Tłumacz

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wielkabrytania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wielkabrytania. Pokaż wszystkie posty

4 września 2026

Pub i pożar

    W dawnym Księstwie Sieradzkim pubów mało, stąd ostatni wpis o kioskach, ale jako, że nie chcę jeszcze porzucać tego nieco alkoholowego tematu trza mi wrócić na Wyspy Brytyjskie. A konkretniej do Londynu. Miasta, które ukształtował jeden z najsłynniejszych pożarów w dziejach – Wielki Pożar 1666 roku.
Nieistniejący już bar Zakątek w Zadzimiu
    Swoją drogą oni tam wszystko mają wielkie – taka polityka historyczna. Rok przed Wielkim Pożarem wybuchła wszak Wielka Zaraza, a Wielki Smród (1858) spowodował olbrzymią przebudowę Londynu (mamy też Wielki Londyn – w sumie nie ma praw miejskich, choć dwa z jego komponentów, City of London i City of Westminster, są miastami już od setek lat). Nie pamiętam, czy atak słynnej londyńskiej mgły, toksycznego siarkowego smogu z 1952, też nie miał takiego przydomku (jest to jedna z londyńskich atrakcji, która przeminęła na zawsze – niby szkoda, ale pamiętam, jak byłem w mniej jadowitym smogu w La Paz, i jednak nie szkoda).
Wielkie reklamy na Piccadilly Circus
    Wracając do pożaru – Pałac Westminsterski spłonął przecież w XIX wieku, dając początek Big Benowi i nowym trendom w malarstwie. Cóż, jak mi w trakcie tego niezwykle gorącego tygodnia lata (bo tak, to tradycyjnie, lipcopad i siąpień, drodzy klimatyści) w wyniku iskry z drutów zapalił się ścięty rygras (jak mówimy na rajgras, jedną z uprawnych traw) nie wyciągałem farb i palety, tylko zadzwoniłem po strażaków. Rychło zlecieli się też – jak to na wsi – sąsiedzi do pomocy, ale dwa zastępy OSP szybko opanowały sytuację (chwała im za to). Ale moje pole nie jest parlamentem w stolicy ówczesnego imperium.
Pałac Westminsterski współcześnie
    Wielki Pożar roku 1666 Westminster akurat ominął. Trwał od 2 do 5 września (więc, volens nolens, to wpis rocznicowy - rocznicowo także, 3-4.09.1939, zapłonął Złoczew, o czym w następnym wpisie, za tydzień) i spopielił City of London – centrum finansowe królestwa ostatnich Stuartów, z królami zresztą skonfliktowane i nie ufające Karolowi II (w czasie pożaru nie chciano w mieście królewskich gwardzistów – nie pomogło to w gaszeniu ognia). Centrum centrumem, a zbudowane było głównie z materiałów biodegradowalnych – znaczy się z drewna i słomy (mimo królewskich dekretów zabraniających używania takich komponentów; republikańskie protestanckie City nie będzie przecież słuchało kryptokatolickiego monarchy, ważne, że słoma i deski są tanie). Domy, zwane jetty charakteryzowały się tym, że każde następne piętro było nieco wysunięte w porównaniu z poprzednim (dzięki temu ogień mógł łatwo przeskakiwać z jednej na drugą strzechę, zwłaszcza, gdy drugiego czy trzeciego dnia pożaru rozpoczęły się burze ogniowe). Dziś w Londynie takich budynków już nie spotkamy, ale gdzieniegdzie na Wyspach da się je odszukać.
Jetty w Jorku
    Albo w innych miejscach świata, gdzie zachowało się tradycyjne miejskie budownictwo drewniane.
Alzacki Colmar - słowo jetty przyszło do Anglii z języka francuskiego
    Nie mówię tu o Łodzi i okolicach, tu drewniana miejska zabudowa jest z XIX wieku, całkiem nowoczesna.
Zgierz - drewniane domy tkaczy z XIX wieku
    W każdym razie City of London spłonęło praktycznie całe – łącznie z rzymskimi jeszcze murami.
Pozostałości rzymskich czasów pamiętającego Muru Londynu
    Spłonęła też średniowieczna katedra świętego Pawła (to ten kościół z kopułą, który pojawiał się przed - czy tam po -  programami Benny'ego Hilla, z napisem Thames). I tak była w słabym stanie, remontować miał ją niejaki Christopher Wren, ale może by ocalała – gdyby nie drewniane rusztowania. W każdym razie kościół poszedł z dymem, a pan Wren mógł odbudować go po swojemu – wcześniej hierarchowie wzbraniali się przed jego pomysłami – w duchu barokowym.
Katedra Świętego Pawła
    Odbudować City w takimż duchu się nie udało – wszystkie plany stworzenia nowoczesnego przestrzennego miasta (jak w XIX wieku w Paryżu i Berlinie) spaliły na panewce. A raczej na prawach własności gruntu. Ot, w pożarze nie poginęli właściciele działek miejskich, i nie bardzo można było je przejąć w imię nowoczesności. Swoją drogą źródła z epoki mówią zaledwie o kilku ofiarach pożogi, ale (podobnie jak przy katastrofie w Czarnobylu) nikt nie brał pod uwagę osób zaczadzonych czy zmarłych później z ran czy głodu. Więcej – 1/4 mieszkańców City – pochłonęła rok wcześniej zaraza (taka prawdziwa, nie ta o której wielokrotnie na blogu wspominałem byłem). Mimo to i tak udało się poszerzyć londyńskie ulice, i tym razem wyegzekwowano już zakaz budowania z drewna i słomy. Wychodzi na to, że centrum Londynu jest mimo to miastem barokowym – ale jest to barok taki jakiś mało wystawny, klasycystyczny niemal. Nawet projektowane przez Wrena Greenwich, leżące od centrum bardzo daleko, ale za to wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.
Greenwich
    Co to ma wspólnego z pubem? Otóż całkiem niechcący – będąc w pracy w londyńskim City – trafiłem do lokalu zwanego Ye Olde Watling. Położony w najbliższym sąsiedztwie katedry z zewnątrz wyglądał całkiem zacnie.
Ye Olde Watling
    Zbudowany miał być przez Christophera Wrena zaraz po pożarze, który użyć miał do konstrukcji więźby rozebranych kadłubów statków, i początkowo miejsce spełniać miało funkcję biura architekta w czasie rekonstrukcji – czy też odbudowy – londyńskiej katedry. Ściany lokalu – zwłaszcza na piętrze – zdobią ryciny z epoki, przedstawiające plany nowej świątyni. I teraz niech-że W. Sz. Czytelnik przeczyta sobie następne zdanie głosem Roberta Makłowicza: Ye Olde Watling jest najlepszym przykładem na to, że chodzenie po barach nie musi li tylko ograniczać się do spożywania trunków i zakąsek, może także być żywą lekcją historii. Cheers.


