Tłumacz

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą maroko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą maroko. Pokaż wszystkie posty

20 grudnia 2024

Tryumf herbaty

    Trochę teraz było o tym niezbyt smacznym napoju zwanym kawą, to żeby na Święta Bożego Narodzenia nie pozostał gorzki posmak, to teraz dla odmiany o herbacie. Niech będzie, że na postosmańskich Bałkanach, żeby tak w temacie pozostać, a co.
Herbata, boza i baklawa - bałkańska przekąska
    Kamelia zwana herbatą chińską, czyli Camelia sinensis, pochodzi z Azji Wschodniej, jej wspaniałe orzeźwiające właściwości odkryte zostały w Chinach kilka tysięcy lat temu (czyli znacznie wcześniej niż kawy), choć naturalnie występowała też w Indiach. Do Europy dotarła w czasach nowożytnych dwoma drogami – na Zachód brytyjskimi herbacianymi szkunerami bijącymi rekordy prędkości, pierw z Dalekiego Wschodu, potem z plantacji Indii i Cejlonu (a efektem tego jest angielski fajfoklok i bawarka z mlekiem; herbatę zabielaną pije się też chociażby w Tybecie czy Mongolii), na Wschód zaś Szlakiem Herbacianym przez Mongolię, Syberię do Petersburga.
Sankt Petersburg - miejsce, gdzie kończył się Szlak Herbaciany
    Do nas – oczywiście tą drugą drogą, czego ślady znaleźć można w języku: wszak naczynie do gotowania wody powszechnie zwiemy czajnikiem, od rosyjskiej wersji chińskiego słowa określającego herbatę – czaj od ćia/te. Ta wersja popularna jest na Wschodzie, w Turcji czy na Bałkanach. Na Zachodzie tea, te. My używając czajniczka z asyncją (jak mówiła śp Babcia na mocny, esencjonalny napar herbacianego suszu rozcieńczany potem wrzątkiem w szklance; taka niezwykle mocna herbata jeszcze gdzieniegdzie w Polsce zwana jest z rosyjskiego czajem) pijemy – z łacińskiego herba – ziele - te. Zawsze na przekór.
Poranny fajfoklok u Berberów na Saharze
    Na Bałkany – via muzułmański świat Imperium Osmańskiego – herbata (ćaj) też trafiła, choć pośrednio, Szlakiem Herbacianym. Kiedy bowiem Imperium Rosyjskie podbiło Gruzję okazało się, że na czarnomorskim wybrzeżu panują idealne warunki do uprawy kamelii. Zamiast więc płacić przemierzającym pół Świata kupcom założono w rejonie Batumi – dziś już ginące – plantacje herbaciane. O których to herbacianych polach nawet piosenki śpiewano.
Rosyjskie ślady w Gruzji - Cziatura
    Stamtąd sadzonki herbaty trafiły do Anatolii. XIX wiek to próby okcydentalizacji i reform chorego członka Europy – jak wraża propaganda nazywała Wysoką Portę – stąd któryś z sułtanów postanowił zastąpić kojarzoną ze wschodnim muzułmańskim mistycyzmem kawę bardziej europejską herbatą (zastąpiono też turbany tymi śmiesznymi czapeczkami z chwostem, zwanymi u nas fezem; te z kolei, jako zbyt wschodnie i islamskie, zakazane zostały przez Ataturka, ale o nim później, bo to ważna postać dla herbacianej Turcji). Już przy drugiej próbie roślina przyjęła się, a herbata poczęła konkurować z kawą. Wspaniale też wkomponowała się w tradycyjne zwyczaje oraz zajęła niepoślednią rolę w handlu.
Stambulski bazar
    Każdy kto był w arabskim kraju spotkać się musiał ze zwyczajem częstowania potencjalnego kupca szklanką herbaty – to pustynny zwyczaj, mający kilka tysięcy lat. Koczownicy hasający po nieużytkach Półwyspu Arabskiego zawsze witali gościa w swoim namiocie (jak nasze gość w dom, Bóg w dom), islam tego nie zmienił.
Kawa, herbata, tytoń (nazwa w języku polskim pochodzi z tureckiego) dziś pełnią właśnie rolę takich przywitaczy. Zaprzyjaźniaczy. A zaprzyjaźnionemu gościowi łatwiej coś sprzedać. Turcy, przecież koczownicy z pochodzenia, przeciwko takim zwyczajom nic nie mieli.

Betyle - obiekty kultu semickich koczowników
    Tak więc herbata wbiła się na kupieckie stragany Imperium Osmańskiego, ale czas władzy sułtanów dobiegał końca. Początek XX wieku przyniósł kolejne ruchawki na Bałkanach, zakończone utratą większości europejskich posiadłości.
Pomnik jednego z antyosmańskich powstań na Bałkanach - w macedońskim Kruszewie
    A Wielka Wojna i walki z Grecją doprowadziły do upadku sułtanatu. Mustafa Kemal Pasza ogłosił się Ojcem Turków, Ataturkiem, i stworzył całkiem nowy byt polityczny – Republikę Turecką (w 2023 obchodzona była setna rocznica powstania). Zmienił nazwę, ustrój, ale i – dekretem – obyczaje. Zakazał wielożeństwa czy noszenia fezów. Oraz był wielkim orędownikiem picia herbaty – zwłaszcza, że państwo utraciło tereny na których kawa rosła. Faktycznie, dziś w Stambule na jakąś turecką kawiarnię natknąć się trudno – jak są, to w stylu europejskim tylko.
Ataturk
    A herbaciarnie, choć głównie dla lokalsów, pozostały. Lubię sobie w takiej posiedzieć (choć często trzeba się zmierzyć tam z kłębami tytoniowego dymu wypuszczanego przez fajki wodne; ten mdły zapach nie jest moim ulubionym), i z dzbankowatej szklaneczki wypić słodką obowiązkowo herbatę. Zresztą nie tylko w Stambule – także na Bałkanach.
Herbata tradycyjna w Skopje
Herbata europajska pod pałacem Dolmabahce nad Złotym Rogiem
   
O zabytkowych czarszijach – kupieckich osmańskich starówkach – Sarajewa czy Skopje pisałem na blogu już wielokrotnie, kto chce to sobie przeczyta klikając w odnośniki w tym wpisie. Tu tylko dodam, że taka gorąca i słodka herbata (choć bez mięty jak w Maroko) wspaniale krzepi w bałkańskim upale.

