Tłumacz

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niemcy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niemcy. Pokaż wszystkie posty

27 lutego 2026

Prawie jak Berlin

    Do cypryjskiej stolicy, Nikozji (przez miejscowych zwaną Lefkozją – zarówno tych greko-, jak i tureckojęzycznych; warto mieć to na uwadze jeżdżąc po wyspie samochodem i spozierając na tamtejsze znaki drogowe – po stronie greckiej pisane w dwóch alfabetach) jechaliśmy od południa, przekraczając niewysokie już w tym miejscu Góry Troodos. Kiedy znaleźliśmy się w najwyższym punkcie trasy przed nami ukazały się Góry Kyreńskie i kotlina, w której położone było to starożytne miasto. Czy może dwa miasta. Dwie stolice: Republiki Cypryjskiej i uznawanej tylko przez Turcję Tureckiej Republiki Cypru Północnego. Obejrzeć mogliśmy też wyrysowaną na zboczach – w otoczeniu patriotycznych tureckich napisów – olbrzymią flagę Cypru Tureckiego. Trwała tam jako kpina z Greków oraz – o czym pisałem – symbol tureckiego nacjonalizmu i potęgi.

Flaga Cypru Północnego górująca nad Nikozją

    Od razu mówię – na chwilę obecną po północnej stronie linii demarkacyjnej z 1974 roku byłem tylko w Nikozji, więc wciąż nie udało się odwiedzić Famagusty z gotycką katedrą koronacyjną królów Jerozolimy na wygnaniu, opuszczoną dzielnicą Warosia czy fortyfikacjami znanymi z dramatu Otella (tak, tak, ów Maur w weneckiej służbie Desdemonę udusił właśnie na Cyprze) czy malowniczej Kyrenii. O średniowiecznych zamkach czy antycznych stanowiskach archeologicznych nawet nie ma co wspominać. Tym bardziej, że na stronie południowej też jest ich całkiem sporo. Tak więc wypada kiedyś na wyspę – trzecią pod względem wielkości na Morzu Śródziemnym – wrócić. Jak Bóg da, a partia pozwoli.

Cypryjski landszafcik

    Po co pchałem się na turecką stronę? Skoro nie zobaczyłem przerobionej na meczet katedry świętego Mikołaja w Famaguście, ujrzeć chciałem podobną świątynię, tym razem miejsce koronacji średniowiecznych królów Cypru (a było królestwo to pokłosiem wypraw krzyżowych, templariuszy i joannitów hasało tu ich całe mrowie, zresztą świeckich krzyżowców także), dziś również zbisurmanioną. A linia podziału miasta przez otoczoną potężnymi fortyfikacjami nikozyjską starówkę przebiegała w taki sposób właśnie, że katedra świętej Zofii (Hagia Sophia, ha!) - zwana meczetem Selima (jak w Edirne normalnie) – leżała na północnej stronie. W południowej części miasta stoi dziś nowa, bo XVII-wieczna prawosławna katedra świętego Jana Teologa przerobiona z dawnej klasztornej kaplicy benedyktynów. Ale o świątynnym recyklingu dopiero co było, więc nie ma sensu się tu powtarzać.

Dawna katedra św. Zofii

    Jak wygląda Nikozja? Jak wspominałem, jest otoczona fortyfikacjami z czasów panowania włoskich kupców (Najjaśniejsza Republika Świętego Marka, no bo kto inny finalnie wyspę mógł przejąć? Choć trzeba przyznać, że w czasach wypraw krzyżowych pozostałe republiki morskie, Piza czy Genua, też miały tu faktorie) a wypełniona budowlami z czasów osmańskich oraz trwającej od drugiej połowy XIX wieku brytyjskiej okupacji (są też bezpłciowe nowe budynki niestety). Może trochę przypomina Vallettę na Malcie, ale jest mniej barokowa. No, prawie wcale w sumie.

Stare miasto w greckiej Nikozji

    W sumie – mówimy tu o części greckiej – takie europejskie miasto. Południowoeuropejskie. Mimo, że geograficznie bardzo w Azji – z Cypru do Turcji jest jakieś 60 kilometrów, do wybrzeży Syrii i Palestyny niewiele więcej. Ale nie widać tu lewantyńskiego kolorytu – chyba, że weźmiemy pod uwagę starszych panów siedzących na zydelkach i rypiących w tryktraka.

Poważna rozgrywka w tryktraka

    Greckie cerkwie, niczym żywcem przeniesione z kontynentalnej Grecji pokazują, że koncepcja enosis, zjednoczenia (jeden z powodów tureckiej inwazji na wyspę w latach 70-tych) nie była li tylko wyssaną z palca mrzonką, a mającą spory sens koncepcją (choć do Macierzy 700 kilometrów).