Wpis powstał zanim wspaniały sanocki skansen budownictwa drewnianego poszedł z dymem (spokojnie, nie cały). Może kiedyś zrobię jakiś memoratywny wpis, bo odwiedziłem to czarowne miejsce. Ale później. Na razie warto pamiętać, jak nietrwałe są drewniane konstrukcje...
Pamiętajmy o przeszłości

7 sierpnia 2026

Pub

    Był całkiem pogodny – jak na Szkocję – dzień (wszak Dundee reklamowało się jako najbardziej słoneczne miasto całej krainy) a ja akurat zdobywałem wdrapywałem się wchodziłem szedłem na górujące nad miastem wzgórze zwane Dundee Law.
Dundee Law
    Po drodze mijałem różne chynchy, RODOS-y (zgadza się, Rodzinne – czy tam Robotnicze – Ogródki Działkowe Otoczone Siatką to nie tylko polska specjalność; te szkockie są równie parchate co nasza i nic wspólnego, poza nazwą, nie mają z ową śródziemnomorską wyspą swego czasu zdobytą na Bizantyjczykach przez piratów joannitów operujących wtedy z Cypru), przedmieścia czy puby. Zgadza się, o tej ostatniej ostoi brytyjskości zapowiadałem kiedyś osobny wpis (a jak nie zapowiadałem, to miałem zamiar; obiecać to prawie jak zrobić, tu działa podobny mechanizm) i oto jest. Przynajmniej trochę. Więc kroczyłem ku szczytowi Dundee Law, gdy wtem:
    - Wejdź do nas, stary przyjacielu! - rozległ się skrzekliwy głos.
    Rozejrzałem się – nie Gandalf mnie nawoływał, a miejscowy stary Szkot. Stał oparty o framugę mijanego pubu, i zamiast fajkowego ziela palił zwykłego szluga (zdaje się, że poprawnie powinno być: i palił zwykły szlug; ech, ta nasza cudowna mowa).
    - Jak będę wracał! - obiecałem, i rzeczywiście, skoro obiecałem to na powrocie wstąpiłem na jedno piwo. Czy inne ale. Nie pamiętam, szczerze mówiąc, było to jakieś dwadzieścia lat temu.
    Pamiętam, że pub nazywał się The High Corner. Od czasu bowiem zdaje się ohydnego bufona wielkiego reformatora Henryka VIII angielskie – i szkockie potem, za Stuartów – lokale z wyszynkiem musiały mieć nie tylko nazwę, ale i widoczny szyld. Znając chciwego Tudora chodziło zapewne o jakieś podatki.
The High Corner i lokalny Szkot
    W każdym razie lokal wyglądał w środku jak typowy brytyjski pub. W tym akurat – sądząc po przekroju wiekowym klientów i wczesnej popołudniowej godzinie zwykli przesiadywać lokalni właściciele wspomnianych wyżej RODOS-ów. W prawdziwym bowiem pubie zawsze przesiadują tylko lokalsi – choć oczywiście bona fide wędrowiec zawsze jest miło przywitany, jak ja tamtego dnia. Spełnia bowiem nie tylko pub rolę miejsca do spożywania alkoholu czy zakąsek, ale jest również spoiwem lokalnej społeczności. Któregoś razu trafiłem do lokalu, w którym gromadzili się członkowie (wraz z przyjaciółmi) amatorskiego klubu sportowego. W innym pubie obok pili – i wymieniali informacje – filateliści. W kolejnym – kolejarze. Może to efekt stratyfikacji społecznej w Wielkiej Brytanii, może przywiązanie do swojego małego zakątka. U nas w Polsce raczej tak nie ma. Bary osiedlowe już wymierały kiedy dobiła je panika koronawirusowa, na wsi zaś powoli do lamusa odchodzą typowe gieesy. U mnie sklep spożywczy też już upadł – a spełniał przecież taką samą funkcję socjalizującą jak brytyjskie puby. Oto zawsze w Niedzielę po Mszy Świętej lokalni gospodarze spotykali się przy symbolicznym kieliszku wódki (kto by się tam piwem zamulał) i omawiane były najnowsze decyzje władz samorządowych, wymieniano lokalne plotki informacje oraz politykowano. Tak, wiem, w czasach telefonów komórkowych i internetów takie magle czy spelunki tracą niby rację bytu, ale – by Jove – czyż nie lepiej jest porozmawiać twarzą w twarz? Zwłaszcza, że gros informacji i emocji przekazujemy sobie w sposób niewerbalny. Koniec świata.
