Tłumacz

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niemcy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niemcy. Pokaż wszystkie posty

11 września 2026

Bunkry

    Skoro poprzedni wpis zakończyłem opowiastką o pubie i historii, a tych pierwszych, jak wcześniej wspomniałem w okolicy nie ma za wiele, to zostaje historia, która, jak wiadomo magistra vitae est.
Efekty walk na Westerplatte we wrześniu 87 lat temu
    Tyle w teorii, bo w praktyce rzadko kto z historii wyciąga jakieś głębsze wnioski – a nawet jeśli, to i tak potem zapomina.
Gotycka fara pw św Michała w Wieluniu po niemieckiej wizycie
    A w krajobrazie przecież co chwila natrafia się na pamiątki przypominające minione dzieje. Niedaleko Warty (miasta, ale i rzeki) znaleźć można bunkry kilku grup warownych mających zabezpieczać polską granicę, przebiegającą ówcześnie całkiem niedaleko. Nie bez powodu Wieluń był jedną z pierwszych – jeśli chodzi o nalot na niebronione cywilne miasto to pierwszą – ofiarą Września '39.
Fortyfikacje na linii Warty - Glinno
Schron bojowy w Rogoźnie na linii Grabi i Widawki
    Takich bunkrów, w dużej mierze wykorzystanych bojowo biedna II Rzeczpospolita miała zresztą dużo więcej.
Polskie bunkry z lat 30. XX wieku w rejonie Tomaszowa Mazowieckiego
    Ale, jak uczy historia, nie powstrzymały – z wielu powodów – niemieckiej przyjecielskiej wizyty (przewaga liczebna i technologiczna była jednym z nich, nie wiem, czy najważniejszym; chyba nie).
Cmentarz wojskowy w Glinnie
    Wbrew wrażej propagandzie zwycięstwo naszych zachodnich sąsiadów, nieprzyjaciół od czasów cesarza Henryka II Świętego te 1000 lat temu, nie było jednak takie łatwe. Jako dowód niech posłuży historia Złoczewa. Niewielkie miasto spalono jakiś czas po Bitwie Granicznej, inscenizując zwycięski pochód niemieckich hord. W czasie rzeczywistym takie nagrania nie były możliwe – z powodu oporu wojsk polskich (naród poetów i filozofów przy okazji bestialsko zamordował tam 200 osób – w tym i niemowlaki, zatłuczone kolbami karabinów – a za zbrodnię i podpalenie – tradycyjnie, jak to w Niemczech – nikt nie poniósł konsekwencji; o karze czy zadośćuczynieniu nawet nie wspominam).
Typowe stosunki polsko-niemieckie na przestrzeni dziejów
    Wracając do bunkrów, to akurat Niemcy mieli w ich konstruowaniu czarny pas – o przygodach związanych z potężnym bunkrem kolejowym w Jeleniu (i przy okazji w nieodległej Konewce) już na blogu wspominałem.
Bunkier kolejowy w Jeleniu
    O Międzyrzeckim Rejonie Umocnionym (mającym zabezpieczać Niemcy przed hipotetyczną napaścią Polski – si vis pacem para bellum) zdaje się, że też coś tam pisałem. Ale tylko przelotnie.
Międzyrzecki Rejon Umocniony - Obiekt 717
    O kompleksie Riese jeszcze mniej, jak nie wcale.
Podziemia zamku Książ
    Tematu innych niemieckich bunkrów nie poruszałem, bo i specjalistą od nich nie jestem.
Niemiecki bunkier na sieradzkim Wzgórzu Zamkowym
Jednoosobowy niemiecki bunkier dla strażnika, lata 40. XX wieku - Łódź
    Ważne jest, że ci specjaliści od podziemnych konstrukcji w miastach Rzeszy na potęgę stawiali też schrony dla ludności cywilnej. II Wojna Światowa rozpoczęła się przecież od nalotu na niebronione miasto, a potem ta praktyka tylko eskalowała. Nic dziwnego, że i druga strona w końcu zaczęła popełniać zbrodnie przy użyciu lotnictwa. Nie każde miasto miało metro. Albo naturalne groty.
Cywilne schrony z II Wojny Światowej w maltańskiej Moście
    Bunkry i schrony budował w Polsce i drugi okupant, ZSRS. Poczynając od Linii Mołotowa na podziemnych silosach przechowujących głowice nuklearne kończąc.
Bunkier Linii Mołotowa w Przemyślu
    Schrony miały też komunistyczne elity – zresztą tak było (i jest w sumie) w każdym państwie. Nawet jeśli nie jest to rozmach godny Białego Domu albo albańskiego watażki Envera Hodży.
Rządowy schron w centrum Tirany
    Tak więc władze PRL miały sporo przeciwatomowych schronów. Skoro zaś o nich wiemy, a część niszczeje, ciekawe gdzie będą się podziewali obecni rządzący na wypadek W. Bo reszta cywilów to wiadomo – nigdzie. Kraje tak zwanej Demokracji Ludowej (i tu mały żarcik: czym się różni demokracja od demokracji ludowej? Ano tym, czym krzesło od krzesła elektrycznego) przygotowywane były przez Związek Sowiecki do wojny o pokój – a że akurat udało się okiełznać energię atomową miała to być wojna totalna. Stawiając więc bloki mieszkalne (wspaniale wypaczające koncepcję dzieła Le Corbusiera) czy Tysiąclatki (szkoły budowane z okazji Tysiąclecia Państwa Polskiego – kontrimprezy dla kościelnego Millenium Chrztu) mają w piwnicach schrony. Spokojnie, drodzy hipisi i pacyfiści – dzisiaj już schronów się nie buduje – wygraliście. Społeczeństwo zaś przegrało.
Pobożne życzenie
    Trochę słabo też żyje się ze świadomością – a przecież zaraz rocznica napadu ZSRS na II Rzeczpospolitą, zakończona zwycięską defiladą w Mińsku Litewskim i podziałem polskich ziem – że na tą chwilę jako państwo jesteśmy chyba bardziej bezbronni niż w 1939. I nie chodzi o budowanie nowych bunkrów, uczynienie Polski drugą Albanią (albo Szwajcarią) – teraz wojny toczy się inaczej. Każda epoka ma swoje fortyfikacje. Patrząc na to, co się dzieje wygląda, jakbyśmy sami się rozbrajali.
Szwajcarskie fortyfikacje przeciwniemieckie
    Ciarki przechodzą. Trzeba się czym innym na blogu zająć.

