Tłumacz

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia. Pokaż wszystkie posty

23 października 2026

Piwny książę

    Poprzedni wpis mógł wyglądać jak apoteoza spożywania alkoholu w warstwach rządzących, ale jest to oczywista nieprawda, wszak ustawa o zapobieganiu alkoholizmowi z roku 1982 jasno zakazuje takich działań (znaczy, ogólnie zakazuje, bo wtedy jeszcze nie było internetów, była zima i wojna polsko-jaruzelska Stan Wojenny). Niemniej Der Meistertrunk rzeczywiście ocalił miasto.
Der Meistertrunk z Rothenburga nad Trauerem
    W historii Polski mamy zresztą liczne przykłady rządzących, którym alkohol zdecydowanie nie wyszedł na zdrowie. O jednym z nich wspominałem przy okazji opowiastki o kanonizowaniu polskiego piwa przez Klemensa VIII. Chodzi oczywiście o Leszka Białego, udatnego Piasta, który namawiany przez papieża do udziału w krucjatach wymówił się twierdząc, że pija jedynie właśnie piwo (wtedy jeszcze niekanonizowane przecież), a tego w Ziemi Świętej nie uświadczysz (obecnie jest, i to nawet importowane z Polski, organoleptycznie sprawdziłem to kiedyś w gieesie w Tel Awiwie czy tam innej Jaffie). Zamiast więc odbijać Jerozolimę poczciwy książę konałby z pragnienia w gorącym klimacie pustyń Syro-Palestyny. Albo w cedrowych lasach gór Libanu. Nieistotne. W każdym razie Leszkowi odpuszczono i mógł zostać na ojcowiźnie, włączając się w wir walk o tron krakowski (który zresztą zdobył, kładąc definitywnie kres zasadom przejmowania władzy w Polsce wytyczonych przez Bolesława Krzywoustego). Swoją drogą leszkowy krewniak, Bolesław Wysoki, na krucjatę wyruszył. Może nie miał co innego do roboty, wszak czasowo z ojcowej dziedziny był wywłaszczony, niemniej wyprawa przyniosła mu sławę w oczach cesarza Konrada III, a rycerski mir w oczach następcy, Fryderyka Barbarossy, ugruntował wygrywając w imię władcy Świętego Cesarstwa Rzymskiego pojedynek rycerski pod murami Mediolanu.
Jerozolima
    Leszek Biały, jak pisałem, w kraju został, zdobył krakowski tron, aż w końcu drogi zawiodły go do Gąsawy. Zresztą nie tylko jego – na zjazd piastowskich książąt przybyli Konrad I mazowiecki czy syn Bolesława Wysokiego (niedługo po zwycięstwie w Mediolanie odzyskał dzielnicę ojca, Władysława Wygnańca) Henryk Brodaty. Piastowicze w serdecznej atmosferze mieli przysiąść i omawiając palące problemy radzić co dalej z tą Polską. Słowiańskim zwyczajem książęta przysiedli sobie w bani (czyli saunie), i chłostając się brzozowymi witkami rozpoczęli obrady. Koncepcja zjazdów władców istnieje od tysięcy lat, wymaga jednak pewnej bardzo ważnej rzeczy: odpowiedniego zabezpieczenia. W przeciwnym razie udany zamach terrorystyczny może dokonać naprawdę wiele złego. Na zjeździe w Gąsawie taka okazja nadarzyła się właśnie w czasie kąpieli książąt w saunie – byli tam właściwie bezbronni – ani miecza, ani tarczy. Brzozowa witka używana do chłosty w bani nie jest uznawana za szczególnie efektywną broń.
Kościół w Gąsawie - na tym miejscu świątynia stała już w czasach Leszka Białego
    Wbrew przewidywaniom tym razem to nie Niemcy napadli na polskich książąt (odbili to sobie kilkadziesiąt lat później mordując króla Przemysła II). Piastowicze mieli wrogów na Pomorzu (Świętopełk II Wielki wiele robił by zrzucić polską zwierzchność), morderców mógł nasłać też Władysław Odonic, książę na zjazd niezaproszony (albo każdy inny z Piastów tamtego czasu). W wyniku ataku Henryk Brodaty został ciężko ranny (nie zginął dzięki poświęceniu jednego z własnych rycerzy, książęcy bodyguard poniósł śmierć) a Leszek Biały, zapewne zawołany kawalkator, goły jak go Pan Bóg stworzył począł uciekać konno. Siepacze ruszyli za nim w pogoń. I, co wiemy z historii, dopadli go obok wioski Marcinkowo Górne, kilka kilometrów od Gąsawy. Każdy kto przejeżdża tamtędy – na przykład do Wenecji (tej koło Żnina, rzecz jasna, ale technicznie można tamtędy jechać do Włoch) lub do Biskupina – zobaczyć może wspaniały pomnik, przedstawiający moment śmierci księcia, gdy przeszyty kilkoma strzałami spada z konia.
Śmierć Leszka Białego
    Pomnik (nie dodałem, że kopia, oryginał zniszczyli Niemcy) jest jak najbardziej wzruszający, ale mało kto wie, że nie stoi on wcale w miejscu śmierci Leszka. To jest całkiem niedaleko, może półtora kilometra, może trochę więcej od okazałego monumentu. Mianowicie należy zjechać z głównej drogi, a wkrótce i z asfaltu. Znakiem rozpoznawczym będzie stojąca w środku pola aleja potężnych drzew.
Droga do pomnika
    W. Sz. Czytelnik domyśla się już, że prowadzi ona do prawdziwego miejsca tragedii z XIII wieku. Ba. Na końcu alei znajduje się nawet niewielki obelisk – trzeba mu przyznać, że nieco zaniedbany i kruszący się.
Miejsce śmierci Leszka Białego
    Ale jest. I jeszcze ten biały pomnik. W kraju w którym nie umiemy w pokazywanie historii (o promocji nawet nie wspominam, choć na blogu często nad tym jojczę) to naprawdę ładny głaz sprawa wspaniała.
Kopia przedwojennego pomnika w Marcinkowie - oryginał zniszczyli Niemcy, no bo kto
    Tak więc podsumowując ten i poprzedni wpis, to alkohol jednak – w ostatecznym rozrachunku szkodzi. Choć, z drugiej strony, jeśli opowieść o śmierci Leszka Białego czyta akurat ktoś niezbyt ortodoksyjnie traktujący sprawy higieny osobistej (nie mówię o hipisach, może to być na przykład Ludwik XIV, słynny Król Słońce, który – wliczając chrzest – w czasie swojego kilkudziesięcioletniego życia kontakt z wodą miał zaledwie 7 razy, dane mogą być przesadzone) może dojść do przekonania, że częste mycie skraca życie (Ludwik XIV żył 72 lata).

