Tłumacz

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ukraina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ukraina. Pokaż wszystkie posty

14 listopada 2025

Przedmurze

    No i minęło kolejne Święto Niepodległości, oby ich było jak najwięcej (choć oczywiście geopolityka i miejscowe – nie chcę napisać nasze, bo to pro maior pars potomkowie przywiezionych na radzieckich tankach politurków i zwykli jurgieltnicy; nie chcę myśleć o współobywatelach jako idiotach - elity kompradorskie chciałyby, by było ich jak najmniej).
Marsz Niepodległości
    Szkoda, że – poza imprezami sportowymi – jest to jedna z niewielu okazji by zobaczyć Polaków w barwach narodowych. To tak trochę wygląda, jakbyśmy się ich wstydzili. Bo co? Bo to jakiś nacjonalizm? A wmówiono nam, że jak nacjonalizm to faszyzm czy nazizm, z którymi przecież – jako socjalizmami – walczył komunizm (czyli socjalizm internacjonalistyczny). 50 lat sowieckiej okupacji pozostawiło trwałe ślady na duszach i umysłach Polaków niestety.

Mecz reprezentacji
    Bo inne nacjonalizmy nas nie rażą aż tak, w szkole peruwiańskiej dzień zaczyna się od odśpiewania hymnu i modlitwy, turysta powie, jaka fajna tradycja. Albo amerykańska cześć dla flagi – jakie to podniosłe (o fladze i nacjonalizmie planuję zrobić wpis, ale w przyszłym roku – znaczy po Nowym Roku). A u nas? Wywieszenie flagi na majówkę to taki trochę obciach. Straszna tresura w ojkofobii. Do tego jak ktoś odwołuje się do naszej imperialnej przeszłości od razu spotyka go atak ze strony – najczęściej niezbyt dobrych z historii – fajnopolaków czczących Unię E***pejską. Bo niedobrze się chwalić swoimi tryumfami i zasługami. Dlaczego? Tego jeszcze nie odkryłem, może żeby nie robić przykrości dzikim barbarzyńskim ludom przed którymi broniliśmy Europę – a które to ludy w zamian za to – przy absolutnym braku sprzeciwu owych bronionych – zafundowały nam, Polakom, kilka ładnych ludobójstw.

Obóz koncentracyjny założony dla Polaków
    Chodzi mi tu chociażby o mit Przedmurza Chrześcijaństwa (czy szerzej: Przedmurza Europy). Dla kognitywnych immakulat didaskalia: chodziło o to, że Polska – głównie we własnym mniemaniu – postrzegana była jako rubieże zachodniego chrześcijaństwa (czyli zachodniej cywilizacji) i jako taka była puklerzem przed atakami ze Wschodu i Południa czynione przez muzułmanów oraz prawosławnych. Podobną rolę odgrywały chociażby państwa zakonne w basenie Bałtyku czy Królestwo Węgier, ale te pierwsze zostały zsekularyzowane, a to drugie znieśli Turcy osmańscy. Czy był to tylko li nasz własny mit (powiązany z sarmatyzmem)? Chyba niekoniecznie. Wszak umocnienia twierdzy w Kamieńcu Podolskim, broniącej Rzeczpospolitą przed hordami Tatarów i Osmanów fundował nuncjusz apostolski. A turecki napór na Zachód powstrzymał – błagany przez o to przez Habsburgów – pod Wiedniem i zwłaszcza Parkanami nie kto inny jak Jan III Sobieski. Wspominałem, że za ocalenie cni Wiedeńczycy do dziś nie postawili królowi pomnika, a sto lat później Rzeczypospolitej już nie było – między innymi dzięki działalności Habsburgów.

Osmański minaret w Egerze - pozostałość po upadku Królestwa Węgier
    Unia Brzeska i męczeństwo św Jozafata Kuncewicza, albo wspominane już przeze mnie na blogu powstanie kościoła ormiańskokatolickiego wpisują się w narrację o ochronę katolicyzmu.

Dawna katedra ormiańskokatolicka we Lwowie
    Co nie znaczy, że polska kultura nie była podatna na wschodnie (i południowe) wpływy. Wystarczy chociażby pojechać na Podlasie, gdzie obok siebie stoją kościoły, cerkwie, meczety czy synagogi. O innych świątyniach (ok, synagoga nie jest technicznie świątynią) czy budowlach sakralnych kolejnych denominacji nawet nie wspominam. No, albo zapalić jakiś produkt tytoniowy – sama roślina co prawda pochodzi z Ameryki Południowej, ale jej polska nazwa jest turecka.

Podlaski meczet
    Ojkofoby chciałyby naszą – diametralnie różną od zachodniej – historię na siłę wepchnąć w schemat zachodnioeuropejski. A zwyczajnie się nie da – szkoda, że reszta obywateli jakoś nie chce/nie umie się nią chwalić.

