Tłumacz

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niebezpieczeństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niebezpieczeństwo. Pokaż wszystkie posty

3 lipca 2026

Książę Złodziei: Azeez

    We wpisie o Wale Hadriana (nie w tym o wale na wale, tylko o podróży z Newcastle do Carlisle) wspominałem o słynnym rosnącym podle muru klonie jaworze – i czas przeszły jest tu jak najbardziej uzasadniony, drzewo bowiem już nie istnieje, W przeciwieństwie do naszego – dużo starszego – dębu Bartka.
Dąb Bartek
    Ów nielegalnie wycięty Acer pseudoplatanus wziął udział – kiedy jeszcze go nielegalnie nie wycięto – w całkiem niedawnej produkcji filmowej z 1991, mianowicie Robin Hoodzie – Księciu Złodziei. Tak, to ten film (wspaniale sparodiowany przez pochodzącego - po rodzicach - z terenów dawnej Rzeczypospolitej Melvina Kaminsky'ego vel Mela Brooksa) z Kevinem Costnerem, Morganem Freemanem i mdłymi pościelówkami Bryana Adamsa. Pod tym drzewem Robin z Locksley (Costner) sprawia łomot żołdakom szeryfa z Nottingham (przypominam, genialny Alan Rickmann), podczas gdy Apsik Azeez (Freeman) oddaje się charakterystycznej muzułmańskiej modlitwie. To chyba zresztą jedyny raz, gdy się w filmie modli, potem jakoś uznano sprawę wiary i religii za dość nieistotną, bo przecież parodia ślubu pod koniec filmu właściwie się nie liczy. Ktoś powie, że postać Murzyna (wolę to przepiękne polskie określenie, niż bardziej opisowe "czarnoskóry") w średniowiecznej Anglii jest strasznym przegięciem, ale przy tym, co się dziś od...lemparca w filmach i serialach to jest to całkiem niewinna sprawa. Do tego postać jest całkiem logicznie wprowadzona, ot przybywa z Bliskiego Wschodu. Co z kolei jest możliwe. Jeszcze sto lat wcześniej Normanowie regularnie pływali od Afryki po Morze Kaspijskie (zahaczając o – tribute dla Bryana Adamsa – Kanadę). Podobno Bagdad pełen był słowiańskich niewolników. Na Wyspy Brytyjskie Murzyni w Średniowieczu mogli trafić także z Półwyspu Iberyjskiego, który to wspólnie z Berberami i Arabami zajmowali jakieś 700 lat. Palomides, jeden z rycerzy Okrągłego Stołu był wszak czarnym Maurem (i królem, i pogromcą bestii, i chrześcijańskim neofitą – jak twierdzą legendy). Tak więc postać Azeeza broni się, w przeciwieństwie do obecnych nagięć historii. Zwłaszcza, że w Anglii – wiele lat po premierze filmu – odnaleziono (pewnie robiąc miejsce pod parking, jak było z Ryszardem III; przypomniało mi się – jednak deweloper osiedle stawiał) nieźle zachowany szkielet mężczyzny o wyraźnie negroidalnych cechach. Tak, bowiem badając szkielet sprawny antropolog jest w stanie określić nie tylko jedną z dwóch płci, rasę, wiek, przyczynę zgonu, zawód... Kształtu nosa i uszu się nie da, bo chrząstki rzadko się zachowują. Gdzie odnaleziono owego – dobrze sytuowanego – Murzyna? Otóż w jednym z najważniejszych dawnym miast Anglii – przepięknym Yorku, A raczej w Eboracum, bo szkielet pochodził z czasów późnorzymskich. Są więc szanse, że był ów pan zacnym przedstawicielem chrześcijańskiej społeczności w północnej Anglii, w tym ważnym rzymskim mieście. Na tyle ważnym, że (wedle średniowiecznych przekazów, więc trudno brać to za aksjomat) stąd pochodziła święta Helena (Turboceltowie powiedzą Elaine), matka Konstantyna Wielkiego, tu też zmarł jego ojciec, cesarz Konstancjusz I Chlorus.
Pozostałości Eboracum i katedra w Yorku
