Tłumacz

26 czerwca 2026

Co za dużo to niezdrowo

Napisałem epistołę o tym smutnym mundialu, ale moje wrażenia po pierwszych dwóch kolejkach jeszcze się pogorszyły (zwłaszcza bo burzy nad Filadelfią - tą w USA, nie tą na blogu już opisywaną) - więc jak kto chce, to sobie wpis przeczyta, a jak nie - to na końcu są uwagi i dąsy w punktach

    
W sumie miałem o tegorocznych Mistrzostwach Świata w piłce nożnej nie pisać – wszak na blogu o mundialu, tym poprzednim, sprzedajnym w Katarze, było (wspominałem któregoś razu także o międzynarodowych rozgrywkach żeńskich, ale – z całym szacunkiem dla zawodniczek – to całkiem inna dyscyplina sportu, różniąca się od męskiej piłki nawet bardziej niż nasza Ekstraklasa; didaskalia: w zeszłym sezonie grało w niej dwóch mistrzów Świata) – ale wymiękłem. W końcu na blogu teraz wpisy o Anglii, a ta, jak wiadomo, jest kolebką nowożytnego futbolu, w niecywilizowanych rejonach Świata zwanego soccerem. W ichni futbol, wbrew nazwie, nie gra się nogami.
Miejsce, gdzie futbol zwie się soccerem
    Poza tym tutaj było o tym najbardziej egalitarnym ze sportów jeszcze kilka razy. W końcu każdy chyba raz w życiu blazę kopnął, nawet Autor bloga. I nie tylko na podwórku, ale i raz udało się wystąpić w reprezentacji szkoły podstawowej. Może tylko do przerwy (niczym legendarny futbolista Al Bundy, zdobywca czterech przełożeń w jednym meczu – to coś takiego jak gol w normalnych sportach), i bez sukcesów (stąd najwyraźniej tylko do przerwy), ale zawsze.
    W każdym razie – jest to sport fascynujący, w którym każdy może marzyć, żeby zostać prawdziwą gwiazdą. Legendą.
Marzenia o wielkości
    A przynajmniej był. Bo – teraz wyjdzie ze mnie stary dziad i malkontent – bo jest tego wszystkiego za dużo. Jakiś czas temu okazało się, że piłka nożna wspaniale nadaje się do zarabiania pieniędzy. I zaczęło się.
    Pomijam piłkę klubową, w której przecież też międzynarodowe rozgrywki rozrosły się do gargantuicznych rozmiarów, obdzierając je z mistycyzmu. Przesyt takich gier sprawia, że powszednieją, zwyczajnie nie czeka się na pojedynek Realu z Bayernem - bo za chwilę będzie następny.
Ikona futbolu klubowego
    To samo – choć może troszkę inaczej – zrobiono z rozgrywkami międzynarodowymi. A tegoroczny mundial jest tego najlepszym przykładem. Pomijam już fakt, że meczy jest zwyczajnie zbyt dużo by je wszystkie ogarnąć, ale liczba drużyn sprawia, że rozrywki tracą swoją elitarność. Owszem, na turniej zawsze awansowały egzotyczne drużyny, ale to właśnie nadawało uroku całej sprawie, a tu w oczekiwaniu na pojedynek gigantów mamy masę anonimowych gier (z oprawą godną wiejskiego festynu, tylko bilety horrendalnie drogie), zupełnie jak we wstępnych rundach pucharów klubowych. Wspominałem przecież kiedyś, jak w Limie spotkałem Peruwiańczyka, który na wieść o tym, że jestem z Polski od razy zakrzyknął:
    - Cinco uno! Pięć jeden!
    To oczywiście wynik meczu, jakim w 1982 roku zakończył się mecz Polska – Peru. Porażka dotkliwa, ale do przerwy było po 0. O tym się pamięta. Bo awans na mistrzostwa w założeniu już miał być wielką sprawą – wszak nawet najwięksi musieli się przez eliminacje przebijać. Teraz nie jest – skoro z racji liczby drużyn awans wywalczyły kraje takie jak Uzbekistan czy Republika Zielonego Przylądka. Albo zależne od Królestwa Niderlandów Curacao. Nie to, żeby coś miał do tej karaibskiej wyspy – w tamtej części Świata jeszcze nie byłem, choć zwrotnikowe plaże nie są mi obce – ale jakie emocje może wywoływać mecz tej trzeciej czy czwartej reprezentacji Holandii na mundialu? No właśnie.
Typowa tropikalna plaża
    Do tego emocje związane z mundialem osłabia brak awansu reprezentacji Polski. Do tak licznego grona. I to jest dopiero przykre. Nie są to czasy, w których polscy zawodnicy grzali ławę w drużynach 2. Bundesligi. Gros zawodników – nie tylko bramkarzy – gra w czołowych ligach Europy, w czołowych zespołach, w pierwszych składach. Karierę dogrywa – końcowy akord osłodzą mu, po odejściu z FC Barcelona, albo arabskie petrodolary, albo te zwykłe, z MLS, z największego polskiego miasta na Świecie, Chicago (ta druga opcja piłkarsko jest chyba lepsza, wielki Messi sobie tu kopie, i nie zmęczony sezonem w dwóch pierwszych meczach Argentyny zrobił różnicę) – jeden z najwybitniejszych piłkarzy ostatnich kilku lat na Świecie, a tu lipa. Naprawdę, brak awansu na ten przeładowany drużynami turniej to sprawa haniebna (tymczasem Włosi nie awansowali któryś raz z rzędu – tym razem odpadli po karnych z Bośnią i Hercegowiną dwóch na jednego to banda łysego).
Strefa kibica we Włoszech w czasie międzynarodowego turnieju
    Może też tak być, że to syndrom czegoś gorszego – opadnięcia reprezentacji w przeciętniactwo. Niby co chwila pojawia się jakiś nowy talent, ale na 35-milionowy kraj to i tak są jakieś promile. Ot, po prostu kultura fizyczna jako element kultury masowej u nas nie istnieje - boiska, po których w tłoku biegałem za dzieciaka dziś zarosły trawą. Stąd problemy we wszystkich sportach. No, pewnie w prawie wszystkich, taka siatkówka, w której istnieje plan szkolenia i sukcesy na razie funkcjonuje, ale ciekawe jak długo.
Sport z sukcesami
    Ech. Całkiem niepotrzebny ten wpis. Ale trochę mi się ulało z nadmiaru tego całego mundialu. Bo wiadomo, co za dużo to nie zdrowo. Ale prawda jest taka – kilka meczy już obejrzałem, a i jeszcze parę zobaczę, ale nocek (ech, te strefy czasowe) zarywać nie mam zamiaru. Natomiast nie interesuje mnie kto wygra. Choć miło by było, gdyby nie byli to Niemcy.
    Dobra, wracam do podróży przez Anglię, ale już nie powiązaną z makrozoobentosem, jak te kilka ostatnich wpisów.
Symbol Anglii