The World's End i Autor (foto: P. Strzelczyk)
    W Wielkiej Brytanii te małe społeczności nadal mają swoje centra integracji – powstałe oddolnie, więc nie trzeba budować jakichś świetlic czy czegoś. Z racji obecności alkoholu czy bekonu puby też skutecznie bronią się przed tym, przed czym Zjednoczonemu Królestwu pro maior pars obronić się nie udało – przed inwazją obcych kulturowo imigrantów, pochodzących głównie z dawnych brytyjskich kolonii. Cóż, przegrali imperium, to teraz mają. Nam, jak straciliśmy mocarstwową pozycję los zgotował rozbiory, Brytyjskie superpaństwo było odrobinę większe od RON, więc i dekonstrukcja musi trochę potrwać. Ot, jak mawiał angielski dramaturg z czasów przed powstaniem Imperium, to są zwyczajne dzieje.
Ye Olde Watling - zbudowany przez Sir Christophera Wrena
Ye Olde Trip To Jerusalem - podobno najstarszy pub w Anglii
    Póki co jedyną rzeczą jaka wpłynęła na funkcjonowanie brytyjskich pubów jest zakaz palenia. Moda te przyszła też do Polski, i obecnie w gastronomi nie pali się papierosów. Z jednej strony jest to ograniczenie wolności i zubożenie kultury (wystarczy sobie poczytać książki, pooglądać filmy – papieros był obecny przez kilkadziesiąt lat, do tego w okresie gwałtownego rozwoju popkultury), z drugiej... Nie, nie będzie tu epistoły o tym, że palenie tytoniu szkodzi. Jeden śp Dziadek palił kilkadziesiąt lat, dożył prawie setki, inna śp Babcia też paliła, zmarła na raka płuc (pracownik służby zdrowia – nie chcę powiedzieć, że lekarz – nie zauważył był początków nowotworu, a później było – nomen omen – za późno). Na pewno substancje wdychane nie pomagają. O tytoniu zresztą na blogu było (każdy sobie zobaczy, czy wspominałem tam także o tym, że z racji trujących właściwości papierosa nasi genialni himalaiści z Jerzym Kukuczką na czele w czasie wysokogórskich ekspedycji jarali jeden za drugim; kwestia podtrucia czadem, opowieść na inny raz).
Andy, nie Himalaje, zdobywane przez Autora bez papierosa - i bez liści koki
    Kiedy zamieszkałem w Łodzi zakaz palenia w lokalach jeszcze nie obowiązywał, i w całym mieście było tylko jedno miejsce w którym w środku się nie paliło. Był to słynny bar Anna (lokal powstał tam w 1912 roku), gdzie pili żule, studenci i pracownicy urzędu miasta (co oczywiste, nie należałem do tej trzeciej grupy). Swego czasu w pubie bytowała bowiem papuga, i dym papierosiany niezwykle ptaka drażnił, w związku z tym palący musieli opuścić główną salę. Gromadzili się w niewielkim przedsionku, gdzie – z racji dymu – słońce nigdy nie zaglądało. Przed wejściem należało więc wziąć głęboki wdech i przedrzeć się przez błękitny tuman. Oznaczało to, że i tak po wizycie w Annie człowiek śmierdział jak popielniczka. I to w sumie jest powód, dla którego, mimo żalu, zaakceptowałem zakaz palenia. Młodzież nie zdaje sobie sprawy, jak – w latach 70-tych, 80-tych czy 90-tych wszystko śmierdziało. Od mieszkań przez restauracje po środki komunikacji publicznej (przecież w pekaesach w siedzeniach były spiołki montowane). Dla węchowca, jakim jestem, była to straszna spawa (mimo, że przecież od małego człowiek wzrastał w takim środowisku). Ale to już przeszłość. Pub Anna też nie przeżył paniki koronawirusowej (i pewnie wzrostu kosztów utrzymania). Ciekawe, jaka dziś jest kondycja brytyjskich lokali. Po pandemii nie byłem.
Strefa dla palaczy na jednym ze współczesnych łódzkich dworców