    Niestety, regres Imperium Romanum na zachodzie Europy sprawiły, że dziś w USA mamy Nowy York, a nie Eboracum Novum.
Nowy Jork
    Murzynów do Yorku – Jorvika – mogli też przywieźć z łupieżczych wypraw na Hiszpanię Normanowie, którzy w Średniowieczu zajęli sporą część Brytanii – było to duńskie Danelaw. Co prawda anglosaski król Alfred Wielki z Wessexu nieco ich pogonił, i nie stworzyli tu drugiej Normandii, ale związki z macierzą były na tyle silne, że wnuk siostry Mieszka I Świętosławy, Kanut Wielki Anglię wziął i opanował był (królowi Haraldowi Haaradraa z Norwegii to się nie udało, Wilhelmowi Bękartowi z Normandii już tak).
Pozostałości normańskiego domu w Jorviku
    Ja do Yorku wkraczałem przez wspaniałą średniowieczną bramę – ma bowiem miasto nie tylko wspaniale zachowane mury miejskie, ale i – co nieczęste w Brytanii – stare miasto.
Brama Yorku
    Wiadomo, góruje nad nim wspaniała gotycka katedra, którą trzeba odwiedzić.
Angielski gotyk
    A także The Shambles, po naszemu ulica Rzeźnicka, podobno jedyna całkowicie średniowieczna (zachowana) uliczka w całej Anglii. Pojawia się - taka mała ciekawostka - na jednej z plansz w niesamowitej grze komputerowej Age of Empires II.
Średniowieczna uliczka
    Nie będę ukrywał, że miasto mnie właśnie tym Średniowieczem urzekło – nawet jeśli ów negroidalny szkielet pochodził ze Starożytności. Polecam odwiedzić każdemu – chyba, że akurat, W. Sz. Czytelniku, jesteś Szkotem. I wkraczając w obręb murów miejskich masz ze sobą łuk. Wtedy bowiem – jak chce dawne prawo (mam nadzieję, że ci ohydni moderniści, nowocześniacy psujący na wszystko co piękne, go nie odwołali) – takiegoż Szkota w łuk uzbrojonego w obrębie starówki można bezkarnie zabić. To zapewne efekt najazdów na miasto w czasach – skoro już jesteśmy przy kinematografii – ukazanych w fimie Braveheart z Melem Gibsonem. Cóż, skoro Amerykanin gra Anglika, to Australijczyk może Szkota.
Stare miasto w Yorku
    A może to próba utrzymania przez średniowiecznych Anglików monopolu na wyspiarskie łucznictwo? Wszak już w Średniowieczu każdy Anglik miał co tydzień praktykować łucznictwo (nic dziwnego, że Robin Hood właśnie tą bronią włada najlepiej). Hitem były słynne długie łuki, zbudowane z drewna cisowego. Siały one prawdziwe spustoszenie na polach bitew Wojny Stuletniej, choć miały pewną wadę: oto długotrwałe używanie tej zabójczej broni powodowało trwałe zmiany w budowie szkieletu, i wytrawny archeolog od razu rozpozna pośród innych szkieletów ten należący onegdaj do Anglika czy Walijczyka szyjącego z łuków do Francuzów czy Szkotów.
Typowy angielski łucznik z okolic Nottingham
    Sam cis, Taxus baccata, to długowieczne drzewo (w Polsce są osobniki mające ponad 1000 lat), rosnące jednak niezwykle wolno (dzięki temu drewno nadaje się na łuki), stąd już w Średniowieczu traktowano je jako zasób strategiczny. W Polsce na przykład oficjalnie jest chroniony od 1425 roku – przebywając w mojej rodzinnej Warcie Władysław Jagiełło (lubiący po okolicy się włóczyć) wydał stosowny dekret.
Pozostałości dworu w Brodni, powstałego na reliktach jednej z ulubionych siedzib Władysława Jagiełły
    Na koniec uwaga. Cis jest rośliną niezwykle silnie trującą, choć osnówki – te czerwone otoczki nasionek, cis, jako roślina nagonasienna nie wytwarza przecież owoców – są słodkie i jadalne. Nie należy jednak połykać nasion. Ani żuć igliwia.
Toksyczne cisy na cmentarzu wojsk okupacyjnych w Polsce