Cerkiew w greckiej Nikozji

    Nagle to europejskie miasto kończy się ustrojonym w drut kolczasty murem (często wykorzystuje on opuszczone budynki) – i musimy przedostać się do strefy tureckiej. To znaczy: nie musimy, ale skoro już jesteśmy, i mamy dokument tożsamości, to możemy (a dokument taki będąc na Cyprze mieć musimy – państwo nie należy do strefy Schengen; do Unii E***pejskiej należy niestety). Przejście graniczne jest skromne, nie rzuca się w oczy tak, jak słynny berliński checkpoint Charlie. Ale i waga miasta niższa jest niż onegdaj podzielonego Berlina.

Berliński Checkpoint Charlie jako atrakcja turystyczna

    Trzy kroki po przekroczeniu linii demarkacyjnej zaczyna się zupełnie inny świat. Orient, znaczy się. Nieco senne uliczki południowej Nikozji zamieniają się w typowy turecki bazar, gdzie przechodzień agresywnie nagabywany jest przez sklepikarza (sprzedawcy po stronie greckiej zdają się klienta traktować niczym intruza chcącego brutalnie przerwać im sjestę i proces kontemplowania życia). Pojawiają się typowe tureckie kebaby i herbata w charakterystycznych dzbanuszkach (słodka i turecka, po stronie greckiej łatwiej dostać brytyjską z mlekiem).

Bazar uliczny
Troszkę dalej od przejścia granicznego - spokojniej

    Znikają cerkwie, a pojawiają się meczety.

Meczet Araba Ahmeda Paszy

    Oraz wspaniałe osmańskie karawanseraje. Coraz częściej te hany zostają też odrestaurowane – przez wiele lat stały opuszczone. Po podziale wyspy nikozjańska starówka opustoszała (przesiedlenia ludności; muzułmanie przyjechali na północ, prawosławni na południe; trochę ich zostało w okolicach Rizokarpaso, mieście leżącym na tym półwyspie w kształcie ogonka, Karpaz), do tego – i była to świadoma polityka rządu w Ankarze, najechało tu sporo osadników z kontynentu (cóż, nie tylko z powodu podziału Nikozja przypomina Berlin, gdzie jak wieść gminna niesie, stoi Turek na każdym rogu), dla których zabytkowa tkanka miejska nic nie znaczyła.

Buyuk Han - Wielki Zajazd
Kumalcilar Han

    Jedno miasto – dwa światy. Nie wiem, czy jest między nimi sto metrów (przypomina mi się książka Miasto i miasto Chiny Mielville'a, dziwnie pisze, ale pomysł fajny), chyba nie ma. Poza Nikozją zdemilitaryzowana strefa zamknięta bywa całkiem szeroka, ale tu, w centrum nieraz jest na szerokość kamienicy. Bedekery piszą, że Nikozja nie jest miastem rzucającym na kolana, i jeśli ktoś nie ma czasu, a zwiedzał część północną to wielkiej krzywdy nie uczyni odpuszczając stolicę. Chyba, że, tak jak ja, Cypr Północny odpuszcza. Wtedy warto, zwłaszcza by zobaczyć ową różnicę kulturową. Cóż, może tak być, nie neguję. Choć mimo wszystko nie tak czy siak nie rezygnowałbym z wizyty, choćby tylko dla tej gotyckiej byłej katolickiej katedry Mądrości Bożej. Tak mi się spodobała, że chyba uczynię o niej osobny wpis.

Meczet Selima czyli katedra

    Podejrzewam, że te renowacje zrobiono głównie pod turystów – by chętniej zostawiali dukaty na północnej stronie wyspy. Która, gdy tylko wyjdzie się poza centralny bazar i osmańskie hany sprawia wrażenie dużo biedniejszej i bardziej zdewastowanej. Zamiast banków mamy warsztaty samochodowe. A weneckie fortyfikacje obudowywane są nie wieżowcami i pasażami, a lepiankami i uprawnymi polami.

Wenecka fosa po stronie greckiej...
...i po stronie tureckiej

14 listopada 2025

Przedmurze

    No i minęło kolejne Święto Niepodległości, oby ich było jak najwięcej (choć oczywiście geopolityka i miejscowe – nie chcę napisać nasze, bo to pro maior pars potomkowie przywiezionych na radzieckich tankach politurków i zwykli jurgieltnicy; nie chcę myśleć o współobywatelach jako idiotach - elity kompradorskie chciałyby, by było ich jak najmniej).
Marsz Niepodległości
    Szkoda, że – poza imprezami sportowymi – jest to jedna z niewielu okazji by zobaczyć Polaków w barwach narodowych. To tak trochę wygląda, jakbyśmy się ich wstydzili. Bo co? Bo to jakiś nacjonalizm? A wmówiono nam, że jak nacjonalizm to faszyzm czy nazizm, z którymi przecież – jako socjalizmami – walczył komunizm (czyli socjalizm internacjonalistyczny). 50 lat sowieckiej okupacji pozostawiło trwałe ślady na duszach i umysłach Polaków niestety.