16 października 2026

Włodarze i alkohol

    W poprzednim wpisie było o tym, że Amerykanie może i napadną, ale potem przeproszą. Oraz o promocji (znaczy, nie takiej sklepowej).
Amerykański czołg we francuskich barwach, onegdaj szturmujący Alzację
    Było też o Mikołaju Koperniku, ale zostawmy wielkiego polskiego astronoma w spokoju, ponieważ wkraczamy do Niemiec. A dla Niemców to jest Niemiec. Cóż, nie takie rzeczy przez wieki kradli i niszczyli.
Zniszczona przez Niemców warcka synagoga (foto. z arch. I. Ślipka)
    Choćby wspaniałą gotycką cerkiew w Supraślu, wysadzoną przez niemieckich żołnierzy bez najmniejszego powodu.
Rekonstrukcja supraskiej gotyckiej cerkwi obronnej
    Taki to naród poetów, artystów i romantyków. Właśnie ci ostatni na przełomie XVIII i XIX wieku odkryli pewne niewielkie miasteczko we Frankonii, dziś części Bawarii. Dawniej bogate, popadło w nędzę, więc zachowało nie tylko średniowieczny pierścień murów obronnych, ale i tkankę miejską. Rothenburg ob der Tauer.
Rynek w Rothenburgu nad Tauberem
    Cóż. Miasto naprawdę jest ładne, ale żeby robić z niego jakąś romantyczną perłę to trzeba być niemieckim dandysem upitym absyntem (czy czym tam się wtedy odurzano; może bardziej opium niż piołun?). Miasto nie ma nawet żadnej miłosnej legendy (jest o jakimś rajcy, który mocno poświęcał swe finanse pro bono publico, za co trafił do ciupy, gdzie nim go oczyszczono z zarzutów został otruty – nikogo, kto zna oryginalne niemieckie baśnie to nie szokuje; bracia Grimm mocno je odkrwawili). Weźmy takie Plötlein, najsłynniejszy widokówkowy landszaft urokliwej starówki. No szczerze, jakoś spektakularne nie jest.
Plötlein
    Mimo to miasto zostało rozpromowane na tyle, że w XIX i XX wieku tłumnie odwiedzali je zagraniczni turyści w ramach swoistego Grand Tour. A skoro w bedekerach pisano, że miastem należy być zauroczony – to turyści tacy być musieli. Może zresztą szczerze, jak pewien Amerykanin który odwiedził Rothenburg ob der Tauer w dwudziestoleciu międzywojennym. W porównaniu z nowymi i ohydnie wręcz utylitarnymi (nie chcę napisać brzydkimi) miastami Stanów Zjednoczonych Rothenburg jawić się musi jako prawdziwa perła.
Rothenburg od der Tauber
    Amerykanin ten w czasie II Wojny Światowej brał udział w inwazji na III Rzeszę – natarcie szło akurat na kierunku frankońskim. Czując sentyment do Rothenburga przekonał sztabowców by puścić zagony pancerne inną trasą. Miasto ocalało (kurczę, a naród poetów i artystów Niemcy zwiedzający Polskę przed wojną jakoś na to nie nalegali, wręcz przeciwnie, puszczali wojska przez miasto, nawet nie bronione niczym Wieluń; o sowietach nie wspominam, bo szkoda śliny).
Wieluńska gotycka fara pw Świętego Michała - stan po wizycie Niemców w 1939
    Nie pierwszy raz w swojej historii – poprzedni raz, w XVII wieku, nie był może związany z tak zwanym PR, ale był dużo bardziej spektakularny. Mało tego, uczy on nas, że dobrze jeśli miejscy włodarze lubią zaglądać do kieliszka (nie, nie jestem zwolennikiem samorządowców z ramienia tak zwanych ludowców). To znaczy – może niech nie zataczają się na sesjach rady czy innych uroczystościach, ale...
Leżajsk - und alles klar
    Ad rem. W Pradze Czesi wyrzucają na kupę kompostu paru ludzi przez okno, przez co w całej Europie (poza Rzeczpospolitą, Moskwą i Osmanami) wybucha krwawa wojna religijna, która do historii przejdzie jako Wojna Trzydziestoletnia. Jak to nie jest efekt motyla, to ja nie wiem co nim jest.
Złota Praga - miejsce wielu defenestracji, w tym i tej z 1618 roku
    Mniej więcej w połowie wojny pod mury Rothenburga – miasta podówczas protestanckiego – podchodzą wojska katolickie pod dowództwem hrabiego Johannesa de Tilly. Zwyczaje epoki wymagają, że zdobyte miasto zostanie spalone, zrabowane i zgwałcone, niekoniecznie w tej kolejności (stacjonujące na terenie Niemiec cesarskie wojska z Hiszpanii znacznie ubogaciły pulę genową Rzeszy – oto po Wojnie Trzydziestoletniej zaczęli pojawiać się Niemcy o czarnych włosach i równie ciemnych oczach, na początku XVII wieku rzadsi od raroga; obecne zmiany struktury etnicznej na tamtych terenach zachodzą bez wojny w tradycyjnym znaczeniu tego słowa). Rothenburskim mieszczanom taka perspektywa się nie do końca podoba, katolicy mają przewagę. Jako, że region słynie – do dziś – z produkcji czerwonego wina (to zabawne, połowa Frankonii delektuje się winami, druga na potęgę żłopie piwsko) wręczają hrabiemu de Tilly dzban trunku z prośbą o oszczędzenie miasta. Sagan mierzy niecałe 3,5 litra, więc całkiem zacny krater. Książę w przypływie dobrego nastroju mówi: ok. Oszczędzę miasto pod warunkiem – akurat słyszy kurant wybijający godzinę na ratuszowej wieży – że jakiś mieszkaniec Rothenburga ciurkiem wydoi owo naczynie w czasie trwania kurantu. Duszkiem 3,5 litra w siebie wlać może mieć trudność nawet najbardziej zaprawiony bej, czy tam inny łódzki bramin. Tu jednak zgłasza się były burmistrz miasta nazwiskiem Georg Nusch i ku zaskoczeniu wszystkich wlewa w siebie zawartość naczynia. Hrabia Tilly dotrzymuje słowa (co pokazuje, że nawet w takich okrutnych czasach honor miał swoją wagę), miasto ocalało (nie na długo, kilka lat później zrabują je Szwedzi, trenujący przed kradzieżami w czasie Potopu), były burmistrz zmarł (jeśli myślicie, że się rozpuknął po wydojeniu dzbana, to nie: odszedł wiele lat po incydencie, zapewne dalej garując tym razem w blasku sławy) a Meistertrunk trafił do legendy. Co godzinę na rynku pojawiają się postaci hrabiego de Tilly (który dzięki temu też trafił do lokalnego bestiariusza) i pijącego wino burmistrza. Taka atrakcja turystyczna.
Der Meistertrunk - hrabia Titlly i były burmistrz Nusch
    U mnie w mieście Burmistrz jest raczej nie pijący, a winnice w okolicy dopiero powstają, więc w razie ataku jesteśmy bezbronni. Moglibyśmy najwyżej podać najeźdźcy skrzynkę landrynkowych oranżad produkowanych na miejscu. Fakt, całkiem smaczny to napój, ale może mówię tak, bo jestem fanem oranżad.
Oranżada - choć nie z warckiego Unikatu - na turystycznym szlaku