10 lipca 2026

Książę Złodziei: Robin z Locksley

    We wpisie o Wale Hadriana (nie w tym o wale na wale, tylko o podróży z Newcastle do Carlisle) wspominałem o słynnym rosnącym podle muru klonie jaworze – i czas przeszły jest tu jak najbardziej uzasadniony, drzewo bowiem już nie istnieje, W przeciwieństwie do naszego – dużo starszego – dębu Bartka. Ów nielegalnie wycięty Acer pseudoplatanus wziął udział – kiedy jeszcze go nielegalnie nie wycięto – w produkcji filmowej z 1991, mianowicie Robin Hoodzie – Księciu Złodziei. Ale to już wiecie – dopiero co było, przy okazji wizyty w Yorku, o bohaterach owego filmu, zwłaszcza o Saracenie Apsiku Azeezie i Bryanie Adamsie.
Wał Hadriana
    To teraz czas na drugiego z banitów z Sherwood (no, raczej pierwszego), czyli Robina z Locksley. Robina Hooda. Znaczy się, trzeba udać się do położonego nad rzeką Trent (tak, to ta rzeka od makrozoobentosu, w niej opracowano po raz pierwszy skalę oceny jakości wody na podstawie bezkręgowych bioindykatorów; organizmów wskaźnikowych, znaczy się) Nottingham. Z jakiegoś powodu miasto nie słynie z wodnych bezkręgowców, a z drużyny piłkarskiej Forrest, dwukrotnego zdobywcy Pucharu Europejskich Mistrzów Krajowych (informacja dla młodszych czytelników – to rozgrywki które popsuto tworząc Ligę Mistrzów) i jednokrotnego mistrza Anglii oraz fikcyjnego bohatera walczącego w imieniu Anglosasów z Normanami, którzy starą, wesołą Anglię opanowali po roku 1066. Robin Hood oczywiście to szlachetny rozbójnik, taki brytyjski Janosik, który zabiera bogatym oficjelom ciemiężącym lud, i temu ludowi dobra oddaje (moralne dylematy – i społeczne konsekwencje takich czynów – wspaniale ukazuje jedyna chyba polska produkcja filmowo-telewizyjna o rozbójniku z Sherwood, Robin Hood – Czwarta Strzała).
Zamek w Nottingham
    W każdym razie anglosascy władcy zostali pokonani przez Wilhelma Bękarta – ninie Zwycięzcę – i rozpierzchli się po Europie, przybywając także do Polski, a władzę przejęli potomkowie Wikingów prosto z Francji. Po nich, tworząc olbrzymie imperium obejmujące oprócz Anglii i Normandii i pół Francji weszli Plantageneci. Warto dodać, że początkowo nie mówili nawet po angielsku (technicznie nikt nie mówił, bo ów dopiero się ze staroangielskiego kształtował, między innymi pod wpływem normańskiej francuszczyzny, ale co tam), a środek ciężkości imperium znajdował się na kontynencie. Zabawne, że z najsłynniejszego z Plantagenetów, Ryszarda Lwie Serce, apologeci zrobili Anglika z krwi i kości, obrońcę wyspiarskiej wolności. Król żyłował swoje królestwo do granic wytrzymałości (a kwota, jaką poddani musieli zapłacić z okazji okupu za uwięzienie władcy powracającego z bliskowschodnich awantur była wręcz horrendalna), nic więc dziwnego, że jego młodszy brat, Jan Bez Ziemi, utracił większość kontynentalnych posiadłości, i robi za szwarccharakter w popkulturze. No ale Jana nie grali Patrick Stewart (u Mela Brooksa) czy Sean Connery (w Księciu Złodziei; jako ciekawostkę można dodać, że jednym z Robinów w kultowym serialu Robin z Sherwood był Connery junior). Od XIII wieku nie było też w angielskiej historii żadnego innego króla Jana – pewnie przez to, że nadał Magna Charta, dokument ograniczający królewskie prerogatywy. Niemniej historia Robina Hooda i Ryszarda Lwie Serce mocno się ze sobą splotły. I widać to właśnie w Nottingham, gdzie pod zamkiem, obok wykutych w skale średniowiecznych piwnic, stoi sobie pomnik zakapturzonego łucznika – czyli właśnie legendarny Robin Hood.
Robin Hood
    A co to ma wspólnego z rzeczywiście istniejącym królem Ryszardem? Cóż. Alkohol, no bo co innego. I krucjaty. Oto bowiem na wieść o wyprawie do Ziemi Świętej w XI wieku i wzmożonym ruchem po zdobyciu Jerozolimy w Nottingham powstaje – na szlaku pielgrzymkowym, krucjaty można myślę za rodzaj pielgrzymki wziąć na upartego; poza tym ludzie Średniowiecza byli niezwykle mobilni, i pit-stopy na trasie były bardzo potrzebne i dochodowe dla właściciela – lokal z wyszynkiem. Ye Old Trip to Yerusalem. Oberża ta istnieje do dziś, i robi za kolejną wielką atrakcję miasta, posiada nawet te wspomniane chwilę wcześniej wykute w skałach piwnice (niestety, ostatni raz byłem w Nottingham bladym świtem, i pub otwierał dopiero swoje podwoje; niemniej zdarzyło się w innych brytyjskich pubach bywać, i jest to instytucja ze wszech miar zasługująca – kiedyś – na osobny wpis). Piękna sprawa.
Ye Old Trip To Yerusalem - podobno najstarszy pub w Anglii
    Z Ryszardem Lwie Serce związanych jest jeszcze wielu bohaterów literackich – weźmy takiego Ivenhoe pomysłu sir Waltera Scotta – ale i gros prawdziwych. No, albo półlegendarnych. Taki Blondel, który odkrył miejsce pobytu władcy w austriackim więzieniu, choć personalnie nie był nadwornym śpiewakiem Plantageneta, to jednak był truwerem, czy tam trubadurem. Znaczy się – autorem ballad i pieśni. Ciekawe, czy w takim razie za truwera można by uznać naszego Anonima zwanego Gallem? W końcu on też kilka przyśpiewek w swej kronice był stworzył. Ale to rozważania na inny raz, teraz postanowiłem razem z królem Ryszardem Lwie Serce wrócić z Ziemi Świętej do Europy. Znaczy, do Francji, gdzie czekały na niego różne ważne sprawy – jak waśnie z wasalami i zdobywanie zamków (które to finalnie przyniosły mu śmierć, a księciu Janowi koronę).
Tower - siedziba Plantagenetów