Obiecane na początku wpisu podsumowanie moich uczuć do Mistrzostw Świata:
Pierw plusy, bo i takie są:
- ukrócenie symulek; zmiana przepisów sprawiła, że kopacz nie zwija się już na murawie jakby umierał, tylko po męsku wstaje i gra dalej.
- Można zobaczyć wielu egzotycznych piłkarzy.
- Było już kilka (choć może to zbyt górnolotne określenie) niezłych meczów. Może od 1/8, gdy już słabeusze odpadną, to się zmieni.
Nie może być jednak tak, by te plusy przysłoniły nam minusy:
- Można zobaczyć wielu egzotycznych piłkarzy. Którzy odstają poziomem. I to widać po wysokich wynikach (do tej pory poziomem odstawali tylko sędziowie z egzotycznych krajów - i tu akurat nic się nie zmieniło).
- Masa słabych meczów pomiędzy słabymi drużynami - nie dość, że za dużo i nie w Bożych godzinach, to jeszcze niezwykle usypiające to widowiska. "Widowiska" właściwie.
- Jako, że odpadają tylko naprawdę najsłabsi, czołowe drużyny pełne przemęczonych gwiazd często grają w chodzonego, co powoduje kolejną falę słabych spotkań (skorzystali na tym chłopaki z Wysp Zielonego Przylądka).
- Kiedy ci lepsi zaczynają grać mecze zamieniają się w jednostronną rzeź, co w sumie też jest nudne. Stąd hokejowe wyniki.
- Na hokeju kibice w Kanadzie i USA znają się lepiej, więc widownia czasem przypomina tekstury ze starych gier komputerowych.
- Olbrzymie odległości między miastami, więc wiadomo, że ta cała "ekologia" to pic na wodę, chodzi tylko o pieniądze.
- Przerwa hydratacyjna. No, na reklamy. Bo dukat się musi zgadzać. Na poprzednich mundialach w Meksyku czy USA nie było czegoś tak durnego (a dziś część stadionów jest klimatyzowana), a Kanada bardziej słynie z zapachu śniegu i żywicy niż upałów, więc jest to rzecz zbędna. Do tego rozbija widowisko oraz wytrąca z uderzenia drużyny.
- Strach przed burzą spowodował przerwanie meczu na dwie godziny. Słabo.
- Na koniec: o gustach głupio dyskutować, ale oprawa naprawdę jest jarmarczna.

Miłego oglądania. Argentyna, Francja albo Hiszpania.