25 września 2026

Góra Zyndrama

    Kolejny wpis jest w sumie o miejscu mniej więcej porównywalnym wiekowo z kurhanami w Łubnej-Jakusach (o których było przecież tydzień temu), ale by tam się dostać z centralnej Polski z trasy nie zbaczałem – trzeba było odbyć pełnoprawną, kilkugodzinną wyprawę.
Kurhany w Łubnej-Jakusach
    Chodzi o słynną – głównie wśród archeologów i Teoretyków Starożytnej Astronautyki – Górę Zyndrama, jedyny tej klasy znany obiekt z terenów dzisiejszej Polski. Czyli kamienny mur wprost z Epoki Brązu. W Śródziemnomorzu mówi się o takich mury cyklopowe (a o obwarowanych nimi grodziskach na wzgórzach akropole).
Mury cyklopowe Śródziemnomorza - Epoka Brązu w Knossos na Krecie
    Nasz nie jest tak imponujący, zresztą przez wieki łączony był przez miejscową ludność z postacią średniowiecznego rycerza Zyndrama z Maszkowic (herbu – nomen omen, o czym później – Słońce): miał być ów mur pozostałością po zamku możnowładcy. Służył też ów kamienny suchy (znaczy – bez zaprawy wznoszony) mur za rezerwuar materiałów budowlanych, co właściwie nie jest niczym niezwykłym. Kamienie z Góry Zyndrama posłużyć miały do konstrukcji kościoła parafialnego w pobliskim Łącku, miejscu ważnym na kulinarnej mapie kraju.
Kościół parafialny w Łącku, możliwe, że zawierający w swych murach fragmenty muru z Maszkowic
    Proboszcz łąckiej parafii miał – znów według podań, tak zbudowany jest cały świat przecież – w ramach pokuty kazać miejscowej młodzieży za grzeszki i grzechy sadzić śliwy i jabłonie. A że w górskiej kotlinie mikroklimat dla sadów okazał się idealny, drzewka rozwinęły się wspaniale, i galancie rok w rok obradzały owocami. Których przecież się nie przeje. Miejscowi, nauczeni darów Bożych nie marnować, przerabiali nadmiar owoców na bimber. I tak powstała łącka śliwowica, produkt regionalny, przez dziesiątki lat pędzona nielegalnie na pohybel państwowemu monopolowi spirytusowemu. Dziś już wolno (choć i tak jest masa obostrzeń – trudno powiedzieć czy to pozostałość po komunie, czy nadgorliwość nowej, e***pejskiej nomenklatury).
Łącka śliwowica in spe
    Ale zostawmy alkoholizm Autora lokalne trunki, tylko jedźmy z Łącka do Maszkowic – na Górę Zyndrama da się podjechać autem, choć jest wąsko i stromo. Na stanowisko archeologiczne na szczęście nie – trzeba się kawałek przejść po szczytowym plateau. Mija się niewielki pomnik, nieco usyfione miejsce na ognisko i wchodzi się na teren grodziska vel akropolu – dawnym wejściem północnym.
Góra Zyndrama
    Cyklopowy mur miał oryginalnie jakoś ćwierć kilometra, dziś zachowało się go nieco mniej, ale nie otaczał całej osady przybyszów z Południa. Archeolodzy bowiem przebadali już część stanowiska, i stwierdzili, że wioskę założyli goście z Panonii – wtedy jeszcze Panonią nie będącą – z kultury Otomani-Füzesabony. Domyślają się, że była to odległa placówka mająca kontrolować handel dalekobieżny z Północą. Chodziło pewnie o bursztyn, a może krzemień pasiasty. Wytwory ludu tej kultury znaleziono w kurhanach w Łubnej-Jakusach, ale także w Trzcinicy, słynnej Karpackiej Troi (jedna z faz konstrukcji tego grodziska ma być efektem pracy ludu Otomani-Füzesabony; śladu homeryckich pojedynków ani nolanowskich Negroidów nie stwierdzono).
Brama Północna
    Sam mur częściowo został zrekonstruowany, częściowo zaś tylko przez naukowców odkopany.
Pozostałości muru cyklopowego
    Najciekawszym punktem jest (ha, nie bez przyczyny wspominałem o Teoretykach Starożytnej Astronautyki) jest tak zwana Brama Wschodnia.
Brama Wschodnia
    Okazało się, że w sumie funkcjonowała ona tylko w najstarszej fazie istnienia osady, potem ją zamurowano (skoro mur suchy, bez zaprawy, to zastawiono kamieniami). Służyć też miała podobno nie do komunikacji, a obserwacjom astronomicznym. Konkretnie zaś wschodu Słońca. Zresztą niedaleko znaleziono różnego rodzaju artefakty, figurki, tradycyjnie przez archeologów klasyfikowane jako obiekty o znaczeniu kultowym.
Rekonstrukcja Bramy Wschodniej
    Zabawne, że Zyndram z Maszkowic – rodem z Niemiec, choć przecież rycerz polski, pod Grunwaldem walczył w pierwszej linii w chorągwi krakowskiej, na swym wiekopomnym obrazie umieścił do mistrz Jan Matejko – w herbie miał właśnie to ciało astralne. Nie ma przypadków, są znaki (między innymi tak wycyrklowałem, by wpis ukazał się na blogu w okolicach cyklicznego zjawiska astronomicznego jakim jest jesienne ekwinokcjum, w języku gminu znane jako równonoc; idzie jesień).
Zyndram z Maszkowic na robocie
    Po co górozyndramscy osadnicy zadali sobie tyle trudu by obserwować raz w roku – o ile mnie pamięć nie myli, w letnie solstycjum – wschód Słońca przez swoją furtkę? W sumie nie wiadomo – i raczej nigdy się tego nie dowiemy. Można ekstrapolować, że miało to jakiś związek z rzeczami eschatologicznymi, w końcu od tysięcy lat najsolidniejsze konstrukcje wznoszono ad maiorem gloria Dei.
Maszkowicki akropol
    A ruch ciał astralnych po niebie – i dziennym, i nocnym – interesował Ludzkość od zawsze, dopiero Galileusz popsuł przy pomocy lunety całą z obserwacji przyjemność, obdzierając ją z magicznej – boskiej – otoczki.
Zjawisko astronomiczne
    Czy natomiast na Górę Zyndrama warto się wybrać? Odpowiem tak: jazda przez całą Polskę do Maszkowic jest delikatnym przejawem fanatyzmu (ale czego się nie robi dla W. Sz. Czytelników, bułgarską Solnicatę też pro bono publico odwiedziłem, liczne przygody po drodze mając), ale jeśli się jest w okolicy (niekoniecznie li tylko by w Łącku kupić lokalny zajzajer) to warto. Jest to bowiem naprawdę ewenement jeśli chodzi o konstrukcje z Epoki Brązu na północ od Karpat. A w przesilenie letnie można sobie nawet poobserwować wschód Słońca przez zrekonstruowaną Bramę Wschodnią.
Prace archeologiczne