26 czerwca 2026

Co za dużo to niezdrowo

Napisałem epistołę o tym smutnym mundialu, ale moje wrażenia po pierwszych dwóch kolejkach jeszcze się pogorszyły (zwłaszcza bo burzy nad Filadelfią - tą w USA, nie tą na blogu już opisywaną) - więc jak kto chce, to sobie wpis przeczyta, a jak nie - to na końcu są uwagi i dąsy w punktach

    
W sumie miałem o tegorocznych Mistrzostwach Świata w piłce nożnej nie pisać – wszak na blogu o mundialu, tym poprzednim, sprzedajnym w Katarze, było (wspominałem któregoś razu także o międzynarodowych rozgrywkach żeńskich, ale – z całym szacunkiem dla zawodniczek – to całkiem inna dyscyplina sportu, różniąca się od męskiej piłki nawet bardziej niż nasza Ekstraklasa; didaskalia: w zeszłym sezonie grało w niej dwóch mistrzów Świata) – ale wymiękłem. W końcu na blogu teraz wpisy o Anglii, a ta, jak wiadomo, jest kolebką nowożytnego futbolu, w niecywilizowanych rejonach Świata zwanego soccerem. W ichni futbol, wbrew nazwie, nie gra się nogami.
Miejsce, gdzie futbol zwie się soccerem
    Poza tym tutaj było o tym najbardziej egalitarnym ze sportów jeszcze kilka razy. W końcu każdy chyba raz w życiu blazę kopnął, nawet Autor bloga. I nie tylko na podwórku, ale i raz udało się wystąpić w reprezentacji szkoły podstawowej. Może tylko do przerwy (niczym legendarny futbolista Al Bundy, zdobywca czterech przełożeń w jednym meczu – to coś takiego jak gol w normalnych sportach), i bez sukcesów (stąd najwyraźniej tylko do przerwy), ale zawsze.
    W każdym razie – jest to sport fascynujący, w którym każdy może marzyć, żeby zostać prawdziwą gwiazdą. Legendą.
Marzenia o wielkości
    A przynajmniej był. Bo – teraz wyjdzie ze mnie stary dziad i malkontent – bo jest tego wszystkiego za dużo. Jakiś czas temu okazało się, że piłka nożna wspaniale nadaje się do zarabiania pieniędzy. I zaczęło się.
    Pomijam piłkę klubową, w której przecież też międzynarodowe rozgrywki rozrosły się do gargantuicznych rozmiarów, obdzierając je z mistycyzmu. Przesyt takich gier sprawia, że powszednieją, zwyczajnie nie czeka się na pojedynek Realu z Bayernem - bo za chwilę będzie następny.
Ikona futbolu klubowego
    To samo – choć może troszkę inaczej – zrobiono z rozgrywkami międzynarodowymi. A tegoroczny mundial jest tego najlepszym przykładem. Pomijam już fakt, że meczy jest zwyczajnie zbyt dużo by je wszystkie ogarnąć, ale liczba drużyn sprawia, że rozrywki tracą swoją elitarność. Owszem, na turniej zawsze awansowały egzotyczne drużyny, ale to właśnie nadawało uroku całej sprawie, a tu w oczekiwaniu na pojedynek gigantów mamy masę anonimowych gier (z oprawą godną wiejskiego festynu, tylko bilety horrendalnie drogie), zupełnie jak we wstępnych rundach pucharów klubowych. Wspominałem przecież kiedyś, jak w Limie spotkałem Peruwiańczyka, który na wieść o tym, że jestem z Polski od razy zakrzyknął:
    - Cinco uno! Pięć jeden!
    To oczywiście wynik meczu, jakim w 1982 roku zakończył się mecz Polska – Peru. Porażka dotkliwa, ale do przerwy było po 0. O tym się pamięta. Bo awans na mistrzostwa w założeniu już miał być wielką sprawą – wszak nawet najwięksi musieli się przez eliminacje przebijać. Teraz nie jest – skoro z racji liczby drużyn awans wywalczyły kraje takie jak Uzbekistan czy Republika Zielonego Przylądka. Albo zależne od Królestwa Niderlandów Curacao. Nie to, żeby coś miał do tej karaibskiej wyspy – w tamtej części Świata jeszcze nie byłem, choć zwrotnikowe plaże nie są mi obce – ale jakie emocje może wywoływać mecz tej trzeciej czy czwartej reprezentacji Holandii na mundialu? No właśnie.
Typowa tropikalna plaża
    Do tego emocje związane z mundialem osłabia brak awansu reprezentacji Polski. Do tak licznego grona. I to jest dopiero przykre. Nie są to czasy, w których polscy zawodnicy grzali ławę w drużynach 2. Bundesligi. Gros zawodników – nie tylko bramkarzy – gra w czołowych ligach Europy, w czołowych zespołach, w pierwszych składach. Karierę dogrywa – końcowy akord osłodzą mu, po odejściu z FC Barcelona, albo arabskie petrodolary, albo te zwykłe, z MLS, z największego polskiego miasta na Świecie, Chicago (ta druga opcja piłkarsko jest chyba lepsza, wielki Messi sobie tu kopie, i nie zmęczony sezonem w dwóch pierwszych meczach Argentyny zrobił różnicę) – jeden z najwybitniejszych piłkarzy ostatnich kilku lat na Świecie, a tu lipa. Naprawdę, brak awansu na ten przeładowany drużynami turniej to sprawa haniebna (tymczasem Włosi nie awansowali któryś raz z rzędu – tym razem odpadli po karnych z Bośnią i Hercegowiną dwóch na jednego to banda łysego).
Strefa kibica we Włoszech w czasie międzynarodowego turnieju
    Może też tak być, że to syndrom czegoś gorszego – opadnięcia reprezentacji w przeciętniactwo. Niby co chwila pojawia się jakiś nowy talent, ale na 35-milionowy kraj to i tak są jakieś promile. Ot, po prostu kultura fizyczna jako element kultury masowej u nas nie istnieje - boiska, po których w tłoku biegałem za dzieciaka dziś zarosły trawą. Stąd problemy we wszystkich sportach. No, pewnie w prawie wszystkich, taka siatkówka, w której istnieje plan szkolenia i sukcesy na razie funkcjonuje, ale ciekawe jak długo.
Sport z sukcesami
    Ech. Całkiem niepotrzebny ten wpis. Ale trochę mi się ulało z nadmiaru tego całego mundialu. Bo wiadomo, co za dużo to nie zdrowo. Ale prawda jest taka – kilka meczy już obejrzałem, a i jeszcze parę zobaczę, ale nocek (ech, te strefy czasowe) zarywać nie mam zamiaru. Natomiast nie interesuje mnie kto wygra. Choć miło by było, gdyby nie byli to Niemcy.
    Dobra, wracam do podróży przez Anglię, ale już nie powiązaną z makrozoobentosem, jak te kilka ostatnich wpisów.
Symbol Anglii