19 czerwca 2026

Autostopem do Vindolandy

    Jest kilka zasad ułatwiających podróżowanie autostopem. Na przykład należy wyglądać przyjacielsko, schludnie, uśmiechnięto, jednym słowem – wzbudzać zaufanie. Z wielkim tobołem na plecach, sporą liczbą mil w nogach, typowym polskim uśmiechem na twarzy i oczami zdradzającymi brak snu od grubo ponad doby dreptając w stronę ruin rzymskiego miasta Vindolandy nie spełniałem żadnego z powyższych warunków. Niemniej starałem się tak czy siak – może bez wielkiej swady - okazję złapać.
Typowy pogodny autostopowicz
    Imperatyw narracyjny podpowiada, że mimo obiektywnych przeciwności losu udało się, i ktoś się w końcu zatrzymał. Była to stateczna Brytyjka w średnim wieku w czymś, co dziś nazwalibyśmy SUV-em.
    - Dokąd? - zapytała.
    - Do Vindolandy – odparłem.
    - Tam nie jadę, ale mogę podwieźć się kilka mil w tamtą stronę.
    - Super.
    Wsiadłem, rozpoczęliśmy konwersację, jak to się mówi, small-talk (po polsku chyba będzie to "pogaduszki"). Średni w tym jestem, ale kpem jest ten, któren się nie stara.
    - Jestem hydrobiologiem – odparłem zapytany o zawód wyuczony.
    - O, ja też – ucieszyła się niewiasta.
    - Od makrozoobentosu – dodałem.
    - Ja też! Kocham wodne owady! - różnych zboczeńców można spotkać podróżując okazjami, fascynacja bezkręgowcami z zamulonego bajora jest wśród nich naprawdę niegroźna.
    - Tak – odparłem, całkiem zaskoczony – Świetne są. Choćby takie – i tu przydała się wiedza nabyta na studiach – Plecoptera.
    - Plecoptera? Moje ulubione!
Trudno mówić o moich ulubionych owadach, ale termity mają całkiem ciekawy posmak
    Plecoptera to oczywiście widelnice – starożytna i dość prymitywna grupa owadów (rząd, konkretnie); jak zowią się one po angielsku nie miałem pojęcia, na szczęście łacina nadal jest choć w części międzynarodowym językiem nauki, Reformacja nie zepsuła tego do końca. Czemu akurat one przyszły mi na myśl nie wiem, dużo bardziej fascynują mnie Trichoptera, chruściki, których larwy pro maior pars budują domki niczym kraby-pustelniki (czasem domki budują też poczwarki, a czasem nie budują, tylko przędą podwodne sieci jakich nie powstydziłby się pająk topik; w sieci te łowią zdobycz) a imago wygląda jak nocny motyl z długimi czułkami. Albo ważki, Odonata. Albo te zajadłe meszki, Simuliidae, które jako dorosłe gryzą do krwi, a jako larwy są czymś na kształt filtratorów, bliskie krewne równie znienawidzonych Culicidae, komarów, i niegroźnych Chironomidae, ochotek (wszystko to Diptera, muchówki). A tu widelnice. Podobnie jak jętki, Ephemeroptera, mają przeobrażenie niezupełne i stadium nimfy. Może dlatego o nich wypaliłem, że to duże owady? I lubią czyste wody, a ja pracowałem nad rzeką Ner – przez kilkadziesiąt lat odbiornikiem ścieków z aglomeracji łódzkiej (jeszcze w latach osiemdziesiątych przekraczając most w Lutomiersku trzeba było zamykać okno w aucie żeby nie podusić się od smrodu rzeki; w maluchu, muszę stwierdzić, niewiele to dawało, tak był szczelny) i spotykałem głównie ochotki i skąposzczety (Chironomidae i Oligocheta). Jak się jakaś błotniarka (ślimak – Lymnaea sp.) albo ośliczka (skorupiak - Asellus sp.) trafiły byłem szczęśliwy jakby Boże Narodzenie przyszło wcześniej.