3 lipca 2026

Książę Złodziei: Azeez

    We wpisie o Wale Hadriana (nie w tym o wale na wale, tylko o podróży z Newcastle do Carlisle) wspominałem o słynnym rosnącym podle muru klonie jaworze – i czas przeszły jest tu jak najbardziej uzasadniony, drzewo bowiem już nie istnieje, W przeciwieństwie do naszego – dużo starszego – dębu Bartka.
Dąb Bartek
    Ów nielegalnie wycięty Acer pseudoplatanus wziął udział – kiedy jeszcze go nielegalnie nie wycięto – w całkiem niedawnej produkcji filmowej z 1991, mianowicie Robin Hoodzie – Księciu Złodziei. Tak, to ten film (wspaniale sparodiowany przez pochodzącego - po rodzicach - z terenów dawnej Rzeczypospolitej Melvina Kaminsky'ego vel Mela Brooksa) z Kevinem Costnerem, Morganem Freemanem i mdłymi pościelówkami Bryana Adamsa. Pod tym drzewem Robin z Locksley (Costner) sprawia łomot żołdakom szeryfa z Nottingham (przypominam, genialny Alan Rickmann), podczas gdy Apsik Azeez (Freeman) oddaje się charakterystycznej muzułmańskiej modlitwie. To chyba zresztą jedyny raz, gdy się w filmie modli, potem jakoś uznano sprawę wiary i religii za dość nieistotną, bo przecież parodia ślubu pod koniec filmu właściwie się nie liczy. Ktoś powie, że postać Murzyna (wolę to przepiękne polskie określenie, niż bardziej opisowe "czarnoskóry") w średniowiecznej Anglii jest strasznym przegięciem, ale przy tym, co się dziś od...lemparca w filmach i serialach to jest to całkiem niewinna sprawa. Do tego postać jest całkiem logicznie wprowadzona, ot przybywa z Bliskiego Wschodu. Co z kolei jest możliwe. Jeszcze sto lat wcześniej Normanowie regularnie pływali od Afryki po Morze Kaspijskie (zahaczając o – tribute dla Bryana Adamsa – Kanadę). Podobno Bagdad pełen był słowiańskich niewolników. Na Wyspy Brytyjskie Murzyni w Średniowieczu mogli trafić także z Półwyspu Iberyjskiego, który to wspólnie z Berberami i Arabami zajmowali jakieś 700 lat. Palomides, jeden z rycerzy Okrągłego Stołu był wszak czarnym Maurem (i królem, i pogromcą bestii, i chrześcijańskim neofitą – jak twierdzą legendy). Tak więc postać Azeeza broni się, w przeciwieństwie do obecnych nagięć historii. Zwłaszcza, że w Anglii – wiele lat po premierze filmu – odnaleziono (pewnie robiąc miejsce pod parking, jak było z Ryszardem III; przypomniało mi się – jednak deweloper osiedle stawiał) nieźle zachowany szkielet mężczyzny o wyraźnie negroidalnych cechach. Tak, bowiem badając szkielet sprawny antropolog jest w stanie określić nie tylko jedną z dwóch płci, rasę, wiek, przyczynę zgonu, zawód... Kształtu nosa i uszu się nie da, bo chrząstki rzadko się zachowują. Gdzie odnaleziono owego – dobrze sytuowanego – Murzyna? Otóż w jednym z najważniejszych dawnym miast Anglii – przepięknym Yorku, A raczej w Eboracum, bo szkielet pochodził z czasów późnorzymskich. Są więc szanse, że był ów pan zacnym przedstawicielem chrześcijańskiej społeczności w północnej Anglii, w tym ważnym rzymskim mieście. Na tyle ważnym, że (wedle średniowiecznych przekazów, więc trudno brać to za aksjomat) stąd pochodziła święta Helena (Turboceltowie powiedzą Elaine), matka Konstantyna Wielkiego, tu też zmarł jego ojciec, cesarz Konstancjusz I Chlorus.
Pozostałości Eboracum i katedra w Yorku
    Niestety, regres Imperium Romanum na zachodzie Europy sprawiły, że dziś w USA mamy Nowy York, a nie Eboracum Novum.