Obiecane na początku wpisu podsumowanie moich uczuć do Mistrzostw Świata:
Pierw plusy, bo i takie są:
- ukrócenie symulek; zmiana przepisów sprawiła, że kopacz nie zwija się już na murawie jakby umierał, tylko po męsku wstaje i gra dalej.
- Można zobaczyć wielu egzotycznych piłkarzy.
- Było już kilka (choć może to zbyt górnolotne określenie) niezłych meczów. Może od 1/8, gdy już słabeusze odpadną, to się zmieni.
Nie może być jednak tak, by te plusy przysłoniły nam minusy:
- Można zobaczyć wielu egzotycznych piłkarzy. Którzy odstają poziomem. I to widać po wysokich wynikach (do tej pory poziomem odstawali tylko sędziowie z egzotycznych krajów - i tu akurat nic się nie zmieniło).
- Masa słabych meczów pomiędzy słabymi drużynami - nie dość, że za dużo i nie w Bożych godzinach, to jeszcze niezwykle usypiające to widowiska. "Widowiska" właściwie.
- Jako, że odpadają tylko naprawdę najsłabsi, czołowe drużyny pełne przemęczonych gwiazd często grają w chodzonego, co powoduje kolejną falę słabych spotkań (skorzystali na tym chłopaki z Wysp Zielonego Przylądka).
- Kiedy ci lepsi zaczynają grać mecze zamieniają się w jednostronną rzeź, co w sumie też jest nudne. Stąd hokejowe wyniki.
- Na hokeju kibice w Kanadzie i USA znają się lepiej, więc widownia czasem przypomina tekstury ze starych gier komputerowych.
- Olbrzymie odległości między miastami, więc wiadomo, że ta cała "ekologia" to pic na wodę, chodzi tylko o pieniądze.
- Przerwa hydratacyjna. No, na reklamy. Bo dukat się musi zgadzać. Na poprzednich mundialach w Meksyku czy USA nie było czegoś tak durnego (a dziś część stadionów jest klimatyzowana), a Kanada bardziej słynie z zapachu śniegu i żywicy niż upałów, więc jest to rzecz zbędna. Do tego rozbija widowisko oraz wytrąca z uderzenia drużyny.
- Strach przed burzą spowodował przerwanie meczu na dwie godziny. Słabo.
- Na koniec: o gustach głupio dyskutować, ale oprawa naprawdę jest jarmarczna.

Miłego oglądania. Argentyna, Francja albo Hiszpania.

5 czerwca 2026

Perły północnej Anglii

    Następnym przystankiem na mojej drodze było Newcastle-upon-Tyne, miasto znane z Alana Shearera, snajpera reprezentacji Anglii (bo Szkocję już opuściliśmy) i miejscowych Zjednoczonych FC oraz brata Wilhelma, bohatera genialnego Imienia Róży. Dla mnie istotne było, że miejsce to stanowiło punkt wypadowy na słynny Wał Hadriana, ów rzymski odpowiednik Chińskiego Wielkiego Muru. Skoro już musiałem (jak pisałem) wracać ze Szkocji drogą lądową, postanowiłem obejrzeć ową wspaniałą konstrukcję (o której na blogu troszkę też już było). W każdej jednak podróży najważniejsza jest regeneracja sił – Wał Hadriana ma kilkadziesiąt kilometrów długości. Do Newcastle przybyłem późnym wieczorem, rano miałem wyruszyć na rzymskie ruiny. Hotelu szukać nie chciałem – stwierdziłem, że na te kilka godzin się nie opłaca (tak stwierdziłem przed podróżą – w trakcie ciężko było to skorygować, wszak internety były w powijakach, i tylko stacjonarnie; kto to o smartfonach słyszał). Kimnę się chwilę na olbrzymim miejskim dworcu. Niestety, teoria często nie idzie w parze z praktyką. Okazało się, że dworzec jest na tych kilka nocnych godzin zamykany, więc volens nolens ponaglany przez ochroniarza zarzuciłem swój dobytek na plecy i ruszyłem w nocne miasto. Brzmi jak początek niezłej przygody – ale byłem mocno zmęczony, skąpy i zdeterminowany wczesnym rankiem wyruszyć na Wał Hadriana. Tym nie mniej centrum żyło. Kiedym przechodził obok jednego z pubu wysypała się zeń banda pijanych Angoli. Mimo nocy rzucałem się w oczy. Jako, że ciągnęło chłodem od rzeki byłem dość szczelnie odziany, spod kaptura wystawał mi tylko marznący noc. Anglicy spojrzeli na mnie – z plecakiem pewnie bym im nie uciekł – jeden z nich wskazał palcem i krzyknął:
    - Eskimo!
    Po czym cała banda zaczęła śpiewać:
    - E-ski-mo-o o o!
    Wzruszyłem ramionami i oddaliłem się spokojnym krokiem – ciągnąc za sobą rozśpiewaną grupę. I tak wędrowaliśmy kilka ładnych minut przez centrum, aż w końcu śpiewacy ochrypli, zmęczyli się i sobie poszli. A ja dotarłem do dawnych, średniowiecznych fortyfikacji miejskich.