Herbata w Maroko
Starówka w Skopje
Stare Sarajewo
    I takie upały wspominając życzę W. Sz. Czytelnikom wszystkiego dobrego na Boże Narodzenie. Życzyłbym też udatnej herbatki, ale u mnie na świątecznym stole króluje inny napój, pozbawiony kofeiny/teiny/mateiny – kompot z suszu (nie z bakalii, z suszu: jabłko, gruszka, śliwka, żadnych fikuśnych fig czy rodzynek, choć pasowałyby tu). Ja nie lubię, ale tradycja. Najlepszego.

24 czerwca 2022

Sztuka targowania cz. 1

    W poprzednim wpisie wspominałem o wspaniałych czwartkowych targach i typowym dla regionu sieradzkiego sposobie zawierania umów kupna-sprzedaży, oraz o konieczności targowania się o cenę produktu czy usługi.
    U nas w Polsce, czy może nawet w Europie, czasem ten proces postrzegany jest jako jakieś niepotrzebne robienie rabanu albo świadectwo niezwykłego wręcz skąpstwa kupującego dusigrosza. Możliwe, że odpowiada za to względny (albo i bezwzględny – to nawet lepsze słowo, bo bogactwo rzeczywiście bywa bezwzględne) dobrobyt: nie opłaca się targować o jakieś tam liche grosze (prawdopodobnie te kilka zdań nie dotyczy Poznaniaków i Krakusów). Natomiast na całym Świecie (a zwłaszcza tam, gdzie ceny nie są odgórnie regulowane przez socjalistycznych przestępców) o produkt czy usługę targować się trzeba. Ba, czasem brak targowania się uznawany jest za przejaw złych manier – jak wspominałem we wpisach o Jordanii czy Maroku, krajach o kulturze mniej więcej arabskiej.
    Bo oczywistym jest, że sprzedający chce sprzedać jak najdrożej, a kupujący nabyć jak najtaniej – w wyniku targów spotykamy się zazwyczaj w pół drogi. Napisałem zazwyczaj, bo ja osobiście targując się w Dzikich Krajach zawsze mam wrażenie, iż mimo, że urwałem z ceny całkiem sporo to i tak zostałem bezczelnie oszwabiony. I czasem rzeczywiście jestem.
    Niemniej – ponieważ targowania trzeba się nauczyć – mogę udzielić kilku rad, względnie zdradzić sposoby jakich ja i moi znajomi używają do targowania się w Dzikich Krajach. Oczywiście nie zacznę od najprostszej (choć niezwykle czasochłonnej) metody, tą zostawię na drugą część wpisu.
    Rozpocznę od najskuteczniejszej, choć wymagającej spostrzegawczości i refleksu. Oraz – niestety – nie wszędzie możliwej do wykorzystania.

Panorama Agadiru

    A więc – po kilku wpisach przerwy – wracamy, choć tylko na chwilę, do Maroka. A konkretniej do Agadiru. Wspominałem, że jest to wielkie kurortowisko, po tragicznym trzęsieniu ziemi odbudowane niemal od zera jako zbiór nadatlantyckich hoteli (jedyny zabytek to mury wznoszącej się na pobliskim wzgórzu twierdzy).

Zabytki Agadiru

    Ma jednak Agadir także normalny suk – i to dla miejscowych, w końcu gdzie w miejscu turystycznym można nabyć oblepiony muchami krowi łeb? A na agadirskim bazarze taki był, chłopaki kupili, wrzucili na wózek i odciągnęli gdzieś w siną dal (muchy były w gratisie). Albo przynajmniej w skwarne popołudnie – Agadir leży na pustyni (Atlantyk dostarcza tylko zimnego wiatru alizee i owoców morza). Na to olbrzymie targowisko czasem zaglądali też i inostrańcy, dowód miałem na stoisku pana sprzedającego sok z trzciny cukrowej.

Suk El Had w Agadirze

    Owszem, wiem, że dla części ludzi sok z trzciny cukrowej to rum – ale od napoju wyciskanego z tej olbrzymiej trawy do brunatnego trunku jest bardzo dużo stacji pośrednich (m.in biały, niestarzony destylat, niezwykle trudno dostępny, wręcz zakazany, na terenie Unii E***pejskiej oraz melasa). W każdym razie: przed wejściem na suk stał sobie wózek z urządzeniem służącym do produkcji soku. Z trzciny nie da się nic wycisnąć od tak: źdźbła tej trawy są silnie zdrewniałe, więc maszyneria wyglądała na taką, która w lepszych innych czasach mogłaby spokojnie służyć do miażdżenia palców. Kiedy jednak z włóknistego miąższu (można go normalnie rzuć) wyciśnie się napój i go spróbuje od razu wiadomo: było warto. Jest on delikatnie słodki, trochę mleczny – i po każdym hauście chce się więcej (tak, sacharoza zawarta w trzcinie jest uzależniającą używką). Do tego miejscowy sprzedawca dodawał jeszcze sok z cytryny (by złamać smak) i świeży imbir (jako przyprawę). Nie będę ukrywał, że pociekła mi ślinka – możliwe, że sprzedawca też to zauważył, bo od razu zaproponował mi kupno jednego kubeczka napoju.
    Ha! Byłem biały, więc nasz biznesmen proponował mi sok trzcinowy w plastikowym kubku z pokrywką i fikuśną rurką. A ja, ku jego zaskoczeniu, odmówiłem. Po czym grzecznie odszedłem na bok i czekałem. Po chwili do stragany podeszła miejscowa rodzina – po szczelnie okrywających ciało kobiecych strojach i rysach twarzy mężczyzny stwierdzam, że arabska. Głowa rodziny zamówił napój dla siebie i swoich żon/córek, wyjął kilka monet i zapłacił. Ile? No właśnie. Na stanowisku nie było cennika – ale miejscowi doskonale wiedzieli ile powinno się za tą usługę dać: pan sprzedawca przyjął zapłatę, kiwnął głową i nalał soku do szklanych kubeczków. Musztardówek, znaczy się.