31 lipca 2026

Długa droga do domu cz. 2

    Ach. Zatrzymaliśmy się pod katedrą w Dubrowniku, której początki sięgają nieoczekiwanej wizyty Gandalfa w Bag End króla Ryszarda I Lwie Serce w czasie powrotu z Ziemi Świętej do swoich włości (w których coraz większe poparcie zyskiwali król Francji Filip II August i ryszardowy brat Jan).
Dubrownik
    Plantagenet (chciałem napisać: angielski władca, ale W. Sz. Czytelnik już wie, że Ryszard z Anglią – poza traktowaniem jej jak skarbonki – niewiele miał wspólnego) nie zabawił jednak w Dalmacji długo, ruszył dalej na północ, można by rzec, że niczym generał Douglas MacArthur metodą żabich skoków: następnym razem rozbił się gdzieś pod Akwileją. Stamtąd, wraz z niewielką świtą (jakże romantyczne podejście – obstawiam, że Ryszard był przekonany, że jego życie jest prawdziwym romansem rycerskim) postanowił dalej podróżować lądem. Po drodze miał co prawda niebotyczne Alpy, ale przecież istniały przez nie przeprawy pamiętające jeszcze czasy Imperium Romanum i (tu Autor nieco nagina fakty, ale taka jest konwencja dobrej opowieści) Szlaku Bursztynowego.
Współczesna droga przez Alpy
    Patrząc na góry przemyślałem sprawę: może niewielka królewska świta nie była li tylko efektem zamiłowania Ryszarda do brawury? Miał wszak do przebycia tereny należące do swojego znajomego z III krucjaty, jednego z jej wodzów – Leopolda V Cnótpełnego. Babenberg, książę, został wyznaczony przez cesarza na dowódcę niemieckiego kontyngentu, i razem z Ryszardem i Filipem Augustem zdobywał Akkę. Po zwycięstwie austriacka flaga zawisła na miejskich murach obok angielskich lwów i francuskich lilii. I wtedy zainterweniował Ryszard. Pewnie odezwały się kompleksy i przerośnięte ego władcy – wszak gdyby nie tron w niewielkim wyspiarskim królestwie byłby tylko lennikiem króla Francji. Ale przecież i on, i Filip (udający ryszardowego przyjaciela, ale przecież w skrytości ducha dążący do zajęcia Andegawenii i innych kontynentalnych posiadłości Plantagenetów, będących jak cierń w rzyci królestwu Francji) byli królami. A tu jakieś książątko Rzeszy, którego dziedziny leżą nie wiadomo gdzie, ośmiela się własny sztandar zatykać obok prawdziwych władców. Bulwers! Nakazuje Ryszard ściągnąć austriacką chorągiew (przedstawia ona pięć złotych orłów na błękitnym tle, ta dziś używana, czerwona ze srebrnym pasem, według legendy herbowej pochodzi właśnie z czasu bitwy pod Akką, w użycie wejdzie za panowania wnuka Leopolda V) i cisnąć ją na ziemię. Chwilę po tym tratują ją rycerskie konie. Leopold V na taką zniewagę nie ma słów. Blednie, chowa się w namiocie, mocno sprawę odchorowuje i przepełniony nienawiścią za ten wstyd i hańbę staje się dozgonnym wrogiem Ryszarda. Chwilę później obrażony wraca do Europy.