Eskimo i średniowieczne mury Newcastle - selfie bez selfiesticka

    Potem – skoro i tak nie spałem – poszedłem zdobyć miejscowy zamek. Tam zaskoczyły mnie dwie rzeczy. Pierwsza – o której kiedyś zdaje się wspominałem – to zamkowy stołb. Wyglądał jak żywcem wzięty z cudownej gry strategicznej Age of Empires II. Tak, wiem, pozycja to bardzo wiekowa, ale nadal grywalna. Kilka zachodnioeuropejskich nacji miało właśnie zamek w kształcie tegoż stołbu. Polecam. Drugą zaskakującą rzeczą był stosunek brytyjskich urbanistów i architektów do własnej historii. Oto bowiem przez teren zamku biegła estakada jakieś drogi szybkiego ruchu. W pylony wbudowane były na przykład resztki zamkowych wież. Dla mnie było to – i jest – niepojęte. Taki przesadny utylitaryzm. I chyba głupota. O, mam – ślepy kult nowoczesności.

Zamek w - nomen omen - Nowym Zamku

    Równie nowocześnie wyglądały nabrzeża Tyne, i te w Newcastle, i te w Gateshead na drugim brzegu rzeki. Zwłaszcza o poranku.

Nabrzeża Newcastle
Gateshead o poranku

    Zupełnie inne wrażenie zrobiło na mnie leżące przy drugim końcu Wału Hadriana Carlisle. Przede wszystkim miało ono potężny i niezniszczony zamek. Warownię właściwie. Oraz vibe sennego miasta powiatowego. Powiedzmy – Tomaszowa Mazowieckiego (naprawdę, takie porównanie przyszło mi wtedy do głowy).

Centrum Carlisle

    Ludzi było jak na lekarstwo, spytać się o cokolwiek – nijak. W końcu jednak natrafiłem na gang młodocianych rowerzystów. Znaczy się: grupkę dzieciaków na rowerach uprawiających dzieciństwo na ulicach. Chłopaki – ciut starsi od pijanych w sztok dziewczynek z Edynburga, trzeźwi – okazali się Polakami. Bez problemów wskazali jakiś lokal z jedzeniem. Znaczy się, knajpkę serwującą słynne fish and chips. Danie prymitywne jak cała brytyjska kuchnia (nie no, czasem potrafią rybę zrobić, weźmy takiego Arbroath smokie, wędzonego łupacza z Morza Północnego serwowanego we wspominanym już przeze mnie – choć ciągle zbyt mało – szkockim Arbroath), ale tanie oraz zapewniające odpowiednią dawkę cholesterolu, soli i spalonego oleju. Sprzedawca – Brytyjczyk – był całkiem uprzejmy, pewnie niezbyt często gościł w swoim lokalu turystów. Atmosfera siadła gdy powiedziałem mu, że jestem nie tyle/nie tylko turystą, ale i wracam z pracy. Konwersacja się skończyła, choć powstrzymał się od wyrzucenia mnie z lokalu. Ale miał na to ochotę. Ot, taka to otwartość na Zachodzie była wtedy. W każdym razie – zjadłem i ruszyłem w dalszą drogę: Londyn, Dover, Dunkierka, Berlin. Ale to już całkiem inna historia, choć białe skały Albionu naprawdę robią wrażenie.

Białe skały Dover

    Właściwa historia odbywa się bowiem między Newcastle a Carlisle, którędy to biegnie ów Wał Hadriana. I gdzie w końcu przydał mi się ten makrozoobentos.

Wał Hadriana

    Tymczasem, na koniec tego wpisu, jeszcze jedna uwaga dotycząca Carlisle. Językowa. Oto bowiem złapałem lokalny busik, wsiadłem i zapragnąłem kupić bilet do Carlisle. Powiedziałem pewnie coś w stylu "Karisle". Kierowca popatrzył na moją żytnio-ziemniaczaną twarz, niezbyt pasującą do brytyjskiego typu urody, i kiedy już domyślił się o jaką destynację mi chodzi poprawił:
    - Ka'ajl?
    - Tak, Kaalaj – zgodziłem się – Jeden bilet.
    A tytułowe Perły północnej Anglii? Cóż. Niech będzie Angel of North zamiast nich.