Sok z trzciny cukrowej

    Całej tej scenie z ukrycia przyglądał się Autor, znaczy ja. Wyostrzyłem zmysły i znając kształt oraz wielkość miejscowych monet oszacowałem cenę szklanki soku. Kiedy miejscowi wypili swoje porcje podszedłem do stoiska – a pan sprzedawca od razu chwycił za fikuśny plastikowy kubek. Zaprotestowałem i wskazałem na musztardówkę – wszak takie opakowanie musiało mieć swoją cenę, wysoką i nieadekwatną, bo dla inostrańca. Poza tym w okolicy walało się już i tak sporo śmieci, kosza zaś nie było, a ja jakoś nie mogę się przemóc, żeby ciapać śmieci gdziekolwiek. Sprzedawca skrzywił się, ale sięgnął po szklankę (musztardówki po użyciu były dokładnie płukane w misce pełnej wody z cytryną; może nie zabija ona wszystkich zarazków, ale na pewno bardzo dużo; poza tym mam naprawdę wytrzymały żołądek) i nalał mi tego cudownego trzcinowego soku, z imbirem i cytryną. A już całkiem niezadowolony był, kiedym bez słowa położył na blacie odliczoną wcześniej kwotę. Przyjął jednak zapłatę bez szemrania – wszak znałem prawdziwą cenę usługi. Ot, na tym Białasie nie zarobił.
    Niestety sposób ten – poznanie cen, jakie płacą miejscowi – nie sprawdza się na bazarach z pamiątkami: po prostu miejscowi nie kupują suwenirów.
    Oczywiście wcale nie trzeba podpatrywać tubylców – czasem wystarczy podpytać (i liczyć, że powiedzą prawdę): we wpisie o podróży z jordańskiej Akaby do przecudownej Petry opisywałem już przecież, jak udało nam się nie być naciągniętym przez miejscowych biznesmenów.
    Ogólnie rozmowa wiele daje w temacie urywania końcówek. W marokańskim Mogadorze nabrałem ochoty na świeżo wyciskany sok pomarańczowy (prawdziwy cymes). Podchodzę do sprzedawcy, widzę, cena: 5 dirhamów.
    - O, a w Marrakeszu mają po 4 – mówię, co rzeczywiście jest prawdą: tylko na placu Dżama al-Fna, o którym pisałem, jest drożej.
    - Tak? - odpowiada sprzedawca – To jedź do Marrakeszu.

Dżama el-Fna w Marrakeszu

    Obaj wybuchnęliśmy śmiechem, i po kilku przepychankach mój interlokutor w końcu pyta:
    - A u was w kraju po ile macie sok pomarańczowy?
    - U nas – zaśmiałem się – Wcale nie ma pomarańczy!

Wesoły sprzedawca soku pomarańczowego

    Pożartowaliśmy jeszcze chwilę, pan oczywiście z ceny nie zszedł, ale kiedy następnego dnia ponownie kupowałem u niego napój dostałem dużo większą szklankę – taką dla miejscowych, a nie dla turystów.
    Co się zaś tyczy kupna suwenirów – to kilka rad w następnej części wpisu.

23 maja 2022

Mogador cz. 2

    We wpisie o herbacie wspominałem, że podle murów obronnych Mogadoru/As-Suwajry leżą Wyspy Purpurowe. Jest to niewielki skalisty archipelag tuż obok brzegu – właściwie wytrawny pływak bez problemów mógłby do nich dopłynąć. Ja w wodzie poruszam się niczym brzęczek mgłowy, więc nie popłynąłem; nie chciało mi się też szukać rybaka z łódką – bo wyspy te to kawałki skały, a mogadorska starówka całkiem rozległa i przeurocza – coś za coś. Jednak te niewielkie kamulce będące siedzibą różnych ptaków morskich odpowiadają za to, że okolice Mogadoru znane były już w Starożytności.