Zespół synagog w Tykocinie
    Koncepcja Przedmurza Chrześcijaństwa upadła wraz z upadkiem Rzeczypospolitej – wspomniani Habsburgowie skumali się z mentalnymi potomkami mongolskich niewolników z Petersburga i zakompleksionym nuworyszami z Berlina. Upadek zaborców sprawił, że Polska powstała – a wraz z nią i mit Przedmurza. Tym razem musieliśmy stawić czoło najstraszniejszej z dotychczasowych hord – komunistom.

Dzikie hordy
    I oczywiście, jak na Przedmurze przystało, robiliśmy to całkiem sami (oczywiście są chwalebne wyjątki: Węgrzy dosłali amunicję, Amerykanie-ochotnicy bronili nieba nad Lwowem) – Niemcy blokowali dostawy sprzętu, Czesi napadli na Zaolzie, a Ententa... Ruszyła się dopiero, gdy było to w jej interesie (nasi politycy powinni się uczyć, by działać w interesie Polski; chyba, że są to tylko polskojęzyczni notable). Bez tego nie byłoby Błękitnej Armii czy tytułu Marszałka Polski dla Ferdynanda Focha. 20 lat później interes Francji i Anglii zadecydował, żeby zostawić Polskę na łasce powracającej ze Wschodu bolszewickiej dziczy (no i, oczywiście Niemców nazistów nie wiadomo kogo).

Okopy z czasów wojny polsko-bolszewickiej
    Nie wiem, czemu nie podnosimy na arenie międzynarodowej tej przedmurzastej historii Polski. A jak już chcemy pokazać to w popkulturze (którą wygrywa się takie sprawy) to wychodzą nieoglądalne gnioty jak 1920 Bitwa Warszawska czy ten film o Odsieczy Wiedeńskiej z tym kolesiem co to zabił Mozarta. A już wcale nie potrafimy sprzedać tego, że wygląd współczesnego Świata to w dużej mierze zasługa właśnie naszych rodaków. I o tym będzie następny wpis.
Mury Lwowa, wielokrotnie chroniące Rzeczpospolitą przed wschodnimi hordami.

10 listopada 2025

Złe słowa

    Tytuł tego robionego w sumie na szybko wpisu nijak się ma do piosenki nieżyjącego już Jacka Skubikowskiego pod tym samym tytułem. Odnosi się raczej do szeroko pojętej wolności słowa, czy też może cenzury jaką w tej koncepcji czyni idea poprawności – ha tfu – politycznej. U nas – w porównaniu z Zachodem, bo w porównaniu z, powiedzmy, zeszłą dekadą to nie – ta koncepcja jeszcze mocno kuleje, ale w takiej Wielkiej Brytanii za nie takie słowo trafić można do ancla (i spokojnie robić sobie tatuaże; w innych wypadkach – chyba żeś marynarz albo Maorys – to bardzo wątpliwa ozdoba). Tak zwane społeczeństwa obywatelskie dążą nawet do tego, żeby nieprawomyślne słowa dławione były nie przez sądy, a już w głowie (autocenzura – cytując klasyka – bezboleśnie kastruje). Po co mają hulać po ulicach Berlina czy Brukseli.
Symbol końca Cywilizacji Europejskiej
    I tak razu pewnego pomyślałem sobie w głowie o polskich słowach, które niedługo pewnie trafią na indeks. Odnoszących się mianowicie do przywar innych nacji. Od razu zaznaczam: nie mam nic przeciw polish jokes – pracując za granicą zauważyłem, że poniekąd sami sobie zapracowaliśmy na takie postrzeganie (poniekąd – gdyż czasem wraże nam kraje specjalnie zohydzają wizerunek Polski, vide niemiecka – bo czyja – akcja pod hasłem pojedź do Polski, twój samochód już tam jest). Niejaki Wolter, persona oślizgła i pióro do wynajęcia, twierdził w tej swojej Francji, iż jeden Polak to istny czar, dwóch Polaków – to awantura, trzech Polaków – to już polski problem. Cóż.

Polski landszaft - na uspokojenie
    Wracając jednak do meritum: zadałem sobie pytanie czym się różnią czasowniki oszwabić i ocyganić. Miałem swoją koncepcję, ale popytałem kilka osób, ba, nawet zadałem je w mediach społecznościowych (większość odpowiedzi – bez zaskoczenia – była pomocna niczym szklanka wody podana tonącemu). Jedno i drugie słowo znaczy mniej więcej oszukać kogoś, ale to pierwsze ma zdecydowanie większą wagę. Opisuje działanie z premedytacją, zaplanowane (wiadomo: Ordnung must sein, a Szwabia to przecież kraina w Niemczech). Drugie to takie bardziej okłamywanie (cyganić można w trzy karty – stwierdził kolega), w tym słowie jest brzęk wytwarzanych kotłów, rżenie konia napojonego przez sprzedawcę alkoholem by miał większy wigor (i z pomalowanymi zębami, by nie było widać wieku). Ocyganiony możesz zostać też na własne życzenie, przez głupotę czy nadmierną pazerność. Przy oszwabieniu nie ma o tym mowy.