Nowy Jork
    Murzynów do Yorku – Jorvika – mogli też przywieźć z łupieżczych wypraw na Hiszpanię Normanowie, którzy w Średniowieczu zajęli sporą część Brytanii – było to duńskie Danelaw. Co prawda anglosaski król Alfred Wielki z Wessexu nieco ich pogonił, i nie stworzyli tu drugiej Normandii, ale związki z macierzą były na tyle silne, że wnuk siostry Mieszka I Świętosławy, Kanut Wielki Anglię wziął i opanował był (królowi Haraldowi Haaradraa z Norwegii to się nie udało, Wilhelmowi Bękartowi z Normandii już tak).
Pozostałości normańskiego domu w Jorviku
    Ja do Yorku wkraczałem przez wspaniałą średniowieczną bramę – ma bowiem miasto nie tylko wspaniale zachowane mury miejskie, ale i – co nieczęste w Brytanii – stare miasto.
Brama Yorku
    Wiadomo, góruje nad nim wspaniała gotycka katedra, którą trzeba odwiedzić.
Angielski gotyk
    A także The Shambles, po naszemu ulica Rzeźnicka, podobno jedyna całkowicie średniowieczna (zachowana) uliczka w całej Anglii. Pojawia się - taka mała ciekawostka - na jednej z plansz w niesamowitej grze komputerowej Age of Empires II.
Średniowieczna uliczka
    Nie będę ukrywał, że miasto mnie właśnie tym Średniowieczem urzekło – nawet jeśli ów negroidalny szkielet pochodził ze Starożytności. Polecam odwiedzić każdemu – chyba, że akurat, W. Sz. Czytelniku, jesteś Szkotem. I wkraczając w obręb murów miejskich masz ze sobą łuk. Wtedy bowiem – jak chce dawne prawo (mam nadzieję, że ci ohydni moderniści, nowocześniacy psujący na wszystko co piękne, go nie odwołali) – takiegoż Szkota w łuk uzbrojonego w obrębie starówki można bezkarnie zabić. To zapewne efekt najazdów na miasto w czasach – skoro już jesteśmy przy kinematografii – ukazanych w fimie Braveheart z Melem Gibsonem. Cóż, skoro Amerykanin gra Anglika, to Australijczyk może Szkota.
Stare miasto w Yorku
    A może to próba utrzymania przez średniowiecznych Anglików monopolu na wyspiarskie łucznictwo? Wszak już w Średniowieczu każdy Anglik miał co tydzień praktykować łucznictwo (nic dziwnego, że Robin Hood właśnie tą bronią włada najlepiej). Hitem były słynne długie łuki, zbudowane z drewna cisowego. Siały one prawdziwe spustoszenie na polach bitew Wojny Stuletniej, choć miały pewną wadę: oto długotrwałe używanie tej zabójczej broni powodowało trwałe zmiany w budowie szkieletu, i wytrawny archeolog od razu rozpozna pośród innych szkieletów ten należący onegdaj do Anglika czy Walijczyka szyjącego z łuków do Francuzów czy Szkotów.
Typowy angielski łucznik z okolic Nottingham
    Sam cis, Taxus baccata, to długowieczne drzewo (w Polsce są osobniki mające ponad 1000 lat), rosnące jednak niezwykle wolno (dzięki temu drewno nadaje się na łuki), stąd już w Średniowieczu traktowano je jako zasób strategiczny. W Polsce na przykład oficjalnie jest chroniony od 1425 roku – przebywając w mojej rodzinnej Warcie Władysław Jagiełło (lubiący po okolicy się włóczyć) wydał stosowny dekret.
Pozostałości dworu w Brodni, powstałego na reliktach jednej z ulubionych siedzib Władysława Jagiełły
    Na koniec uwaga. Cis jest rośliną niezwykle silnie trującą, choć osnówki – te czerwone otoczki nasionek, cis, jako roślina nagonasienna nie wytwarza przecież owoców – są słodkie i jadalne. Nie należy jednak połykać nasion. Ani żuć igliwia.
Toksyczne cisy na cmentarzu wojsk okupacyjnych w Polsce

