Na koniec opowieści o Cykladach powrót
na Ios. O wyspie tej wspominałem zdaje się przy okazji pożarów w
rejonie Morza Śródziemnego i wspinaczce na najwyższy punkt wyspy.
Tym razem będzie dydaktycznie o drodze powrotnej. Znaczy się w
dół.
| Odżywająca po pożarach makia, towarzyszka wspinaczki |
Żeby też nie było – od razu wyjaśnię – za
eksperta od Cyklad się nie mam, byłem tylko na trzech z tych
licznych wysp (oprócz Ios także Milos z miejscowością Adamas i –
jakże by inaczej – Santoryn, drzewiej Thirą zwany). Nie widziałem
Delos, w Starożytności centrum miejscowej kultury a potem
olbrzymiego targowiska antycznych niewolników.
![]() |
| Figurka w stylu Delos - choć z Krety |
Wracając do Ios
(czy jak powiedzieliby miejscowi Grecy: Nios) – oto lekce sobie
ważąc wydeptane owcze i kozie ścieżki stromym marmurowym i nieco
nadpalonym zboczem wdrapaliśmy się na szczyt, zajmowany przez nieco
zdewastowaną stację przekaźnikową i filigranowy klasztorek pod
wezwaniem Świętego Eliasza. Powiedzmy sobie szczerze, kościółek
i przybudowana doń izdebka nie były dużo bardziej zadbane, choć
sporo wskazywało na to, że co jakiś czas w świątyni odbywają
się jednak nabożeństwa. Pokoik częściej jednak od jakiegoś
pustelnika zajmować musiały miejscowe kozy (bądź owce – ale, że
dookoła same kolczaste zarośla, to obstawiałbym te pierwsze). Na
to też były wyraźne dowody. Namacalne, rzekłbym.
| Klasztorek św Eliasza |
Równie
ciekawa wydała się wieża transmisyjna, pełna sporych anten.
-
Ciekawe – zapytałem mając na uwadze urwisko na jakim wieża stała
– w jak wciągają taką antenę, jak im się urwie i spadnie tam w
te chynchy?
- A, o! – kolega wzruszył ramionami wskazał na
bębny anten leżących gdzieś w dole – Jak się urwie instalują
nową.
- No tak, po najmniejszej linii oporu.
Zdążyłem
się zorientować, że tu na południu robili wszystko na tak sobie.
Późniejsze wyprawy w rejon basenu Morza Śródziemnego tylko mnie
utwierdziły w tym przekonaniu. W naszym klimacie nie daliby
rady.
| Typowa aktywność na wyspach Morza Egejskiego |
Poza tym widoki były naprawdę zacne.
| Okolica |
- Jak zejdziemy?
- zapytałem niczym nieodżałowany Maklakiewicz w filmie Tak to się
robi.
- A tu prosto, na przełaj – kolega odparł
himilsbachowsko; gabarytami też żeśmy pasowali – Co nam się
może stać?
Więc ruszyliśmy, obierając azymut na widniejące
w oddali coś – starożytne ruiny konkretnie. Finał wędrówki
okazał się dużo mniej groźny niż ten filmowy. Zamiast złamań
skończyło się tylko na kilku obtarciach (trzeba było pokonać
niewielkie kamienne ścianki) i obfitych pokłuciach.
| Mykeńska osada Skarkos widziana ze szczytu Św. Eliasz |
Kiedy
bowiem skończyły się leżące podle szczytu pastwiska (miedze
oddzielające poszczególne pola wyglądały niezwykle megalitycznie
i paleoastronautycznie) rozpoczęła się makia.
| Podejrzane miedze |
Ha! Makia, na
dodatek nie spalona, jak na innych zboczach. W podstawówce na
geografii było mówione, że to śródziemnomorskie zbiorowisko
roślinne, na które składają się sucholubne kolczaste zarośla.
Ale że tak kolczaste, że kłuły przez grube spodnie, no to bym
nigdy nie powiedział. A my, jak te waryjoty, poszli w te chynchy. Na
skróty. Nie będę odkrywczy, że podróż trwała finalnie dłużej
niż gdybyśmy zeszli ścieżką. Nie bylibyśmy też pokłuci. Mówi
bowiem stare przysłowie: kto drogi prostuje, w polu nocuje (albo:
kto drogi skraca, do domu nie wraca; myślałem zresztą, czy by
takiego tytułu wpisowi nie dać, ale jak sobie przypominałem
poszarpane spodnie i podziurawione nogi to jednak wróciłem do
kłujek; zresztą o skrótach i związanymi z nimi wtopami kiedyś na
blogu wspominałem). Całe szczęście udało się zdążyć przed
nocą. No prawie. W każdym razie kiedy już doszliśmy do mniej
dzikiej dolinki – zaczęły się oliwne gaje – do uszu dotarły
do nas odgłosy pracującej siekiery. Pracującej niezwykle,
rzekłbym, interwałowo.
| Gaj oliwny - acz nie na Ios |
Rychło okazało się, że za hałas
odpowiada starszy pan. Widząc nas przerwał ciężką robotę
(znaczy: dziesięć uderzeń siekierki, kilka minut odpoczynku) i...
Jak ktoś myślał, że zakutał nas toporkiem to nie zna ludzi na
wsi. Pan Ioannes (czyli Jan) zaprosił nas byśmy sobie siedli,
chwilę porozmawiali. W Grecji jest to powien problem, jako, że nie
uznają oni innych języków. W każdym razie udało nam się
zrozumieć, że Ioannes, obdarzony wielkim bujnym siwym wąsem na Ios
się urodził i nigdy tej wyspy nie opuścił (tego akurat pewny nie
jestem), a teraz powolutku ciapie sobie oliwki, które mają
niezwykle twarde drewno. My z kolei powiedzieliśmy, głównie na
migi, że jesteśmy z Polski i idziemy stamtąd tam. Po chwili w
atmosferze wzajemnego zrozumienia rozstaliśmy się – my dreptając
ku owym antycznym ruinom, Ioannes do rabowania oliwnych pni.
| Homer - nieco bardziej znany mieszkaniec Ios |
Do ruin Skarkos wcale łatwo trafić nie było, zwłaszcza jeśli straciło się je z
oczu. Do tego zaczęło zmierzchać. O dziwo spotkaliśmy miejscową,
ale przy pytaniu o drogę znów wyrosła bariera językowa. W końcu
dziewczyna machnęła ręką na rozmowę i podprowadziła nas do
odpowiedniej ścieżki. Stanowisko archeologiczne z czasów
mykeńskich (czyli wojny trojańskiej, jak by nie patrzeć) okazało
się zamknięte. Nie wiem, czy na stałe, czy tylko na zimę. Brama
wyglądała na dawno nie otwieraną. Płot zaś na łatwo
przekraczalny. I antyczni bogowie są mi świadkami, że chętnie
zapłaciłbym za bilet, gdyby było komu. Ale nie było, więc po
uliczkach dawnej mykeńskiej wioski – albo miasta, zabudowa była
zwarta – pospacerowałem całkiem za darmo.
| Skarkos o zmierzchu |
I od tamtej pory na
Cykladach nie byłem. Podejrzane.
![]() |
| Pożegnanie z Cykladami |











.jpg)