7 sierpnia 2026

Pub

    Był całkiem pogodny – jak na Szkocję – dzień (wszak Dundee reklamowało się jako najbardziej słoneczne miasto całej krainy) a ja akurat zdobywałem wdrapywałem się wchodziłem szedłem na górujące nad miastem wzgórze zwane Dundee Law.
Dundee Law
    Po drodze mijałem różne chynchy, RODOS-y (zgadza się, Rodzinne – czy tam Robotnicze – Ogródki Działkowe Otoczone Siatką to nie tylko polska specjalność; te szkockie są równie parchate co nasza i nic wspólnego, poza nazwą, nie mają z ową śródziemnomorską wyspą swego czasu zdobytą na Bizantyjczykach przez piratów joannitów operujących wtedy z Cypru), przedmieścia czy puby. Zgadza się, o tej ostatniej ostoi brytyjskości zapowiadałem kiedyś osobny wpis (a jak nie zapowiadałem, to miałem zamiar; obiecać to prawie jak zrobić, tu działa podobny mechanizm) i oto jest. Przynajmniej trochę. Więc kroczyłem ku szczytowi Dundee Law, gdy wtem:
    - Wejdź do nas, stary przyjacielu! - rozległ się skrzekliwy głos.
    Rozejrzałem się – nie Gandalf mnie nawoływał, a miejscowy stary Szkot. Stał oparty o framugę mijanego pubu, i zamiast fajkowego ziela palił zwykłego szluga (zdaje się, że poprawnie powinno być: i palił zwykły szlug; ech, ta nasza cudowna mowa).
    - Jak będę wracał! - obiecałem, i rzeczywiście, skoro obiecałem to na powrocie wstąpiłem na jedno piwo. Czy inne ale. Nie pamiętam, szczerze mówiąc, było to jakieś dwadzieścia lat temu.
    Pamiętam, że pub nazywał się The High Corner. Od czasu bowiem zdaje się ohydnego bufona wielkiego reformatora Henryka VIII angielskie – i szkockie potem, za Stuartów – lokale z wyszynkiem musiały mieć nie tylko nazwę, ale i widoczny szyld. Znając chciwego Tudora chodziło zapewne o jakieś podatki.
The High Corner i lokalny Szkot
    W każdym razie lokal wyglądał w środku jak typowy brytyjski pub. W tym akurat – sądząc po przekroju wiekowym klientów i wczesnej popołudniowej godzinie zwykli przesiadywać lokalni właściciele wspomnianych wyżej RODOS-ów. W prawdziwym bowiem pubie zawsze przesiadują tylko lokalsi – choć oczywiście bona fide wędrowiec zawsze jest miło przywitany, jak ja tamtego dnia. Spełnia bowiem nie tylko pub rolę miejsca do spożywania alkoholu czy zakąsek, ale jest również spoiwem lokalnej społeczności. Któregoś razu trafiłem do lokalu, w którym gromadzili się członkowie (wraz z przyjaciółmi) amatorskiego klubu sportowego. W innym pubie obok pili – i wymieniali informacje – filateliści. W kolejnym – kolejarze. Może to efekt stratyfikacji społecznej w Wielkiej Brytanii, może przywiązanie do swojego małego zakątka. U nas w Polsce raczej tak nie ma. Bary osiedlowe już wymierały kiedy dobiła je panika koronawirusowa, na wsi zaś powoli do lamusa odchodzą typowe gieesy. U mnie sklep spożywczy też już upadł – a spełniał przecież taką samą funkcję socjalizującą jak brytyjskie puby. Oto zawsze w Niedzielę po Mszy Świętej lokalni gospodarze spotykali się przy symbolicznym kieliszku wódki (kto by się tam piwem zamulał) i omawiane były najnowsze decyzje władz samorządowych, wymieniano lokalne plotki informacje oraz politykowano. Tak, wiem, w czasach telefonów komórkowych i internetów takie magle czy spelunki tracą niby rację bytu, ale – by Jove – czyż nie lepiej jest porozmawiać twarzą w twarz? Zwłaszcza, że gros informacji i emocji przekazujemy sobie w sposób niewerbalny. Koniec świata.
The World's End i Autor (foto: P. Strzelczyk)
    W Wielkiej Brytanii te małe społeczności nadal mają swoje centra integracji – powstałe oddolnie, więc nie trzeba budować jakichś świetlic czy czegoś. Z racji obecności alkoholu czy bekonu puby też skutecznie bronią się przed tym, przed czym Zjednoczonemu Królestwu pro maior pars obronić się nie udało – przed inwazją obcych kulturowo imigrantów, pochodzących głównie z dawnych brytyjskich kolonii. Cóż, przegrali imperium, to teraz mają. Nam, jak straciliśmy mocarstwową pozycję los zgotował rozbiory, Brytyjskie superpaństwo było odrobinę większe od RON, więc i dekonstrukcja musi trochę potrwać. Ot, jak mawiał angielski dramaturg z czasów przed powstaniem Imperium, to są zwyczajne dzieje.
Ye Olde Watling - zbudowany przez Sir Christophera Wrena
Ye Olde Trip To Jerusalem - podobno najstarszy pub w Anglii
    Póki co jedyną rzeczą jaka wpłynęła na funkcjonowanie brytyjskich pubów jest zakaz palenia. Moda te przyszła też do Polski, i obecnie w gastronomi nie pali się papierosów. Z jednej strony jest to ograniczenie wolności i zubożenie kultury (wystarczy sobie poczytać książki, pooglądać filmy – papieros był obecny przez kilkadziesiąt lat, do tego w okresie gwałtownego rozwoju popkultury), z drugiej... Nie, nie będzie tu epistoły o tym, że palenie tytoniu szkodzi. Jeden śp Dziadek palił kilkadziesiąt lat, dożył prawie setki, inna śp Babcia też paliła, zmarła na raka płuc (pracownik służby zdrowia – nie chcę powiedzieć, że lekarz – nie zauważył był początków nowotworu, a później było – nomen omen – za późno). Na pewno substancje wdychane nie pomagają. O tytoniu zresztą na blogu było (każdy sobie zobaczy, czy wspominałem tam także o tym, że z racji trujących właściwości papierosa nasi genialni himalaiści z Jerzym Kukuczką na czele w czasie wysokogórskich ekspedycji jarali jeden za drugim; kwestia podtrucia czadem, opowieść na inny raz).
Andy, nie Himalaje, zdobywane przez Autora bez papierosa - i bez liści koki
    Kiedy zamieszkałem w Łodzi zakaz palenia w lokalach jeszcze nie obowiązywał, i w całym mieście było tylko jedno miejsce w którym w środku się nie paliło. Był to słynny bar Anna (lokal powstał tam w 1912 roku), gdzie pili żule, studenci i pracownicy urzędu miasta (co oczywiste, nie należałem do tej trzeciej grupy). Swego czasu w pubie bytowała bowiem papuga, i dym papierosiany niezwykle ptaka drażnił, w związku z tym palący musieli opuścić główną salę. Gromadzili się w niewielkim przedsionku, gdzie – z racji dymu – słońce nigdy nie zaglądało. Przed wejściem należało więc wziąć głęboki wdech i przedrzeć się przez błękitny tuman. Oznaczało to, że i tak po wizycie w Annie człowiek śmierdział jak popielniczka. I to w sumie jest powód, dla którego, mimo żalu, zaakceptowałem zakaz palenia. Młodzież nie zdaje sobie sprawy, jak – w latach 70-tych, 80-tych czy 90-tych wszystko śmierdziało. Od mieszkań przez restauracje po środki komunikacji publicznej (przecież w pekaesach w siedzeniach były spiołki montowane). Dla węchowca, jakim jestem, była to straszna spawa (mimo, że przecież od małego człowiek wzrastał w takim środowisku). Ale to już przeszłość. Pub Anna też nie przeżył paniki koronawirusowej (i pewnie wzrostu kosztów utrzymania). Ciekawe, jaka dziś jest kondycja brytyjskich lokali. Po pandemii nie byłem.
Strefa dla palaczy na jednym ze współczesnych łódzkich dworców