Tymczasem Boże Narodzenie wcześniej:
    Pogadaliśmy jeszcze chwilę – o owadach wodnych – i dotarliśmy do skrzyżowania, na którym miałem wysiąść.
    - Wiesz co? - stwierdziła moja dobrodziejka, pani hydrobiolog (nie jakaś hydrobiolożka, nie obdzierajmy zawodów z estymy; zresztą wtedy jeszcze nie było hydrobiolożek, to była końcówka czasów gdy mężczyźni byli męscy a kobiety kobiece, nie to co teraz) – Fajnie się gada, podrzucę się do Vindolandy. To tylko kilka mil.
    I niech mi ktoś teraz powie, że nauka o makrozoobentosie nie przydaje się w podróży. Ha! Dobrze, malkontent powie, że dzięki kilku latom studiów zyskałem kilkanaście kilometrów, ale co tam. Tym bardziej, że po przybyciu na miejsce zostałem jeszcze poinformowany gdzie jest kasa biletowa, skąd odjeżdżają busy w stronę Carlisle i Newcastle, i tak dalej. Super sprawa, dziękuję wam, widelnice.
Vindolanda
    A sama Vindolanda? Wspaniała sprawa. Dobra, na pierwszy rzut oka wygląda jak typowe rzymskie pozostałości – a jako, że Rzymianie wszędzie budowali tak samo, to wszystkie są identyczne. Albo niezwykle podobne, i kto jedne zobaczył, widział wszystkie.
Łaźnie Vindolandy
Rzymskie forum na Cyprze
Późnoantyczny kościół nad Morzem Czerwonym w Jordanii
Rzymskie miasto w Konstancy
Rzymska willa w Katalonii
    Technicznie tacy psuje zabawy mają trochę racji. Ale z drugiej strony każde z takich miejsc ma swoją historię – tu w Vindolandzie trwała ona tylko jakieś 350-400 lat, i była tylko rzymska. No, może z jakimś ino niewielkim miejscowym sznytem. Ale taki Londyn powstał na wcześniejszych celtyckich oppidiach, York w Średniowieczu został wikińską twierdzą, a tu – tylko Imperium Romanum. A kiedy archeolodzy dorwali się do miejscowych latryn i wysypisk śmieci... Archeolog, trzeba bowiem to jasno powiedzieć, zajmuje się nie tylko rabunkiem grobowców (choć właśnie przez to każdy chciał zostać Indianą Jonesem). Dużo ciekawsze jest babranie się w antycznych śmieciach i odchodach. Poznajemy wtedy nie tylko dietę dawnych mieszkańców, ale i inne aspekty codziennego życia. W Vindolandzie wydarzyły się do tego dwa procesy – pierwszy to wspomniana pustać osadnicza. Druga to kwaśna, torfowa gleba (obie mogą być ze sobą powiązane). Dzięki temu zachowało się tu cała masa materiału organicznego. Jakieś buty z epoki, stroje, pierdoły – i korespondencja. To najzabawniejsza część. Oto bowiem zesłani na odległą imperialną placówkę żołnierze – i ich rodziny – może i mieszkają w rzymskim mieście (razem z Brytami), ale ewidentnie brakuje im śródziemnomorskiego słońca. Narzekają więc na typową brytyjską pogodę (a trzeba powiedzieć, że wtedy w Europie mamy tak zwane rzymskie optimum klimatyczne, niektórym nigdy się nie dogodzi), czy ohydne miejscowe wino (dziś chyba w Brytanii winorośl nie jest uprawiana, nie jestem pewien; rzeczywiście, lepiej tam smakuje cydr czy inne piwo albo ale).
    - Kochani rodzice, przyślijcie bukłaczka.
    Piękna sprawa.
Uroczy zakątek rekonstrukcyjny w Vindolandzie