Kawałki Akropolu w Londynie - wyjudzone czy wycyganione?
    Z Cyganami miałem do czynienia – już tymi osiadłymi, zajmującymi się poza uczciwymi działalnościami także okradaniem domów starych ludzi na wsi – więc dla mnie słowo ocyganić też w sumie nie jest pozytywne. Nie wzięło się znikąd. Niedaleko mojej wioski – póki jeszcze Cyganie byli w Polsce wolni – na zimę na polanie rozbijał się tabor. Któregoś razu zaproszono wszystkich okolicznych gospodarzy na cygańskie wesele. Zabawa podobno była przednia, były tańce, wódka, a po powrocie okradzione gospodarstwa. Kto poszedł, sam się dał ocyganić. Swoją drogą wędrownych Cyganów można spotkać jeszcze na Bałkanach. Któregoś razu – byłem z wycieczką w Bułgarii – zatrzymaliśmy się autokarem na przerwę fizjologiczną, podle Nesebyru. Jeden z podopiecznych stwierdził, że szybciej będzie iść w krzaki. Wrócił pogryziony – na szczęście lekko – przez psy, pilnujące nieodległego obozowiska owych współczesnych koczowników.

Cygańskie koczowisko
    Ale jak to – zapyta ktoś – na grupy Sinti czy Roma mówić Cyganie? A tak, Nie dajmy się ogłupić – i wykastrować przez autocenzurę. Nie wolno mówić Eskimos czy Murzyn (a to wspaniałe polskie słowa zawierające w sobie tajemniczą egzotykę), nie wolno używać słowa Żyd w jednym zdaniu z takimi wyrazami jak Gaza i ludobójstwo. No proszę ja Was. Co innego jest tradycyjne w tamtych rejonach Świata wzajemne się mordowanie, a co innego zaplanowana akcja eksterminacji ludności.

Typowy obrazek z Zachodniego Brzegu
    Ale wróćmy do tych słów. Oprócz oszwabienia czy ocyganienia jeszcze jedna grupa dała nam słowo oznaczające przywłaszczanie cudzego mienia. W tym wypadku to akurat kradzież bezczelna i hurtowa, bo słowo to to zaiwanić (nie mylić z zaiwaniać, co oznacza po prostu bardzo szybko się przemieszczać). Zapewne ma to związek z bratnią wizytą Armii Radzieckiej, w której co drugi był Iwan, a która wchodząc do Polski kradła wszystko jak leci (a może sięga to czasów carskich – w Kongresówce przecież Moskale też brali wszystko co im wpadło w łapy). O dziwo nie powstał taki czasownik dotyczący haniebnej wizyty Szwedów w XVII wieku.

Armia Czerwona i ślady jej przemarszu - Kostrzyn nad Odrą
    Jak chodzi o Wschód znam jeszcze dwa czasowniki dotyczące ludzkich zachowań. Są one chyba dużo mniej znane od wyżej wymienionych. Mianowicie bojarzyć i bisurmanić. Bojar, bojarzyn, to na Wschodzie odpowiednik szlachty. W Moskwie tworzyli dumę bojarską, coś na kształt sejmiku, byli zapewne dość swarliwym towarzystwem, bo co i rusz któryś car – zgodnie z odziedziczonymi po Mongołach tradycjami – robił im czystkę. W Wielkim Księstwie Litewskim był to później szlachcic-posensjonat, panosza taki. Stąd i słowo bojarzyć znaczy tyle co panoszyć się, także w tym nie najlepszym wydaniu. Bisurman z kolei to określenie mahometanina. Z wyznawcami Islamu mieliśmy do czynienia głównie poprzez sponsorowanych przez Turcję Tatarów. A jako, że nacja ta nieźle nam w Rzeczypospolitej łobuzowała, to i w końcu bisurmanić zamiast, jak turczyć, oznaczać przejście na wiarę Proroka znaczyć zaczęło rozrabiać. Rozbisurmaniony urwis będzie więc traktował zasady i ład społeczny z olbrzymią dezynwolturą.

Twierdza w Akermanie, gdzie spotkać się mogli bojarzy i bisurmani
    Takich - przez tych wszystkich nowocześniaków uważanych za brzydkie – słów jest jeszcze więcej, choć na tę chwilę nic nie przychodzi mi do głowy. Poza jednym używanym przez moją śp Babcię – umurzać, umurzyć się. To chyba najgorsze (dla owych ojkofobów) słowo – znaczy bowiem ubrudzić się na czarno, uczernić. Jako, że byłem szczęśliwym dzieckiem często używała onego czasownika i przymiotnika w stosunku do mnie (dzieci, jak wiadomo, dzielą się na czyste i szczęśliwe; umurzane, znaczy się).
    W przededniu Święta Niepodległości zwracam się do W. Sz. Czytelników, by nie dali się zbrukselizować i, w przeciwieństwie do wykastrowanych mentalnie kognitywnych immakulat, nie dali sobie odebrać bogactwa naszego niesamowicie trudnego języka.

