Tłumacz

25 września 2026

Góra Zyndrama

    Kolejny wpis jest w sumie o miejscu mniej więcej porównywalnym wiekowo z kurhanami w Łubnej-Jakusach (o których było przecież tydzień temu), ale by tam się dostać z centralnej Polski z trasy nie zbaczałem – trzeba było odbyć pełnoprawną, kilkugodzinną wyprawę.
Kurhany w Łubnej-Jakusach
    Chodzi o słynną – głównie wśród archeologów i Teoretyków Starożytnej Astronautyki – Górę Zyndrama, jedyny tej klasy znany obiekt z terenów dzisiejszej Polski. Czyli kamienny mur wprost z Epoki Brązu. W Śródziemnomorzu mówi się o takich mury cyklopowe (a o obwarowanych nimi grodziskach na wzgórzach akropole).
Mury cyklopowe Śródziemnomorza - Epoka Brązu w Knossos na Krecie
    Nasz nie jest tak imponujący, zresztą przez wieki łączony był przez miejscową ludność z postacią średniowiecznego rycerza Zyndrama z Maszkowic (herbu – nomen omen, o czym później – Słońce): miał być ów mur pozostałością po zamku możnowładcy. Służył też ów kamienny suchy (znaczy – bez zaprawy wznoszony) mur za rezerwuar materiałów budowlanych, co właściwie nie jest niczym niezwykłym. Kamienie z Góry Zyndrama posłużyć miały do konstrukcji kościoła parafialnego w pobliskim Łącku, miejscu ważnym na kulinarnej mapie kraju.
Kościół parafialny w Łącku, możliwe, że zawierający w swych murach fragmenty muru z Maszkowic
    Proboszcz łąckiej parafii miał – znów według podań, tak zbudowany jest cały świat przecież – w ramach pokuty kazać miejscowej młodzieży za grzeszki i grzechy sadzić śliwy i jabłonie. A że w górskiej kotlinie mikroklimat dla sadów okazał się idealny, drzewka rozwinęły się wspaniale, i galancie rok w rok obradzały owocami. Których przecież się nie przeje. Miejscowi, nauczeni darów Bożych nie marnować, przerabiali nadmiar owoców na bimber. I tak powstała łącka śliwowica, produkt regionalny, przez dziesiątki lat pędzona nielegalnie na pohybel państwowemu monopolowi spirytusowemu. Dziś już wolno (choć i tak jest masa obostrzeń – trudno powiedzieć czy to pozostałość po komunie, czy nadgorliwość nowej, e***pejskiej nomenklatury).
Łącka śliwowica in spe
    Ale zostawmy alkoholizm Autora lokalne trunki, tylko jedźmy z Łącka do Maszkowic – na Górę Zyndrama da się podjechać autem, choć jest wąsko i stromo. Na stanowisko archeologiczne na szczęście nie – trzeba się kawałek przejść po szczytowym plateau. Mija się niewielki pomnik, nieco usyfione miejsce na ognisko i wchodzi się na teren grodziska vel akropolu – dawnym wejściem północnym.
Góra Zyndrama