Wyspy Purpurowe

    Oto bowiem na takich skałach, w strefie przyboju i trochę poniżej, żyją sobie liczne gatunki małży (między innymi ostrygi, do dziś zbierane przez mieszkańców Mogadoru). A na tych małżach żeruje sobie pewien drapieżny ślimak o niezwykle kolczastej muszli (stąd i polska nazwa, rozkolec; naukowa to na przykład Murex sp. i Haustellum sp.). Za życia zwierzątko to jest groźnym szkodnikiem na plantacjach ostryg, po śmierci zaś, zwłaszcza w Starożytności, okazywało się niezwykle cenne. Zmielone muszle ślimaka służyły bowiem do produkcji najszlachetniejszego barwnika Śródziemnomorza – purpury tyryjskiej (dibromoindygo – ale nie zapamiętujcie). Masowa – jak na tamte czasy – produkcja tej farby sprawiła, że populacja rozkolców u wybrzeży Fenicji została przetrzebiona (albo i wytępiona, nie pamiętam), zaczęto więc szukać innych źródeł cennych muszli – i znaleziono je między innymi za Słupami Herkulesa, na atlantyckim wybrzeżu Maroka. Przypływali tu po nie i Fenicjanie, i Kartagińczycy, i Rzymianie – choć oczywiście intensywność barwy była niższa niż tej z Tyru. Na bezrybiu i rak ryba, jak to się mówi, w końcu i nasz bałtycki bursztyn, towar równie rzadki co kiedyś purpura, ma konkurenta w postaci innych kopalnych żywic, mniej udanych i tańszych. W każdym razie warto pamiętać, że to zapotrzebowanie na różnego rodzaju towary spowodowało większość odkryć geograficznych na Świecie (Grecy po cynę pływali do Kornwalii, Wikingowie szukając ziemi odkryli Kanadę a Wielkie Odkrycia Geograficzne to brak przypraw na Zachodzie; bardzo niefartowne jest, że nasza Rzeczpospolita była na tyle bogata i miała wszystkiego w bród, że nic odkrywać nie chciała) – a Mogador jest tego najlepszym przykładem.

Wyspy Purpurowe o zmierzchu

    Największy rozkwit miasta to przełom XVIII i XIX wieku – jest wtedy Mogador z jednej strony oknem na Świat dla handlarzy z Sahary a z drugiej bezpieczną (i jedyną w okolicy, berberyjskie dynastie panujące w okolicy resztę portów zamknęły/spaliły) przystanią dla Europejczyków. Przybywają wspomniani Żydzi, Brytyjczycy, Francuzi, Arabowie, Berberowie, są Portugalczycy i Gnawa. Historia jednak uczy, że po hossie przychodzi bessa – i pod panowaniem Francuzów miasto podupada (Francuzi na powrót otworzyli/odbudowali zamknięte przez Marokańczyków atlantyckie porty) – co oczywiście ma dobroczynne skutki dla zabytkowej architektury. W biedzie nikt nie będzie niczego nowego budował, będzie za to dbał o stare, żeby się nie rozpadło. Bo tak jest taniej.

Panorama Starego Miasta
Brama miejska

    To samo spotkało Mogador. Ba, wydaje się, że trwa do dzisiaj. W poprzedniej części wpisu użyłem porównania dzisiejszego miasta do uszminkowanej acz zniszczonej panny – i rzeczywiście, spacerując ulicami starego miasta spod arabskiego barwnego suku wyłaniały mi się co i rusz mocno nadwyrężone zębem czasu kolonialne mury. Zapewne w niektórych miejscach UNESCO sypnęło groszem na co ważniejsze naprawy, ale mimo to zabytkowe miasto się sypie – zresztą jest to standard w Dzikich Krajach, które już odkryły, że można czerpać ogromne zyski z turystyki, ale nie złapały jeszcze koncepcji, że jeśli nie będą dbały o miejsca dla których turyści przyjeżdżają, to w końcu inostrańcy przestaną przybywać, bo nie będzie do czego (owszem, to myślenie powoli się zmienia – ale jednak nadal zbyt wolno).

Mogador przykryty As-Suwajrą
Mogador odkryty

    Póki co jednak kolonialny Mogador stoi, choć powoli zamienia się w pustynną As-Suwajrę. Na razie ten proces tylko nadaje miejscu wspaniałego uroku, ale jeśli zacznie się nasilać, to miasto może skończyć niczym niedaleki Agadir – jako ohydny kurort pełen hoteli, w których turyści będą się chować przed zimnym wiatrem alizee. Naprawdę przejmującym i nijak mającym się do uroczej francuskiej piosenkarki o tym pseudonimie.

Wyspy Purpurowe, wielbłądy i alizee

    Dobra, wiem, to nie była wina Agadiru, że zniszczyło go doszczętnie trzęsienie ziemi. Ale naprawdę nie ma tam wiele do oglądania, w przeciwieństwie do przepięknego Mogadoru. Którym to na tą chwilę żegnam się z Marokiem i – skoro wspomniałem o bursztynie – wracam nad Bałtyk, gdzie już od Starożytności pozyskiwano równie niemal cenną co purpura kopalną żywicę, zwaną przez Greków elektronem a przez Rzymian sucinum (i również tam Starożytni wytyczali szlaki handlowe). A do Maghrebu pewnie jeszcze wrócę – i na żywo, i na blogu, bo to całkiem ciekawy region, a zobaczyłem go tak niewiele. O ile oczywiście czynniki pozasportowe pozwolą, jeśli wiecie co mam na myśli.

Marokański zachód słońca

20 maja 2022

Mogador cz. 1

    Mogador to dawna kolonia portugalska na mocno onegdaj przez tych mieszkańców Półwyspu Iberyjskiego penetrowanym atlantyckim wybrzeżu Maroka (traktat z Tordesillas nieco ograniczał Portugalczyków w pływaniu do Indii Zachodnich, musieli więc zabezpieczyć swoimi posiadłościami trasę do Indii Wschodnich). Jest – co stanie się zrozumiałe dla każdego kto odwiedzi to miejsce – wpisany na Światową Listę Dziedzictwa Ludzkości UNESCO i naprawdę przeuroczy. Oczywiście, nie ma go też na żadnej mapie.
    Dlaczego? Bo dziś nazywa się inaczej. Francuzi piszą Essaouira (a mówią jakoś: blablabla; nie jestem fanem tego języka), Arabowie – w transliteracji – As-Suwayra (ale jak tak powiecie, to nikt w Maroku nie zrozumie; miejscowy język arabski przekręca tą nazwę na s-Swira, co brzmi mniej więcej 'słira – tak przynajmniej nawołują naganiacze na dworcach autobusowych). Berberowie, Szeluhowie – Tassurt (ale tym akurat niewielu się przejmuje). Historycznie jednak był to Mogador, portugalski międzynarodowy port handlowy, istny tygiel narodowościowy, jak to w takich miejscach. I takim – mniej więcej – pozostał do dziś.