Angel of North - sztuka nowoczesna na szkocko-angielskim pograniczu

8 maja 2026

Dzień Zwycięstwa

    Tak, wiem, składam samokrytykę – miało być o makrozoobentosie, ale akurat trafiła się okrągła 81. rocznica zakończenia II Wojny Światowej. Przynajmniej tu, w Europie, bo na Dalekim Wschodzie walki trwały nadal. W Azji Japonia skapitulowała 2. września, zaś na Wyspie Niedźwiedziej w Arktyce niemiecki garnizon poddał się dwa dni później. Festung Breslau wcale nie walczyła do końca, choć dłużej niż Berlin.
Wrocław - miejsce zażartych walk dawnych sojuszników, ZSRS i III Rzeszy
    Tego dnia wszedł w życie dokument o bezwarunkowej kapitulacji Niemiec nie wiadomo kogo nazistów. Jako, że wojenny sojusz anglosasko-radziecki akurat się rozpadał, sowieci taką kapitulację wymusili dzień później (to znaczy tego samego dnia, ale na tyle późno, że w Moskwie było już jutro; ech te strefy czasowe). I w krajach okupowanych przez ZSRS Dzień Zwycięstwa obchodzony był 9. Maja.
Plac Defilad z PKiN, miejsce komunistycznych parad.
    Dzień Zwycięstwa! Przyznam się, że bawi mnie to określenie w stosunku do Polski. Przecież byliśmy nie tylko pierwszą ofiarą wojny w Europie (na Dalekim Wschodzie walki toczyły się już od kilku lat, i można się spierać czy inwazja Japonii na Chiny to osobna wojna, preludium czy integralna część II Wojny Światowej). Wbrew powszechnej opinii atak Niemiec nie wiadomo kogo nazistów nie rozpoczął się na Westerplatte. Wieluń i mosty na Wiśle w Tczewie zbombardowano troszkę wcześniej (Wieluń to ogólnie pierwsza zbrodnia na ludności cywilnej – oczywiście nikogo za to nie osądzono, nie rozliczono, a o odszkodowaniach można zapomnieć), a pierwsze wojskowe ofiary – czyli i strzały – wydarzyły się na granicy już kilka godzin wcześniej.
Pozostałości wieluńskiej fary
    Ale Westerplatte pozostaje symbolem, dziś – po wielu trudach – miejscem pamięci narodowej, okraszone napisem Nigdy Więcej Wojny, postawionym przez władze zainstalowane w Polsce tylko po to, by do owej wojny o pokój, i tryumfu socjalizmu, dążyć.
Nigdy Więcej Wojny
    Co nie zmienia faktu, że Westerplatte to miejsce zmagań epickich i heroicznych.
Ślady walk z 1939 roku
    Wspaniale też odwraca uwagę od faktu, że trochę ponad dwa tygodnie później bliski sojusznik Niemiec nie wiadomo kogo nazistów, Związek Radziecki, napadł na Rzeczpospolitą.
Pomnik na Westerplatte
    Stara miłość nie rdzewieje, cesarz Henryk II z Jarosławem Mądrym współpracowali już przy usunięciu Mieszka II te prawie 1000 lat temu.
Jedna z rund zmagań Polski z niemiłymi sąsiadami - tu rekonstrukcja roku 1410
    Ale o czym to ja... A tak, znowu mi się tryb Beniowski włączył (chodzi, że był to poemat dygresyjny). Dzień Zwycięstwa. Ludzie kochani. Wybijmy sobie z głowy, że żeśmy byli w klubie zwycięzców tej okrutnej wojny. Kiedy odmówiono naszym siłom uczestnictwa w londyńskiej paradzie wojskowej z okazji zakończenia walk w kraju trwała krwawa walka z nowym/starym okupantem. Bo oto znowu zaufaliśmy Zachodowi, a ten dogadał się z Sowietami – z krajem, który za II Wojnę Światową odpowiada tak samo jak Niemcy nie wiadomo kto naziści.