12 czerwca 2026

Wał Hadriana

    Pomiędzy Newcastle a Carlisle (Njukastl i Ka'ajl – po co używać tylu liter, skoro ich się nie czyta? Takie rzeczy pozwalają tylko docenić geniusz świętego Cyryla, Konstantyna z chrztu, twórcy fonetycznej głagolicy) rozciągał się, co W. Sz. Czytelnik już wie, Wał Hadriana, czyli rzymskie limes w najdoskonalszej formie.
Panorama Wału Hadriana
    W. Sz. Czytelnik wie też, że od kilku wpisów podążam ku miejscu, w którym udowodnię, że studia dzięki którym mogłem zostać ekspertem od makrozoobentosu były niezwykle potrzebne. I miejscem tym są okolice właśnie Wału Hadriana, więc epopeja niedługo się skończy. Ale jeszcze chwilka. Bo Wał Hadriana warty jest szerszej o nim opowieści. Albo – co bardzo polecam – odwiedzenia. I spaceru przez kilkadziesiąt kilometrów od Morza Północnego po Irlandzkie. Albo w drugą stronę. Szlak, jak to na Wyspach Brytyjskich, oznaczony jest nieźle, choć czasem trzeba pokonywać płotki i murki oddzielające poszczególne pastwiska.
Szlak turystyczny
    Same umocnienia powstały na rozkaz Hadriana, jednego z Pięciu Dobrych Cesarzy (w rzeczywistości było ich trochę więcej, nie wszyscy się też jakoś dobrze zasłużyli), jednego z najwybitniejszych władców w historii całego Imperium Romanum – w piku owego świetności. Chodziło tu nie tyle o odgrodzenie ziem opanowanych przez Rzym od dzikiej Kaledonii (którą Rzymianie pod dowództwem Agricoli podbili, popatrzyli, i z braku perspektyw bogactw zostawili) zamieszkałej przez Brytów i Piktów co o unormowanie stosunków międzynarodowych. Stąd oprócz milecastle (czyli wież milowych) czy fortów w których stacjonowali legioniści w fortyfikacjach były też bramy (o jednej z najdziwniejszych już kiedyś na blogu wspominałem). Wzdłuż muru powstało też prawdziwe rzymskie miasto – ośrodek handlowy dla barbarzyńców zza Muru.
Jedna z bram Wału Hadriana
    Napisałem Mur z wielkiej litery, i od razu przypominała mi się powieść fantasy Niela Gaimana Gwiezdny Pył, gdzie Mur jest jedną z osi fabularnych (w ekranizacji – sympatycznej, acz od książki słabszej – De Niro biega w kiecce, ale wbrew pozorom to jedna z lepszych jego późnych ról) – tak, Wał Hadriana trafił do popkultury. I do Hollywood – o jednej z ekranizacji legendy Króla Artura pisałem przy okazji odkryć archeologicznych w okolicach Bydgoszczy.
Typowy rzymski wisior
    Wkrótce Rzymianie przesunęli swoje władztwo trochę na północ, gdzie między Edynburgiem a Glasgow Antoninus Pius (inny z Dobrych Cesarzy – jego panowanie było tak spokojne, że właściwie niewiele o nim wiadomo) wybudował kolejną linię limes. Mniej imponująca nie zachowała się w całości, ale jej resztki też wpisano na Listę Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Wkrótce jednak wrócono na silne fortyfikacje pierwotnego Wału, i aż do połowy V wieku po Chrystusie, gdy legiony na dobre opuściły Brytanię, mur spełniał swoją rolę. A potem, mówiąc kolokwialnie, zarósł. Trochę go rozebrano, trochę zburzono, ale w dużej mierze okolice pozostały bezludne – co niezwykle cieszy archeologów: mogą sobie kopać i nie muszą niczego przy okazji wyburzać.
Efekty prac archeologicznych w Vindolandzie
    Swoją przygodę z Wałem Hadriana zacząłem właśnie od stanowiska archeologicznego – dawnego rzymskiego fortu Vercovicum, dziś zwanego Housesteads. Takich ufortyfikowanych obozów było wzdłuż muru kilka, i kiedy jacyś nielegalni emigranci Piktowie za bardzo zaczynali hałłakować podle którejś z bram czy wież warownych z fortu dosyłano posiłki by nauczyć barbarzyńców moresu. Głównie za pomocą pilum i gladiusa, acz rzymscy inżynierowie stosowali całe masy maszyn balistycznych, wobec których mieszkańcy Kaledonii byli mniej więcej – raczej więcej – bezradni. Trzeba przyznać, że taki system ochrony granic do dziś się sprawdza – pytaniem otwartym pozostaje dlaczego Unia E***pejska zakazuje stosowania tegoż.
Pozostałości fortu Housesteads
    Po obejrzeniu fortu poprawiłem ciężki plecak i radośnie ruszyłem wzdłuż Wału. Okazało się, że ta część Brytanii jest nieźle pofałdowana (miejscowi twierdzą, że są to Góry Pennińskie; góry! - zakrzyknę niczym Gimili opowiadający o Morii) – choć i tak najtrudniejsze z wielkim plecakiem były ustawiane gdzieniegdzie drabinki do pokonywania wspominanych już płotów i murków.
Mury, murki, góry, lasy
    Owce nie były takie groźne, acz dużo bardziej liczne niż ludzie. Pastwiska pojawiły się tu później niż rzymskie limes, w I i II wieku po Chrystusie w okolicy dominowały lasy, finalnie wytrzebione w czasie rewolucji przemysłowej. Drzew pozostało niewiele – a najsłynniejszym bez wątpienia jest ów klon jawor – sykamora, jak chcą Brytole – nasadzona podle muru gdzieś z końcem XIX wieku, na której gałęziach chronił się syn Małego Johna, a gdzie Robin z Locksley w hollywoodzkim Księciu Złodziei pierwszy raz złoił skórę ludziom szeryfa. To znaczy: był. Kilka lat temu (zdaje się AD 2023) dwójka ziomeczków, Kumbryjczyków (to ci z okolic Carlisle), bezprawnie drzewo ścięła, wywołując przy tym niemały – choć raczej lokalny – skandal. Tak, że już nie zobaczycie.
Chlip!
    Spotkać można za to kilka zamków czy wiosek – owszem, teren przez kilkaset lat był pusty, ale nie bezludny.
Ruiny zamku Thirlwall i owce
    Jadąc do Carlisle – bo nie całą drogę pokonałem na własnych stopach – minąłem nawet jakieś opactwo. Jako, że byłem mocno zmęczony po nieprzespanej w Newcastle nocy to nie pamiętam, czy było całe, czy tradycyjnie, jak to na w Anglii, zniszczone przez Henryka VIII (przechodząc na protestantyzm Tudorowi chodziło nie tylko o możliwość ciurlania się, ale i przejęcie kościelnych majątków; w Szkocji opactwa burzyli kalwiniści Johna Knoxa). Mógłbym sprawdzić na mapie, ale byłoby to niesportowe – skoro zapomniałem, trudno.
Dom Johna Knoxa w Edynburgu
    Nie będę też ukrywał, że przemieszczając się wzdłuż Wału Hadriana koniecznie chciałem odwiedzić najbardziej na północ położone rzymskie miasto. No, ruiny tegoż, czyli Vindolandę. Kursująca wzdłuż fortyfikacji komunikacja publiczna – z której dwukrotnie skorzystałem i tak – jakoś czasowo mi nie podpasowywała, więc ruszyłem, coraz bardziej zmęczony, metodą palce-pięta. Po drodze starając się złapać autostop.