Mecz reprezentacji
    Bo inne nacjonalizmy nas nie rażą aż tak, w szkole peruwiańskiej dzień zaczyna się od odśpiewania hymnu i modlitwy, turysta powie, jaka fajna tradycja. Albo amerykańska cześć dla flagi – jakie to podniosłe (o fladze i nacjonalizmie planuję zrobić wpis, ale w przyszłym roku – znaczy po Nowym Roku). A u nas? Wywieszenie flagi na majówkę to taki trochę obciach. Straszna tresura w ojkofobii. Do tego jak ktoś odwołuje się do naszej imperialnej przeszłości od razu spotyka go atak ze strony – najczęściej niezbyt dobrych z historii – fajnopolaków czczących Unię E***pejską. Bo niedobrze się chwalić swoimi tryumfami i zasługami. Dlaczego? Tego jeszcze nie odkryłem, może żeby nie robić przykrości dzikim barbarzyńskim ludom przed którymi broniliśmy Europę – a które to ludy w zamian za to – przy absolutnym braku sprzeciwu owych bronionych – zafundowały nam, Polakom, kilka ładnych ludobójstw.

Obóz koncentracyjny założony dla Polaków
    Chodzi mi tu chociażby o mit Przedmurza Chrześcijaństwa (czy szerzej: Przedmurza Europy). Dla kognitywnych immakulat didaskalia: chodziło o to, że Polska – głównie we własnym mniemaniu – postrzegana była jako rubieże zachodniego chrześcijaństwa (czyli zachodniej cywilizacji) i jako taka była puklerzem przed atakami ze Wschodu i Południa czynione przez muzułmanów oraz prawosławnych. Podobną rolę odgrywały chociażby państwa zakonne w basenie Bałtyku czy Królestwo Węgier, ale te pierwsze zostały zsekularyzowane, a to drugie znieśli Turcy osmańscy. Czy był to tylko li nasz własny mit (powiązany z sarmatyzmem)? Chyba niekoniecznie. Wszak umocnienia twierdzy w Kamieńcu Podolskim, broniącej Rzeczpospolitą przed hordami Tatarów i Osmanów fundował nuncjusz apostolski. A turecki napór na Zachód powstrzymał – błagany przez o to przez Habsburgów – pod Wiedniem i zwłaszcza Parkanami nie kto inny jak Jan III Sobieski. Wspominałem, że za ocalenie cni Wiedeńczycy do dziś nie postawili królowi pomnika, a sto lat później Rzeczypospolitej już nie było – między innymi dzięki działalności Habsburgów.

Osmański minaret w Egerze - pozostałość po upadku Królestwa Węgier
    Unia Brzeska i męczeństwo św Jozafata Kuncewicza, albo wspominane już przeze mnie na blogu powstanie kościoła ormiańskokatolickiego wpisują się w narrację o ochronę katolicyzmu.

Dawna katedra ormiańskokatolicka we Lwowie
    Co nie znaczy, że polska kultura nie była podatna na wschodnie (i południowe) wpływy. Wystarczy chociażby pojechać na Podlasie, gdzie obok siebie stoją kościoły, cerkwie, meczety czy synagogi. O innych świątyniach (ok, synagoga nie jest technicznie świątynią) czy budowlach sakralnych kolejnych denominacji nawet nie wspominam. No, albo zapalić jakiś produkt tytoniowy – sama roślina co prawda pochodzi z Ameryki Południowej, ale jej polska nazwa jest turecka.

Podlaski meczet
    Ojkofoby chciałyby naszą – diametralnie różną od zachodniej – historię na siłę wepchnąć w schemat zachodnioeuropejski. A zwyczajnie się nie da – szkoda, że reszta obywateli jakoś nie chce/nie umie się nią chwalić.

Zespół synagog w Tykocinie
    Koncepcja Przedmurza Chrześcijaństwa upadła wraz z upadkiem Rzeczypospolitej – wspomniani Habsburgowie skumali się z mentalnymi potomkami mongolskich niewolników z Petersburga i zakompleksionym nuworyszami z Berlina. Upadek zaborców sprawił, że Polska powstała – a wraz z nią i mit Przedmurza. Tym razem musieliśmy stawić czoło najstraszniejszej z dotychczasowych hord – komunistom.

Dzikie hordy
    I oczywiście, jak na Przedmurze przystało, robiliśmy to całkiem sami (oczywiście są chwalebne wyjątki: Węgrzy dosłali amunicję, Amerykanie-ochotnicy bronili nieba nad Lwowem) – Niemcy blokowali dostawy sprzętu, Czesi napadli na Zaolzie, a Ententa... Ruszyła się dopiero, gdy było to w jej interesie (nasi politycy powinni się uczyć, by działać w interesie Polski; chyba, że są to tylko polskojęzyczni notable). Bez tego nie byłoby Błękitnej Armii czy tytułu Marszałka Polski dla Ferdynanda Focha. 20 lat później interes Francji i Anglii zadecydował, żeby zostawić Polskę na łasce powracającej ze Wschodu bolszewickiej dziczy (no i, oczywiście Niemców nazistów nie wiadomo kogo).