19 czerwca 2026

Autostopem do Vindolandy

    Jest kilka zasad ułatwiających podróżowanie autostopem. Na przykład należy wyglądać przyjacielsko, schludnie, uśmiechnięto, jednym słowem – wzbudzać zaufanie. Z wielkim tobołem na plecach, sporą liczbą mil w nogach, typowym polskim uśmiechem na twarzy i oczami zdradzającymi brak snu od grubo ponad doby dreptając w stronę ruin rzymskiego miasta Vindolandy nie spełniałem żadnego z powyższych warunków. Niemniej starałem się tak czy siak – może bez wielkiej swady - okazję złapać.
Typowy pogodny autostopowicz
    Imperatyw narracyjny podpowiada, że mimo obiektywnych przeciwności losu udało się, i ktoś się w końcu zatrzymał. Była to stateczna Brytyjka w średnim wieku w czymś, co dziś nazwalibyśmy SUV-em.
    - Dokąd? - zapytała.
    - Do Vindolandy – odparłem.
    - Tam nie jadę, ale mogę podwieźć się kilka mil w tamtą stronę.
    - Super.
    Wsiadłem, rozpoczęliśmy konwersację, jak to się mówi, small-talk (po polsku chyba będzie to "pogaduszki"). Średni w tym jestem, ale kpem jest ten, któren się nie stara.
    - Jestem hydrobiologiem – odparłem zapytany o zawód wyuczony.
    - O, ja też – ucieszyła się niewiasta.
    - Od makrozoobentosu – dodałem.
    - Ja też! Kocham wodne owady! - różnych zboczeńców można spotkać podróżując okazjami, fascynacja bezkręgowcami z zamulonego bajora jest wśród nich naprawdę niegroźna.
    - Tak – odparłem, całkiem zaskoczony – Świetne są. Choćby takie – i tu przydała się wiedza nabyta na studiach – Plecoptera.
    - Plecoptera? Moje ulubione!
Trudno mówić o moich ulubionych owadach, ale termity mają całkiem ciekawy posmak
    Plecoptera to oczywiście widelnice – starożytna i dość prymitywna grupa owadów (rząd, konkretnie); jak zowią się one po angielsku nie miałem pojęcia, na szczęście łacina nadal jest choć w części międzynarodowym językiem nauki, Reformacja nie zepsuła tego do końca. Czemu akurat one przyszły mi na myśl nie wiem, dużo bardziej fascynują mnie Trichoptera, chruściki, których larwy pro maior pars budują domki niczym kraby-pustelniki (czasem domki budują też poczwarki, a czasem nie budują, tylko przędą podwodne sieci jakich nie powstydziłby się pająk topik; w sieci te łowią zdobycz) a imago wygląda jak nocny motyl z długimi czułkami. Albo ważki, Odonata. Albo te zajadłe meszki, Simuliidae, które jako dorosłe gryzą do krwi, a jako larwy są czymś na kształt filtratorów, bliskie krewne równie znienawidzonych Culicidae, komarów, i niegroźnych Chironomidae, ochotek (wszystko to Diptera, muchówki). A tu widelnice. Podobnie jak jętki, Ephemeroptera, mają przeobrażenie niezupełne i stadium nimfy. Może dlatego o nich wypaliłem, że to duże owady? I lubią czyste wody, a ja pracowałem nad rzeką Ner – przez kilkadziesiąt lat odbiornikiem ścieków z aglomeracji łódzkiej (jeszcze w latach osiemdziesiątych przekraczając most w Lutomiersku trzeba było zamykać okno w aucie żeby nie podusić się od smrodu rzeki; w maluchu, muszę stwierdzić, niewiele to dawało, tak był szczelny) i spotykałem głównie ochotki i skąposzczety (Chironomidae i Oligocheta). Jak się jakaś błotniarka (ślimak – Lymnaea sp.) albo ośliczka (skorupiak - Asellus sp.) trafiły byłem szczęśliwy jakby Boże Narodzenie przyszło wcześniej.
Tymczasem Boże Narodzenie wcześniej:
    Pogadaliśmy jeszcze chwilę – o owadach wodnych – i dotarliśmy do skrzyżowania, na którym miałem wysiąść.
    - Wiesz co? - stwierdziła moja dobrodziejka, pani hydrobiolog (nie jakaś hydrobiolożka, nie obdzierajmy zawodów z estymy; zresztą wtedy jeszcze nie było hydrobiolożek, to była końcówka czasów gdy mężczyźni byli męscy a kobiety kobiece, nie to co teraz) – Fajnie się gada, podrzucę się do Vindolandy. To tylko kilka mil.
Fragment klucza do oznaczania larw Plecoptera - czyli żyjących w wodzie dzieci widelnic
    I niech mi ktoś teraz powie, że nauka o makrozoobentosie nie przydaje się w podróży. Ha! Dobrze, malkontent powie, że dzięki kilku latom studiów zyskałem kilkanaście kilometrów, ale co tam. Tym bardziej, że po przybyciu na miejsce zostałem jeszcze poinformowany gdzie jest kasa biletowa, skąd odjeżdżają busy w stronę Carlisle i Newcastle, i tak dalej. Super sprawa, dziękuję wam, widelnice.
Vindolanda
    A sama Vindolanda? Wspaniała sprawa. Dobra, na pierwszy rzut oka wygląda jak typowe rzymskie pozostałości – a jako, że Rzymianie wszędzie budowali tak samo, to wszystkie są identyczne. Albo niezwykle podobne, i kto jedne zobaczył, widział wszystkie.
Łaźnie Vindolandy
Rzymskie forum na Cyprze
Późnoantyczny kościół nad Morzem Czerwonym w Jordanii
Rzymskie miasto w Konstancy
Rzymska willa w Katalonii
    Technicznie tacy psuje zabawy mają trochę racji. Ale z drugiej strony każde z takich miejsc ma swoją historię – tu w Vindolandzie trwała ona tylko jakieś 350-400 lat, i była tylko rzymska. No, może z jakimś ino niewielkim miejscowym sznytem. Ale taki Londyn powstał na wcześniejszych celtyckich oppidiach, York w Średniowieczu został wikińską twierdzą, a tu – tylko Imperium Romanum. A kiedy archeolodzy dorwali się do miejscowych latryn i wysypisk śmieci... Archeolog, trzeba bowiem to jasno powiedzieć, zajmuje się nie tylko rabunkiem grobowców (choć właśnie przez to każdy chciał zostać Indianą Jonesem). Dużo ciekawsze jest babranie się w antycznych śmieciach i odchodach. Poznajemy wtedy nie tylko dietę dawnych mieszkańców, ale i inne aspekty codziennego życia. W Vindolandzie wydarzyły się do tego dwa procesy – pierwszy to wspomniana pustać osadnicza. Druga to kwaśna, torfowa gleba (obie mogą być ze sobą powiązane). Dzięki temu zachowało się tu cała masa materiału organicznego. Jakieś buty z epoki, stroje, pierdoły – i korespondencja. To najzabawniejsza część. Oto bowiem zesłani na odległą imperialną placówkę żołnierze – i ich rodziny – może i mieszkają w rzymskim mieście (razem z Brytami), ale ewidentnie brakuje im śródziemnomorskiego słońca. Narzekają więc na typową brytyjską pogodę (a trzeba powiedzieć, że wtedy w Europie mamy tak zwane rzymskie optimum klimatyczne, niektórym nigdy się nie dogodzi), czy ohydne miejscowe wino (dziś chyba w Brytanii winorośl nie jest uprawiana, nie jestem pewien; rzeczywiście, lepiej tam smakuje cydr czy inne piwo albo ale).
    - Kochani rodzice, przyślijcie bukłaczka.
    Piękna sprawa.
Uroczy zakątek rekonstrukcyjny w Vindolandzie

