Tłumacz

7 sierpnia 2026

Pub

    Był całkiem pogodny – jak na Szkocję – dzień (wszak Dundee reklamowało się jako najbardziej słoneczne miasto całej krainy) a ja akurat zdobywałem wdrapywałem się wchodziłem szedłem na górujące nad miastem wzgórze zwane Dundee Law.
Dundee Law
    Po drodze mijałem różne chynchy, RODOS-y (zgadza się, Rodzinne – czy tam Robotnicze – Ogródki Działkowe Otoczone Siatką to nie tylko polska specjalność; te szkockie są równie parchate co nasza i nic wspólnego, poza nazwą, nie mają z ową śródziemnomorską wyspą swego czasu zdobytą na Bizantyjczykach przez piratów joannitów operujących wtedy z Cypru), przedmieścia czy puby. Zgadza się, o tej ostatniej ostoi brytyjskości zapowiadałem kiedyś osobny wpis (a jak nie zapowiadałem, to miałem zamiar; obiecać to prawie jak zrobić, tu działa podobny mechanizm) i oto jest. Przynajmniej trochę. Więc kroczyłem ku szczytowi Dundee Law, gdy wtem:
    - Wejdź do nas, stary przyjacielu! - rozległ się skrzekliwy głos.
    Rozejrzałem się – nie Gandalf mnie nawoływał, a miejscowy stary Szkot. Stał oparty o framugę mijanego pubu, i zamiast fajkowego ziela palił zwykłego szluga (zdaje się, że poprawnie powinno być: i palił zwykły szlug; ech, ta nasza cudowna mowa).
    - Jak będę wracał! - obiecałem, i rzeczywiście, skoro obiecałem to na powrocie wstąpiłem na jedno piwo. Czy inne ale. Nie pamiętam, szczerze mówiąc, było to jakieś dwadzieścia lat temu.
    Pamiętam, że pub nazywał się The High Corner. Od czasu bowiem zdaje się ohydnego bufona wielkiego reformatora Henryka VIII angielskie – i szkockie potem, za Stuartów – lokale z wyszynkiem musiały mieć nie tylko nazwę, ale i widoczny szyld. Znając chciwego Tudora chodziło zapewne o jakieś podatki.
The High Corner i lokalny Szkot
    W każdym razie lokal wyglądał w środku jak typowy brytyjski pub. W tym akurat – sądząc po przekroju wiekowym klientów i wczesnej popołudniowej godzinie zwykli przesiadywać lokalni właściciele wspomnianych wyżej RODOS-ów. W prawdziwym bowiem pubie zawsze przesiadują tylko lokalsi – choć oczywiście bona fide wędrowiec zawsze jest miło przywitany, jak ja tamtego dnia. Spełnia bowiem nie tylko pub rolę miejsca do spożywania alkoholu czy zakąsek, ale jest również spoiwem lokalnej społeczności. Któregoś razu trafiłem do lokalu, w którym gromadzili się członkowie (wraz z przyjaciółmi) amatorskiego klubu sportowego. W innym pubie obok pili – i wymieniali informacje – filateliści. W kolejnym – kolejarze. Może to efekt stratyfikacji społecznej w Wielkiej Brytanii, może przywiązanie do swojego małego zakątka. U nas w Polsce raczej tak nie ma. Bary osiedlowe już wymierały kiedy dobiła je panika koronawirusowa, na wsi zaś powoli do lamusa odchodzą typowe gieesy. U mnie sklep spożywczy też już upadł – a spełniał przecież taką samą funkcję socjalizującą jak brytyjskie puby. Oto zawsze w Niedzielę po Mszy Świętej lokalni gospodarze spotykali się przy symbolicznym kieliszku wódki (kto by się tam piwem zamulał) i omawiane były najnowsze decyzje władz samorządowych, wymieniano lokalne plotki informacje oraz politykowano. Tak, wiem, w czasach telefonów komórkowych i internetów takie magle czy spelunki tracą niby rację bytu, ale – by Jove – czyż nie lepiej jest porozmawiać twarzą w twarz? Zwłaszcza, że gros informacji i emocji przekazujemy sobie w sposób niewerbalny. Koniec świata.