Muzeum Narodowe w Warszawie 11. listopada

A. A. No tak. Jest jeszcze jedna grupa od której powstały takie tytułowe złe słowa. Zresztą już o nich wspominałem. I nie chodzi mi o czasownik żydzić, oznaczający bycie skąpym jeszcze bardziej niż krakowski Centuś czy statystyczny Poznaniak. Chodzi mi o czasownik judzić. Podjudzać. Oznacza on mniej więcej tyle co podpuszczać, jątrzyć (jątrew to żona brata lub siostra męża, względnie synowa; powstanie takiego czasownika wiązało się zapewne z jakąś jątrewką burzącą spokój w rodzinie i utworzone zostało przez jakąś teściową czy świekrę – bo co jej się będzie obca baba wtryniać w wychowanie syna? Aleśmy utracili słów związanych z pokrewieństwem; są ludzie, którzy nie znają już określenia brat stryjeczny; straszne), nakłaniać do złego. Wyjudzać z kolei bliższe jest znaczeniowo pierwszym z omawianych tu słówek. Stereotypy nie biorą się znikąd [EDIT: podobno słowo judzić ma znacznie starszy, jeszcze prasłowiański albo wcześniejszy rodowód, i to dopiero jest pożywka dla teorii spiskowych].
Sztełt w Tykocinie

31 października 2025

Mons Pius

Lwowski rynek
   
Spacerując uliczkami naszego starego Lwowa prędzej czy później każdy natknie się na dziwny budynek o architekturze rodem z Kaukazu – na katedrę ormiańską.

Katedra ormiańska
    Leżące na Zakaukaziu Armenia i Gruzja to – tylko przypomnę – dwa najstarsze chrześcijańskie kraje na Świecie – jeszcze przed Etiopią i Imperium Rzymskim.

Krzyż świętej Nino z Gruzji
    Trafi też spacerowicz być może do pobliskiej restauracji, zwącej się Mons Pius – co dla każdego nieodciętego jeszcze przez modernizm od korzeni łacińskiej kultury europejskiej znaczyć będzie Czysta Góra. Nazwa w sam raz dla knajpy obok katedry, do tego może też chodzić o Ararat – świętą górę Ormian, dziś leżącą w Turcji. To tam – też przypomnę różnej maści nowocześniakom – osiąść miała Arka Noego. I tak, wiem, jest to też nazwa ormiańskiego koniaku. Podobno jednak – niestety nie znam żadnego z ormiańskich dialektów, nie jestem w stanie zweryfikować tej informacji; jako multilingwista płynnie – podkreślam: płynnie – milczę w siedemnastu językach – jest to kalambour. I znaczy w ichniej mowie Mięso i Piwo. Cóż. To na Kaukazie zacząć miała się produkcja wina, o czym pisze Dobra Księga (a Noe jako pierwszy w historii miał się owym winem urżnąć), więc ucztowanie i Ormianie jak najbardziej może iść w parze. Archeolodzy twierdzą podobnie – o tych początkach winiarstwa znaczy się.

Mons Pius
    Skąd jednak ci Ormianie we Lwowie? Na dodatek z własną katedrą – dziś ormiańską, kiedyś ormiańskokatolicką? Z handlu. Od czasów starożytnych Naród ten (archeolodzy i historycy spierają się, czy znane z babilońskich tabliczek klinowych państwo Urartu z IX wieku przed Chrystusem to kraj przodków Ormian; nazwa niepokojąco podobna do Araratu) zajmował kluczowe miejsce między Kaukazem, Międzyrzeczem, Persja i Anatolią. A kiedy jeszcze zaczął tamtędy przebiegać Jedwabny Szlak, to właściwie nic nie pozostało Ormianom, jak tylko się bogacić. Stare lwowskie przysłowie o armeńskich zdolnościach kupieckich mówiło tak: gdy jeden Ormianin się rodzi, dwóch Żydów płacze. Obie te nacje przybyły do Lwowa właśnie w celach handlowych (synagogi nie przetrwała wizyty Niemców nazistów niewiadomokogo w mieście).

Pozostałości jednej z lwowskich synagog
    Dzięki kontaktom ormiańskim Rzeczpospolita – w przeciwieństwie do Zachodniej Europy – miała dostęp do tanich przypraw w ilościach dla innych państw nieosiągalnych. Nasza staropolska kuchnia była tak korzenna, że dla gości z Zachodu właściwie niejadalna. Dla nas współczesnych pewnie zresztą też.

Słynna ryba w pierniku
    Ormianie tak pokochali Rzeczpospolitą, że nawet weszli w unię kościelną z Rzymem (stąd i katedra była ormiańskokatolicka). Echa tej decyzji szeroko rozeszły się po całym Wschodzie. Ormiański kronikarz w perskim państwie Abbasydów (szach Abbas Wielki umożliwił swym ormiańskim poddanym – mimo, że sam muzułmanin – odbudowę własnych centrów kościelnych i sanktuariów) Arakel z Tebryzu pisze o tym z niesmakiem i zgrozą. Dzieło to przetłumaczono na polski, można się samemu zapoznać. Pośrednim efektem tej kościelnej unii był śp ksiądz Isakowicz-Zalewski (obrońca pamięci ofiar Rzezi Wołyńskiej, jeden z najwspanialszych polskich kapłanów przełomu wieków) i secesyjny wystrój lwowskiej katedry (o ormiańskich przodkach Henryka Sienkiewicza nie wspominam, bo to za nudne; o innym Ormianinie, Ignacym Łukasiewiczu, który we Lwowie rozpoczął erę nafty i ropy naftowej też nie – może przy innej okazji się rozpiszę, bo wzmianki kiedyś na blogu były).