    Cyklopowy mur miał oryginalnie jakoś ćwierć kilometra, dziś zachowało się go nieco mniej, ale nie otaczał całej osady przybyszów z Południa. Archeolodzy bowiem przebadali już część stanowiska, i stwierdzili, że wioskę założyli goście z Panonii – wtedy jeszcze Panonią nie będącą – z kultury Otomani-Füzesabony. Domyślają się, że była to odległa placówka mająca kontrolować handel dalekobieżny z Północą. Chodziło pewnie o bursztyn, a może krzemień pasiasty. Wytwory ludu tej kultury znaleziono w kurhanach w Łubnej-Jakusach, ale także w Trzcinicy, słynnej Karpackiej Troi (jedna z faz konstrukcji tego grodziska ma być efektem pracy ludu Otomani-Füzesabony; śladu homeryckich pojedynków ani nolanowskich Negroidów nie stwierdzono).
Brama Północna
    Sam mur częściowo został zrekonstruowany, częściowo zaś tylko przez naukowców odkopany.
Pozostałości muru cyklopowego
    Najciekawszym punktem jest (ha, nie bez przyczyny wspominałem o Teoretykach Starożytnej Astronautyki) jest tak zwana Brama Wschodnia.
Brama Wschodnia
    Okazało się, że w sumie funkcjonowała ona tylko w najstarszej fazie istnienia osady, potem ją zamurowano (skoro mur suchy, bez zaprawy, to zastawiono kamieniami). Służyć też miała podobno nie do komunikacji, a obserwacjom astronomicznym. Konkretnie zaś wschodu Słońca. Zresztą niedaleko znaleziono różnego rodzaju artefakty, figurki, tradycyjnie przez archeologów klasyfikowane jako obiekty o znaczeniu kultowym.
Rekonstrukcja Bramy Wschodniej
    Zabawne, że Zyndram z Maszkowic – rodem z Niemiec, choć przecież rycerz polski, pod Grunwaldem walczył w pierwszej linii w chorągwi krakowskiej, na swym wiekopomnym obrazie umieścił do mistrz Jan Matejko – w herbie miał właśnie to ciało astralne. Nie ma przypadków, są znaki (między innymi tak wycyrklowałem, by wpis ukazał się na blogu w okolicach cyklicznego zjawiska astronomicznego jakim jest jesienne ekwinokcjum, w języku gminu znane jako równonoc; idzie jesień).
Zyndram z Maszkowic na robocie
    Po co górozyndramscy osadnicy zadali sobie tyle trudu by obserwować raz w roku – o ile mnie pamięć nie myli, w letnie solstycjum – wschód Słońca przez swoją furtkę? W sumie nie wiadomo – i raczej nigdy się tego nie dowiemy. Można ekstrapolować, że miało to jakiś związek z rzeczami eschatologicznymi, w końcu od tysięcy lat najsolidniejsze konstrukcje wznoszono ad maiorem gloria Dei.
Maszkowicki akropol
    A ruch ciał astralnych po niebie – i dziennym, i nocnym – interesował Ludzkość od zawsze, dopiero Galileusz popsuł przy pomocy lunety całą z obserwacji przyjemność, obdzierając ją z magicznej – boskiej – otoczki.
Zjawisko astronomiczne
    Czy natomiast na Górę Zyndrama warto się wybrać? Odpowiem tak: jazda przez całą Polskę do Maszkowic jest delikatnym przejawem fanatyzmu (ale czego się nie robi dla W. Sz. Czytelników, bułgarską Solnicatę też pro bono publico odwiedziłem, liczne przygody po drodze mając), ale jeśli się jest w okolicy (niekoniecznie li tylko by w Łącku kupić lokalny zajzajer) to warto. Jest to bowiem naprawdę ewenement jeśli chodzi o konstrukcje z Epoki Brązu na północ od Karpat. A w przesilenie letnie można sobie nawet poobserwować wschód Słońca przez zrekonstruowaną Bramę Wschodnią.
Prace archeologiczne