17 lipca 2026

Blondel

    Mon Dieu! - jak zawołałby pewnie Ryszard Lwie Serce (po francusku, Planatageneci dopiero od Edwarda II Długonogiego vel Młota Na Szkotów, dwa pokolenia później, nauczyli się angielskiego) na wieść, że pisząc o literackich bohaterach związanych z raubritterem legendarnym królem nie wspomniałem o Blondelu z Nesle.
Literacki bohater wiązany z Ryszardem Lwie Serce
    Nie wspomniałem, bo zapomniałem, ale ów minstrel, zwany Blondelem od koloru włosów był postacią równie prawdziwą jak słynny Wilhelm Marshall, dorobkiewicz, wspaniały rycerz i ważna persona z czasów Henryka Plantageneta i jego rozwydrzonych dzieciaków (oprócz Ryszarda i Jana Bez Ziemi byli jeszcze Henryk Młody Król i Gotfryd; sroga ferajna). Dobra, trochę ubarwiam, historycy nie są pewni czy owym Blondelem był Jan I de Nesle, czy jego syn, także Jan, drugi tego imienia – obaj związani byli z Plantagenetami, obaj brali udział w krucjatach, i obaj byli trubadurami, czy tam truwerami – czyli autorami różnorakich pieśni, które to później trafiały do do repertuarów wędrownych pieśniarzy (swoją drogą ciekawe, czy naszego Anonima Gallem zwanego też by za truwera uważać można, w końcu pieśni pisał). No i raczej między bajki należy włożyć opowieść o odnalezieniu uwięzionego Ryszarda Lwie Serce przez rzeczonego Blondela za pomocą pieśni truwerskiej, znanej i królowi, i minstrelowi. Oto śpiewak wędrował od zamku do zamku, i wyśpiewywał ową piosenkę. A gdy ktoś mu nagle zza murów odpowiedział – był to niechybnie uwięziony król Ryszard. Dzięki temu wieści o nieszczęściu władcy spłynęły do starej, szczęśliwej Anglii, i dobrzy obywatele zrobili zrzutkę i wykupili umiłowanego króla. Bajka, jak mówiłem, choć faktycznie za pieniądze Anglików wykupiono utracjusza.
Jerozolima - cel każdego krzyżowca
Londyńska Tower - cel każdego Plantageneta
    W sumie nigdy nie spodziewałem się, że trafię w miejsce, gdzie więziony był król Ryszard, i gdzie właśnie odnaleźć miał go Blondel z Nesle. Mianowicie do niewielkiego naddunajskiego miasteczka Dürnstein, nad którym górują pozostałości zamku, w którym Leopold V Babenberg (zwany Pełnym Cnót, der Tugendhafte - pseudonim prawie tak dobry jak Lwie Serce Ryszarda), pan Austrii, trzymał angielskiego monarchę (kiedy już przekazał go cesarzowi Ryszard trafił do Ochsenfurt, tak, że w sumie pewności co do Dürnsteinu nie ma, ale nie mówicie tego miejscowym: Löwenherze i Blondele lampią się na turystę z co drugiego szyldu).
Zamek Dürnstein
    Nie wiem, czy Dolina Wachau, w sercu której leży Dürnstein, była wtedy równie malownicza (a zasiedlona jest od dawien dawna, jedna z sąsiednich wiosek to Willendorf, ta od słynnej neolitycznej figurki Wenus), ale dziś to prawdziwy cymes – i pewnie dlatego odwiedzałem ją już kilka razy.
Miasteczko Dürnstein
    W czasach Ryszarda Lwie Serce Krems, stolica regionu, była dla austriackich władców ważniejsza niźli Wiedeń. Do dziś zresztą ma swoje miejsce w sercach smakoszy – miasto dało bowiem nazwę jednemu z gatunków kapusty – gorczycy kremskiej (odmiana gorczycy białej, Sinapis alba - ech ci botanicy systematycy) z której to wytwarza się musztardę kremską. Co to ma wspólnego z Lwim Sercem? Zapewne sam władca mógł znać smak musztardy – pierwszy przepis na papkę z ziaren gorczycy i octu podaje już Pliniusz