The World's End i Autor (foto: P. Strzelczyk)
    W Wielkiej Brytanii te małe społeczności nadal mają swoje centra integracji – powstałe oddolnie, więc nie trzeba budować jakichś świetlic czy czegoś. Z racji obecności alkoholu czy bekonu puby też skutecznie bronią się przed tym, przed czym Zjednoczonemu Królestwu pro maior pars obronić się nie udało – przed inwazją obcych kulturowo imigrantów, pochodzących głównie z dawnych brytyjskich kolonii. Cóż, przegrali imperium, to teraz mają. Nam, jak straciliśmy mocarstwową pozycję los zgotował rozbiory, Brytyjskie superpaństwo było odrobinę większe od RON, więc i dekonstrukcja musi trochę potrwać. Ot, jak mawiał angielski dramaturg z czasów przed powstaniem Imperium, to są zwyczajne dzieje.
Ye Olde Watling - zbudowany przez Sir Christophera Wrena
Ye Olde Trip To Jerusalem - podobno najstarszy pub w Anglii
    Póki co jedyną rzeczą jaka wpłynęła na funkcjonowanie brytyjskich pubów jest zakaz palenia. Moda te przyszła też do Polski, i obecnie w gastronomi nie pali się papierosów. Z jednej strony jest to ograniczenie wolności i zubożenie kultury (wystarczy sobie poczytać książki, pooglądać filmy – papieros był obecny przez kilkadziesiąt lat, do tego w okresie gwałtownego rozwoju popkultury), z drugiej... Nie, nie będzie tu epistoły o tym, że palenie tytoniu szkodzi. Jeden śp Dziadek palił kilkadziesiąt lat, dożył prawie setki, inna śp Babcia też paliła, zmarła na raka płuc (pracownik służby zdrowia – nie chcę powiedzieć, że lekarz – nie zauważył był początków nowotworu, a później było – nomen omen – za późno). Na pewno substancje wdychane nie pomagają. O tytoniu zresztą na blogu było (każdy sobie zobaczy, czy wspominałem tam także o tym, że z racji trujących właściwości papierosa nasi genialni himalaiści z Jerzym Kukuczką na czele w czasie wysokogórskich ekspedycji jarali jeden za drugim; kwestia podtrucia czadem, opowieść na inny raz).
Andy, nie Himalaje, zdobywane przez Autora bez papierosa - i bez liści koki
    Kiedy zamieszkałem w Łodzi zakaz palenia w lokalach jeszcze nie obowiązywał, i w całym mieście było tylko jedno miejsce w którym w środku się nie paliło. Był to słynny bar Anna (lokal powstał tam w 1912 roku), gdzie pili żule, studenci i pracownicy urzędu miasta (co oczywiste, nie należałem do tej trzeciej grupy). Swego czasu w pubie bytowała bowiem papuga, i dym papierosiany niezwykle ptaka drażnił, w związku z tym palący musieli opuścić główną salę. Gromadzili się w niewielkim przedsionku, gdzie – z racji dymu – słońce nigdy nie zaglądało. Przed wejściem należało więc wziąć głęboki wdech i przedrzeć się przez błękitny tuman. Oznaczało to, że i tak po wizycie w Annie człowiek śmierdział jak popielniczka. I to w sumie jest powód, dla którego, mimo żalu, zaakceptowałem zakaz palenia. Młodzież nie zdaje sobie sprawy, jak – w latach 70-tych, 80-tych czy 90-tych wszystko śmierdziało. Od mieszkań przez restauracje po środki komunikacji publicznej (przecież w pekaesach w siedzeniach były spiołki montowane). Dla węchowca, jakim jestem, była to straszna spawa (mimo, że przecież od małego człowiek wzrastał w takim środowisku). Ale to już przeszłość. Pub Anna też nie przeżył paniki koronawirusowej (i pewnie wzrostu kosztów utrzymania). Ciekawe, jaka dziś jest kondycja brytyjskich lokali. Po pandemii nie byłem.
Strefa dla palaczy na jednym ze współczesnych łódzkich dworców