Widok na Mogador

    Mnie osobiście urzekło w tym mieście takie nietypowe dla tej części Świata uporządkowanie architektoniczne. Oczywiście, nie będzie to wspaniale regularne znane z Europy Środkowej miasto na prawie magdeburskim, co to, to nie. Ale nie jest to pełen chaos Marrakeszu, który wszak otumania i przeraża. W Mogadorze ten okcydentalny (bo trudno nazwać orientalnym miejsce leżące na Półkuli Zachodniej) koloryt nałożony jest na kolonialną zabudowę niczym barwna szminka na twarz bladej i starzejącej się niewiasty. Ma to swój nieodparty urok (porównanie podpowiada, że może nie dla każdego, ale była to tylko-li przenośnia, ok? Poetycka przenośnia).

Mogador nocą

    Mury Mogadoru są solidne i kamienne, nie ziemne jak Marrakeszu, obronne forty niczym nie ustępują zaś tym na kontynencie europejskim. Zabudowa starego miasta jest typowo śródziemnomorska – dosyć wąskie uliczki i wysokie pobielane kamienice, gdzie im do wyrastających jeden z drugiego domów pustynnych kazb wzniesionych z adobe. Ba, w tym arabskim mieście możemy znaleźć nawet synagogę – co prawda po odzyskaniu przez Maroko niepodległości Żydzi opuścili miasto, ale to, że tu przebywali świadczy o randze handlowej – w końcu to jedna z tych nacji, która jako kupcy osiągała największe mistrzostwo (równać się z nimi w Starym Świecie mogli chyba-li tylko Ormianie).

Synagoga

    Początkiem miasta była – jak już wspominałem – twierdza na szlaku Portugalczyków do Indii po korzenie. W okolicy rozpoczęto także zyskowną produkcję trzciny cukrowej (cudowna roślina, obiecuję sobie, że kiedyś zrobię o niej wpis) oraz rozpoczęto sprowadzanie niewolników potrzebnych do jej uprawy - ich potomkowie to wspominani już przeze mnie Gnawa, którzy w Mogadorze co jakiś czas organizują swoje festiwale folklorystyczne. Dziś Gnawa często pracują jako rybacy – mimo, że Mogador lata świetności ma za sobą nadal posiada port, chroniony jeszcze przez portugalską twierdzę.

Portugalska twierdza

    Od siebie dodam, że jest to port prawdziwie rybacki. Po czym taki poznać? Na przykład: byłem w Bergen, w bedekerach opisują jako atrakcję bazar rybny – wchodzimy tam ze znajomymi, a tu: czysto, sterylnie... Bezsensownie. Znajoma, moja krajanka onegdaj mieszkająca w tym norweskim mieście stwierdziła, że tak nudno jest tam dopiero od niedawna. Zwyciężyła jakaś kulinarna poprawność polityczna.

Gwarny port rybacki

    Tutaj zaś wszystko jest tak, jak powinno. Przede wszystkim: cuchnie rybą, cuchnie potężnie. A miejscowe koty i mewy mają wspaniałe wręcz używanie. Co prawda osobiście wielkim fanem ryb nie jestem (już o tym pisałem), ale na bogatych atlantyckich łowiskach każdy może znaleźć coś dla siebie (ech, nasz Bałtyk – cudowny – morzem pełnosłonym jednak nie jest). I ja też znalazłem.
Rawka. Skorupiak. Przedstawiciel frutti di mare (czyli po naszemu: roboki z morza).
    Pierwszy raz widziałem to przecudne stworzenie na uniwersyteckiej kuwecie, wyciągnięte z formaliny, dawno temu na zajęciach z zoologii bezkręgowców. Zajęciach, dodam, przynajmniej dla mnie, ciekawych i pouczających (zresztą moja alma mater miała konszachty także z polarnymi wyprawami na Antarktydę – ale jako, że nie jest to istotne dla wątku fabularno-kulinarnego to zaprzestanę tego poematu dygresyjnego; co ja, Beniowski jestem jakiś?). Był to całkiem spory skorupiak, a z racji dość potężnej pary odnóży całkiem niebezpieczny – potrafił szybkim ciosem złamać nurkowi palec (nazwa naukowa Odontodactylus sp.). Wyciągnięty z morza stwór może nie wyglądał zbyt imponująco – ale zobaczcie w Internetach jakiś filmik z pływającą rawką. Kameleon dostałby oczopląsu.

Rawki

    Skorupiak oczywiście zbyt wiele mięsa w sobie nie zawierał, niemniej był bardzo smaczny – i co najważniejsze świeży. Takie bowiem rzeczy trzeba jeść prosto z wody, a odkąd dzięki działalności Człowieka (niemiecki baron spod Gorzowa wpuścił inwazyjny gatunek raka z Ameryki roznoszącego dżumę raczą) wyginęły w polskich rzekach raki to skorupiaki w naszej rodzimej kuchni pojawiają się tylko mrożone. Straszny smutek.
    Ja jednak nie miałem czasu się zamartwiać – dzień był słoneczny (był marzec) a tuż obok portu czekało na mnie urocze stare miasto Mogadoru.