Wspomnienie rycerskich czasów
    Swoją drogą i tak nie zniósł tego tak źle. Bułgarski car Symeon po tym jak cesarz bizantyjski Bazyli II – nomen omen – Bułgarobójca rozbił jego armię a jeńców kazał oślepić (zostawił jedno oko na dziesięciu ludzi) i odesłać do Ochrydy, stolicy Symeona, zmarł ze wstydu. Znaczy, pewnie dostał wylewu, czy innej apopleksji, ale powodem był olbrzymi wstyd i hańba. Kiedyś ludzie umierali naprawdę ze wznioślejszych powodów.
Twierdza Samuela w Ochrydzie
    Lwie Serce wraz z grupką jeźdźców pokonuje Karyntię i wkracza do Austrii, domeny Babenbergów. Na razie wszystko idzie zgodnie z planem, choć Leopold już wie, że jego śmiertelny wróg będzie przez okolicę przejeżdżał. Stawia na baczność wszystkie swoje średniowieczne służby. Tymczasem Ryszard musi przecież coś jeść. Jest już w okolicy Wiednia, wysyła jednego ze swoich giermków po zaopatrzenie. Giermek za nic ma zasady konspiracji, za pas zatknięte ma bogato zdobione rękawiczki z herbem Ryszarda. Co nie uchodzi uwadze miejscowych. Lwie Serce zostaje wkrótce otoczony, ale odmawia złożenia broni, twierdząc, że podda się tylko przed Leopoldem. Władca Austrii wkrótce przybywa, król oddaje mu swój miecz i trafia na zamek w Dürnstein. Anglia zostaje bez władcy.
Ruiny zamku Dürstein
    Ryszard zostaje upokorzony, co bardzo cieszy Leopolda – choć zapewne bardziej raduje go myśl wysokiego okupu i poprawienie swojej pozycji w Rzeszy. Okup austriacki książę dostanie, postawi za niego miasto Wiener Neustadt (rzadko odwiedzane przez turystów, ale jakby W. Sz. Czytelnik tam zajrzał, niech pamięta, że jego powstanie to po części dziedzictwo Ryszarda Lwie Serce), ale mniejszy niż by przypuszczał. Łapę na dostojnym więźniu kładzie bowiem cesarz Henryk VI Hohenstauf (o początkach dynastii zdaje się na blogu wspominałem kiedyś). Syn Fryderyka I Barbarossy był – w przeciwieństwie do Ryszarda – świetnym politykiem. Wspaniale więc wykorzystał konflikt między dwoma krzyżowcami. Tym bardziej, że sam do Ryszarda też nie pałał miłością – nie dość, że Plantagenet wspierał konkurencyjną dynastię Welfów, to jeszcze, może pamięta W. Sz. Czytelnik, wspominałem, jadąc na krucjatę wmieszał się w sprawy sycylijskie. A Sycylię Henryk chciał zająć dla siebie. I dzięki pieniądzom z Anglii mógł to uczynić – a jego syn, Fryderyk II, w przeciwieństwie do Ryszarda, Jerozolimę odzyskał.
Zamek Fryderyka II w Syrakuzach
    Lwie Serce zaś zmuszono do hołdu lennego przed niemieckim władcą, co oczywiście nie miało żadnego znaczenia poza dalszym upokorzeniem awanturniczego władcy. Ironią losu jest fakt, że dziś w Anglii panuje potomek innej z niemieckich dynastii, Karol III Battenberg, dla niepoznaki zwany Windsorem. Ale to całkiem inna historia.
Siedziba obecnych władców Anglii