Sowieckie koszary w NRD, tuż przy polskiej granicy
    Po raz kolejny w czasie trwania konfliktu zostaliśmy zdradzeni – i w Abbeville, i w Jałcie. Za pierwszym razem była to typowa felonia, za drugim przehandlowano nas chyba za nic. Żeby nie powiedzieć dosadniej. Mniejsza, moim zdaniem, w tym rola tego brytyjskiego pijaka (i męża stanu, nie można mu tego odmówić) Churchilla. Stalin, cwany lis, jak dziecko ograł bowiem amerykańskiego inwalidę – schorowanego Roosevelta. Trochę smutno, że mamy w kraju tyle ulic (pewnie jakiś pomnik jest) tego stetryczałego człowieka, który myślał, że jest sprytny. Zaprawdę, nie jest dobrze, gdy stery w państwie trzymają schodzący już ze sceny. Przypominam, że na konferencji w Poczdamie Stany Zjednoczone reprezentował, po śmierci Roosevelta, Harry Truman.
Resztki mapy Europy w opuszczonych radzieckich koszarach
    Tam się bawiono, świętowano, tu ginęli ludzie, "sojusznicy". Wkrótce też Zachód cofnął uznanie legalnemu polskiemu rządowi, przekazując je uzurpatorom z PKWN (wtedy to już chyba był RJN, ale mniejsza o nazwy; przypomnę, że słynny lubelski Manifest 22. Lipca przywieziono z Moskwy i opublikowano w Chełmie 21. lipca).
Lublin
  Obaj nasi wrogowie, i wschodni, i zachodni, całą wojnę usilnie pracowali nad likwidacją wyższych warstw polskiego społeczeństwa (takich mogących stawiać opór okupantowi), a Auschwitz, Dachau, Katyń, Palmiry czy ubeckie katownie niczym się od siebie nie różniły (może poza intensywnością znęcania się nad więźniami, nieodżałowanej pamięci rotmistrz Pilecki twierdził, że na UB było gorzej - a i tu, i tu siedział). Do tego straciliśmy też odwieczne centra kultury – Lwów, Wilno, Grodno, w zamian dano nam krańcowo ogołocone i zniszczone Ziemie Zachodnie.
Miejsce kaźni obywateli RP
    Świętując więc zakończenie II Wojny Światowej pamiętajmy też, że obecnie urabia się światową opinię publiczną w taki sposób, by to Polskę uczynić współodpowiedzialną za wybuch wojny, za ludobójstwa dokonywane na jej obywatelach (jest taka nacja, która oficjalnie uważa nas za sprawców Holocaustu, nie za jego ofiary – jaka, to sobie wyguglujcie). Wybielanie Niemców rozpoczęło się już w latach 50-tych zeszłego wieku, a dziś za bohaterów robią tam fanatyczni naziści i zbrodniarze, jak ten, no, jak mu tam, co to w Wilczym Szańcu zamach zrobił jako Tom Cruise. Pozostałe wrogie nam nacje w hollywoodzkich superprodukcjach pokazują kolaborantów i zbrodniarzy jako bohaterów. Już w cudownej Casablance (1942 rok) wszystkie europejskie narody walczą z III Rzeszą, brak odniesienia tylko do jednego – do Polaków. Rok później Sikorski nie żył, Stalin był już tym dobrym wujaszkiem – i takim pozostał w świadomości Zachodu.
Dumny pomnik Armii Radzieckiej we Wiedniu
    Ech, Jak sami nie będziemy krzyczeć, to zrobią z nas światowe szwarccharaktery, ku uciesze ojkofobów spod znaku niebieskiej szmaty.
Dzień Niepodległości