Prezbiterium z XIV wieku i freski Mehoffera
    Prezbiterium ozdobił sam wielki Mehoffer, ale mnie najbardziej urzekają freski w nawie, autorstwa Jana Henryka Rosena. A zwłaszcza – jako, że zbliża się Święto Zmarłych, a zaraz po nim Dzień Zaduszny – obraz zatytułowany Pogrzeb Świętego Odilona. W półmroku katedry, gdy rozbrzmiewa ormiański śpiew, prezentuje się on nad wyraz mistycznie, łącząc, jak i cała Rzeczpospolita, tradycje Wschodu i Zachodu. Odilon był jednym z pierwszych opatów kluniackich, zasłynął wprowadzeniem Dnia Zadusznego – czyli czasu w którym modlimy się za dusze wszystkich zmarłych, nie tylko tych zbawionych (wspaniale się to komponuje z tradycją słowiańskich dziadów – stąd może u nas taką estymą darzymy te święta). Świętego Odilona, leżącego na marach w pełnych szatach liturgicznych niosą tu pogrążeni w modlitwie mnisi. Ale zakonnicy nie są tu sami: towarzyszą im eteryczne kształty – duchy, dusze, ot Świętych obcowanie. Kroczący pierwszy, najmłodszy mnich, niewiele sobie z tego robi. Pochyla głowę, pogrążony jest w modlitwie, ale i w doczesności. Ten środkowy, w wieku dojrzałym, już wie, że Tamten Świat się zbliża. Unosi głowę, ale dalej kroczy przez ten żywot. Ostatni z tragarzy jest już u kresu ziemskiej podróży. Rozgląda się jakby wiedząc, że sam za chwilę stanie się jedną z owych eterycznych postaci. Wspaniały i poetycki to fresk, przedstawiający topos przemijania i przypominający, że wszyscy jesteśmy śmiertelni, i że też możemy potrzebować na Tamtym Świecie modlitw żyjących.

Katedra ormiańska i secesyjne freski
    W modlitwie warto – jeżeli jeszcze jesteśmy przy temacie Lwowa – wspomnieć też tych, dzięki którym miasto zostało polskie po I Wojnie Światowej. Ich kwatera znajduje się na tym cudownym Cmentarzu Łyczakowskim – jednej ze świętych metropolii Narodu Polskiego Nagromadzenie wielkich Rodaków jest tam przepotężne (Banach, Ordon, Konopnicka, Grottger, Baczewscy); groby mniej znanych znikają, niszczone przez czas i obecnych administratorów oraz użytkowników cmentarza. Zresztą sama część z pochówkami Orląt Lwowskich – bo o niej mówię – też miała zniknąć. Udało się jej przetrwać (monumentalnej kolumnadzie nie dały rady nawet sowieckie czołgi) i odnowiona została staraniami zwykłych Polaków (w latach 90-tych teren porządkować zaczęli pracownicy jednej z naszych firm). Zawsze gdy tam jestem ogarnia mnie potworne wzruszenie. Słowa grzęzną w ściśniętym gardle, oczy wilgotnieją. Oddali życie za Polskę, po śmierci zostali zdradzeni i tą Ojczyznę im – i nam – ukradziono. I dalej się ją kradnie i sprzedaje, często za garść szklanych paciorków czy dwie bele perkalu. Ot, efekt zniszczenia narodowych elit.

Cmentarz Orląt Lwowskich na Cmentarzu Łyczakowskim
    Jeden z Obrońców Lwowa, anonimowy, spoczywa w Warszawie, w Grobie Nieznanego Żołnierza.
Grób Nieznanego Zołnierza w Warszawie, resztki Pałacu Saskiego

24 października 2025

Semper fidelis

    Ostatni jak do tej pory najazd na Polskę hord ze Wschodu (początkowo we współpracy z hordami z Zachodu, ech, to nasze położenie geopolityczne) zakończył się zagładą elit Narodu, oktrojowaniem obcych kulturowo i cywilizacyjnie władz okupacyjnych i – w wyniku zdrady jałtańskiej – przesunięciem granic Polski daleko na Zachód.
Symbol zmian w Polsce po II wojnie światowej
    Didaskalia dla purystów językowych: powinno się chyba pisać Zdrada Jałtańska, bo to konkretne – i tragiczne – wydarzenie, a nie jakaś tam zdrada w kurorcie na Krymie (kurorty od tego są, vide Ciechocinek), ale ogrom żalu jaki pozostawiła ta kolejna w czasie II Wojny Światowej niesłowność "sojuszników" nie pozwala mi psychicznie pisać tego wielką literą (zwrot "z wielkiej litery" też chyba nie jest poprawny, trzeba by jakiegoś Profesora spytać, Miodka albo Bralczyka). Po didaskaliach.