18 września 2026

Kurhany

    Jadąc drogą krajową numer 12 ze starożytnego Kalisza do Sieradza (albo, jak to się mówi, curyk z powrotem) zbliżając się już do stolicy dawnego Księstwa Sieradzkiego pojawiać się zaczynają turystyczne drogowskazy informujące, że hej, drogi kierowco, kilka kilometrów stąd znajdują się kurhany sprzed 3,5 tysiąca lat. Napis jest, że tak powiem, nieznaczny, niezbyt też zachęca, więc raczej trudno się spodziewać, że jakieś mknące szosą auto zwolni i skręci w interior. Bo też – poza historykami i archeologami, którzy o owych grobowcach kultury trzcinieckiej z epoki brązu wiedzą i szanują – miejsce to nie istnieje w ogólnej świadomości. Ale skoro niewiele osób słyszało o neolitycznych kopcach kujawskich, tak zwanych żalkach sprzed 5,5 tysiąca lat, to nie ma się co dziwić.
Jeden z żalków kujawskich
    O jedynym w Polsce dolmenie nawet nie wspominam (nie no, wspominam, przecież było na blogu).
Grobowiec korytarzowy w Borkowicach
    W każdym razie miejsce – mimo nawet niezłych oznaczeń (po prostu: mimo oznaczeń) – jest niezbyt znane. A, bo to trzeba wyjaśnić, chodzi o największy zachowany kompleks grobowców z tamtego okresu (konkretnie kultura trzciniecka, trwająca od 1700 do 1300 lat przed narodzeniem Chrystusa, dla niepoznaki zwana też kulturą ceramiki pasmowej) w Polsce podle wioski Łubna-Jakusy (Łubna, choć nie wiem która jej część, jest gniazdem rodowym Łubieńskich, dość ważnego rodu swego czasu w Wielkopolsce). W opowieści o kopcach kujawskich narzekałem nieco na dojazd do niektórych stanowisk, tu jest w sumie podobnie. Pokonać trzeba typową polną drogę, nie zawsze równą – po deszczu błotnistą, w suszę mocno kurzącą. Zimą nie byłem, ale mniemam, że nie bywa odśnieżana.
Droga na Niżu Polskim - w zagajniku kurhany
    Same zaś kurhany – porośnięte niezbyt zadbanym lasem – są niczym więcej niż starożytnymi tumulusami. Jakby człowiek nie zachęcał – nie wyglądają imponująco. Niemniej oprócz połamanej ławeczki, kosza na śmieci i tablicy informacyjnej aż prosi się wytyczyć po porastającym cmentarzysko lasku jakąś ścieżkę. Nie wiem, drewnianą kładkę? I tak, zdaję sobie sprawę, że to licha atrakcja, ale na Zachodzie potrafią gorsze (młodsze) rzeczy bardziej promować.
Infrastruktura na stanowisku archeologicznym
    Grodzisko Peel Ring of Lumphanan jest ogrodzone i zadbane, masa informacji, obrazki, późne rokokoko, to w Małkowie podle Warty leży w szczerym polu, nie ma żadnej informacji co to (tu w Łubnej-Jakusach jest przynajmniej tablica). Nie jest to li tylko kwestia niedoinwestowania polskiej historii.
Grodzisko koło Lumphanan