27 lutego 2026

Prawie jak Berlin

    Do cypryjskiej stolicy, Nikozji (przez miejscowych zwaną Lefkozją – zarówno tych greko-, jak i tureckojęzycznych; warto mieć to na uwadze jeżdżąc po wyspie samochodem i spozierając na tamtejsze znaki drogowe – po stronie greckiej pisane w dwóch alfabetach) jechaliśmy od południa, przekraczając niewysokie już w tym miejscu Góry Troodos. Kiedy znaleźliśmy się w najwyższym punkcie trasy przed nami ukazały się Góry Kyreńskie i kotlina, w której położone było to starożytne miasto. Czy może dwa miasta. Dwie stolice: Republiki Cypryjskiej i uznawanej tylko przez Turcję Tureckiej Republiki Cypru Północnego. Obejrzeć mogliśmy też wyrysowaną na zboczach – w otoczeniu patriotycznych tureckich napisów – olbrzymią flagę Cypru Tureckiego. Trwała tam jako kpina z Greków oraz – o czym pisałem – symbol tureckiego nacjonalizmu i potęgi.

Flaga Cypru Północnego górująca nad Nikozją

    Od razu mówię – na chwilę obecną po północnej stronie linii demarkacyjnej z 1974 roku byłem tylko w Nikozji, więc wciąż nie udało się odwiedzić Famagusty z gotycką katedrą koronacyjną królów Jerozolimy na wygnaniu, opuszczoną dzielnicą Warosia czy fortyfikacjami znanymi z dramatu Otella (tak, tak, ów Maur w weneckiej służbie Desdemonę udusił właśnie na Cyprze) czy malowniczej Kyrenii. O średniowiecznych zamkach czy antycznych stanowiskach archeologicznych nawet nie ma co wspominać. Tym bardziej, że na stronie południowej też jest ich całkiem sporo. Tak więc wypada kiedyś na wyspę – trzecią pod względem wielkości na Morzu Śródziemnym – wrócić. Jak Bóg da, a partia pozwoli.