5 czerwca 2026

Perły północnej Anglii

    Następnym przystankiem na mojej drodze było Newcastle-upon-Tyne, miasto znane z Alana Shearera, snajpera reprezentacji Anglii (bo Szkocję już opuściliśmy) i miejscowych Zjednoczonych FC oraz brata Wilhelma, bohatera genialnego Imienia Róży. Dla mnie istotne było, że miejsce to stanowiło punkt wypadowy na słynny Wał Hadriana, ów rzymski odpowiednik Chińskiego Wielkiego Muru. Skoro już musiałem (jak pisałem) wracać ze Szkocji drogą lądową, postanowiłem obejrzeć ową wspaniałą konstrukcję (o której na blogu troszkę też już było). W każdej jednak podróży najważniejsza jest regeneracja sił – Wał Hadriana ma kilkadziesiąt kilometrów długości. Do Newcastle przybyłem późnym wieczorem, rano miałem wyruszyć na rzymskie ruiny. Hotelu szukać nie chciałem – stwierdziłem, że na te kilka godzin się nie opłaca (tak stwierdziłem przed podróżą – w trakcie ciężko było to skorygować, wszak internety były w powijakach, i tylko stacjonarnie; kto to o smartfonach słyszał). Kimnę się chwilę na olbrzymim miejskim dworcu. Niestety, teoria często nie idzie w parze z praktyką. Okazało się, że dworzec jest na tych kilka nocnych godzin zamykany, więc volens nolens ponaglany przez ochroniarza zarzuciłem swój dobytek na plecy i ruszyłem w nocne miasto. Brzmi jak początek niezłej przygody – ale byłem mocno zmęczony, skąpy i zdeterminowany wczesnym rankiem wyruszyć na Wał Hadriana. Tym nie mniej centrum żyło. Kiedym przechodził obok jednego z pubu wysypała się zeń banda pijanych Angoli. Mimo nocy rzucałem się w oczy. Jako, że ciągnęło chłodem od rzeki byłem dość szczelnie odziany, spod kaptura wystawał mi tylko marznący noc. Anglicy spojrzeli na mnie – z plecakiem pewnie bym im nie uciekł – jeden z nich wskazał palcem i krzyknął:
    - Eskimo!
    Po czym cała banda zaczęła śpiewać:
    - E-ski-mo-o o o!
    Wzruszyłem ramionami i oddaliłem się spokojnym krokiem – ciągnąc za sobą rozśpiewaną grupę. I tak wędrowaliśmy kilka ładnych minut przez centrum, aż w końcu śpiewacy ochrypli, zmęczyli się i sobie poszli. A ja dotarłem do dawnych, średniowiecznych fortyfikacji miejskich.

Eskimo i średniowieczne mury Newcastle - selfie bez selfiesticka

    Potem – skoro i tak nie spałem – poszedłem zdobyć miejscowy zamek. Tam zaskoczyły mnie dwie rzeczy. Pierwsza – o której kiedyś zdaje się wspominałem – to zamkowy stołb. Wyglądał jak żywcem wzięty z cudownej gry strategicznej Age of Empires II. Tak, wiem, pozycja to bardzo wiekowa, ale nadal grywalna. Kilka zachodnioeuropejskich nacji miało właśnie zamek w kształcie tegoż stołbu. Polecam. Drugą zaskakującą rzeczą był stosunek brytyjskich urbanistów i architektów do własnej historii. Oto bowiem przez teren zamku biegła estakada jakieś drogi szybkiego ruchu. W pylony wbudowane były na przykład resztki zamkowych wież. Dla mnie było to – i jest – niepojęte. Taki przesadny utylitaryzm. I chyba głupota. O, mam – ślepy kult nowoczesności.

Zamek w - nomen omen - Nowym Zamku

    Równie nowocześnie wyglądały nabrzeża Tyne, i te w Newcastle, i te w Gateshead na drugim brzegu rzeki. Zwłaszcza o poranku.

Nabrzeża Newcastle
Gateshead o poranku

    Zupełnie inne wrażenie zrobiło na mnie leżące przy drugim końcu Wału Hadriana Carlisle. Przede wszystkim miało ono potężny i niezniszczony zamek. Warownię właściwie. Oraz vibe sennego miasta powiatowego. Powiedzmy – Tomaszowa Mazowieckiego (naprawdę, takie porównanie przyszło mi wtedy do głowy).

Centrum Carlisle

    Ludzi było jak na lekarstwo, spytać się o cokolwiek – nijak. W końcu jednak natrafiłem na gang młodocianych rowerzystów. Znaczy się: grupkę dzieciaków na rowerach uprawiających dzieciństwo na ulicach. Chłopaki – ciut starsi od pijanych w sztok dziewczynek z Edynburga, trzeźwi – okazali się Polakami. Bez problemów wskazali jakiś lokal z jedzeniem. Znaczy się, knajpkę serwującą słynne fish and chips. Danie prymitywne jak cała brytyjska kuchnia (nie no, czasem potrafią rybę zrobić, weźmy takiego Arbroath smokie, wędzonego łupacza z Morza Północnego serwowanego we wspominanym już przeze mnie – choć ciągle zbyt mało – szkockim Arbroath), ale tanie oraz zapewniające odpowiednią dawkę cholesterolu, soli i spalonego oleju. Sprzedawca – Brytyjczyk – był całkiem uprzejmy, pewnie niezbyt często gościł w swoim lokalu turystów. Atmosfera siadła gdy powiedziałem mu, że jestem nie tyle/nie tylko turystą, ale i wracam z pracy. Konwersacja się skończyła, choć powstrzymał się od wyrzucenia mnie z lokalu. Ale miał na to ochotę. Ot, taka to otwartość na Zachodzie była wtedy. W każdym razie – zjadłem i ruszyłem w dalszą drogę: Londyn, Dover, Dunkierka, Berlin. Ale to już całkiem inna historia, choć białe skały Albionu naprawdę robią wrażenie.

Białe skały Dover

    Właściwa historia odbywa się bowiem między Newcastle a Carlisle, którędy to biegnie ów Wał Hadriana. I gdzie w końcu przydał mi się ten makrozoobentos.