Okopy z czasów wojny polsko-bolszewickiej
    Nie wiem, czemu nie podnosimy na arenie międzynarodowej tej przedmurzastej historii Polski. A jak już chcemy pokazać to w popkulturze (którą wygrywa się takie sprawy) to wychodzą nieoglądalne gnioty jak 1920 Bitwa Warszawska czy ten film o Odsieczy Wiedeńskiej z tym kolesiem co to zabił Mozarta. A już wcale nie potrafimy sprzedać tego, że wygląd współczesnego Świata to w dużej mierze zasługa właśnie naszych rodaków. I o tym będzie następny wpis.
Mury Lwowa, wielokrotnie chroniące Rzeczpospolitą przed wschodnimi hordami.

10 listopada 2025

Złe słowa

    Tytuł tego robionego w sumie na szybko wpisu nijak się ma do piosenki nieżyjącego już Jacka Skubikowskiego pod tym samym tytułem. Odnosi się raczej do szeroko pojętej wolności słowa, czy też może cenzury jaką w tej koncepcji czyni idea poprawności – ha tfu – politycznej. U nas – w porównaniu z Zachodem, bo w porównaniu z, powiedzmy, zeszłą dekadą to nie – ta koncepcja jeszcze mocno kuleje, ale w takiej Wielkiej Brytanii za nie takie słowo trafić można do ancla (i spokojnie robić sobie tatuaże; w innych wypadkach – chyba żeś marynarz albo Maorys – to bardzo wątpliwa ozdoba). Tak zwane społeczeństwa obywatelskie dążą nawet do tego, żeby nieprawomyślne słowa dławione były nie przez sądy, a już w głowie (autocenzura – cytując klasyka – bezboleśnie kastruje). Po co mają hulać po ulicach Berlina czy Brukseli.
Symbol końca Cywilizacji Europejskiej
    I tak razu pewnego pomyślałem sobie w głowie o polskich słowach, które niedługo pewnie trafią na indeks. Odnoszących się mianowicie do przywar innych nacji. Od razu zaznaczam: nie mam nic przeciw polish jokes – pracując za granicą zauważyłem, że poniekąd sami sobie zapracowaliśmy na takie postrzeganie (poniekąd – gdyż czasem wraże nam kraje specjalnie zohydzają wizerunek Polski, vide niemiecka – bo czyja – akcja pod hasłem pojedź do Polski, twój samochód już tam jest). Niejaki Wolter, persona oślizgła i pióro do wynajęcia, twierdził w tej swojej Francji, iż jeden Polak to istny czar, dwóch Polaków – to awantura, trzech Polaków – to już polski problem. Cóż.

Polski landszaft - na uspokojenie
    Wracając jednak do meritum: zadałem sobie pytanie czym się różnią czasowniki oszwabić i ocyganić. Miałem swoją koncepcję, ale popytałem kilka osób, ba, nawet zadałem je w mediach społecznościowych (większość odpowiedzi – bez zaskoczenia – była pomocna niczym szklanka wody podana tonącemu). Jedno i drugie słowo znaczy mniej więcej oszukać kogoś, ale to pierwsze ma zdecydowanie większą wagę. Opisuje działanie z premedytacją, zaplanowane (wiadomo: Ordnung must sein, a Szwabia to przecież kraina w Niemczech). Drugie to takie bardziej okłamywanie (cyganić można w trzy karty – stwierdził kolega), w tym słowie jest brzęk wytwarzanych kotłów, rżenie konia napojonego przez sprzedawcę alkoholem by miał większy wigor (i z pomalowanymi zębami, by nie było widać wieku). Ocyganiony możesz zostać też na własne życzenie, przez głupotę czy nadmierną pazerność. Przy oszwabieniu nie ma o tym mowy.

Kawałki Akropolu w Londynie - wyjudzone czy wycyganione?
    Z Cyganami miałem do czynienia – już tymi osiadłymi, zajmującymi się poza uczciwymi działalnościami także okradaniem domów starych ludzi na wsi – więc dla mnie słowo ocyganić też w sumie nie jest pozytywne. Nie wzięło się znikąd. Niedaleko mojej wioski – póki jeszcze Cyganie byli w Polsce wolni – na zimę na polanie rozbijał się tabor. Któregoś razu zaproszono wszystkich okolicznych gospodarzy na cygańskie wesele. Zabawa podobno była przednia, były tańce, wódka, a po powrocie okradzione gospodarstwa. Kto poszedł, sam się dał ocyganić. Swoją drogą wędrownych Cyganów można spotkać jeszcze na Bałkanach. Któregoś razu – byłem z wycieczką w Bułgarii – zatrzymaliśmy się autokarem na przerwę fizjologiczną, podle Nesebyru. Jeden z podopiecznych stwierdził, że szybciej będzie iść w krzaki. Wrócił pogryziony – na szczęście lekko – przez psy, pilnujące nieodległego obozowiska owych współczesnych koczowników.

Cygańskie koczowisko
    Ale jak to – zapyta ktoś – na grupy Sinti czy Roma mówić Cyganie? A tak, Nie dajmy się ogłupić – i wykastrować przez autocenzurę. Nie wolno mówić Eskimos czy Murzyn (a to wspaniałe polskie słowa zawierające w sobie tajemniczą egzotykę), nie wolno używać słowa Żyd w jednym zdaniu z takimi wyrazami jak Gaza i ludobójstwo. No proszę ja Was. Co innego jest tradycyjne w tamtych rejonach Świata wzajemne się mordowanie, a co innego zaplanowana akcja eksterminacji ludności.