    Kurhany w Łubnej-Jakusach są o tyle ciekawe, że znalezione w nich artefakty (także złoto) wskazują na to, że w epoce brązu lokalsi z kultury trzcinieckiej mieli kontakty z ludami odległej Kotliny Panońskiej (naukowcy by powiedzieli, że ze społecznościami kultury Otomani-Füzsabony). Swoją drogą z racji używania w naszej części Europy ino drewna i ziemi do konstrukcji budowli na powierzchni zachowały się zaledwie promile nieruchomych zabytków. Reszta tkwi w ziemi (weźmy takie rondele – okrągłe konstrukcje starsze jeszcze od żalków kujawskich, mogące być genetycznym przodkiem angielskich henge, ze Stonehenge na czele – odkryto ich u nas kilka, znaczy: śladów po nich; w Niemczech postawiono replikę, my nie robimy – stety niestety – takich akcji). Albo i nie – ile takich kurhanów rozorano (żalków kujawskich było kilkaset, zostało kilkanaście), ile pól popielicowych zniszczono? Już w czasach Władysława Jagiełły – pisze Paweł Jasienica za Janem Długoszem – odkryto pole, które garnki rodzi. Jako kuriozum pokazywano to zagranicznym posłom. Król rozkazał nawet przebadać miejsce, ale przyczyny z jakiej ziemia wydaje gliniane dzbany nie odnaleziono. Dziś wiemy, że było to prehistoryczne cmentarzysko popielnicowe, a owe garnki były pojemnikami na spopielone szczątki ludzkie. Po wiekach mogły – i pewnie tak było – te urny służyć do kiszenia ogórków czy przechowywania ziarna.
Kurhan w Łubnej-Jakusach
Także kurhan, ale inny, kilkaset metrów dalej, a w tle jeszcze jeden
    Ale nie trzeba aż tak daleko zaglądać w przeszłość. Przecież druga połowa XX wieku to prawdziwa hekatomba drewnianych szlacheckich dworków. Osłabione po rozbiorach i dwóch wojnach konstrukcje za okupacyjnej władzy ludowej zwyczajnie zgniły i rozpadły się ze starości. Po dworach murowanych zostały chociaż sypiące się mury – po drewnianych, najczęściej modrzewiowych – nie.
Pozostałości murowanego dworu w Brodni
    Przejechałem się ostatnio – odwiedzając kurhany w Łubnej-Jakusach – po okolicy. Plusem jest, że murowane dworki i pałacyki odzyskują powoli drugie życie.
Dwór Kobierzyckich w Kobierzycku
    Ba, nawet opisywany przeze mnie dworek w Zadzimiu jest obecnie w remoncie (dopytywałem się znajomych, nie wiedzieli jednak na co zostanie przeznaczony). To miłe.
Dwór w Zadzimiu przed remontem
    Inne zabytki nie mają niestety tyle szczęścia.
Pałac w Krąkowie - widok sprzed kilku(nastu) lat
    Kurhany zaś w Łubnej-Jakusach pozostały nierozorane. To naprawdę wielkie szczęście. Nawet jeśli nie są zbyt imponującą atrakcją to jadąc DK12 można na chwilę zboczyć, to tylko kilka minut w jedną stronę. Ogólnie warto jest zbaczać ze szlaku żeby zobaczyć coś nowego (nie dotyczy parków narodowych czy innych ścisłych rezerwatów, tam jak wiadomo ze szlaku zbaczać nie wolno).