Wał Hadriana

    Tymczasem, na koniec tego wpisu, jeszcze jedna uwaga dotycząca Carlisle. Językowa. Oto bowiem złapałem lokalny busik, wsiadłem i zapragnąłem kupić bilet do Carlisle. Powiedziałem pewnie coś w stylu "Karisle". Kierowca popatrzył na moją żytnio-ziemniaczaną twarz, niezbyt pasującą do brytyjskiego typu urody, i kiedy już domyślił się o jaką destynację mi chodzi poprawił:
    - Ka'ajl?
    - Tak, Kaalaj – zgodziłem się – Jeden bilet.
    A tytułowe Perły północnej Anglii? Cóż. Niech będzie Angel of North zamiast nich.

Angel of North - sztuka nowoczesna na szkocko-angielskim pograniczu

29 maja 2026

Edinbra is a krejt taun

    Następnym przystankiem po wyruszeniu z Dundee miał być Edynburg, ninie stolica Szkocji. Przyznam się szczerze, że to akurat takie miasto w Wielkiej Brytanii, które lubię odwiedzać. Przede wszystkim dla tego, że ma starówkę. Stare i Nowe Miasto wpisane zostały na Listę Dziedzictwa Ludzkości UNESCO, choć są zupełnie inne. Najlepiej Edynburg odwiedzać w sierpniu – wtedy w centrum tętni tam życie (a poza centrum... a poza centrum to obejrzyjcie sobie Trainspotting, albo przeczytajcie; swoją drogą oryginalna książka została napisana po szkocku), odbywa się multum różnych festiwali.
Royal Mile w czasie sierpniowych festiwali
Royal Mile gdy festiwali brak
    Akurat gdy wracałem nie było sierpnia. Co oznaczało, że Edynburg stawał się nieco sennym, acz nadal całkiem ładnym miasteczkiem. Usiadłem więc sobie na ławeczce, zdaje się, że niedaleko pomnika sir Waltera Scotta (to inny Scott niż ten odkrywca z Dundee; ten był pisarzem, twórcą Ivenhoe'a) – w przyszłości miała niedaleko powstać statua upamiętniająca Niedźwiedzia Wojtka – i tak se siedziałem. Gdy wtem! W pole widzenia weszły dwie – bo ja wiem – jedenastolatki. Był biały dzień, nieco słoneczne popołudnie, a dziewczynki były kompletnie pijane. Może wśród zachodnich społeczeństw i celebrytów jest to coś normalnego, ale mnie napełniło szokiem, zażenowaniem i odrazą (a było to jakieś naście, raczej nie dziesiąt, lat temu; nadal mnie to zresztą owymi uczuciami napełnia). Jedno z dzieci podeszło do mnie i coś zabełkotało – wypity alkohol nie pomagał, ale mówiła ze szkockim akcentem (na przykład Edinbra is a krejt tałn miast Edynboł is a głej tałEdinburgh is a great town). Przyznam się szczerze, że nie wiedziałem jak zareagować. Całe szczęście na horyzoncie pojawił się radiowóz. Na widok policjantów dziewczynki jęły uciekać. Jedna wybrała losowy kierunek i przydzowniła w pobliski słup, druga, ta gadająca, z wielką butlą coli w ręce zrobiła dwa kroki, nogi jej się rozjechały i upadła.
    - Znasz je? - zapytał policjant zbierając nieco wyrywające się dzieci.
    - Nie – odparłem zgodnie z prawdą, acz z pewną nutką niepokoju; wiadomo co to sobie wymyślą tacy szkoccy stróże prawa?
    W tym czasie drugi policjant podniósł butelkę z colą, otworzył, powąchał, i wylał zapewne oktanową substancję za pobliskie ogrodzenie. Po chwili dziewczynki siedziały w samochodzie, a ja zostałem na ławeczce sam z myślami o upadku zachodniej cywilizacji. Przechodzące obok hinduskie dzieci były trzeźwe.
Monument Sir Waltera Scotta i edynburskie planty
    Może zresztą przemawia przeze mnie zaścianek, może po prostu nie nadążam za trendami? Dawno nie byłem u nas w stolicy, może pod Prąciem Stalina dziś też takie rzeczy się dzieją, i dogoniliśmy Zachód? Ale chyba nie, na Sylwestra u nas ciągle płoną fajerwerki a nie samochody. Nie ważne zresztą, wróćmy do tego Edynburga. W języku gaelickim – szkockim celtyckim – to Dun Edin, Gród Edwina (książka Trainspotting napisana została po szkocku germańsku; ów dialekt różni się od angielskiego bardziej niż serbski od chorwackiego, ot, polityka językowa). Miasto leży na terenie Lothian, kolejnego z piktyjsko-celtyckich królestw z wczesnego średniowiecza – to wyjaśnia czemu jeden z czołowych klubów piłkarskich nazywa się Hearts of Midlothian (druga edynburska drużyna to Hibernians – na cześć przybyszów z katolickiej Irlandii; protestancko-katolickie walki między kibicami w Edynburgu nie są tak znane jak między Rangers i Celtic w Glasgow, acz uznawane za bardziej krwawe). Związki z Celtami – głównie historyczne – pozostają jednak dość silne. Charakterystyczne pochyłe wzgórze górujące nad