Ciechocinek
    Ad rem – oprócz granic na Zachód przesunięto też część Polaków, przynajmniej fizycznie, bo mentalnie wspaniale oddaje to nasz tuz światowej literatury, Stanisław Lem, ze Lwowa rodem przecież, który swoją własną tułaczkę skomentował, że Naród to nie szafa, nie da się go z kąta w kąt przestawiać. Zabużanie trafili na tak zwane Ziemie Odzyskane, które były aktualnie przez Armię Czerwoną ogołocone do zera, i musieli rozpocząć egzystencję w nieznanym i niestabilnym miejscu (do dziś Niemcy niezbyt chętnie – o ile w ogóle – uznają granicę na Odrze i Nysie; o reperacjach nawet nie wspominam). Spacerując po post-PGR-owskich wioskach do dziś widać tam ślady po tym wyrwaniu z korzeniami. Nie, żebym coś miał do owych terenów, nie. Mimo, że często kontakt z Polską urwał się tam w XI wieku, to jednak spora ich część była polska dużo dłużej. A linia Odry i Nysy Łużyckiej czy Sudety łatwiejsze są do obrony niż pola Niziny Śląskiej i Wielkopolskiej (wzgórza i jeziora Pomorza nieźle zabezpieczał Wał Pomorski, ale kiedy już sojusznicy w niszczeniu Polski się pokłócili nie zapobiegł on najazdowi Armii Czerwonej na Berlin). Co to, to nie. Bardziej boli, że ukradziono nam centra kultury polskiej. Bo czy ktoś może sobie dziś wyobrazić Francję, której zabiera się Marsylię i Lyon, a w zamian daje Brukselę i Bilbao? Wszak miasta te miały w przeszłości kontakt z Najstarszą Córą Kościoła. Ktoś, coś?

Życie na Ziemiach Odzyskanych
    Właśnie. A my musimy żyć bez Wilna i Lwowa.

Polskie dziedzictwo w Wilnie
    I bez elit, wymordowanych w Katyniu, Dachau czy Palmirach.

Jeden z niemieckich obozów koncentracyjnych założony dla Polaków
    Ale wróćmy do tematu wpisu. Jak ktoś się po tytule nie zorientował, że chodzi o Lwów, ten dudek. Zawsze wierny – taką dewizę nosi to miasto, i rzeczywiście, zawsze takie było. W końcu za coś otrzymało order Virtuti Militari – ten prawdziwy, a nie komunistyczną podróbkę chętnie szafowaną zbrodniarzom w czasach PRL.

Lwowski rynek
    Mimo znacznego – bardziej niż w Wilnie – przetrzebienia polskiej ludności miasta (na sąsiednim Wołyniu kilkaset tysięcy ofiar Rzezi Wołyńskiej wciąż woła o prawdę i godne pochówki) dalej czuje się tu polskość. Główny rynek Starego Miasta, lokowanego w czasach Kazimierza Wielkiego, jest totalnie polski. W jednej z kamienic, należącej tradycyjnie do lwowskich arcybiskupów umierał król Michał I, potomek wareskich Rurykowiczów, założycieli państwowości na Rusi (w bliższej perspektywie był to syn Jeremiego Wiśniowieckiego, księcia – mimo równości szlachty wobec prawa w Rzeczypospolitej potomkowie rodów panujących, Giedyminowiczów czy Rurykowiczów właśnie, nosili dziedziczne tytuły książęce; nie zmieniało to statusu prawnego nosiciela, i taki Potocki, Wiśniowiecki czy Radziwiłł równy był choćby takiemu panu Piekłasiewiczowi z Koziej Górki). Po sąsiedzku budynek posiadali Sobiescy, w tym i król Jan III. Najbrzydszym budynkiem jest tu ratusz z czasów Habsburgów, przypominający swą koncepcją dzisiejsze udoskonalenia zabytkowej tkanki miejskiej. Znaczy jest to takie pudło nijak do całości nie pasujące.
Ratusz lwowski
Dziedziniec Włoski Kamienicy Królewskiej
    W pobliskiej katedrze rzymskokatolickiej (Lwów miał trzy katedry katolickie, to chyba ewenement na skalę światową: rzymską, grecką i ormiańską) król Jan Kazimierz składał Śluby Lwowskie, w których oddawał Rzeczpospolitą pod opiekę Jasnogórskiej Pani, naszej Czarnej Madonny. Tak pokrzepiony Naród pogonił szwedzkiego okupanta (a była to wizyta najbardziej niszcząca – biedni Szwedzi z bogatej Rzeczpospolitej wywozili to co się działo; Niemcy naziści nie wiadomo kto i Armia Czerwona rabujący II Rzeczpospolitą jawią się przy całej swej bezwzględności li tylko harcerzykami; mimo takich grabieży nadal jest u nas co kraść, co udowadniają nam kolejne rządy, ani chybi jesteśmy najbogatszym państwem Świata), choć zapewne talenty wojskowe króla (jako ostatni nasz władca regularnie spuszczał oklep Moskwiczanom), w przeciwieństwie do politycznych wysokie, oraz kadra dowódcza ze Stefanem "Wojna Partyzancka to to co lubię" Czarnieckiem też nie były bez znaczenia.
Archikatedra pw Wniebowzięcia NMP
    Resztki murów miejskich i dwa arsenały dobitnie świadczą w jak niebezpiecznym rejonie miasto powstało – tatarskie zagony nieraz podchodziły pod Lwów.
Mury miejskie
    A powstał trochę wcześniej niż miasto Kazimierza Wielkiego. Jeden z wybitniejszych Rurykowiczów, Daniel Halicki (jedyny w historii halicki król, nie kniaź), założył Lwów w XIII wieku – i nazwał go na sześć swojego syna i następy – Lwa Danielowicza. Rychło przeniesiono tu z Halicza ośrodek władzy Rusi Czerwonej (po wspominanym chyba kiedyś na blogu Jarosławie Mądrym Ruś popadła w rozbicie dzielnicowe, zakończone najazdem mongolskim i owym strasznym w skutkach jarzmem; tylko tereny które zajęła Litwa i Polska uniknęły strasznego losu tatarskich – a potem moskiewskich – niewolników) – resztki Wysokiego Zamku nadal spoglądają na miasto. Zachował się do dziś plac centralny tego pierwszego Lwowa. Dziś to Stary Rynek, całkiem niedaleko potężnej lwowskiej starówki. Kiedy byłem tam ostatni raz – długo przed paniką koronawirusową – był to zaniedbany i ponury placyk. Zamiast odrestaurować miejsce ważne dla ruskich początków miasta obecni włodarze miasta wolą podkreślać zasługi współpracujących z Niemcami ukraińskich kolaborantów, odpowiadających nie tylko za polskie ludobójstwo na Kresach ale za inne zbrodnie i pogromy – także na Żydach.
Stary Rynek we Lwowie
    Trochę głupio wchodzić w zażyłe relacje z kimś takim, prawda? Swoją drogą – był ktoś ostatnio we Wschodniej Małopolsce? Remontują zamek w Żółkwi może? Uzdrowisko w Truskawcu kwitnie? Może jakieś drogi porobili przez Starą Sól czy Sambor? Albo chociaż ten Stary Rynek lwowski? Coś? W końcu mają tam jakieś 90% zabytków całego państwa.
Nieco zaniedbane podwórko na lwowskiej starówce
Niszczejące żupy solne Drohobycza