Starszy w swojej Historii naturalnej. Co prawda wzmianki o słynnej musztardzie z Dijon są trochę późniejsze, ale w Italii i Francji musztarda była wytwarzana przez całe Średniowiecze, choć raczej jako marynata do mięs czy przyprawa, nie wynaleziono bowiem jeszcze ohydnych parówek których smak trzeba maskować właśnie musztardą. Senfem, jak by powiedziano w obszarze niemieckojęzycznym (stąd i zynf na naszym Śląsku; na Wschodzie ów sos zwie się gorczica, ale nie wiem czy ta nazwa jest i u nas używana – w końcu słowiańska jest).
Lokalne opactwo
    No teraz będzie gadał o musztardzie – pomyśli sobie W. Sz. Czytelnik – a Dolina Wachau taka piękna. Zgadza się, piękna, polecam, barok, winnice z grüner veltinerem, morele, królicze bobki...
Słodycze z Doliny Wachau
    Cóż, skoro przy Florencji mogłem skupić się na cudownych flaczkach zamiast na nudnej włoskiej kuchni sztuce, to tu mogę co nieco o musztardzie, prawda? Zwłaszcza, że wytwarzana jest z nasion kilku gatunków roślin z rodzaju kapusta. Tak, tak, gorczyca to nic innego jak Bassica sp., kapusta. Czy wspomniana kremska, czy sarepska B. juncea (Sarepa to wioska, dziś dzielnica Wołgogradu, przecież to właśnie tam, gdy miasto zwało się Stalingradem, toczyły się krwawe walki w czasie II wojny światowej; o ile mniej krwawe byłyby konflikty, gdyby zamiast o Lebensraum walczono o smak musztardy – ja osobiście od sarepskiej bardziej wolę słodką bawarską). Kapustą jest też przecież cudownie oleisty rzepak B. napus. Albo rzepa B. rapa – archetypowe warzywo, którym w formie podgniłej obrzucano, przynajmniej w filmach, średniowiecznych skazańców; kultywarem rzepy jest kapusta pekińska. A ile form ma kapusta liściasta B. oleracea? Głowiasta, brokuł, kalafior, brukselka, jarmuż...
Kapuściane pole
    Piękne. Jeden z moich ulubionych rodzajów roślin. Drugim jest Allium sp., czosnek (czyli też cebula albo por, albo wiele innych cudnych smakołyków). Ale to innym razem. Na razie niech W. Sz. Czytelnik przetrawi rewelacje o kapuście. A co do Ryszarda Lwie Serce i Doliny Wachau, to chyba wypadałoby wyjaśnić skąd się tu wziął jako braniec księcia Leopolda V Cnótpełnego. Ale to w następnym wpisie, bo to grubsza sprawa. Zaczyna się ona w Ziemi Świętej, gdzie Ryszard i Leopold przybywają z wojskami III krucjaty (po odbiciu z rąk Bizancjum Cypru). Do samej Jerozolimy, jak wszyscy wiemy, krzyżowcy nie docierają, sam Ryszard robi bardachę, zapada na zdrowiu, a egipski sułtan Saladyn, słynny muzułmański przeciwnik krzyżowców, przysyła Plantagenetowi, by szybciej do sprawności doszedł pełne witamin owoce z rodzaju Prunus – czyli śliwa. Mogły to być brzoskwinie (P. perscia) albo morele (P. armenica) – oba gatunki pochodzą z Dalekiego Wschodu, na Bliski trafiły już w Starożytności, do Europy (także do mojego ogrodu) dużo później. Fabularnie bardziej mi pasuje, żeby al-Malik an-Nasir Salah ad-Dunja wa-ad-Din Abu al-Muzaffar Jusuf ibn Ajjub ibn Szazi al-Kurdi (oryginalne miano Józefa a.ka Saladyna) przysłał morele, bo te na potęgę dziś uprawiane są w Wachau (po niemiecku morela to Aprocot, ale w miejscowym dialekcie Marille), a zużywane nie tylko na smaczne likiery, ale i – zgodnie z najlepszymi kulinarnymi tradycjami, znanymi także u nas – jako dodatek do mięs. Można też zjeść na surowo.
Morela. Albo brzoskwinia.