Typowy obrazek z Zachodniego Brzegu
    Ale wróćmy do tych słów. Oprócz oszwabienia czy ocyganienia jeszcze jedna grupa dała nam słowo oznaczające przywłaszczanie cudzego mienia. W tym wypadku to akurat kradzież bezczelna i hurtowa, bo słowo to to zaiwanić (nie mylić z zaiwaniać, co oznacza po prostu bardzo szybko się przemieszczać). Zapewne ma to związek z bratnią wizytą Armii Radzieckiej, w której co drugi był Iwan, a która wchodząc do Polski kradła wszystko jak leci (a może sięga to czasów carskich – w Kongresówce przecież Moskale też brali wszystko co im wpadło w łapy). O dziwo nie powstał taki czasownik dotyczący haniebnej wizyty Szwedów w XVI wieku.

Armia Czerwona i ślady jej przemarszu - Kostrzyn nad Odrą
    Jak chodzi o Wschód znam jeszcze dwa czasowniki dotyczące ludzkich zachowań. Są one chyba dużo mniej znane od wyżej wymienionych. Mianowicie bojarzyć i bisurmanić. Bojar, bojarzyn, to na Wschodzie odpowiednik szlachty. W Moskwie tworzyli dumę bojarską, coś na kształt sejmiku, byli zapewne dość swarliwym towarzystwem, bo co i rusz któryś car – zgodnie z odziedziczonymi po Mongołach tradycjami – robił im czystkę. W Wielkim Księstwie Litewskim był to później szlachcic-posensjonat, panosza taki. Stąd i słowo bojarzyć znaczy tyle co panoszyć się, także w tym nie najlepszym wydaniu. Bisurman z kolei to określenie mahometanina. Z wyznawcami Islamu mieliśmy do czynienia głównie poprzez sponsorowanych przez Turcję Tatarów. A jako, że nacja ta nieźle nam w Rzeczypospolitej łobuzowała, to i w końcu bisurmanić zamiast, jak turczyć, oznaczać przejście na wiarę Proroka znaczyć zaczęło rozrabiać. Rozbisurmaniony urwis będzie więc traktował zasady i ład społeczny z olbrzymią dezynwolturą.

Twierdza w Akermanie, gdzie spotkać się mogli bojarzy i bisurmani
    Takich - przez tych wszystkich nowocześniaków uważanych za brzydkie – słów jest jeszcze więcej, choć na tę chwilę nic nie przychodzi mi do głowy. Poza jednym używanym przez moją śp Babcię – umurzać, umurzyć się. To chyba najgorsze (dla owych ojkofobów) słowo – znaczy bowiem ubrudzić się na czarno, uczernić. Jako, że byłem szczęśliwym dzieckiem często używała onego czasownika i przymiotnika w stosunku do mnie (dzieci, jak wiadomo, dzielą się na czyste i szczęśliwe; umurzane, znaczy się).
    W przededniu Święta Niepodległości zwracam się do W. Sz. Czytelników, by nie dali się zbrukselizować i, w przeciwieństwie do wykastrowanych mentalnie kognitywnych immakulat, nie dali sobie odebrać bogactwa naszego niesamowicie trudnego języka.

Muzeum Narodowe w Warszawie 11. listopada

A. A. No tak. Jest jeszcze jedna grupa od której powstały takie tytułowe złe słowa. Zresztą już o nich wspominałem. I nie chodzi mi o czasownik żydzić, oznaczający bycie skąpym jeszcze bardziej niż krakowski Centuś czy statystyczny Poznaniak. Chodzi mi o czasownik judzić. Podjudzać. Oznacza on mniej więcej tyle co podpuszczać, jątrzyć (jątrew to żona brata lub siostra męża, względnie synowa; powstanie takiego czasownika wiązało się zapewne z jakąś jątrewką burzącą spokój w rodzinie i utworzone zostało przez jakąś teściową czy świekrę – bo co jej się będzie obca baba wtryniać w wychowanie syna? Aleśmy utracili słów związanych z pokrewieństwem; są ludzie, którzy nie znają już określenia brat stryjeczny; straszne), nakłaniać do złego. Wyjudzać z kolei bliższe jest znaczeniowo pierwszym z omawianych tu słówek. Stereotypy nie biorą się znikąd.
Sztełt w Tykocinie

24 października 2025

Semper fidelis

    Ostatni jak do tej pory najazd na Polskę hord ze Wschodu (początkowo we współpracy z hordami z Zachodu, ech, to nasze położenie geopolityczne) zakończył się zagładą elit Narodu, oktrojowaniem obcych kulturowo i cywilizacyjnie władz okupacyjnych i – w wyniku zdrady jałtańskiej – przesunięciem granic Polski daleko na Zachód.
Symbol zmian w Polsce po II wojnie światowej
    Didaskalia dla purystów językowych: powinno się chyba pisać Zdrada Jałtańska, bo to konkretne – i tragiczne – wydarzenie, a nie jakaś tam zdrada w kurorcie na Krymie (kurorty od tego są, vide Ciechocinek), ale ogrom żalu jaki pozostawiła ta kolejna w czasie II Wojny Światowej niesłowność "sojuszników" nie pozwala mi psychicznie pisać tego wielką literą (zwrot "z wielkiej litery" też chyba nie jest poprawny, trzeba by jakiegoś Profesora spytać, Miodka albo Bralczyka). Po didaskaliach.