17 października 2025

Horda

    Oprócz pierogów pierwszy najazd mongolski na Polskę przyniósł generalnie pożogę, śmierć i zniszczenie. Możliwe, że dla smakosza to niewielka cena, ale warto pamiętać, że wojska azjatyckich hord wybitnie przeszkodziły w dziele jednoczenia ziem polskich szybkim cięciem szabli kończąc żywot tak zwanej monarchii Henryków Śląskich.
Głowa Mongoła - rzeźba na kościele w dolnośląskim Miłkowie
    Zdarzyło się to – co wiedzą prawdopodobnie wszyscy poza ojkofobicznymi fajnopolakami – w roku 1241 w czasie bitwy (lub krótko po niej) pod Legnicą – gdzie konkretnie owo miejsce się znajdowało do dziś nie ma pewności, ale pewnie nie była to współczesna wieś Legnickie Pole.
    O samej Legnicy tym razem nie będzie, choć to gród starożytny, jeszcze z Lugiami łączony, siedziba główna Bolesława Kędzierzawego i Jerzego Wilhelma (jakby miał przydomek, brzmiałby on Ostatni) oraz matecznik niejakiego Witelona, twórcy podstaw nauki o optyce i perspektywie. W każdym razie efektem potyczki była dekapitacja księcia Henryka Pobożnego, kontynuatora dzieła Henryka Brodatego i szczęśliwego ojca pięciu synów, pośród których rozdzielono henrykowe władztwo. Pech chciał, że najstarszym z nich był Bolesław Łysy, zwany też Cudakiem czy Rogatką, który nadawał się może na błędnego rycerza, ale do rządzenia plenipotencji miał nawet mniej niż nasi współcześni politycy.

Wrocław - główny ośrodek państwa Henryków śląskich
    W każdym razie mongolska inwazja na Polskę (i, o czym zapominamy, na Węgry; właściwie to głównie na Węgry) Roku Pańskiego 1241 była pierwszą w naszych dziejach pełnoskalową inwazją ze Wschodu. Wcześniejszych najeźdźców, Hunów, Gotów, Bułgarów, Awarów, Węgrów z uporem godnym lepszej sprawy plądrujących Europę nie mieliśmy jak doświadczyć (a Goci to nawet z naszych in spe ziem wzięli byli ruszyli). Ze wszystkimi następnymi falami radziliśmy sobie nadspodziewanie dobrze, chroniąc przez kilkaset lat Europę przed hordami.

Gockie cmentarzysko na Pomorzu
    W zamian za to oczywiście Europa miała nas głęboko w nosie, a jak przyszło co do czego oddała nas za bezcen ostatniej do tej pory fali wschodnich najeźdźców (i do tej pory odbija nam się to czkawką).