31 lipca 2026

Długa droga do domu cz. 2

    Ach. Zatrzymaliśmy się pod katedrą w Dubrowniku, której początki sięgają nieoczekiwanej wizyty Gandalfa w Bag End króla Ryszarda I Lwie Serce w czasie powrotu z Ziemi Świętej do swoich włości (w których coraz większe poparcie zyskiwali król Francji Filip II August i ryszardowy brat Jan).
Dubrownik
    Plantagenet (chciałem napisać: angielski władca, ale W. Sz. Czytelnik już wie, że Ryszard z Anglią – poza traktowaniem jej jak skarbonki – niewiele miał wspólnego) nie zabawił jednak w Dalmacji długo, ruszył dalej na północ, można by rzec, że niczym generał Douglas MacArthur metodą żabich skoków: następnym razem rozbił się gdzieś pod Akwileją. Stamtąd, wraz z niewielką świtą (jakże romantyczne podejście – obstawiam, że Ryszard był przekonany, że jego życie jest prawdziwym romansem rycerskim) postanowił dalej podróżować lądem. Po drodze miał co prawda niebotyczne Alpy, ale przecież istniały przez nie przeprawy pamiętające jeszcze czasy Imperium Romanum i (tu Autor nieco nagina fakty, ale taka jest konwencja dobrej opowieści) Szlaku Bursztynowego.
Współczesna droga przez Alpy
    Patrząc na góry przemyślałem sprawę: może niewielka królewska świta nie była li tylko efektem zamiłowania Ryszarda do brawury? Miał wszak do przebycia tereny należące do swojego znajomego z III krucjaty, jednego z jej wodzów – Leopolda V Cnótpełnego. Babenberg, książę, został wyznaczony przez cesarza na dowódcę niemieckiego kontyngentu, i razem z Ryszardem i Filipem Augustem zdobywał Akkę. Po zwycięstwie austriacka flaga zawisła na miejskich murach obok angielskich lwów i francuskich lilii. I wtedy zainterweniował Ryszard. Pewnie odezwały się kompleksy i przerośnięte ego władcy – wszak gdyby nie tron w niewielkim wyspiarskim królestwie byłby tylko lennikiem króla Francji. Ale przecież i on, i Filip (udający ryszardowego przyjaciela, ale przecież w skrytości ducha dążący do zajęcia Andegawenii i innych kontynentalnych posiadłości Plantagenetów, będących jak cierń w rzyci królestwu Francji) byli królami. A tu jakieś książątko Rzeszy, którego dziedziny leżą nie wiadomo gdzie, ośmiela się własny sztandar zatykać obok prawdziwych władców. Bulwers! Nakazuje Ryszard ściągnąć austriacką chorągiew (przedstawia ona pięć złotych orłów na błękitnym tle, ta dziś używana, czerwona ze srebrnym pasem, według legendy herbowej pochodzi właśnie z czasu bitwy pod Akką, w użycie wejdzie za panowania wnuka Leopolda V) i cisnąć ją na ziemię. Chwilę po tym tratują ją rycerskie konie. Leopold V na taką zniewagę nie ma słów. Blednie, chowa się w namiocie, mocno sprawę odchorowuje i przepełniony nienawiścią za ten wstyd i hańbę staje się dozgonnym wrogiem Ryszarda. Chwilę później obrażony wraca do Europy.