Ciechocinek
    Ad rem – oprócz granic na Zachód przesunięto też część Polaków, przynajmniej fizycznie, bo mentalnie wspaniale oddaje to nasz tuz światowej literatury, Stanisław Lem, ze Lwowa rodem przecież, który swoją własną tułaczkę skomentował, że Naród to nie szafa, nie da się go z kąta w kąt przestawiać. Zabużanie trafili na tak zwane Ziemie Odzyskane, które były aktualnie przez Armię Czerwoną ogołocone do zera, i musieli rozpocząć egzystencję w nieznanym i niestabilnym miejscu (do dziś Niemcy niezbyt chętnie – o ile w ogóle – uznają granicę na Odrze i Nysie; o reperacjach nawet nie wspominam). Spacerując po post-PGR-owskich wioskach do dziś widać tam ślady po tym wyrwaniu z korzeniami. Nie, żebym coś miał do owych terenów, nie. Mimo, że często kontakt z Polską urwał się tam w XI wieku, to jednak spora ich część była polska dużo dłużej. A linia Odry i Nysy Łużyckiej czy Sudety łatwiejsze są do obrony niż pola Niziny Śląskiej i Wielkopolskiej (wzgórza i jeziora Pomorza nieźle zabezpieczał Wał Pomorski, ale kiedy już sojusznicy w niszczeniu Polski się pokłócili nie zapobiegł on najazdowi Armii Czerwonej na Berlin). Co to, to nie. Bardziej boli, że ukradziono nam centra kultury polskiej. Bo czy ktoś może sobie dziś wyobrazić Francję, której zabiera się Marsylię i Lyon, a w zamian daje Brukselę i Bilbao? Wszak miasta te miały w przeszłości kontakt z Najstarszą Córą Kościoła. Ktoś, coś?

Życie na Ziemiach Odzyskanych
    Właśnie. A my musimy żyć bez Wilna i Lwowa.

Polskie dziedzictwo w Wilnie
    I bez elit, wymordowanych w Katyniu, Dachau czy Palmirach.

Jeden z niemieckich obozów koncentracyjnych założony dla Polaków
    Ale wróćmy do tematu wpisu. Jak ktoś się po tytule nie zorientował, że chodzi o Lwów, ten dudek. Zawsze wierny – taką dewizę nosi to miasto, i rzeczywiście, zawsze takie było. W końcu za coś otrzymało order Virtuti Militari – ten prawdziwy, a nie komunistyczną podróbkę chętnie szafowaną zbrodniarzom w czasach PRL.