12 czerwca 2026

Wał Hadriana

    Pomiędzy Newcastle a Carlisle (Njukastl i Ka'ajl – po co używać tylu liter, skoro ich się nie czyta? Takie rzeczy pozwalają tylko docenić geniusz świętego Cyryla, Konstantyna z chrztu, twórcy fonetycznej głagolicy) rozciągał się, co W. Sz. Czytelnik już wie, Wał Hadriana, czyli rzymskie limes w najdoskonalszej formie.
Panorama Wału Hadriana
    W. Sz. Czytelnik wie też, że od kilku wpisów podążam ku miejscu, w którym udowodnię, że studia dzięki którym mogłem zostać ekspertem od makrozoobentosu były niezwykle potrzebne. I miejscem tym są okolice właśnie Wału Hadriana, więc epopeja niedługo się skończy. Ale jeszcze chwilka. Bo Wał Hadriana warty jest szerszej o nim opowieści. Albo – co bardzo polecam – odwiedzenia. I spaceru przez kilkadziesiąt kilometrów od Morza Północnego po Irlandzkie. Albo w drugą stronę. Szlak, jak to na Wyspach Brytyjskich, oznaczony jest nieźle, choć czasem trzeba pokonywać płotki i murki oddzielające poszczególne pastwiska.
Szlak turystyczny
    Same umocnienia powstały na rozkaz Hadriana, jednego z Pięciu Dobrych Cesarzy (w rzeczywistości było ich trochę więcej, nie wszyscy się też jakoś dobrze zasłużyli), jednego z najwybitniejszych władców w historii całego Imperium Romanum – w piku owego świetności. Chodziło tu nie tyle o odgrodzenie ziem opanowanych przez Rzym od dzikiej Kaledonii (którą Rzymianie pod dowództwem Agricoli podbili, popatrzyli, i z braku perspektyw bogactw zostawili) zamieszkałej przez Brytów i Piktów co o unormowanie stosunków międzynarodowych. Stąd oprócz milecastle (czyli wież milowych) czy fortów w których stacjonowali legioniści w fortyfikacjach były też bramy (o jednej z najdziwniejszych już kiedyś na blogu wspominałem). Wzdłuż muru powstało też prawdziwe rzymskie miasto – ośrodek handlowy dla barbarzyńców zza Muru.
Jedna z bram Wału Hadriana
    Napisałem Mur z wielkiej litery, i od razu przypominała mi się powieść fantasy Niela Gaimana Gwiezdny Pył, gdzie Mur jest jedną z osi fabularnych (w ekranizacji – sympatycznej, acz od książki słabszej – De Niro biega w kiecce, ale wbrew pozorom to jedna z lepszych jego późnych ról) – tak, Wał Hadriana trafił do popkultury. I do Hollywood – o jednej z ekranizacji legendy Króla Artura pisałem przy okazji odkryć archeologicznych w okolicach Bydgoszczy.
Typowy rzymski wisior
    Wkrótce Rzymianie przesunęli swoje władztwo trochę na północ, gdzie między Edynburgiem a Glasgow Antoninus Pius (inny z Dobrych Cesarzy – jego panowanie było tak spokojne, że właściwie niewiele o nim wiadomo) wybudował kolejną linię limes. Mniej imponująca nie zachowała się w całości, ale jej resztki też wpisano na Listę Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Wkrótce jednak wrócono na silne fortyfikacje pierwotnego Wału, i aż do połowy V wieku po Chrystusie, gdy legiony na dobre opuściły Brytanię, mur spełniał swoją rolę. A potem, mówiąc kolokwialnie, zarósł. Trochę go rozebrano, trochę zburzono, ale w dużej mierze okolice pozostały bezludne – co niezwykle cieszy archeologów: mogą sobie kopać i nie muszą niczego przy okazji wyburzać.
Efekty prac archeologicznych w Vindolandzie
    Swoją przygodę z Wałem Hadriana zacząłem właśnie od stanowiska archeologicznego – dawnego rzymskiego fortu Vercovicum, dziś zwanego Housesteads. Takich ufortyfikowanych obozów było wzdłuż muru kilka, i kiedy jacyś nielegalni emigranci Piktowie za bardzo zaczynali hałłakować podle którejś z bram czy wież warownych z fortu dosyłano posiłki by nauczyć barbarzyńców moresu. Głównie za pomocą pilum i gladiusa, acz rzymscy inżynierowie stosowali całe masy maszyn balistycznych, wobec których mieszkańcy Kaledonii byli mniej więcej – raczej więcej – bezradni. Trzeba przyznać, że taki system ochrony granic do dziś się sprawdza – pytaniem otwartym pozostaje dlaczego Unia E***pejska zakazuje stosowania tegoż.
Pozostałości fortu Housesteads
    Po obejrzeniu fortu poprawiłem ciężki plecak i radośnie ruszyłem wzdłuż Wału. Okazało się, że ta część Brytanii jest nieźle pofałdowana (miejscowi twierdzą, że są to Góry Pennińskie; góry! - zakrzyknę niczym Gimili opowiadający o Morii) – choć i tak najtrudniejsze z wielkim plecakiem były ustawiane gdzieniegdzie drabinki do pokonywania wspominanych już płotów i murków.
Mury, murki, góry, lasy
    Owce nie były takie groźne, acz dużo bardziej liczne niż ludzie. Pastwiska pojawiły się tu później niż rzymskie limes, w I i II wieku po Chrystusie w okolicy dominowały lasy, finalnie wytrzebione w czasie rewolucji przemysłowej. Drzew pozostało niewiele – a najsłynniejszym bez wątpienia jest ów klon jawor – sykamora, jak chcą Brytole – nasadzona podle muru gdzieś z końcem XIX wieku, na której gałęziach chronił się syn Małego Johna, a gdzie Robin z Locksley w hollywoodzkim Księciu Złodziei pierwszy raz złoił skórę ludziom szeryfa. To znaczy: był. Kilka lat temu (zdaje się AD 2023) dwójka ziomeczków, Kumbryjczyków (to ci z okolic Carlisle), bezprawnie drzewo ścięła, wywołując przy tym niemały – choć raczej lokalny – skandal. Tak, że już nie zobaczycie.
Chlip!
    Spotkać można za to kilka zamków czy wiosek – owszem, teren przez kilkaset lat był pusty, ale nie bezludny.
Ruiny zamku Thirlwall i owce
    Jadąc do Carlisle – bo nie całą drogę pokonałem na własnych stopach – minąłem nawet jakieś opactwo. Jako, że byłem mocno zmęczony po nieprzespanej w Newcastle nocy to nie pamiętam, czy było całe, czy tradycyjnie, jak to na w Anglii, zniszczone przez Henryka VIII (przechodząc na protestantyzm Tudorowi chodziło nie tylko o możliwość ciurlania się, ale i przejęcie kościelnych majątków; w Szkocji opactwa burzyli kalwiniści Johna Knoxa). Mógłbym sprawdzić na mapie, ale byłoby to niesportowe – skoro zapomniałem, trudno.
Dom Johna Knoxa w Edynburgu
    Nie będę też ukrywał, że przemieszczając się wzdłuż Wału Hadriana koniecznie chciałem odwiedzić najbardziej na północ położone rzymskie miasto. No, ruiny tegoż, czyli Vindolandę. Kursująca wzdłuż fortyfikacji komunikacja publiczna – z której dwukrotnie skorzystałem i tak – jakoś czasowo mi nie podpasowywała, więc ruszyłem, coraz bardziej zmęczony, metodą palce-pięta. Po drodze starając się złapać autostop.

Najchętniej czytane

Bunkry

     Skoro poprzedni wpis zakończyłem opowiastką o pubie i historii , a tych pierwszych, jak wcześniej wspomniałem w okolicy nie ma za wiel...