Wspomnienie rycerskich czasów
    Swoją drogą i tak nie zniósł tego tak źle. Bułgarski car Symeon po tym jak cesarz bizantyjski Bazyli II – nomen omen – Bułgarobójca rozbił jego armię a jeńców kazał oślepić (zostawił jedno oko na dziesięciu ludzi) i odesłać do Ochrydy, stolicy Symeona, zmarł ze wstydu. Znaczy, pewnie dostał wylewu, czy innej apopleksji, ale powodem był olbrzymi wstyd i hańba. Kiedyś ludzie umierali naprawdę ze wznioślejszych powodów.
Twierdza Samuela w Ochrydzie
    Lwie Serce wraz z grupką jeźdźców pokonuje Karyntię i wkracza do Austrii, domeny Babenbergów. Na razie wszystko idzie zgodnie z planem, choć Leopold już wie, że jego śmiertelny wróg będzie przez okolicę przejeżdżał. Stawia na baczność wszystkie swoje średniowieczne służby. Tymczasem Ryszard musi przecież coś jeść. Jest już w okolicy Wiednia, wysyła jednego ze swoich giermków po zaopatrzenie. Giermek za nic ma zasady konspiracji, za pas zatknięte ma bogato zdobione rękawiczki z herbem Ryszarda. Co nie uchodzi uwadze miejscowych. Lwie Serce zostaje wkrótce otoczony, ale odmawia złożenia broni, twierdząc, że podda się tylko przed Leopoldem. Władca Austrii wkrótce przybywa, król oddaje mu swój miecz i trafia na zamek w Dürnstein. Anglia zostaje bez władcy.
Ruiny zamku Dürstein
    Ryszard zostaje upokorzony, co bardzo cieszy Leopolda – choć zapewne bardziej raduje go myśl wysokiego okupu i poprawienie swojej pozycji w Rzeszy. Okup austriacki książę dostanie, postawi za niego miasto Wiener Neustadt (rzadko odwiedzane przez turystów, ale jakby W. Sz. Czytelnik tam zajrzał, niech pamięta, że jego powstanie to po części dziedzictwo Ryszarda Lwie Serce), ale mniejszy niż by przypuszczał. Łapę na dostojnym więźniu kładzie bowiem cesarz Henryk VI Hohenstauf (o początkach dynastii zdaje się na blogu wspominałem kiedyś). Syn Fryderyka I Barbarossy był – w przeciwieństwie do Ryszarda – świetnym politykiem. Wspaniale więc wykorzystał konflikt między dwoma krzyżowcami. Tym bardziej, że sam do Ryszarda też nie pałał miłością – nie dość, że Plantagenet wspierał konkurencyjną dynastię Welfów, to jeszcze, może pamięta W. Sz. Czytelnik, wspominałem, jadąc na krucjatę wmieszał się w sprawy sycylijskie. A Sycylię Henryk chciał zająć dla siebie. I dzięki pieniądzom z Anglii mógł to uczynić – a jego syn, Fryderyk II, w przeciwieństwie do Ryszarda, Jerozolimę odzyskał.
Zamek Fryderyka II w Syrakuzach
    Lwie Serce zaś zmuszono do hołdu lennego przed niemieckim władcą, co oczywiście nie miało żadnego znaczenia poza dalszym upokorzeniem awanturniczego władcy. Ironią losu jest fakt, że dziś w Anglii panuje potomek innej z niemieckich dynastii, Karol III Battenberg, dla niepoznaki zwany Windsorem. Ale to całkiem inna historia.
Siedziba obecnych władców Anglii