5 czerwca 2026

Perły północnej Anglii

    Następnym przystankiem na mojej drodze było Newcastle-upon-Tyne, miasto znane z Alana Shearera, snajpera reprezentacji Anglii (bo Szkocję już opuściliśmy) i miejscowych Zjednoczonych FC oraz brata Wilhelma, bohatera genialnego Imienia Róży. Dla mnie istotne było, że miejsce to stanowiło punkt wypadowy na słynny Wał Hadriana, ów rzymski odpowiednik Chińskiego Wielkiego Muru. Skoro już musiałem (jak pisałem) wracać ze Szkocji drogą lądową, postanowiłem obejrzeć ową wspaniałą konstrukcję (o której na blogu troszkę też już było). W każdej jednak podróży najważniejsza jest regeneracja sił – Wał Hadriana ma kilkadziesiąt kilometrów długości. Do Newcastle przybyłem późnym wieczorem, rano miałem wyruszyć na rzymskie ruiny. Hotelu szukać nie chciałem – stwierdziłem, że na te kilka godzin się nie opłaca (tak stwierdziłem przed podróżą – w trakcie ciężko było to skorygować, wszak internety były w powijakach, i tylko stacjonarnie; kto to o smartfonach słyszał). Kimnę się chwilę na olbrzymim miejskim dworcu. Niestety, teoria często nie idzie w parze z praktyką. Okazało się, że dworzec jest na tych kilka nocnych godzin zamykany, więc volens nolens ponaglany przez ochroniarza zarzuciłem swój dobytek na plecy i ruszyłem w nocne miasto. Brzmi jak początek niezłej przygody – ale byłem mocno zmęczony, skąpy i zdeterminowany wczesnym rankiem wyruszyć na Wał Hadriana. Tym nie mniej centrum żyło. Kiedym przechodził obok jednego z pubu wysypała się zeń banda pijanych Angoli. Mimo nocy rzucałem się w oczy. Jako, że ciągnęło chłodem od rzeki byłem dość szczelnie odziany, spod kaptura wystawał mi tylko marznący noc. Anglicy spojrzeli na mnie – z plecakiem pewnie bym im nie uciekł – jeden z nich wskazał palcem i krzyknął:
    - Eskimo!
    Po czym cała banda zaczęła śpiewać:
    - E-ski-mo-o o o!
    Wzruszyłem ramionami i oddaliłem się spokojnym krokiem – ciągnąc za sobą rozśpiewaną grupę. I tak wędrowaliśmy kilka ładnych minut przez centrum, aż w końcu śpiewacy ochrypli, zmęczyli się i sobie poszli. A ja dotarłem do dawnych, średniowiecznych fortyfikacji miejskich.

