Tłumacz

5 czerwca 2026

Perły północnej Anglii

    Następnym przystankiem na mojej drodze było Newcastle-upon-Tyne, miasto znane z Alana Shearera, snajpera reprezentacji Anglii (bo Szkocję już opuściliśmy) i miejscowych Zjednoczonych FC oraz brata Wilhelma, bohatera genialnego Imienia Róży. Dla mnie istotne było, że miejsce to stanowiło punkt wypadowy na słynny Wał Hadriana, ów rzymski odpowiednik Chińskiego Wielkiego Muru. Skoro już musiałem (jak pisałem) wracać ze Szkocji drogą lądową, postanowiłem obejrzeć ową wspaniałą konstrukcję (o której na blogu troszkę też już było). W każdej jednak podróży najważniejsza jest regeneracja sił – Wał Hadriana ma kilkadziesiąt kilometrów długości. Do Newcastle przybyłem późnym wieczorem, rano miałem wyruszyć na rzymskie ruiny. Hotelu szukać nie chciałem – stwierdziłem, że na te kilka godzin się nie opłaca (tak stwierdziłem przed podróżą – w trakcie ciężko było to skorygować, wszak internety były w powijakach, i tylko stacjonarnie; kto to o smartfonach słyszał). Kimnę się chwilę na olbrzymim miejskim dworcu. Niestety, teoria często nie idzie w parze z praktyką. Okazało się, że dworzec jest na tych kilka nocnych godzin zamykany, więc volens nolens ponaglany przez ochroniarza zarzuciłem swój dobytek na plecy i ruszyłem w nocne miasto. Brzmi jak początek niezłej przygody – ale byłem mocno zmęczony, skąpy i zdeterminowany wczesnym rankiem wyruszyć na Wał Hadriana. Tym nie mniej centrum żyło. Kiedym przechodził obok jednego z pubu wysypała się zeń banda pijanych Angoli. Mimo nocy rzucałem się w oczy. Jako, że ciągnęło chłodem od rzeki byłem dość szczelnie odziany, spod kaptura wystawał mi tylko marznący noc. Anglicy spojrzeli na mnie – z plecakiem pewnie bym im nie uciekł – jeden z nich wskazał palcem i krzyknął:
    - Eskimo!
    Po czym cała banda zaczęła śpiewać:
    - E-ski-mo-o o o!
    Wzruszyłem ramionami i oddaliłem się spokojnym krokiem – ciągnąc za sobą rozśpiewaną grupę. I tak wędrowaliśmy kilka ładnych minut przez centrum, aż w końcu śpiewacy ochrypli, zmęczyli się i sobie poszli. A ja dotarłem do dawnych, średniowiecznych fortyfikacji miejskich.

Eskimo i średniowieczne mury Newcastle - selfie bez selfiesticka

    Potem – skoro i tak nie spałem – poszedłem zdobyć miejscowy zamek. Tam zaskoczyły mnie dwie rzeczy. Pierwsza – o której kiedyś zdaje się wspominałem – to zamkowy stołb. Wyglądał jak żywcem wzięty z cudownej gry strategicznej Age of Empires II. Tak, wiem, pozycja to bardzo wiekowa, ale nadal grywalna. Kilka zachodnioeuropejskich nacji miało właśnie zamek w kształcie tegoż stołbu. Polecam. Drugą zaskakującą rzeczą był stosunek brytyjskich urbanistów i architektów do własnej historii. Oto bowiem przez teren zamku biegła estakada jakieś drogi szybkiego ruchu. W pylony wbudowane były na przykład resztki zamkowych wież. Dla mnie było to – i jest – niepojęte. Taki przesadny utylitaryzm. I chyba głupota. O, mam – ślepy kult nowoczesności.

Zamek w - nomen omen - Nowym Zamku

    Równie nowocześnie wyglądały nabrzeża Tyne, i te w Newcastle, i te w Gateshead na drugim brzegu rzeki. Zwłaszcza o poranku.

Nabrzeża Newcastle
Gateshead o poranku

    Zupełnie inne wrażenie zrobiło na mnie leżące przy drugim końcu Wału Hadriana Carlisle. Przede wszystkim miało ono potężny i niezniszczony zamek. Warownię właściwie. Oraz vibe sennego miasta powiatowego. Powiedzmy – Tomaszowa Mazowieckiego (naprawdę, takie porównanie przyszło mi wtedy do głowy).

Centrum Carlisle

    Ludzi było jak na lekarstwo, spytać się o cokolwiek – nijak. W końcu jednak natrafiłem na gang młodocianych rowerzystów. Znaczy się: grupkę dzieciaków na rowerach uprawiających dzieciństwo na ulicach. Chłopaki – ciut starsi od pijanych w sztok dziewczynek z Edynburga, trzeźwi – okazali się Polakami. Bez problemów wskazali jakiś lokal z jedzeniem. Znaczy się, knajpkę serwującą słynne fish and chips. Danie prymitywne jak cała brytyjska kuchnia (nie no, czasem potrafią rybę zrobić, weźmy takiego Arbroath smokie, wędzonego łupacza z Morza Północnego serwowanego we wspominanym już przeze mnie – choć ciągle zbyt mało – szkockim Arbroath), ale tanie oraz zapewniające odpowiednią dawkę cholesterolu, soli i spalonego oleju. Sprzedawca – Brytyjczyk – był całkiem uprzejmy, pewnie niezbyt często gościł w swoim lokalu turystów. Atmosfera siadła gdy powiedziałem mu, że jestem nie tyle/nie tylko turystą, ale i wracam z pracy. Konwersacja się skończyła, choć powstrzymał się od wyrzucenia mnie z lokalu. Ale miał na to ochotę. Ot, taka to otwartość na Zachodzie była wtedy. W każdym razie – zjadłem i ruszyłem w dalszą drogę: Londyn, Dover, Dunkierka, Berlin. Ale to już całkiem inna historia, choć białe skały Albionu naprawdę robią wrażenie.

Białe skały Dover

    Właściwa historia odbywa się bowiem między Newcastle a Carlisle, którędy to biegnie ów Wał Hadriana. I gdzie w końcu przydał mi się ten makrozoobentos.

Wał Hadriana

    Tymczasem, na koniec tego wpisu, jeszcze jedna uwaga dotycząca Carlisle. Językowa. Oto bowiem złapałem lokalny busik, wsiadłem i zapragnąłem kupić bilet do Carlisle. Powiedziałem pewnie coś w stylu "Karisle". Kierowca popatrzył na moją żytnio-ziemniaczaną twarz, niezbyt pasującą do brytyjskiego typu urody, i kiedy już domyślił się o jaką destynację mi chodzi poprawił:
    - Ka'ajl?
    - Tak, Kaalaj – zgodziłem się – Jeden bilet.
    A tytułowe Perły północnej Anglii? Cóż. Niech będzie Angel of North zamiast nich.

Angel of North - sztuka nowoczesna na szkocko-angielskim pograniczu

Najchętniej czytane

Perły północnej Anglii

     Następnym przystankiem na mojej drodze było Newcastle-upon-Tyne, miasto znane z Alana Shearera, snajpera reprezentacji Anglii (bo Szkoc...