11 września 2026

Bunkry

    Skoro poprzedni wpis zakończyłem opowiastką o pubie i historii, a tych pierwszych, jak wcześniej wspomniałem w okolicy nie ma za wiele, to zostaje historia, która, jak wiadomo magistra vitae est.
Gdy coś przetrwało walki na Westerplatte we wrześniu 87 lat temu, zniszczyli to komuniści po wojnie.
    Tyle w teorii, bo w praktyce rzadko kto z historii wyciąga jakieś głębsze wnioski – a nawet jeśli, to i tak potem zapomina.
Gotycka fara pw św Michała w Wieluniu po niemieckiej wizycie
    A w krajobrazie przecież co chwila natrafia się na pamiątki przypominające minione dzieje. Niedaleko Warty (miasta, ale i rzeki) znaleźć można bunkry kilku grup warownych mających zabezpieczać polską granicę, przebiegającą ówcześnie całkiem niedaleko. Nie bez powodu Wieluń był jedną z pierwszych – jeśli chodzi o nalot na niebronione cywilne miasto to pierwszą – ofiarą Września '39.
Fortyfikacje na linii Warty - Glinno
Schron bojowy w Rogoźnie na linii Grabi i Widawki
    Takich bunkrów, w dużej mierze wykorzystanych bojowo biedna II Rzeczpospolita miała zresztą dużo więcej.
Polskie bunkry z lat 30. XX wieku w rejonie Tomaszowa Mazowieckiego
    Ale, jak uczy historia, nie powstrzymały – z wielu powodów – niemieckiej przyjecielskiej wizyty (przewaga liczebna i technologiczna była jednym z nich, nie wiem, czy najważniejszym; chyba nie).
Cmentarz wojskowy w Glinnie
    Wbrew wrażej propagandzie zwycięstwo naszych zachodnich sąsiadów, nieprzyjaciół od czasów cesarza Henryka II Świętego te 1000 lat temu, nie było jednak takie łatwe. Jako dowód niech posłuży historia Złoczewa. Niewielkie miasto spalono jakiś czas po Bitwie Granicznej, inscenizując zwycięski pochód niemieckich hord. W czasie rzeczywistym takie nagrania nie były możliwe – z powodu oporu wojsk polskich (naród poetów i filozofów przy okazji bestialsko zamordował tam 200 osób – w tym i niemowlaki, zatłuczone kolbami karabinów – a za zbrodnię i podpalenie – tradycyjnie, jak to w Niemczech – nikt nie poniósł konsekwencji; o karze czy zadośćuczynieniu nawet nie wspominam).
Typowe stosunki polsko-niemieckie na przestrzeni dziejów
    Wracając do bunkrów, to akurat Niemcy mieli w ich konstruowaniu czarny pas – o przygodach związanych z potężnym bunkrem kolejowym w Jeleniu (i przy okazji w nieodległej Konewce) już na blogu wspominałem.
Bunkier kolejowy w Jeleniu
    O Międzyrzeckim Rejonie Umocnionym (mającym zabezpieczać Niemcy przed hipotetyczną napaścią Polski – si vis pacem para bellum) zdaje się, że też coś tam pisałem. Ale tylko przelotnie.
Międzyrzecki Rejon Umocniony - Obiekt 717
    O kompleksie Riese jeszcze mniej, jak nie wcale.
Podziemia zamku Książ
    Tematu innych niemieckich bunkrów nie poruszałem, bo i specjalistą od nich nie jestem.
Niemiecki bunkier na sieradzkim Wzgórzu Zamkowym, element  umocnień Linii Himmlera
Jednoosobowy niemiecki bunkier dla strażnika, lata 40. XX wieku - Łódź
    Ważne jest, że ci specjaliści od podziemnych konstrukcji w miastach Rzeszy na potęgę stawiali też schrony dla ludności cywilnej. II Wojna Światowa rozpoczęła się przecież od nalotu na niebronione miasto, a potem ta praktyka tylko eskalowała. Nic dziwnego, że i druga strona w końcu zaczęła popełniać zbrodnie przy użyciu lotnictwa. Nie każde miasto miało metro. Albo naturalne groty.
Cywilne schrony z II Wojny Światowej w maltańskiej Moście
    Bunkry i schrony budował w Polsce i drugi okupant, ZSRS. Poczynając od Linii Mołotowa na podziemnych silosach przechowujących głowice nuklearne kończąc.
Bunkier Linii Mołotowa w Przemyślu
    Schrony miały też komunistyczne elity – zresztą tak było (i jest w sumie) w każdym państwie. Nawet jeśli nie jest to rozmach godny Białego Domu albo albańskiego watażki Envera Hodży.
Rządowy schron w centrum Tirany
    Tak więc władze PRL miały sporo przeciwatomowych schronów. Skoro zaś o nich wiemy, a część niszczeje, ciekawe gdzie będą się podziewali obecni rządzący na wypadek W. Bo reszta cywilów to wiadomo – nigdzie. Kraje tak zwanej Demokracji Ludowej (i tu mały żarcik: czym się różni demokracja od demokracji ludowej? Ano tym, czym krzesło od krzesła elektrycznego) przygotowywane były przez Związek Sowiecki do wojny o pokój – a że akurat udało się okiełznać energię atomową miała to być wojna totalna. Stawiając więc bloki mieszkalne (wspaniale wypaczające koncepcję dzieła Le Corbusiera) czy Tysiąclatki (szkoły budowane z okazji Tysiąclecia Państwa Polskiego – kontrimprezy dla kościelnego Millenium Chrztu) mają w piwnicach schrony. Spokojnie, drodzy hipisi i pacyfiści – dzisiaj już schronów się nie buduje – wygraliście. Społeczeństwo zaś przegrało.
Pobożne życzenie
    Trochę słabo też żyje się ze świadomością – a przecież zaraz rocznica napadu ZSRS na II Rzeczpospolitą, zakończona zwycięską defiladą w Mińsku Litewskim i podziałem polskich ziem – że na tą chwilę jako państwo jesteśmy chyba bardziej bezbronni niż w 1939. I nie chodzi o budowanie nowych bunkrów, uczynienie Polski drugą Albanią (albo Szwajcarią) – teraz wojny toczy się inaczej. Każda epoka ma swoje fortyfikacje. Patrząc na to, co się dzieje wygląda, jakbyśmy sami się rozbrajali.
Szwajcarskie fortyfikacje przeciwniemieckie
    Ciarki przechodzą. Trzeba się czym innym na blogu zająć.