24 kwietnia 2026

Kłujki

    Na koniec opowieści o Cykladach powrót na Ios. O wyspie tej wspominałem zdaje się przy okazji pożarów w rejonie Morza Śródziemnego i wspinaczce na najwyższy punkt wyspy. Tym razem będzie dydaktycznie o drodze powrotnej. Znaczy się w dół.
Odżywająca po pożarach makia, towarzyszka wspinaczki
    Żeby też nie było – od razu wyjaśnię – za eksperta od Cyklad się nie mam, byłem tylko na trzech z tych licznych wysp (oprócz Ios także Milos z miejscowością Adamas i – jakże by inaczej – Santoryn, drzewiej Thirą zwany). Nie widziałem Delos, w Starożytności centrum miejscowej kultury a potem olbrzymiego targowiska antycznych niewolników.
Figurka w stylu Delos - choć z Krety
    Wracając do Ios (czy jak powiedzieliby miejscowi Grecy: Nios) – oto lekce sobie ważąc wydeptane owcze i kozie ścieżki stromym marmurowym i nieco nadpalonym zboczem wdrapaliśmy się na szczyt, zajmowany przez nieco zdewastowaną stację przekaźnikową i filigranowy klasztorek pod wezwaniem Świętego Eliasza. Powiedzmy sobie szczerze, kościółek i przybudowana doń izdebka nie były dużo bardziej zadbane, choć sporo wskazywało na to, że co jakiś czas w świątyni odbywają się jednak nabożeństwa. Pokoik częściej jednak od jakiegoś pustelnika zajmować musiały miejscowe kozy (bądź owce – ale, że dookoła same kolczaste zarośla, to obstawiałbym te pierwsze). Na to też były wyraźne dowody. Namacalne, rzekłbym.
Klasztorek św Eliasza
    Równie ciekawa wydała się wieża transmisyjna, pełna sporych anten.
    - Ciekawe – zapytałem mając na uwadze urwisko na jakim wieża stała – w jak wciągają taką antenę, jak im się urwie i spadnie tam w te chynchy?
    - A, o! – kolega wzruszył ramionami wskazał na bębny anten leżących gdzieś w dole – Jak się urwie instalują nową.
    - No tak, po najmniejszej linii oporu.
    Zdążyłem się zorientować, że tu na południu robili wszystko na tak sobie. Późniejsze wyprawy w rejon basenu Morza Śródziemnego tylko mnie utwierdziły w tym przekonaniu. W naszym klimacie nie daliby rady.
Typowa aktywność na wyspach Morza Egejskiego
    Poza tym widoki były naprawdę zacne.
Okolica
    - Jak zejdziemy? - zapytałem niczym nieodżałowany Maklakiewicz w filmie Tak to się robi.
    - A tu prosto, na przełaj – kolega odparł himilsbachowsko; gabarytami też żeśmy pasowali – Co nam się może stać?
    Więc ruszyliśmy, obierając azymut na widniejące w oddali coś – starożytne ruiny konkretnie. Finał wędrówki okazał się dużo mniej groźny niż ten filmowy. Zamiast złamań skończyło się tylko na kilku obtarciach (trzeba było pokonać niewielkie kamienne ścianki) i obfitych pokłuciach.
Mykeńska osada Skarkos widziana ze szczytu Św. Eliasz
    Kiedy bowiem skończyły się leżące podle szczytu pastwiska (miedze oddzielające poszczególne pola wyglądały niezwykle megalitycznie i paleoastronautycznie) rozpoczęła się makia.
Podejrzane miedze
    Ha! Makia, na dodatek nie spalona, jak na innych zboczach. W podstawówce na geografii było mówione, że to śródziemnomorskie zbiorowisko roślinne, na które składają się sucholubne kolczaste zarośla. Ale że tak kolczaste, że kłuły przez grube spodnie, no to bym nigdy nie powiedział. A my, jak te waryjoty, poszli w te chynchy. Na skróty. Nie będę odkrywczy, że podróż trwała finalnie dłużej niż gdybyśmy zeszli ścieżką. Nie bylibyśmy też pokłuci. Mówi bowiem stare przysłowie: kto drogi prostuje, w polu nocuje (albo: kto drogi skraca, do domu nie wraca; myślałem zresztą, czy by takiego tytułu wpisowi nie dać, ale jak sobie przypominałem poszarpane spodnie i podziurawione nogi to jednak wróciłem do kłujek; zresztą o skrótach i związanymi z nimi wtopami kiedyś na blogu wspominałem). Całe szczęście udało się zdążyć przed nocą. No prawie. W każdym razie kiedy już doszliśmy do mniej dzikiej dolinki – zaczęły się oliwne gaje – do uszu dotarły do nas odgłosy pracującej siekiery. Pracującej niezwykle, rzekłbym, interwałowo.
Gaj oliwny - acz nie na Ios
    Rychło okazało się, że za hałas odpowiada starszy pan. Widząc nas przerwał ciężką robotę (znaczy: dziesięć uderzeń siekierki, kilka minut odpoczynku) i... Jak ktoś myślał, że zakutał nas toporkiem to nie zna ludzi na wsi. Pan Ioannes (czyli Jan) zaprosił nas byśmy sobie siedli, chwilę porozmawiali. W Grecji jest to powien problem, jako, że nie uznają oni innych języków. W każdym razie udało nam się zrozumieć, że Ioannes, obdarzony wielkim bujnym siwym wąsem na Ios się urodził i nigdy tej wyspy nie opuścił (tego akurat pewny nie jestem), a teraz powolutku ciapie sobie oliwki, które mają niezwykle twarde drewno. My z kolei powiedzieliśmy, głównie na migi, że jesteśmy z Polski i idziemy stamtąd tam. Po chwili w atmosferze wzajemnego zrozumienia rozstaliśmy się – my dreptając ku owym antycznym ruinom, Ioannes do rabowania oliwnych pni.
Homer - nieco bardziej znany mieszkaniec Ios
    Do ruin Skarkos wcale łatwo trafić nie było, zwłaszcza jeśli straciło się je z oczu. Do tego zaczęło zmierzchać. O dziwo spotkaliśmy miejscową, ale przy pytaniu o drogę znów wyrosła bariera językowa. W końcu dziewczyna machnęła ręką na rozmowę i podprowadziła nas do odpowiedniej ścieżki. Stanowisko archeologiczne z czasów mykeńskich (czyli wojny trojańskiej, jak by nie patrzeć) okazało się zamknięte. Nie wiem, czy na stałe, czy tylko na zimę. Brama wyglądała na dawno nie otwieraną. Płot zaś na łatwo przekraczalny. I antyczni bogowie są mi świadkami, że chętnie zapłaciłbym za bilet, gdyby było komu. Ale nie było, więc po uliczkach dawnej mykeńskiej wioski – albo miasta, zabudowa była zwarta – pospacerowałem całkiem za darmo.
Skarkos o zmierzchu
    I od tamtej pory na Cykladach nie byłem. Podejrzane.
Pożegnanie z Cykladami

Najchętniej czytane

Długa droga do domu cz. 1

     Kiedy tylko drugi syn Henryka II Ryszard (bo najstarszy, też Henryk, wziął był sczezł) objął angielski tron niemal od razu wyruszył na ...