Tłumacz

23 października 2026

Piwny książę

    Poprzedni wpis mógł wyglądać jak apoteoza spożywania alkoholu w warstwach rządzących, ale jest to oczywista nieprawda, wszak ustawa o zapobieganiu alkoholizmowi z roku 1982 jasno zakazuje takich działań (znaczy, ogólnie zakazuje, bo wtedy jeszcze nie było internetów, była zima i wojna polsko-jaruzelska Stan Wojenny). Niemniej Der Meistertrunk rzeczywiście ocalił miasto.
Der Meistertrunk z Rothenburga nad Trauerem
    W historii Polski mamy zresztą liczne przykłady rządzących, którym alkohol zdecydowanie nie wyszedł na zdrowie. O jednym z nich wspominałem przy okazji opowiastki o kanonizowaniu polskiego piwa przez Klemensa VIII. Chodzi oczywiście o Leszka Białego, udatnego Piasta, który namawiany przez papieża do udziału w krucjatach wymówił się twierdząc, że pija jedynie właśnie piwo (wtedy jeszcze niekanonizowane przecież), a tego w Ziemi Świętej nie uświadczysz (obecnie jest, i to nawet importowane z Polski, organoleptycznie sprawdziłem to kiedyś w gieesie w Tel Awiwie czy tam innej Jaffie). Zamiast więc odbijać Jerozolimę poczciwy książę konałby z pragnienia w gorącym klimacie pustyń Syro-Palestyny. Albo w cedrowych lasach gór Libanu. Nieistotne. W każdym razie Leszkowi odpuszczono i mógł zostać na ojcowiźnie, włączając się w wir walk o tron krakowski (który zresztą zdobył, kładąc definitywnie kres zasadom przejmowania władzy w Polsce wytyczonych przez Bolesława Krzywoustego). Swoją drogą leszkowy krewniak, Bolesław Wysoki, na krucjatę wyruszył. Może nie miał co innego do roboty, wszak czasowo z ojcowej dziedziny był wywłaszczony, niemniej wyprawa przyniosła mu sławę w oczach cesarza Konrada III, a rycerski mir w oczach następcy, Fryderyka Barbarossy, ugruntował wygrywając w imię władcy Świętego Cesarstwa Rzymskiego pojedynek rycerski pod murami Mediolanu.
Jerozolima
    Leszek Biały, jak pisałem, w kraju został, zdobył krakowski tron, aż w końcu drogi zawiodły go do Gąsawy. Zresztą nie tylko jego – na zjazd piastowskich książąt przybyli Konrad I mazowiecki czy syn Bolesława Wysokiego (niedługo po zwycięstwie w Mediolanie odzyskał dzielnicę ojca, Władysława Wygnańca) Henryk Brodaty. Piastowicze w serdecznej atmosferze mieli przysiąść i omawiając palące problemy radzić co dalej z tą Polską. Słowiańskim zwyczajem książęta przysiedli sobie w bani (czyli saunie), i chłostając się brzozowymi witkami rozpoczęli obrady. Koncepcja zjazdów władców istnieje od tysięcy lat, wymaga jednak pewnej bardzo ważnej rzeczy: odpowiedniego zabezpieczenia. W przeciwnym razie udany zamach terrorystyczny może dokonać naprawdę wiele złego. Na zjeździe w Gąsawie taka okazja nadarzyła się właśnie w czasie kąpieli książąt w saunie – byli tam właściwie bezbronni – ani miecza, ani tarczy. Brzozowa witka używana do chłosty w bani nie jest uznawana za szczególnie efektywną broń.
Kościół w Gąsawie - na tym miejscu świątynia stała już w czasach Leszka Białego
    Wbrew przewidywaniom tym razem to nie Niemcy napadli na polskich książąt (odbili to sobie kilkadziesiąt lat później mordując króla Przemysła II). Piastowicze mieli wrogów na Pomorzu (Świętopełk II Wielki wiele robił by zrzucić polską zwierzchność), morderców mógł nasłać też Władysław Odonic, książę na zjazd niezaproszony (albo każdy inny z Piastów tamtego czasu). W wyniku ataku Henryk Brodaty został ciężko ranny (nie zginął dzięki poświęceniu jednego z własnych rycerzy, książęcy bodyguard poniósł śmierć) a Leszek Biały, zapewne zawołany kawalkator, goły jak go Pan Bóg stworzył począł uciekać konno. Siepacze ruszyli za nim w pogoń. I, co wiemy z historii, dopadli go obok wioski Marcinkowo Górne, kilka kilometrów od Gąsawy. Każdy kto przejeżdża tamtędy – na przykład do Wenecji (tej koło Żnina, rzecz jasna, ale technicznie można tamtędy jechać do Włoch) lub do Biskupina – zobaczyć może wspaniały pomnik, przedstawiający moment śmierci księcia, gdy przeszyty kilkoma strzałami spada z konia.
Śmierć Leszka Białego
    Pomnik (nie dodałem, że kopia, oryginał zniszczyli Niemcy) jest jak najbardziej wzruszający, ale mało kto wie, że nie stoi on wcale w miejscu śmierci Leszka. To jest całkiem niedaleko, może półtora kilometra, może trochę więcej od okazałego monumentu. Mianowicie należy zjechać z głównej drogi, a wkrótce i z asfaltu. Znakiem rozpoznawczym będzie stojąca w środku pola aleja potężnych drzew.
Droga do pomnika
    W. Sz. Czytelnik domyśla się już, że prowadzi ona do prawdziwego miejsca tragedii z XIII wieku. Ba. Na końcu alei znajduje się nawet niewielki obelisk – trzeba mu przyznać, że nieco zaniedbany i kruszący się.
Miejsce śmierci Leszka Białego
    Ale jest. I jeszcze ten biały pomnik. W kraju w którym nie umiemy w pokazywanie historii (o promocji nawet nie wspominam, choć na blogu często nad tym jojczę) to naprawdę ładny głaz sprawa wspaniała.
Kopia przedwojennego pomnika w Marcinkowie - oryginał zniszczyli Niemcy, no bo kto
    Tak więc podsumowując ten i poprzedni wpis, to alkohol jednak – w ostatecznym rozrachunku szkodzi. Choć, z drugiej strony, jeśli opowieść o śmierci Leszka Białego czyta akurat ktoś niezbyt ortodoksyjnie traktujący sprawy higieny osobistej (nie mówię o hipisach, może to być na przykład Ludwik XIV, słynny Król Słońce, który – wliczając chrzest – w czasie swojego kilkudziesięcioletniego życia kontakt z wodą miał zaledwie 7 razy, dane mogą być przesadzone) może dojść do przekonania, że częste mycie skraca życie (Ludwik XIV żył 72 lata).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Najchętniej czytane

Piwny książę

     Poprzedni wpis mógł wyglądać jak apoteoza spożywania alkoholu w warstwach rządzących, ale jest to oczywista nieprawda, wszak ustawa o...