miastem zwie się Arthur's Seat, Krzesło Artura. Tak, chodzi o tego legendarnego króla, który miał stąd spoglądać na jakąś batalię czy na to, na co legendarni władcy spoglądają. Postać ta wiązana jest najczęściej z południem Brytanii, ale jest też koncepcja, że cała arturiańska epopeja dzieje się na północy, w Szkocji, gdzie Brytowie z Ait Clud (Strathclyde, kolejne z przedszkockich królestw, ze stolicą w Dunbarton koło Glasgow) również walczyli z anglosaskimi najeźdźcami (w tej teorii Artur jest jednym z celtyckich królów). Generalnie wczesne Średniowiecze w Szkocji to cała karuzela wojen, najazdów i interesujących postaci, wielka szkoda, że wżeniony w wschodnich Piktów Kenneth MacAlpin z Dalriady (zachodnie królestwo założone przez pochodzących z Irlandii Szkotów) zjednoczył całe to towarzystwo. A. Właśnie. W jednej z jaskiń w wulkanicznym masywie Arthur's Seat znaleziono w XIX wieku tajemniczy cmentarz karłów (znaczy, 17 niewielkich trumienek z drewnianymi figurkami). Hobbici, Krasnoludowie i Teoretycy Starożytnej Astronautyki nie wzięli się znikąd.
Arthur's Seat i szkocka pogoda
    Arthur's Seat i leżące obok Sailsbury Crags to nie jedyne pozostałości po prehistorycznych wulkanach w Edynburgu. Calton Hill z kopią ateńskiego Partenonu (oryginalne fragmenty znajdują się w Londynie) to dawna wulkaniczna wychodnia, a samo Stare Miasto z ową Royal Mile leży na pochylonym przez lądolód wulkanicznym kominie.
Calton Hill i replika Partenonu
    Royal Mile – główna ulica miasta, coś jak Piotrkowska w Łodzi – ma, nomen omen, długość mili. Ciągnie się od edynburskiego zamku (dziś przechowywane są tam zwrócone przez Anglików szkockie insygnia królewskie) po ruiny opactwa Holyrood, do którego przylega tak samo zwący się pałac, rezydencja władców Szkocji (dziś jest nim Niemiec o imieniu Karol). Całkiem niedawno vis-a-vis pałacu, na fali szkockiego independyzmu wybudowano ohydnej urody modernistyczny gmach szkockiego parlamentu. Przeprowadzono nawet referendum niepodległościowe, ale minimalną większością Szkoci opowiedzieli się za pozostaniem w Zjednoczonym Królestwie. Było to jednak przed tak zwanym Brexitem, a dziś rząd centralny jakoś nie kwapi się przeprowadzać następnego plebiscytu. Co ciekawe, w przeciwieństwie do Katalonii, za referendum niepodległościowe nikt nie poszedł siedzieć.
Zamek w Edynburgu - jeden koniec Royal Mile
Katedra św Idziego przy Royal Mile
Dom Johna Knoxa, szkockiego Kalwina
Parlament podle Pałacu Holyrood - drugi koniec Royal Mile
    Swoją drogą szkoccy lojaliści jakoś swojej szkockości się nie wstydzą, i z zapałem pałaszują haggisa przepijając go whisky. Ten nadziewany kaszą i podrobami barani żołądek – uboższy krewny naszej bezkrwistej kaszanki (z krwią mają tu black pudding, ale szału nie ma) – to niewielki jaśniejszy punkt w gwiazdozbiorze smutnej brytyjskiej kuchni – brytyjskiej, bo Anglicy twierdzą, że haggis to ich wynalazek; whisky pochodzi z Irlandii, gdzie jest nieco smaczniejsza. Nie wali tak torfem i trociną; w Szkocji są trzy destylarnie robiące lowlands whisky – zamiast torfu używa się tam węgla kamiennego – i to chociaż trochę nadaje się do picia.
Destylarnia Glenkinchie - produkująca lowlandy
    Kiedyś w Edynburgu był lokal serwujący haggisa jako fast-food i nie ukrywam, że pomysł ten wspaniale przypadł mi do gustu. Kilka lat później usiłowałem go odnaleźć, ale okazało się, że upadł. Przegrał z jakimiś tandoori czy innymi masalami (swoją drogą kurczak tikka masala powstał w... Glasgow). Koniec świata.
Koniec Świata i Autor, mniej więcej w połowie Royal Mile (foto: P. Strzelczyk)
    Tak zwie się pub na Royal Mile, w miejscu gdzie kończyły się mury miejskie, mniej więcej w połowie traktu. W szczęśliwych czasach przed bramą miejską odbywały się publiczne egzekucje, więc dla wychodzącego skazańca rzeczywiście kończył się świat. Choć to oczywiście przenośnia, prawdziwy Koniec Świata znajduje się nieopodal Kalisza. Więc i ja ruszam w dalszą drogę do Polski, wszak muszę udowodnić W. Sz. Czytelnikowi, że w podróży przydał mi się makrozoobentos.
Prawdziwy Koniec Świata

Najchętniej czytane

Co za dużo to niezdrowo

Napisałem epistołę o tym smutnym mundialu, ale moje wrażenia po pierwszych dwóch kolejkach jeszcze się pogorszyły (zwłaszcza bo burzy nad Fi...