Lwowski rynek
    Mimo znacznego – bardziej niż w Wilnie – przetrzebienia polskiej ludności miasta (na sąsiednim Wołyniu kilkaset tysięcy ofiar Rzezi Wołyńskiej wciąż woła o prawdę i godne pochówki) dalej czuje się tu polskość. Główny rynek Starego Miasta, lokowanego w czasach Kazimierza Wielkiego, jest totalnie polski. W jednej z kamienic, należącej tradycyjnie do lwowskich arcybiskupów umierał król Michał I, potomek wareskich Rurykowiczów, założycieli państwowości na Rusi (w bliższej perspektywie był to syn Jeremiego Wiśniowieckiego, księcia – mimo równości szlachty wobec prawa w Rzeczypospolitej potomkowie rodów panujących, Giedyminowiczów czy Rurykowiczów właśnie, nosili dziedziczne tytuły książęce; nie zmieniało to statusu prawnego nosiciela, i taki Potocki, Wiśniowiecki czy Radziwiłł równy był choćby takiemu panu Piekłasiewiczowi z Koziej Górki). Po sąsiedzku budynek posiadali Sobiescy, w tym i król Jan III. Najbrzydszym budynkiem jest tu ratusz z czasów Habsburgów, przypominający swą koncepcją dzisiejsze udoskonalenia zabytkowej tkanki miejskiej. Znaczy jest to takie pudło nijak do całości nie pasujące.
Ratusz lwowski
Dziedziniec Włoski Kamienicy Królewskiej
    W pobliskiej katedrze rzymskokatolickiej (Lwów miał trzy katedry katolickie, to chyba ewenement na skalę światową: rzymską, grecką i ormiańską) król Jan Kazimierz składał Śluby Lwowskie, w których oddawał Rzeczpospolitą pod opiekę Jasnogórskiej Pani, naszej Czarnej Madonny. Tak pokrzepiony Naród pogonił szwedzkiego okupanta (a była to wizyta najbardziej niszcząca – biedni Szwedzi z bogatej Rzeczpospolitej wywozili to co się działo; Niemcy naziści nie wiadomo kto i Armia Czerwona rabujący II Rzeczpospolitą jawią się przy całej swej bezwzględności li tylko harcerzykami; mimo takich grabieży nadal jest u nas co kraść, co udowadniają nam kolejne rządy, ani chybi jesteśmy najbogatszym państwem Świata), choć zapewne talenty wojskowe króla (jako ostatni nasz władca regularnie spuszczał oklep Moskwiczanom), w przeciwieństwie do politycznych wysokie, oraz kadra dowódcza ze Stefanem "Wojna Partyzancka to to co lubię" Czarnieckiem też nie były bez znaczenia.
Archikatedra św Elżbiety
    Resztki murów miejskich i dwa arsenały dobitnie świadczą w jak niebezpiecznym rejonie miasto powstało – tatarskie zagony nieraz podchodziły pod Lwów.
Mury miejskie
    A powstał trochę wcześniej niż miasto Kazimierza Wielkiego. Jeden z wybitniejszych Rurykowiczów, Daniel Halicki (jedyny w historii halicki król, nie kniaź), założył Lwów w XIII wieku – i nazwał go na sześć swojego syna i następy – Lwa Danielowicza. Rychło przeniesiono tu z Halicza ośrodek władzy Rusi Czerwonej (po wspominanym chyba kiedyś na blogu Jarosławie Mądrym Ruś popadła w rozbicie dzielnicowe, zakończone najazdem mongolskim i owym strasznym w skutkach jarzmem; tylko tereny które zajęła Litwa i Polska uniknęły strasznego losu tatarskich – a potem moskiewskich – niewolników) – resztki Wysokiego Zamku nadal spoglądają na miasto. Zachował się do dziś plac centralny tego pierwszego Lwowa. Dziś to Stary Rynek, całkiem niedaleko potężnej lwowskiej starówki. Kiedy byłem tam ostatni raz – długo przed paniką koronawirusową – był to zaniedbany i ponury placyk. Zamiast odrestaurować miejsce ważne dla ruskich początków miasta obecni włodarze miasta wolą podkreślać zasługi współpracujących z Niemcami ukraińskich kolaborantów, odpowiadających nie tylko za polskie ludobójstwo na Kresach ale za inne zbrodnie i pogromy – także na Żydach.
Stary Rynek we Lwowie
    Trochę głupio wchodzić w zażyłe relacje z kimś takim, prawda? Swoją drogą – był ktoś ostatnio we Wschodniej Małopolsce? Remontują zamek w Żółkwi może? Uzdrowisko w Truskawcu kwitnie? Może jakieś drogi porobili przez Starą Sól czy Sambor? Albo chociaż ten Stary Rynek lwowski? Coś? W końcu mają tam jakieś 90% zabytków całego państwa.
Nieco zaniedbane podwórko na lwowskiej starówce
Niszczejące żupy solne Drohobycza

19 września 2025

U Karola, dziadka Europy

    Był lutowy mroczny – nie dlatego, że akurat byłem w Niemczech, tylko po prostu: gęste chmury ograniczały dostęp Słońca – poranek, może niezbyt śnieżny, za to równie mało mroźny. Choć absolutnie nie było ciepło – wiatr i zwyczajna w krajach klimatu kontynantelnego morskiego wilgoć mocno dawała się we znaki. Ponura zima nad Dolnym Renem nie brała jeńców – i mam nadzieję, że bywa czasami inna, choć nie postawiłbym na to wielkich pieniędzy. Rzymianie, którzy założyli tu swoje miasto (Aquisgranum, na cześć celtyckiego Granusa, utożsamianego z Apollinem czy Asklepiosem) w takie dni zapewne gromadzili się przy termalnych wodach będących do dziś bogactwem tego miasta.
Resztki Aquisgranum
    Ja na termalne zabawy nie miałem czasu – musiałem dostać się do nieodległego Maastricht, miasta równie wiekowego co Akwizgran – Aachen – Aken – Aix-en-Chapelle, i równie, mimo wesołych karnawałowych dekoracji, ponurego w tych dniach. Wracałem z Teneryfy (stąd i szok termiczny), i tak zaplanowałem podróż, by oprócz przesiadki w Niderlandach zajrzeć właśnie do dawanej stolicy Imperium Karolingów.

Grasshaus z XIII wieku, acz na karolińskich fundamentach na akwizgrańskiej starówce
Karnawałowe Maastricht
    A było na co popatrzeć – wszak na swoją główną siedzibę miejsce to wybrał nie kto inny jak Karol Wielki.
Carolus Magnus
    Fakt, niewiele z pałacowego założenia Imperatora zostało – ale Pfalzkapelle, Kaplica Pałacowa, cud architektury, swego czasu największa kamienna konstrukcja na północ od Alp i grobowiec cesarza – dalej stoi.

Katedra w Akwizgranie zawierająca Pfalzkapelle
    Budynek wzorowany był podobno na późnorzymskim kościele San Vitale w Rawennie, ostatniej stolicy zachodniorzymskiej. Karol Wielki świadomie chciał nawiązać do czasów rzymskich, i odbudować Zachodnie Cesarstwo w opozycji do Bizancjum. Dwieście lat później ten sam plan powzięli Ottonowie, Wielki i Rudy).