Stare miasto

13 maja 2022

Marokańska herbata

    O używkach na blogu było już kilkukrotnie – a zapewne będzie jeszcze nie raz, bo stanowią one nieodłączną część życia, podróżowania oraz zdobywania nowych doświadczeń.
    Hm. Niezbyt dobrze to zabrzmiało. Używki są, drogie dzieci, złe. Bardzo złe. Prawie tak niedobre jak socjalizm (żartuję, nic nie jest tak niedobre jak socjalizm). I jak dorośniecie, to będziecie mogły się dowolnie tymi używkami niszczyć i umierać w boleściach. Tak, że ten.
    Oczywiście używki to nie tylko narkotyki, tytoń czy alkohol – jedną z najpopularniejszych używek na Świecie jest – różnią się tylko miejscem występowania – kofeina/teina/mateina. Związek ten chemiczny znajdujemy w nasionach krzewów kawowca (kofeina), liściach roślin z rodzaju kamelia (teina) czy ostrokrzewu paragwajskiego (mateina). Z tych trzech najmniejszą sympatią darzę oczywiście kawę – która jest gorzka, niesmaczna i odrzucająco pachnie. Na drugim miejscu listy nienawiści jest yerba mate – napar z suszu ostrokrzewu paragwajskiego smakuje jak woda w której ktoś odgasił papierosa (nie pytajcie). Na ostatnim zaś miejscu (czyli, że uwielbiam) jest, metodą eliminacji, herbata. Wspaniały aromat, smak, właściwości orzeźwiające i pobudzające... Każdy powinien pić, kto nie lubi ten dudek.
    Ale – skoro poprzednie kilka wpisów było o Maroku, a tam herbata jest ważnym elementem kultury – to nie będę rozwodził się nad produkcją, typami, właściwościami tego cudownego pochodzącego z Chin naparu, tylko zajmę się herbatą przyrządzaną na sposób marokański.

Marokańska herbata

    Bo oczywiście w krajach islamskich, gdzie chłop z chłopem nie może sobie przy piwku posiedzieć herbata (kawa też, ale nawet w miejscu swojego pochodzenia mała czarna musiała przełamywać niechęć co niektórych bardziej światłych mułłów) jest takim właśnie spoiwem rozmów o interesach/polityce/kobietach (niepotrzebne skreślić). W przeciwieństwie zaś do alkoholu umysł – nawet w dużej ilości – wyostrza i otrzeźwia.
    I tu mógłbym rozpisywać się o wyższości herbaty nad kawą, albo o herbacianych przygodach w byłym Imperium Osmańskim, ale myślę sobie, że na to jeszcze przyjdzie czas. Kiedyś. W przyszłości.

Herbata na Bałkanach

    Pierwszą herbatę w Maroku wypiłem kilka godzin po wylądowaniu – czekałem na dworcu autobusowym w Agadirze na rejs do Marrakeszu, a mój kasjer-bileter poczuł się w obowiązku poczęstować mnie tym, chyba narodowym, trunkiem Marokańczyków. Na tacy podał mi metalowy imbryk, dwie szklanki (jedną pełną mięty) i dwie olbrzymie (wielkości, bo ja wiem, kilku zwykłych; właściwie to nie wiem, bo nie słodzę) kostki cukru. Ponieważ nie bardzo wiedziałem co z tym zestawem zrobić zostałem też od razu poinstruowany – i bardzo dobrze, bo picie herbaty na sposób marokański jest dość widowiskowe. To znaczy, nadal pije się ustami, ale samo przygotowanie finalnej wersji napoju jest właśnie zaskakujące i energiczne.

Zestaw herbaciany

    Ale o tym za chwilę. Najpierw cukier. W marokańskiej herbacie jest go tyle, że zabija całkowicie smak suszu herbacianego. Po prostu. Miejscowi gdyby mogli piliby sam cukier. Wrzątek, herbata i mięta są tylko dodatkami – tak spreparowany napój jest właściwie pełnokalorycznym posiłkiem, widać potrzebnym w pustynnym klimacie. Swoją drogą wspominani przeze mnie Gnawa zostali do Maroka sprowadzeni przez Portugalczyków właśnie do uprawy trzciny cukrowej. Wcześniej jedynymi słodkościami były – oprócz owoców – miód dzikich pszczół i korzenie lukrecji.

Ceremoniał picia herbaty

    Mamy więc w zestawie metalowy imbryk z wrzącym naparem z herbaty, dwie szklanki (jedna wypełniona świeżo zerwanymi gałązkami mięty) oraz galantą kopę cukru. Co dalej? Łapiemy miętę oraz cukier i wrzucamy je do czajniczka, dbając, żeby się nie poparzyć. Teraz wypadałoby to wszystko wymieszać, niech cukier się rozpuści by w całości mógł oddziaływać na nasze zęby. Sęk w tym, że w zestawie nie ma łyżeczki. To może spróbować delikatnie potrząsnąć (wiecie, takie koliste ruchy) gorącym imbrykiem? Tak, żeby poparzyć siebie i otoczenie? Otóż nie. Stosujemy najstarszą sztuczkę Świata, która nie dość, że dokładnie wymiesza nam cukier i miętowe olejki eteryczne z herbatą, ale także delikatnie wystudzi cały napój by nadawał się do spożycia. Używała tej metody moja śp Babcia, używał pan w Cerro Azul przygotowujący ponche de herbes, użył pan na dworcu w Agadirze, używałem i używam ja. Przelewamy. Z imbryka do szklanki, najlepiej z wysoka – bo nie dość, że ciecz się chłodzi, to jeszcze jest to widowiskowe; nie potrzeba wielkiej wprawy, czajnik jest stworzony do takiego przelewania – potem płyn curik (fonetycznie z niemieckiego i z jidysz: z powrotem) do imbryka, a potem od nowa. I jeszcze raz. Po kilku przelaniach płyn jest już silnie miętowym ulepkiem w kolorze herbaty (bo przecież nie o smaku) i nadaje się do wypicia bez narażania się na poparzenia warg.