24 lipca 2026

Długa droga do domu cz. 1

    Kiedy tylko drugi syn Henryka II Ryszard (bo najstarszy, też Henryk, wziął był sczezł) objął angielski tron niemal od razu wyruszył na – trzecią już – krucjatę. Wspominałem na blogu zdaje się o tym, że Lwie Serce – bo o nim mowa – Anglię traktował tylko li jako donatora pieniędzy i korony królewskiej, dzięki której mógł stawać na równi z innymi koronowanymi władcami, pozostałymi zaś zwyczajnie gardzić. Bez Albionu ten najsłynniejszy z Plantagenetów byłby li tylko wasalem królów Francji.
Siedziba Plantagenetów w Londynie
    W każdym razie: Ryszard I ruszył do Ziemi Świętej. Po drodze kłóci się z sycylijskimi Normanami, w efekcie czego szturmuje i zdobywa Mesynę. Następnie król – nieco przypadkiem, bo to efekt złej pogody - zajął Cypr (pokonanemu władcy, Izaakowi Komnenowi dał rycerskie słowo, że nie zakuje go w żelazo – faktycznie, kajdany nakazał zrobić ze srebra, ludzki pan) na którym wziął ślub (z racji upicia się małżeństwo pozostało nieskonsumowane, swojej nie do końca w związku z tym ważnej żony Berengarii z Nawarry nie zobaczył już nigdy więcej; powodem królewskiej niemocy była prawdopodobnie zbyt duża ilość lokalnego wina, choć Ludzie Alfabetu chcą widzieć w tym dowód na homoseksualizm władcy – zresztą ich najzagorzalsi ideolodzy chcą takie nienormatywne zachowanie przypisać każdemu – który, jak wszyscy wiedzą, zdążył już dorobić się nieślubnego syna Filipa, zamordowanego potem w niejasnych okolicznościach podobno bez wiedzy ryszardowego brata i następcy Jana). Potem sprzedał wyspę templariuszom – ale to już wiecie.
Ślady krzyżowców na Cyprze
    Po przypłynięciu do Palestyny Ryszard od razu rzucił się w wir walki, dowodząc sporych w tym zakresie umiejętności. Na początek zajmuje Akkę (to kluczowe wydarzenie dla sytuacji opisanej przeze mnie w poprzednim wpisie, tym o musztardzie i brzoskwiniach Blondelu i zamku Dürnstein). Po tym zdarzeniu do Europy wracają pozostali przywódcy (i w sumie wrogowie Ryszarda): król Francji Filip II August (może teraz spokojnie knuć w kraju jak przejąć kontynentalne dziedzictwo Plantagenetów) oraz wódz kontyngentu cesarskiego Leopold V Cnótpełen z Austrii (śmiertelnie na Lwie Serce pogniewany). W końcu cel osiągnięty, ważny port zdobyty i myk pora na CS-a. Ryszard – przecież awanturnik – na tym poprzestać nie chce. Po Ziemi Świętej rozbija się jeszcze przez rok, a to mordując muzułmańskich jeńców z Akki, a to wygrywając z Saladynem Arsuf czy Jaffą, a to chorując.
Kościół św. Piotra w Jafie vel Jaffie
    Dwukrotnie próbuje też zająć Jerozolimę – finalnie, w przeciwieństwie do Autora bloga, nigdy do tego miasta nie wejdzie, obejrzy je tylko z daleka, według legendy z żalu roniąc łzę. W końcu w świeżo zdobytej i obronionej Jaffie podpisuje pokój z sułtanem Egiptu al-Malikiem an-Nasir Salahem ad-Dunja wa-ad-Din Abu al-Muzaffarem Jusufem ibn Ajjub ibn Szazi al-Kurdi (Saladynem, znaczy się; Józefem z chrztu) i kończy III krucjatę, która, jak to się mówi, odniosła sukces połowiczny.
Jerozolima
    Powrót do własnych dziedzin zajmie królowi dwa długie lata (w tym czasie Filip II August będzie knuł we Francji, a Jan Bez Ziemi w Anglii), też przez pogodę. Płynąc do Palestyny burze zagnały okręty Ryszarda na Cypr, tym razem flota rozbiła się na Adriatyku – przez Sycylię, z racji pozostawionego po sobie złego wrażenia, wracać nie mógł. Efektem pobytu angielskiego króla w Dubrowniku miała być lokalna katedra, ufundowana w podzięce za ocalenie życia. Choć dziś, po wielu pożarach i trzęsieniach ziemi po tamtym założeniu nie pozostał już niemal żaden ślad mieszkańcy dalej z dumą wspominają o sponsorze najważniejszego dubrownickiego kościoła. Tak się buduje własną legendę – hojnością i brawurowymi czynami.
Uważne oko dostrzeże kopułę barokowej katedry w Dubrowniku
    Oraz, oczywiście, szczęściem do kronikarzy i apologetów. Po kilkuset latach nikt nie pamięta o krwawej masakrze w Akce, wszyscy o łzie na widok Jerozolimy. Albo o podstępie Blondela szukającego króla po niemieckich zamkach, nie o tragicznej polityce fiskalnej i zagranicznej, która doprowadziła do upadku imperium Plantagenetów, utraty (poza Calais) posiadłości na kontynencie i podpisaniu przez Jana Bez Ziemi Magna Charta. Podatki, przeciwko którym buntowali się banici z Sherwood z Robinem Hoodem na czele szły w dużej mierze na utrzymanie płynności finansowej państwa, nadwątlonej olbrzymimi wydatkami Ryszarda na krucjatę. Oraz na okup za króla – bo gdy bowiem władca spokojnie siedział sobie w cesarskiej gościnie w Dürnstein, Ochsenfurt i finalnie w Trifels jego poddani wypruwali sobie żyły by zebrać złoto na uwolnienie władcy. Volens nolens trochę wstyd było mieć króla w ciupie, a w tamtych czasach owo uczucie – wstyd – było bardziej haniebne niż dziś. Ba, obecnie to już chyba nikt wstydu nie ma, jak to się mówi.
Miejsce wczasów Ryszarda Lwie Serce w Austrii
    Generalnie, jak W. Sz. Czytelnik pamięta, miałem w tym wpisie wyjaśnić czemu Ryszard I Lwie Serce znalazł się w niewoli u Leopolda V Babenberga – i jak W. Sz. Czytelnik widzi: idzie mi niesporo, bo się dygresjami zająłem. Oraz trasą powrotu władcy z krucjaty, którą fragmentami też przebywałem. W związku z tym zwieram szyki, i zapraszam za tydzień, na drugą część, gdzie dokończę historię.
Pamiątka po średniowiecznych podróżach do Jerozolimy