Cypryjski landszafcik

    Po co pchałem się na turecką stronę? Skoro nie zobaczyłem przerobionej na meczet katedry świętego Mikołaja w Famaguście, ujrzeć chciałem podobną świątynię, tym razem miejsce koronacji średniowiecznych królów Cypru (a było królestwo to pokłosiem wypraw krzyżowych, templariuszy i joannitów hasało tu ich całe mrowie, zresztą świeckich krzyżowców także), dziś również zbisurmanioną. A linia podziału miasta przez otoczoną potężnymi fortyfikacjami nikozyjską starówkę przebiegała w taki sposób właśnie, że katedra świętej Zofii (Hagia Sophia, ha!) - zwana meczetem Selima (jak w Edirne normalnie) – leżała na północnej stronie. W południowej części miasta stoi dziś nowa, bo XVII-wieczna prawosławna katedra świętego Jana Teologa przerobiona z dawnej klasztornej kaplicy benedyktynów. Ale o świątynnym recyklingu dopiero co było, więc nie ma sensu się tu powtarzać.

Dawna katedra św. Zofii

    Jak wygląda Nikozja? Jak wspominałem, jest otoczona fortyfikacjami z czasów panowania włoskich kupców (Najjaśniejsza Republika Świętego Marka, no bo kto inny finalnie wyspę mógł przejąć? Choć trzeba przyznać, że w czasach wypraw krzyżowych pozostałe republiki morskie, Piza czy Genua, też miały tu faktorie) a wypełniona budowlami z czasów osmańskich oraz trwającej od drugiej połowy XIX wieku brytyjskiej okupacji (są też bezpłciowe nowe budynki niestety). Może trochę przypomina Vallettę na Malcie, ale jest mniej barokowa. No, prawie wcale w sumie.

Stare miasto w greckiej Nikozji

    W sumie – mówimy tu o części greckiej – takie europejskie miasto. Południowoeuropejskie. Mimo, że geograficznie bardzo w Azji – z Cypru do Turcji jest jakieś 60 kilometrów, do wybrzeży Syrii i Palestyny niewiele więcej. Ale nie widać tu lewantyńskiego kolorytu – chyba, że weźmiemy pod uwagę starszych panów siedzących na zydelkach i rypiących w tryktraka.

Poważna rozgrywka w tryktraka

    Greckie cerkwie, niczym żywcem przeniesione z kontynentalnej Grecji pokazują, że koncepcja enosis, zjednoczenia (jeden z powodów tureckiej inwazji na wyspę w latach 70-tych) nie była li tylko wyssaną z palca mrzonką, a mającą spory sens koncepcją (choć do Macierzy 700 kilometrów).

Cerkiew w greckiej Nikozji

    Nagle to europejskie miasto kończy się ustrojonym w drut kolczasty murem (często wykorzystuje on opuszczone budynki) – i musimy przedostać się do strefy tureckiej. To znaczy: nie musimy, ale skoro już jesteśmy, i mamy dokument tożsamości, to możemy (a dokument taki będąc na Cyprze mieć musimy – państwo nie należy do strefy Schengen; do Unii E***pejskiej należy niestety). Przejście graniczne jest skromne, nie rzuca się w oczy tak, jak słynny berliński checkpoint Charlie. Ale i waga miasta niższa jest niż onegdaj podzielonego Berlina.

Berliński Checkpoint Charlie jako atrakcja turystyczna

    Trzy kroki po przekroczeniu linii demarkacyjnej zaczyna się zupełnie inny świat. Orient, znaczy się. Nieco senne uliczki południowej Nikozji zamieniają się w typowy turecki bazar, gdzie przechodzień agresywnie nagabywany jest przez sklepikarza (sprzedawcy po stronie greckiej zdają się klienta traktować niczym intruza chcącego brutalnie przerwać im sjestę i proces kontemplowania życia). Pojawiają się typowe tureckie kebaby i herbata w charakterystycznych dzbanuszkach (słodka i turecka, po stronie greckiej łatwiej dostać brytyjską z mlekiem).

Bazar uliczny
Troszkę dalej od przejścia granicznego - spokojniej

    Znikają cerkwie, a pojawiają się meczety.