Mieszanie ponche de herbes

    No i zawsze można się taką umiejętnością pochwalić przed płcią piękną. Na przykład we wspaniałych okolicznościach jakim jest zachód słońca nad Atlantykiem w Mogadorze (alias As-Suwajra). Można go obserwować z i spod murów obronnych na samym brzegu oceanu, w otoczeniu setek morskich ptaków wracających do swoich gniazd, z panoramą na Wyspy Purpurowe. Można też robić temu cudowi natury zdjęcia – i akurat jedynie dwójka Białasów była tym zaabsorbowana, ja i dziewczyna z Rosji (było to w czasach, kiedy rosyjskich turystów było wszędzie pełno – czyli przed paniką koronawirusową i inwazją na Ukrainę). Śliskie nadmorskie skały nie sprzyjały co prawda zbyt wielkiej ekwilibrystyce w szukaniu ujęć zachodzącego – dość szybko, bo międzyzwrotnikowo – Słońca, na szczęście wspólnie daliśmy radę nie spaść i nie rozbić głowy lub w ostateczności aparatów fotograficznych. Po chwili widowisko się skończyło, zrobiło się dość zimno, więc poszliśmy na gorącą marokańską herbatę – człowiek wypije ją nawet z gargantuiczną ilością cukru, żeby tylko się popisać.

Zachód słońca w Mogadorze

    Mimo, że tak naprawdę wolę niesłodzoną.

Wyspy Purpurowe

6 maja 2022

Berberowie cz. 3

    Tak więc w środkowym Maroko Berberów spotkać można na każdym kroku. Dosyć łatwo ich też rozpoznać – i to niekoniecznie po niebieskich strojach. Otóż Berberowie są... Bardzo różnorodni.
    Przynajmniej jeśli chodzi o lud zwany z francuska Cheluh a po swojemu Ishelhien (z angielska Shila) – Berberów, Amazygów, zamieszkujących wspomniane już środkowe Maroko (jak wspominałem, innych nie miałem okazji jeszcze poznać). Choć nie istnieje polski egzonim wariantowy tej grupy spolszczę ją na potrzeby tego wpisu i dla wygody swojej i Czytelników będę nazywał ich Szeluhami (mam nadzieję, że wolni Niebiescy Ludzie Pustyni się za to nie obrażą).

Niebiescy Ludzie Pustyni

    Przez wieki przez tereny Maroka przewijały się bowiem najprzeróżniejsze ludy, i dzisiejsi Marokańczycy są efektem w dużej mierze właśnie owego mieszania się ludzkich ras – czy też jak chcą zwolennicy poprawności politycznej: odmian – ludzkich. I choć wpływ ludów semickich na współczesnych Berberów jest dość znaczny, to jednak nie mają oni typowych arabskich rysów. Często chociażby występują u nich szare bądź zielone oczy oraz rude włosy. Może to być oczywiście efekt kontaktów z Europejczykami (zwłaszcza w Algierii i Tunezji, gdzie osiedlali się Wandalowie i Francuzi – w Maroku częściej Berberowie kontaktowali się z ciemnookimi mieszkańcami Półwyspu Iberyjskiego), ale równie dobrze pozostałość po pierwotnym wyglądzie Szluhów. Niektórzy antropolodzy taki typ urody nazywają rasą kromaniońską, czwartą (po białej, czarnej i żółtej) odmianą człowieka – najmniej dziś znaną i popularną (a niektórzy entuzjaści dawnych wieków widzą także przedstawicieli tej odmiany sportretowanych jako słynne mau'i z Wyspy Wielkanocnej). Do tego pośród Szeluhów dość często występują cechy negroidalne – jest to efekt wieloletnich kontaktów handlowych z Afryką Subsaharyjską i tamtejszymi Murzynami. Kontakty te nie zawsze były tylko-li handlowe – sprowadzano stamtąd niewolników (w sumie to jednak też był handel). Ciekawostką jest, że najwięcej czarnych niewolników sprowadzali nie miejscowi władcy, a Portugalczycy siedzący w nadbrzeżnych miastach. Dziś potomkowie owych przymusowych robotników tworzą grupę etniczną Gnawa i żyją między innymi w przepięknym Mogadorze. Ba, mają nawet swój festiwal muzyczny.
    Co do berberyjskiej muzyki – to przyznam się, że nie przesadnie aktywnie poszukiwałem jakichś jej śladów. Ot, w słynnym Ajt Bin Haddu natknąłem się – oprócz pan antykwariusza i pana aktora-statysty na artystę wygrywającego na miejscowym instrumencie strunowym szarpanym którego nazwy nie znam niezbyt może przyjemne dla europejskiego ucha dźwięki. Jako, że pan muzyk siedział sobie przy drodze na leżące w najwyższym punkcie wioski ruiny warowni wzbudzał zainteresowanie przyjezdnych Białasów i w ten sposób zarabiał na życie. Był zaś grajek osobą ciemnoskórą, choć nie miał wyraźnych cech negroidalnych – dlatego strzelam, że był Szeluhem, a nie Gnawą – aczkolwiek w tym wypadku nie miało to wielkiego znaczenia (UWAGA: gdyby ktoś próbował zarzucić mi rasizm prawdopodobnie jest wtórnym analfabetą i nie umie czytać ze zrozumieniem – to, że jesteśmy różni jest faktem naukowym, i w tej różnorodności tkwi właśnie piękno Ludzkości; a jeżeli nie jest analfabetą, musi być zwyczajnym złośliwym nienawistnikiem). Siedział w berberyjskim płaszczu na kamieniu w oazie na pustyni, grał na berberyjskim instrumencie, więc musiał być Berberem. Choć, tu trzeba zauważyć, płaszcz nie był niebieski.

