką świtą (jakże romantyczne podejście – obstawiam, że Ryszard był przekonany, że jego życie jest prawdziwym romansem rycerskim) postanowił dalej podróżować lądem. Po drodze miał co prawda niebotyczne Alpy, ale przecież istniały przez nie przeprawy pamiętające jeszcze czasy Imperium Romanum i (tu Autor nieco nagina fakty, ale taka jest konwencja dobrej opowieści) Szlaku Bursztynowego.
Współczesna droga przez Alpy
    Patrząc na góry przemyślałem sprawę: może niewielka królewska świta nie była li tylko efektem zamiłowania Ryszarda do brawury? Miał wszak do przebycia tereny należące do swojego znajomego z III krucjaty, jednego z jej wodzów – Leopolda V Cnótpełnego. Babenberg, książę, został wyznaczony przez cesarza na dowódcę niemieckiego kontyngentu, i razem z Ryszardem i Filipem Augustem zdobywał Akkę. Po zwycięstwie austriacka flaga zawisła na miejskich murach obok angielskich lwów i francuskich lilii. I wtedy zainterweniował Ryszard. Pewnie odezwały się kompleksy i przerośnięte ego władcy – wszak gdyby nie tron w niewielkim wyspiarskim królestwie byłby tylko lennikiem króla Francji. Ale przecież i on, i Filip (udający ryszardowego przyjaciela, ale przecież w skrytości ducha dążący do zajęcia Andegawenii i innych kontynentalnych posiadłości Plantagenetów, będących jak cierń w rzyci królestwu Francji) byli królami. A tu jakieś książątko Rzeszy, którego dziedziny leżą nie wiadomo gdzie, ośmiela się własny sztandar zatykać obok prawdziwych władców. Bulwers! Nakazuje Ryszard ściągnąć austriacką chorągiew (przedstawia ona pięć złotych orłów na błękitnym tle, ta dziś używana, czerwona ze srebrnym pasem, według legendy herbowej pochodzi właśnie z czasu bitwy pod Akką, w użycie wejdzie za panowania wnuka Leopolda V) i cisnąć ją na ziemię. Chwilę po tym tratują ją rycerskie konie. Leopold V na taką zniewagę nie ma słów. Blednie, chowa się w namiocie, mocno sprawę odchorowuje i przepełniony nienawiścią za ten wstyd i hańbę staje się dozgonnym wrogiem Ryszarda. Chwilę później obrażony wraca do Europy.
Wspomnienie rycerskich czasów
    Swoją drogą i tak nie zniósł tego tak źle. Bułgarski car Symeon po tym jak cesarz bizantyjski Bazyli II – nomen omen – Bułgarobójca rozbił jego armię a jeńców kazał oślepić (zostawił jedno oko na dziesięciu ludzi) i odesłać do Ochrydy, stolicy Symeona, zmarł ze wstydu. Znaczy, pewnie dostał wylewu, czy innej apopleksji, ale powodem był olbrzymi wstyd i hańba. Kiedyś ludzie umierali naprawdę ze wznioślejszych powodów.
Twierdza Samuela w Ochrydzie
    Lwie Serce wraz z grupką jeźdźców pokonuje Karyntię i wkracza do Austrii, domeny Babenbergów. Na razie wszystko idzie zgodnie z planem, choć Leopold już wie, że jego śmiertelny wróg będzie przez okolicę przejeżdżał. Stawia na baczność wszystkie swoje średniowieczne służby. Tymczasem Ryszard musi przecież coś jeść. Jest już w okolicy Wiednia, wysyła jednego ze swoich giermków po zaopatrzenie. Giermek za nic ma zasady konspiracji, za pas zatknięte ma bogato zdobione rękawiczki z herbem Ryszarda. Co nie uchodzi uwadze miejscowych. Lwie Serce zostaje wkrótce otoczony, ale odmawia złożenia broni, twierdząc, że podda się tylko przed Leopoldem. Władca Austrii wkrótce przybywa, król oddaje mu swój miecz i trafia na zamek w Dürnstein. Anglia zostaje bez władcy.
Ruiny zamku Dürstein
    Ryszard zostaje upokorzony, co bardzo cieszy Leopolda – choć zapewne bardziej raduje go myśl wysokiego okupu i poprawienie swojej pozycji w Rzeszy. Okup austriacki książę dostanie, postawi za niego miasto Wiener Neustadt (rzadko odwiedzane przez turystów, ale jakby W. Sz. Czytelnik tam zajrzał, niech pamięta, że jego powstanie to po części dziedzictwo Ryszarda Lwie Serce), ale mniejszy niż by przypuszczał. Łapę na dostojnym więźniu kładzie bowiem cesarz Henryk VI Hohenstauf (o początkach dynastii zdaje się na blogu wspominałem kiedyś). Syn Fryderyka I Barbarossy był – w przeciwieństwie do Ryszarda – świetnym politykiem. Wspaniale więc wykorzystał konflikt między dwoma krzyżowcami. Tym bardziej, że sam do Ryszarda też nie pałał miłością – nie dość, że Plantagenet wspierał konkurencyjną dynastię Welfów, to jeszcze, może pamięta W. Sz. Czytelnik, wspominałem, jadąc na krucjatę wmieszał się w sprawy sycylijskie. A Sycylię Henryk chciał zająć dla siebie. I dzięki pieniądzom z Anglii mógł to uczynić – a jego syn, Fryderyk II, w przeciwieństwie do Ryszarda, Jerozolimę odzyskał.
Zamek Fryderyka II w Syrakuzach
    Lwie Serce zaś zmuszono do hołdu lennego przed niemieckim władcą, co oczywiście nie miało żadnego znaczenia poza dalszym upokorzeniem awanturniczego władcy. Ironią losu jest fakt, że dziś w Anglii panuje potomek innej z niemieckich dynastii, Karol III Battenberg, dla niepoznaki zwany Windsorem. Ale to całkiem inna historia.
Siedziba obecnych władców Anglii

Najchętniej czytane

Pub i pożar

     W dawnym Księstwie Sieradzkim pubów mało, stąd ostatni wpis o kioskach , ale jako, że nie chcę jeszcze porzucać tego nieco alkoholoweg...