4 września 2026

Pub i pożar

    W dawnym Księstwie Sieradzkim pubów mało, stąd ostatni wpis o kioskach, ale jako, że nie chcę jeszcze porzucać tego nieco alkoholowego tematu trza mi wrócić na Wyspy Brytyjskie. A konkretniej do Londynu. Miasta, które ukształtował jeden z najsłynniejszych pożarów w dziejach – Wielki Pożar 1666 roku.
Nieistniejący już bar Zakątek w Zadzimiu
    Swoją drogą oni tam wszystko mają wielkie – taka polityka historyczna. Rok przed Wielkim Pożarem wybuchła wszak Wielka Zaraza, a Wielki Smród (1858) spowodował olbrzymią przebudowę Londynu (mamy też Wielki Londyn – w sumie nie ma praw miejskich, choć dwa z jego komponentów, City of London i City of Westminster, są miastami już od setek lat). Nie pamiętam, czy atak słynnej londyńskiej mgły, toksycznego siarkowego smogu z 1952, też nie miał takiego przydomku (jest to jedna z londyńskich atrakcji, która przeminęła na zawsze – niby szkoda, ale pamiętam, jak byłem w mniej jadowitym smogu w La Paz, i jednak nie szkoda).
Wielkie reklamy na Piccadilly Circus
    Wracając do pożaru – Pałac Westminsterski spłonął przecież w XIX wieku, dając początek Big Benowi i nowym trendom w malarstwie. Cóż, jak mi w trakcie tego niezwykle gorącego tygodnia lata (bo tak, to tradycyjnie, lipcopad i siąpień, drodzy klimatyści) w wyniku iskry z drutów zapalił się ścięty rygras (jak mówimy na rajgras, jedną z uprawnych traw) nie wyciągałem farb i palety, tylko zadzwoniłem po strażaków. Rychło zlecieli się też – jak to na wsi – sąsiedzi do pomocy, ale dwa zastępy OSP szybko opanowały sytuację (chwała im za to). Ale moje pole nie jest parlamentem w stolicy ówczesnego imperium.
Pałac Westminsterski współcześnie
    Wielki Pożar roku 1666 Westminster akurat ominął. Trwał od 2 do 5 września (więc, volens nolens, to wpis rocznicowy - rocznicowo także, 3-4.09.1939, zapłonął Złoczew, o czym w następnym wpisie, za tydzień) i spopielił City of London – centrum finansowe królestwa ostatnich Stuartów, z królami zresztą skonfliktowane i nie ufające Karolowi II (w czasie pożaru nie chciano w mieście królewskich gwardzistów – nie pomogło to w gaszeniu ognia). Centrum centrumem, a zbudowane było głównie z materiałów biodegradowalnych – znaczy się z drewna i słomy (mimo królewskich dekretów zabraniających używania takich komponentów; republikańskie protestanckie City nie będzie przecież słuchało kryptokatolickiego monarchy, ważne, że słoma i deski są tanie). Domy, zwane jetty charakteryzowały się tym, że każde następne piętro było nieco wysunięte w porównaniu z poprzednim (dzięki temu ogień mógł łatwo przeskakiwać z jednej na drugą strzechę, zwłaszcza, gdy drugiego czy trzeciego dnia pożaru rozpoczęły się burze ogniowe). Dziś w Londynie takich budynków już nie spotkamy, ale gdzieniegdzie na Wyspach da się je odszukać.
Jetty w Jorku
    Albo w innych miejscach świata, gdzie zachowało się tradycyjne miejskie budownictwo drewniane.
Alzacki Colmar - słowo jetty przyszło do Anglii z języka francuskiego
    Nie mówię tu o Łodzi i okolicach, tu drewniana miejska zabudowa jest z XIX wieku, całkiem nowoczesna.