Symbol sowieckiej okupacji Polski
    Ale zostawmy zdradę jałtańską (przynajmniej na chwilę), i wróćmy do tych hord. Przed pierwszym najazdem mongolskim Europy nie obroniliśmy. Zresztą trzeba pamiętać, że główne zagony ordyńców pojechały na Węgry i wyrżnęły tam madziarską elitę w czasie bitwy na równinie Mohi. Król Bela IV tak zwiewał, że zatrzymał się dopiero w dalmatyńskim Trogirze. Uderzenie na polskie księstwa miało tylko zabezpieczyć mongolską flankę i zablokować pomoc polskich i czeskich władców dla Węgier (pod Legnicę Czesi nie dotarli, król Wacław I wstrzymał swoje zagony i zrejterował, pozwalając Mongołom spalić Morawy). Europę uratował zgon Wielkiego Chana – mongolska elita tłumnie zawróciła do Karakorum na kurułtaj – mongolski sejm mający wybrać następnego władcę.

Trogir, gdzie przed Mongołami umknął król Bela IV
    Potem Mongołowie wracali jeszcze kilkukrotnie, ale bez takiej swady jak w latach 40-tych XIII wieku. Energii starczyło im tylko na zajęcie Rusi. Zresztą przy wpisach o Kijowie coś tam o tym wspominałem. Miasto puszczono z dymem w 1240, a ziemie Słowian wschodnich wpadło w tak zwane jarzmo tatarskie. Ich samych zamieniono w niewolników. Kiedy już Azjatów przegoniono system został: chanów zastąpili władcy Moskwy, co sporo nam mówi o psychicznej kondycji dzisiejszych Rosjan. History matters.

Replika kijowskiej Złotej Bramy, zniszczonej w 1240 roku
    Tak na marginesie, po drodze spustoszyli Kaukaz, kończąc Złoty Wiek w historii Gruzji (i zostawiając im pierogi w spadku). Oczywiście Mongołowie nie robili tego na złość. Ot po prostu na Kaukazie ukryli się pokonani wcześniej przeciwnicy Mongołów z Azji Środkowej. Władca Gruzji nie chciał ich wydać – w ramach reperkusji zamiast noty dyplomatycznej wysłali armię. Ocaleni Gruzini schowali się na Rusi. Rusini wydać ich nie chcieli, więc zamiast noty dyplomatycznej... I tak dalej. Kniaziowie po bitwie nad rzeką Sit (w tymże Roku Pańskim 1238 z dymem poszła też Moskwa) przekroczyli Karpaty i schronili się w Panonii w Królestwie Arpadów...

Brama do klasztoru Gelati, kulturowego centrum Gruzji Złotego Wieku, zniszczonego znacznie przez Mongołów
    Poza tym we wschodniej Europie powstało kilka państw koczowniczych – już niekoniecznie mongolskich, wszak do armii Wielkich Chanów poprzyłączało się wiele innych plemion, czy tureckich czy tam jeszcze innych. Na naszej historii najsilniejsze piętno wywarli Tatarzy Krymscy – z którymi, sponsorowanymi przez Osmanów, przez kilkaset lat barowaliśmy się na Dzikich Polach – tej części średniowiecznej Rusi która odbita została spod opresyjnych mongolskich rządów przez litewskich Giedyminowiczów. Potem ziemie te przypadły Koronie Królestwa Polskiego. Najważniejszym tam miastem okazał się relokowany przez Kazimierza Wielkiego Lwów, wielokrotnie stawiający opór wschodnim hordom. Nieraz przy pomocy nadprzyrodzonej: wedle legendy święty Jacek Odrowąż (na Zachodzie zwany, słusznie, Hiacyntem), który w owym 1240 roku uratował z Kijowa słynny maryjny posąg, wyżywił głodujących obrońców Rusi Czerwonej pierogami. Jacek od Pierogów jest jedynym Polakiem stojącym na kolumnadzie otaczającej Plac Świętego Piotra w Rzymie.

Fragment watykańskiej kolumnady otaczającej Plac św. Piotra
    Co zaś się tyczy Tatarów – nim Moskwa zlikwidowała Chanat Krymski nie tylko się z nimi nawojowaliśmy (o Dzikich Polach opowiada wspaniale Henryk Sienkiewicz w Panu Wołodyjowskim – a i inne części Trylogii nie są wątków tatarskich pozbawione; ulubiona żona Sulejmana Wspaniałego Hürem/Roksolana, była tatarską branką znad Dniepru). Rzeczpospolita była także miejscem azylu dla członków tatarskich elit, które przegrywały krwawą nieraz walkę o tron w Bachczysaraju, Ich potomkowie do dziś zresztą żyją na Podlasiu, stanowiąc dowód na nieznaną na Zachodzie tolerancję i multikulturowość. Są też wspomnieniem czasów imperialnej świetności Rzeczypospolitej.
Tatarski meczet na Podlasiu

Najchętniej czytane

Piwny książę

     Poprzedni wpis mógł wyglądać jak apoteoza spożywania alkoholu w warstwach rządzących, ale jest to oczywista nieprawda, wszak ustawa o...