17 lipca 2026

Blondel

    Mon Dieu! - jak zawołałby pewnie Ryszard Lwie Serce (po francusku, Planatageneci dopiero od Edwarda II Długonogiego vel Młota Na Szkotów, dwa pokolenia później, nauczyli się angielskiego) na wieść, że pisząc o literackich bohaterach związanych z raubritterem legendarnym królem nie wspomniałem o Blondelu z Nesle.
Literacki bohater wiązany z Ryszardem Lwie Serce
    Nie wspomniałem, bo zapomniałem, ale ów minstrel, zwany Blondelem od koloru włosów był postacią równie prawdziwą jak słynny Wilhelm Marshall, dorobkiewicz, wspaniały rycerz i ważna persona z czasów Henryka Plantageneta i jego rozwydrzonych dzieciaków (oprócz Ryszarda i Jana Bez Ziemi byli jeszcze Henryk Młody Król i Gotfryd; sroga ferajna). Dobra, trochę ubarwiam, historycy nie są pewni czy owym Blondelem był Jan I de Nesle, czy jego syn, także Jan, drugi tego imienia – obaj związani byli z Plantagenetami, obaj brali udział w krucjatach, i obaj byli trubadurami, czy tam truwerami – czyli autorami różnorakich pieśni, które to później trafiały do do repertuarów wędrownych pieśniarzy (swoją drogą ciekawe, czy naszego Anonima Gallem zwanego też by za truwera uważać można, w końcu pieśni pisał). No i raczej między bajki należy włożyć opowieść o odnalezieniu uwięzionego Ryszarda Lwie Serce przez rzeczonego Blondela za pomocą pieśni truwerskiej, znanej i królowi, i minstrelowi. Oto śpiewak wędrował od zamku do zamku, i wyśpiewywał ową piosenkę. A gdy ktoś mu nagle zza murów odpowiedział – był to niechybnie uwięziony król Ryszard. Dzięki temu wieści o nieszczęściu władcy spłynęły do starej, szczęśliwej Anglii, i dobrzy obywatele zrobili zrzutkę i wykupili umiłowanego króla. Bajka, jak mówiłem, choć faktycznie za pieniądze Anglików wykupiono utracjusza.
Jerozolima - cel każdego krzyżowca
Londyńska Tower - cel każdego Plantageneta
    W sumie nigdy nie spodziewałem się, że trafię w miejsce, gdzie więziony był król Ryszard, i gdzie właśnie odnaleźć miał go Blondel z Nesle. Mianowicie do niewielkiego naddunajskiego miasteczka Dürnstein, nad którym górują pozostałości zamku, w którym Leopold V Babenberg (zwany Pełnym Cnót, der Tugendhafte - pseudonim prawie tak dobry jak Lwie Serce Ryszarda), pan Austrii, trzymał angielskiego monarchę (kiedy już przekazał go cesarzowi Ryszard trafił do Ochsenfurt, tak, że w sumie pewności co do Dürnsteinu nie ma, ale nie mówicie tego miejscowym: Löwenherze i Blondele lampią się na turystę z co drugiego szyldu).
Zamek Dürnstein
    Nie wiem, czy Dolina Wachau, w sercu której leży Dürnstein, była wtedy równie malownicza (a zasiedlona jest od dawien dawna, jedna z sąsiednich wiosek to Willendorf, ta od słynnej neolitycznej figurki Wenus), ale dziś to prawdziwy cymes – i pewnie dlatego odwiedzałem ją już kilka razy.
Miasteczko Dürnstein
    W czasach Ryszarda Lwie Serce Krems, stolica regionu, była dla austriackich władców ważniejsza niźli Wiedeń. Do dziś zresztą ma swoje miejsce w sercach smakoszy – miasto dało bowiem nazwę jednemu z gatunków kapusty – gorczycy kremskiej (odmiana gorczycy białej, Sinapis alba - ech ci botanicy systematycy) z której to wytwarza się musztardę kremską. Co to ma wspólnego z Lwim Sercem? Zapewne sam władca mógł znać smak musztardy – pierwszy przepis na papkę z ziaren gorczycy i octu podaje już Pliniusz