Zgierz - drewniane domy tkaczy z XIX wieku
    W każdym razie City of London spłonęło praktycznie całe – łącznie z rzymskimi jeszcze murami.
Pozostałości rzymskich czasów pamiętającego Muru Londynu
    Spłonęła też średniowieczna katedra świętego Pawła (to ten kościół z kopułą, który pojawiał się przed - czy tam po -  programami Benny'ego Hilla, z napisem Thames). I tak była w słabym stanie, remontować miał ją niejaki Christopher Wren, ale może by ocalała – gdyby nie drewniane rusztowania. W każdym razie kościół poszedł z dymem, a pan Wren mógł odbudować go po swojemu – wcześniej hierarchowie wzbraniali się przed jego pomysłami – w duchu barokowym.
Katedra Świętego Pawła
    Odbudować City w takimż duchu się nie udało – wszystkie plany stworzenia nowoczesnego przestrzennego miasta (jak w XIX wieku w Paryżu i Berlinie) spaliły na panewce. A raczej na prawach własności gruntu. Ot, w pożarze nie poginęli właściciele działek miejskich, i nie bardzo można było je przejąć w imię nowoczesności. Swoją drogą źródła z epoki mówią zaledwie o kilku ofiarach pożogi, ale (podobnie jak przy katastrofie w Czarnobylu) nikt nie brał pod uwagę osób zaczadzonych czy zmarłych później z ran czy głodu. Więcej – 1/4 mieszkańców City – pochłonęła rok wcześniej zaraza (taka prawdziwa, nie ta o której wielokrotnie na blogu wspominałem byłem). Mimo to i tak udało się poszerzyć londyńskie ulice, i tym razem wyegzekwowano już zakaz budowania z drewna i słomy. Wychodzi na to, że centrum Londynu jest mimo to miastem barokowym – ale jest to barok taki jakiś mało wystawny, klasycystyczny niemal. Nawet projektowane przez Wrena Greenwich, leżące od centrum bardzo daleko, ale za to wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.
Greenwich
    Co to ma wspólnego z pubem? Otóż całkiem niechcący – będąc w pracy w londyńskim City – trafiłem do lokalu zwanego Ye Olde Watling. Położony w najbliższym sąsiedztwie katedry z zewnątrz wyglądał całkiem zacnie.
Ye Olde Watling
    Zbudowany miał być przez Christophera Wrena zaraz po pożarze, który użyć miał do konstrukcji więźby rozebranych kadłubów statków, i początkowo miejsce spełniać miało funkcję biura architekta w czasie rekonstrukcji – czy też odbudowy – londyńskiej katedry. Ściany lokalu – zwłaszcza na piętrze – zdobią ryciny z epoki, przedstawiające plany nowej świątyni. I teraz niech-że W. Sz. Czytelnik przeczyta sobie następne zdanie głosem Roberta Makłowicza: Ye Olde Watling jest najlepszym przykładem na to, że chodzenie po barach nie musi li tylko ograniczać się do spożywania trunków i zakąsek, może także być żywą lekcją historii. Cheers.


Wpis powstał zanim wspaniały sanocki skansen budownictwa drewnianego poszedł z dymem (spokojnie, nie cały). Może kiedyś zrobię jakiś memoratywny wpis, bo odwiedziłem to czarowne miejsce. Ale później. Na razie warto pamiętać, jak nietrwałe są drewniane konstrukcje...
Pamiętajmy o przeszłości

Najchętniej czytane

Góra Zyndrama

     Kolejny wpis jest w sumie o miejscu mniej więcej porównywalnym wiekowo z kurhanami w Łubnej-Jakusach (o których było przecież tydzień t...