Muzyk berberyjski

    Tak więc istnienie pośród Berberów zarówno bladych rudzielców jak i typowych negroidów dało asumpt do kilku teorii z kręgów, można by rzec, alternatywnych. Oto bowiem w dzisiejszym Meksyku odkryto bowiem kulturę Olmeków – najstarszą zaawansowaną cywilizację Mezoameryki – a wśród jej artefaktów olbrzymie głowy o – podobno – negroidalnych rysach twarzy. Zarówno meksykańscy Aztekowie, jak i andyjscy górale z Inkami na czele w swoich mitologiach mają postać jasnoskórego rudzielca (jedno z imion to Wirakocza), który przypłynął z Zachodu, nauczył miejscowych różnych fajnych sztuczek i odpłynął na Wschód (na przykład na Rapa Nui, Wyspę Wielkanocną). Niezrównany Thor Heyerdal udowodnił organoleptycznie, że i Atlantyk, i Pacyfik dało się pokonać na łodziach czy tratwach jeszcze przed Epoką Brązu (czyli w neolicie) – dodając do siebie te informacje, oraz szukając paraleli między cywilizacjami Starego i Nowego Świata wysnuto wniosek, że cywilizacje amerykańskie rozwinęły się dzięki pomocy ze strony... Wychodzi, że ze strony Amazygów. Berberów. Niebieskich Ludzi Pustyni.

Mapa piramid - jedna z paraleli między Nowym i Starym Światem - muzeum w Guimar
Prekolumbijska świątynia

    Nie no, choć moje wnioski są dużo bardziej logiczne nikt jakoś nie bierze pod uwagę Szeluhów jako Olmeków czy Wirakoczów. Obstawiają raczej Egipcjan, Sumerów czy innych Atlantów (nomen omen według Herodota jedno z plemion berberyjskich). Choć na pewno jakieś kontakty międzykontynentalne istniały przez tysiące lat, to jednak trudno uwierzyć, by starożytne cywilizacje były od siebie zależne w tak wielkim stopniu: podobieństwa między nimi to raczej efekt podobieństw między nami – skoro mamy takie same dłonie czy mózgi wpadamy na analogiczne pomysły na całym Świecie (chyba, że za wszystkim stoją Starożytni Astronauci albo inni cykliści).

Malowane berberyjskie drzwi
Dom Berbera

    Tak więc raczej to nie Berberowie odpowiadają za krwawe rytuały Majów czy Azteków, ale są ludem dość wiekowym, który w niekorzystnych warunkach Sahary przetrwał i nie poddał się romanizacji, arabizacji czy europeizacji. Dzisiaj, jak już wspominałem, kultura Szeluhów przeżywa pewien – może niewielki, ale jednak – renesans. Berberowie wychodzą ze swoim językiem czy pismem z cienia – gdzieniegdzie można zobaczyć ich narodowe flagi, czasem nazwy miejscowości zapisywane są nie tylko po arabsku czy łaciniką, ale także we własnym, berberyjskim alfabecie. Niedługo może staną się nawet prawdziwym narodem, w myśl nowoczesnych (dobra, pochodzących z XIX wieku, więc nie takich znów młodych) pojęć. Choć, oczywiście, może to być nie w smak arabskojęzycznej większości Marokańczyków.

Flaga i alfabet
Pałac władcy Marrakeszu, Berbera z pochodzenia

    Kiedy już jechałem – ostatni raz jak do tej pory – marokańskim autokarem na lotnisko w Agadirze (to lekka zmyłka – lotnisko leży w szczerej pustyni prawie 30 kilometrów od miasta; swoją drogą Agadir to pełen hoteli nowoczesny kurort, wszystko co fajne zostało zniszczone przez trzęsienie ziemi w połowie XX wieku – ostały się tylko mury twierdzy na wzgórzu) miałem jeszcze jedną okazję, właściwie rzut oka, na Berberów. Oto bowiem za oknem pojawiły się typowe dla tej części Afryki zarośla z arganowca – są to niewielkie drzewa, sucholubne oczywiście, znane z tego, że często są miejscem wypasu kóz (oraz będące źródłem olejku arganowego). Znaczy: zwinne zwierzęta włażą na konary i bezczelnie objadają liście oraz owoce. To znany landszaft z Maroka. Tym razem między drzewami stało mnóstwo namiotów – zarówno tych tradycyjnych, skórzanych, jak i nowoczesnych – oraz środków transportu – jak wyżej: tradycyjnie ekologicznych i nowych. Straszne zbiegowisko, innymi słowy. Nie znając płynnie ani arabskiego, ani francuskiego – ani tym bardziej narzeczy berberyjskich – trochę czasu zajęło mi wyciągnięcie odpowiedzi na pytanie co to za impreza.
    - To doroczny zjazd koczowników z Pustyni – wyjaśnił mi (oczywiście, nie jednym zdaniem, sama rozmowa trwała dość długo, ale gesty i chrząknięcia dość trudno przenieść na papier) chudy i brodaty, jakżeby inaczej, Berber – Spotykają się tu całe rodziny, nieraz widzą się tylko raz do roku.

Zjazd Berberów pośród arganowców

    Podejrzewam, że takie zjazdy były też świetną okazją do załatwiania różnych geszeftów, sprzedaży wielbłądów albo zawierania małżeństw, niestety, nie zdążyłem o to zapytać – autobus zatrzymywał się już w środku niczego, więc pożegnałem się z przygodnym współpasażerem, naciągnąłem na głowę czapkę i ruszyłem w stronę agadirskiego lotniska.

Najchętniej czytane

Piwny książę

     Poprzedni wpis mógł wyglądać jak apoteoza spożywania alkoholu w warstwach rządzących, ale jest to oczywista nieprawda, wszak ustawa o...