Eskimo i średniowieczne mury Newcastle - selfie bez selfiesticka

    Potem – skoro i tak nie spałem – poszedłem zdobyć miejscowy zamek. Tam zaskoczyły mnie dwie rzeczy. Pierwsza – o której kiedyś zdaje się wspominałem – to zamkowy stołb. Wyglądał jak żywcem wzięty z cudownej gry strategicznej Age of Empires II. Tak, wiem, pozycja to bardzo wiekowa, ale nadal grywalna. Kilka zachodnioeuropejskich nacji miało właśnie zamek w kształcie tegoż stołbu. Polecam. Drugą zaskakującą rzeczą był stosunek brytyjskich urbanistów i architektów do własnej historii. Oto bowiem przez teren zamku biegła estakada jakieś drogi szybkiego ruchu. W pylony wbudowane były na przykład resztki zamkowych wież. Dla mnie było to – i jest – niepojęte. Taki przesadny utylitaryzm. I chyba głupota. O, mam – ślepy kult nowoczesności.

Zamek w - nomen omen - Nowym Zamku

    Równie nowocześnie wyglądały nabrzeża Tyne, i te w Newcastle, i te w Gateshead na drugim brzegu rzeki. Zwłaszcza o poranku.

Nabrzeża Newcastle
Gateshead o poranku

    Zupełnie inne wrażenie zrobiło na mnie leżące przy drugim końcu Wału Hadriana Carlisle. Przede wszystkim miało ono potężny i niezniszczony zamek. Warownię właściwie. Oraz vibe sennego miasta powiatowego. Powiedzmy – Tomaszowa Mazowieckiego (naprawdę, takie porównanie przyszło mi wtedy do głowy).

Centrum Carlisle

    Ludzi było jak na lekarstwo, spytać się o cokolwiek – nijak. W końcu jednak natrafiłem na gang młodocianych rowerzystów. Znaczy się: grupkę dzieciaków na rowerach uprawiających dzieciństwo na ulicach. Chłopaki – ciut starsi od pijanych w sztok dziewczynek z Edynburga, trzeźwi – okazali się Polakami. Bez problemów wskazali jakiś lokal z jedzeniem. Znaczy się, knajpkę serwującą słynne fish and chips. Danie prymitywne jak cała brytyjska kuchnia (nie no, czasem potrafią rybę zrobić, weźmy takiego Arbroath smokie, wędzonego łupacza z Morza Północnego serwowanego we wspominanym już przeze mnie – choć ciągle zbyt mało – szkockim Arbroath), ale tanie oraz zapewniające odpowiednią dawkę cholesterolu, soli i spalonego oleju. Sprzedawca – Brytyjczyk – był całkiem uprzejmy, pewnie niezbyt często gościł w swoim lokalu turystów. Atmosfera siadła gdy powiedziałem mu, że jestem nie tyle/nie tylko turystą, ale i wracam z pracy. Konwersacja się skończyła, choć powstrzymał się od wyrzucenia mnie z lokalu. Ale miał na to ochotę. Ot, taka to otwartość na Zachodzie była wtedy. W każdym razie – zjadłem i ruszyłem w dalszą drogę: Londyn, Dover, Dunkierka, Berlin. Ale to już całkiem inna historia, choć białe skały Albionu naprawdę robią wrażenie.

Białe skały Dover

    Właściwa historia odbywa się bowiem między Newcastle a Carlisle, którędy to biegnie ów Wał Hadriana. I gdzie w końcu przydał mi się ten makrozoobentos.

Wał Hadriana

    Tymczasem, na koniec tego wpisu, jeszcze jedna uwaga dotycząca Carlisle. Językowa. Oto bowiem złapałem lokalny busik, wsiadłem i zapragnąłem kupić bilet do Carlisle. Powiedziałem pewnie coś w stylu "Karisle". Kierowca popatrzył na moją żytnio-ziemniaczaną twarz, niezbyt pasującą do brytyjskiego typu urody, i kiedy już domyślił się o jaką destynację mi chodzi poprawił:
    - Ka'ajl?
    - Tak, Kaalaj – zgodziłem się – Jeden bilet.
    A tytułowe Perły północnej Anglii? Cóż. Niech będzie Angel of North zamiast nich.

Angel of North - sztuka nowoczesna na szkocko-angielskim pograniczu

Najchętniej czytane

Piwny książę

     Poprzedni wpis mógł wyglądać jak apoteoza spożywania alkoholu w warstwach rządzących, ale jest to oczywista nieprawda, wszak ustawa o...