Kościół św Witalisa w Rawennie
    Kaplica okazała się trwalsza niż ogromne Karolowe władztwo, rozciągające się od Hiszpanii po Węgry (choć oczywiście obu tych tworów technicznie jeszcze nie było).
Girona w pirenejskich marchiach chroniących od Zachodu Imperium Karolingów
Stolica panońskiego Księstwa Błatneńskiego, karolińskiego lennika
    Nie ma co ukrywać, że zabytków z czasów karolińskich nie zachowało się zbyt wiele – 1200 lat wojen od czasu do czasu tylko przerywanych pokojem zrobiło swoje – stąd taka moja ogromna chęć zobaczenia owej kaplicy, będącej dziś częścią akwizgrańskiej katedry.
Lindenhof w Zurychu, miejsce po karolińskim pałacu
    Rzecz jednak nie była łatwa – wspominałem, był lutowy poranek, zaraz musiałem wsiadać w PKS (czy tam w niemieckie PKP) na lotnisko w Maastricht – katedra była zamknięta. Otworzyć wrota miała za kilka godzin, kiedy już będę czekał na samolot do Polski (kraju, gdzie macki Karolingów nie sięgnęły). Podszedłem jednak do głównego wejścia – romańskiego, czyli nieco młodszego od kaplicy (prezbiterium katedry to typowy gotyk). Patrzę: drzwi uchylone. No to wchodzę cichutko do środka. Nikogo... A nie! Jednak ktoś jest w środku. Dostrzegł mnie. To jeden z członków obsługi tego zacnego miejsca. Zakrystianin, powiedzmy.
    - Jeszcze zamknięte – stwierdza oczywistość.
    - Wiem – przyznaję ze skruchą – ale zaraz mam samolot, i później nie będę mógł zobaczyć – robię słodkie oczka Kota ze Shreka, zapewne niezbyt mi się to udaje, ale zakrystianin po chwili przemyśleń kiwa głową.
    - Proszę wejść, ale na chwilkę tylko. W końcu jest zamknięte.
    - Oczywiście.
    Nie byłem wewnątrz długo – ale za to sam. Mogłem w spokoju pokontemplować nie tylko relikwiarz ze szczątkami świętego (tak, Karola Wielkiego kanonizowano; uczynił to po prawdzie antypapież, więc jest z tym trochę przepychanek, ale otoczony jest lokalnym kultem; czci się go zresztą nie tylko tam, o czym za chwilę) ale i wspaniały tron cesarski (trochę późniejszy niż Karol), wspaniały kandelabr cesarza Fryderyka czy bizantyjskie w swej formie zdobienia. Cudna sprawa – pomijając ładunek historyczny to za sam kształt katedry należał jej się wpis na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

Wnętrze Pfalzkapelle
Grób Karola Wielkiego
    Ciągnące się od Danii po Rzym imperium niewiele przeżyło swojego twórcę. Na szczęście dla cesarza przeżył go tylko jeden pretendent, syn Ludwik, ale już wnuków było trzech – i ci wzięli się za łby, o czym zdaje się wspominałem już przy okazji wpisu o Strasburgu.
Strasburg - miejsce Przysięgi Strasburskiej młodszych wnuków Karola
Europarlament w Brukseli
    I Brukseli – wszak pierwotne państwa Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej mentalnie odwoływali się właśnie do jedności Europy w czasach pierwszych Karolingów (szkoda tylko, że nas, nijak z tą historią niepowiązanych, na siłę chcą wtłaczać we wspólną narrację; Europa ukształtowała się jako kontynent wielu tradycji, nie jest jednorodna).
Prawosławny monastyr w podlaskim Supraślu
    Dziedzictwo Karola Wielkiego – dziś oczywiste – przez kilkaset lat wcale nie było aż tak widoczne. Dopiero XIX wiek (i XX) jakby na nowo odkrywa tę postać. Charlemagne staje się ojcem narodu w Republice i Cesarstwie Francuskim – w opozycji do Ancient Regime. Karl der Gross pojawia się u niemieckich romantyków jako źródło niemieckości Europy – a od artystów poprzez filozofów przechodzi ta koncepcja na niemieckojęzycznych polityków (warto dodać, że najsłynniejszy z nich, działający w pierwszej połowie XX wieku, też był malarzem-akwarelistą). Żeby było zabawniej sam Karol nie był ani Niemcem ani Francuzem. Ale przecież nie o fakty chodzi w polityce historycznej. Nam też ostatnio na potęgę bohaterów kradną nowe państwa Europy Wschodniej, a my w sumie nic z tym nie robimy. Smutne.
Niszczejące polskie dziedzictwo na Wschodzie

Najchętniej czytane

Kłujki

     Na koniec opowieści o Cykladach powrót na Ios . O wyspie tej wspominałem zdaje się przy okazji pożarów w rejonie Morza Śródziemnego i...