Starszy w swojej Historii naturalnej. Co prawda wzmianki o słynnej musztardzie z Dijon są trochę późniejsze, ale w Italii i Francji musztarda była wytwarzana przez całe Średniowiecze, choć raczej jako marynata do mięs czy przyprawa, nie wynaleziono bowiem jeszcze ohydnych parówek których smak trzeba maskować właśnie musztardą. Senfem, jak by powiedziano w obszarze niemieckojęzycznym (stąd i zynf na naszym Śląsku; na Wschodzie ów sos zwie się gorczica, ale nie wiem czy ta nazwa jest i u nas używana – w końcu słowiańska jest).
Lokalne opactwo
    No teraz będzie gadał o musztardzie – pomyśli sobie W. Sz. Czytelnik – a Dolina Wachau taka piękna. Zgadza się, piękna, polecam, barok, winnice z grüner veltinerem, morele, królicze bobki...
Słodycze z Doliny Wachau
    Cóż, skoro przy Florencji mogłem skupić się na cudownych flaczkach zamiast na nudnej włoskiej kuchni sztuce, to tu mogę co nieco o musztardzie, prawda? Zwłaszcza, że wytwarzana jest z nasion kilku gatunków roślin z rodzaju kapusta. Tak, tak, gorczyca to nic innego jak Bassica sp., kapusta. Czy wspomniana kremska, czy sarepska B. juncea (Sarepa to wioska, dziś dzielnica Wołgogradu, przecież to właśnie tam, gdy miasto zwało się Stalingradem, toczyły się krwawe walki w czasie II wojny światowej; o ile mniej krwawe byłyby konflikty, gdyby zamiast o Lebensraum walczono o smak musztardy – ja osobiście od sarepskiej bardziej wolę słodką bawarską). Kapustą jest też przecież cudownie oleisty rzepak B. napus. Albo rzepa B. rapa – archetypowe warzywo, którym w formie podgniłej obrzucano, przynajmniej w filmach, średniowiecznych skazańców; kultywarem rzepy jest kapusta pekińska. A ile form ma kapusta liściasta B. oleracea? Głowiasta, brokuł, kalafior, brukselka, jarmuż...
Kapuściane pole
    Piękne. Jeden z moich ulubionych rodzajów roślin. Drugim jest Allium sp., czosnek (czyli też cebula albo por, albo wiele innych cudnych smakołyków). Ale to innym razem. Na razie niech W. Sz. Czytelnik przetrawi rewelacje o kapuście. A co do Ryszarda Lwie Serce i Doliny Wachau, to chyba wypadałoby wyjaśnić skąd się tu wziął jako braniec księcia Leopolda V Cnótpełnego. Ale to w następnym wpisie, bo to grubsza sprawa. Zaczyna się ona w Ziemi Świętej, gdzie Ryszard i Leopold przybywają z wojskami III krucjaty (po odbiciu z rąk Bizancjum Cypru). Do samej Jerozolimy, jak wszyscy wiemy, krzyżowcy nie docierają, sam Ryszard robi bardachę, zapada na zdrowiu, a egipski sułtan Saladyn, słynny muzułmański przeciwnik krzyżowców, przysyła Plantagenetowi, by szybciej do sprawności doszedł pełne witamin owoce z rodzaju Prunus – czyli śliwa. Mogły to być brzoskwinie (P. perscia) albo morele (P. armenica) – oba gatunki pochodzą z Dalekiego Wschodu, na Bliski trafiły już w Starożytności, do Europy (także do mojego ogrodu) dużo później. Fabularnie bardziej mi pasuje, żeby al-Malik an-Nasir Salah ad-Dunja wa-ad-Din Abu al-Muzaffar Jusuf ibn Ajjub ibn Szazi al-Kurdi (oryginalne miano Józefa a.ka Saladyna) przysłał morele, bo te na potęgę dziś uprawiane są w Wachau (po niemiecku morela to Aprocot, ale w miejscowym dialekcie Marille), a zużywane nie tylko na smaczne likiery, ale i – zgodnie z najlepszymi kulinarnymi tradycjami, znanymi także u nas – jako dodatek do mięs. Można też zjeść na surowo.
Morela. Albo brzoskwinia.