Meczet Araba Ahmeda Paszy

    Oraz wspaniałe osmańskie karawanseraje. Coraz częściej te hany zostają też odrestaurowane – przez wiele lat stały opuszczone. Po podziale wyspy nikozjańska starówka opustoszała (przesiedlenia ludności; muzułmanie przyjechali na północ, prawosławni na południe; trochę ich zostało w okolicach Rizokarpaso, mieście leżącym na tym półwyspie w kształcie ogonka, Karpaz), do tego – i była to świadoma polityka rządu w Ankarze, najechało tu sporo osadników z kontynentu (cóż, nie tylko z powodu podziału Nikozja przypomina Berlin, gdzie jak wieść gminna niesie, stoi Turek na każdym rogu), dla których zabytkowa tkanka miejska nic nie znaczyła.

Buyuk Han - Wielki Zajazd
Kumalcilar Han

    Jedno miasto – dwa światy. Nie wiem, czy jest między nimi sto metrów (przypomina mi się książka Miasto i miasto Chiny Mielville'a, dziwnie pisze, ale pomysł fajny), chyba nie ma. Poza Nikozją zdemilitaryzowana strefa zamknięta bywa całkiem szeroka, ale tu, w centrum nieraz jest na szerokość kamienicy. Bedekery piszą, że Nikozja nie jest miastem rzucającym na kolana, i jeśli ktoś nie ma czasu, a zwiedzał część północną to wielkiej krzywdy nie uczyni odpuszczając stolicę. Chyba, że, tak jak ja, Cypr Północny odpuszcza. Wtedy warto, zwłaszcza by zobaczyć ową różnicę kulturową. Cóż, może tak być, nie neguję. Choć mimo wszystko nie tak czy siak nie rezygnowałbym z wizyty, choćby tylko dla tej gotyckiej byłej katolickiej katedry Mądrości Bożej. Tak mi się spodobała, że chyba uczynię o niej osobny wpis.

Meczet Selima czyli katedra

    Podejrzewam, że te renowacje zrobiono głównie pod turystów – by chętniej zostawiali dukaty na północnej stronie wyspy. Która, gdy tylko wyjdzie się poza centralny bazar i osmańskie hany sprawia wrażenie dużo biedniejszej i bardziej zdewastowanej. Zamiast banków mamy warsztaty samochodowe. A weneckie fortyfikacje obudowywane są nie wieżowcami i pasażami, a lepiankami i uprawnymi polami.

Wenecka fosa po stronie greckiej...
...i po stronie tureckiej

14 listopada 2025

Przedmurze

    No i minęło kolejne Święto Niepodległości, oby ich było jak najwięcej (choć oczywiście geopolityka i miejscowe – nie chcę napisać nasze, bo to pro maior pars potomkowie przywiezionych na radzieckich tankach politurków i zwykli jurgieltnicy; nie chcę myśleć o współobywatelach jako idiotach - elity kompradorskie chciałyby, by było ich jak najmniej).
Marsz Niepodległości
    Szkoda, że – poza imprezami sportowymi – jest to jedna z niewielu okazji by zobaczyć Polaków w barwach narodowych. To tak trochę wygląda, jakbyśmy się ich wstydzili. Bo co? Bo to jakiś nacjonalizm? A wmówiono nam, że jak nacjonalizm to faszyzm czy nazizm, z którymi przecież – jako socjalizmami – walczył komunizm (czyli socjalizm internacjonalistyczny). 50 lat sowieckiej okupacji pozostawiło trwałe ślady na duszach i umysłach Polaków niestety.