10 lipca 2026

Książę Złodziei: Robin z Locksley

    We wpisie o Wale Hadriana (nie w tym o wale na wale, tylko o podróży z Newcastle do Carlisle) wspominałem o słynnym rosnącym podle muru klonie jaworze – i czas przeszły jest tu jak najbardziej uzasadniony, drzewo bowiem już nie istnieje, W przeciwieństwie do naszego – dużo starszego – dębu Bartka. Ów nielegalnie wycięty Acer pseudoplatanus wziął udział – kiedy jeszcze go nielegalnie nie wycięto – w produkcji filmowej z 1991, mianowicie Robin Hoodzie – Księciu Złodziei. Ale to już wiecie – dopiero co było, przy okazji wizyty w Yorku, o bohaterach owego filmu, zwłaszcza o Saracenie Apsiku Azeezie i Bryanie Adamsie.
Wał Hadriana
    To teraz czas na drugiego z banitów z Sherwood (no, raczej pierwszego), czyli Robina z Locksley. Robina Hooda. Znaczy się, trzeba udać się do położonego nad rzeką Trent (tak, to ta rzeka od makrozoobentosu, w niej opracowano po raz pierwszy skalę oceny jakości wody na podstawie bezkręgowych bioindykatorów; organizmów wskaźnikowych, znaczy się) Nottingham. Z jakiegoś powodu miasto nie słynie z wodnych bezkręgowców, a z drużyny piłkarskiej Forrest, dwukrotnego zdobywcy Pucharu Europejskich Mistrzów Krajowych (informacja dla młodszych czytelników – to rozgrywki które popsuto tworząc Ligę Mistrzów) i jednokrotnego mistrza Anglii oraz fikcyjnego bohatera walczącego w imieniu Anglosasów z Normanami, którzy starą, wesołą Anglię opanowali po roku 1066. Robin Hood oczywiście to szlachetny rozbójnik, taki brytyjski Janosik, który zabiera bogatym oficjelom ciemiężącym lud, i temu ludowi dobra oddaje (moralne dylematy – i społeczne konsekwencje takich czynów – wspaniale ukazuje jedyna chyba polska produkcja filmowo-telewizyjna o rozbójniku z Sherwood, Robin Hood – Czwarta Strzała).
Zamek w Nottingham
    W każdym razie anglosascy władcy zostali pokonani przez Wilhelma Bękarta – ninie Zwycięzcę – i rozpierzchli się po Europie, przybywając także do Polski, a władzę przejęli potomkowie Wikingów prosto z Francji. Po nich, tworząc olbrzymie imperium obejmujące oprócz Anglii i Normandii i pół Francji weszli Plantageneci. Warto dodać, że początkowo nie mówili nawet po angielsku (technicznie nikt nie mówił, bo ów dopiero się ze staroangielskiego kształtował, między innymi pod wpływem normańskiej francuszczyzny, ale co tam), a środek ciężkości imperium znajdował się na kontynencie. Zabawne, że z najsłynniejszego z Plantagenetów, Ryszarda Lwie Serce, apologeci zrobili Anglika z krwi i kości, obrońcę wyspiarskiej wolności. Król żyłował swoje królestwo do granic wytrzymałości (a kwota, jaką poddani musieli zapłacić z okazji okupu za uwięzienie władcy powracającego z bliskowschodnich awantur była wręcz horrendalna), nic więc dziwnego, że jego młodszy brat, Jan Bez Ziemi, utracił większość kontynentalnych posiadłości, i robi za szwarccharakter w popkulturze. No ale Jana nie grali Patrick Stewart (u Mela Brooksa) czy Sean Connery (w Księciu Złodziei; jako ciekawostkę można dodać, że jednym z Robinów w kultowym serialu Robin z Sherwood był Connery junior). Od XIII wieku nie było też w angielskiej historii żadnego innego króla Jana – pewnie przez to, że nadał Magna Charta, dokument ograniczający królewskie prerogatywy. Niemniej historia Robina Hooda i Ryszarda Lwie Serce mocno się ze sobą splotły. I widać to właśnie w Nottingham, gdzie pod zamkiem, obok wykutych w skale średniowiecznych piwnic, stoi sobie pomnik zakapturzonego łucznika – czyli właśnie legendarny Robin Hood.
Robin Hood
    A co to ma wspólnego z rzeczywiście istniejącym królem Ryszardem? Cóż. Alkohol, no bo co innego. I krucjaty. Oto bowiem na wieść o wyprawie do Ziemi Świętej w XI wieku i wzmożonym ruchem po zdobyciu Jerozolimy w Nottingham powstaje – na szlaku pielgrzymkowym, krucjaty można myślę za rodzaj pielgrzymki wziąć na upartego; poza tym ludzie Średniowiecza byli niezwykle mobilni, i pit-stopy na trasie były bardzo potrzebne i dochodowe dla właściciela – lokal z wyszynkiem. Ye Old Trip to Yerusalem. Oberża ta istnieje do dziś, i robi za kolejną wielką atrakcję miasta, posiada nawet te wspomniane chwilę wcześniej wykute w skałach piwnice (niestety, ostatni raz byłem w Nottingham bladym świtem, i pub otwierał dopiero swoje podwoje; niemniej zdarzyło się w innych brytyjskich pubach bywać, i jest to instytucja ze wszech miar zasługująca – kiedyś – na osobny wpis). Piękna sprawa.
Ye Old Trip To Yerusalem - podobno najstarszy pub w Anglii
    Z Ryszardem Lwie Serce związanych jest jeszcze wielu bohaterów literackich – weźmy takiego Ivenhoe pomysłu sir Waltera Scotta – ale i gros prawdziwych. No, albo półlegendarnych. Taki Blondel, który odkrył miejsce pobytu władcy w austriackim więzieniu, choć personalnie nie był nadwornym śpiewakiem Plantageneta, to jednak był truwerem, czy tam trubadurem. Znaczy się – autorem ballad i pieśni. Ciekawe, czy w takim razie za truwera można by uznać naszego Anonima zwanego Gallem? W końcu on też kilka przyśpiewek w swej kronice był stworzył. Ale to rozważania na inny raz, teraz postanowiłem razem z królem Ryszardem Lwie Serce wrócić z Ziemi Świętej do Europy. Znaczy, do Francji, gdzie czekały na niego różne ważne sprawy – jak waśnie z wasalami i zdobywanie zamków (które to finalnie przyniosły mu śmierć, a księciu Janowi koronę).
Tower - siedziba Plantagenetów

Najchętniej czytane

Pub

     Był całkiem pogodny – jak na Szkocję – dzień (wszak Dundee reklamowało się jako najbardziej słoneczne miasto całej krainy) a ja akurat...