Mecz reprezentacji
    Bo inne nacjonalizmy nas nie rażą aż tak, w szkole peruwiańskiej dzień zaczyna się od odśpiewania hymnu i modlitwy, turysta powie, jaka fajna tradycja. Albo amerykańska cześć dla flagi – jakie to podniosłe (o fladze i nacjonalizmie planuję zrobić wpis, ale w przyszłym roku – znaczy po Nowym Roku). A u nas? Wywieszenie flagi na majówkę to taki trochę obciach. Straszna tresura w ojkofobii. Do tego jak ktoś odwołuje się do naszej imperialnej przeszłości od razu spotyka go atak ze strony – najczęściej niezbyt dobrych z historii – fajnopolaków czczących Unię E***pejską. Bo niedobrze się chwalić swoimi tryumfami i zasługami. Dlaczego? Tego jeszcze nie odkryłem, może żeby nie robić przykrości dzikim barbarzyńskim ludom przed którymi broniliśmy Europę – a które to ludy w zamian za to – przy absolutnym braku sprzeciwu owych bronionych – zafundowały nam, Polakom, kilka ładnych ludobójstw.

Obóz koncentracyjny założony dla Polaków
    Chodzi mi tu chociażby o mit Przedmurza Chrześcijaństwa (czy szerzej: Przedmurza Europy). Dla kognitywnych immakulat didaskalia: chodziło o to, że Polska – głównie we własnym mniemaniu – postrzegana była jako rubieże zachodniego chrześcijaństwa (czyli zachodniej cywilizacji) i jako taka była puklerzem przed atakami ze Wschodu i Południa czynione przez muzułmanów oraz prawosławnych. Podobną rolę odgrywały chociażby państwa zakonne w basenie Bałtyku czy Królestwo Węgier, ale te pierwsze zostały zsekularyzowane, a to drugie znieśli Turcy osmańscy. Czy był to tylko li nasz własny mit (powiązany z sarmatyzmem)? Chyba niekoniecznie. Wszak umocnienia twierdzy w Kamieńcu Podolskim, broniącej Rzeczpospolitą przed hordami Tatarów i Osmanów fundował nuncjusz apostolski. A turecki napór na Zachód powstrzymał – błagany przez o to przez Habsburgów – pod Wiedniem i zwłaszcza Parkanami nie kto inny jak Jan III Sobieski. Wspominałem, że za ocalenie cni Wiedeńczycy do dziś nie postawili królowi pomnika, a sto lat później Rzeczypospolitej już nie było – między innymi dzięki działalności Habsburgów.

Osmański minaret w Egerze - pozostałość po upadku Królestwa Węgier
    Unia Brzeska i męczeństwo św Jozafata Kuncewicza, albo wspominane już przeze mnie na blogu powstanie kościoła ormiańskokatolickiego wpisują się w narrację o ochronę katolicyzmu.

Dawna katedra ormiańskokatolicka we Lwowie
    Co nie znaczy, że polska kultura nie była podatna na wschodnie (i południowe) wpływy. Wystarczy chociażby pojechać na Podlasie, gdzie obok siebie stoją kościoły, cerkwie, meczety czy synagogi. O innych świątyniach (ok, synagoga nie jest technicznie świątynią) czy budowlach sakralnych kolejnych denominacji nawet nie wspominam. No, albo zapalić jakiś produkt tytoniowy – sama roślina co prawda pochodzi z Ameryki Południowej, ale jej polska nazwa jest turecka.

Podlaski meczet
    Ojkofoby chciałyby naszą – diametralnie różną od zachodniej – historię na siłę wepchnąć w schemat zachodnioeuropejski. A zwyczajnie się nie da – szkoda, że reszta obywateli jakoś nie chce/nie umie się nią chwalić.

Zespół synagog w Tykocinie
    Koncepcja Przedmurza Chrześcijaństwa upadła wraz z upadkiem Rzeczypospolitej – wspomniani Habsburgowie skumali się z mentalnymi potomkami mongolskich niewolników z Petersburga i zakompleksionym nuworyszami z Berlina. Upadek zaborców sprawił, że Polska powstała – a wraz z nią i mit Przedmurza. Tym razem musieliśmy stawić czoło najstraszniejszej z dotychczasowych hord – komunistom.

Dzikie hordy
    I oczywiście, jak na Przedmurze przystało, robiliśmy to całkiem sami (oczywiście są chwalebne wyjątki: Węgrzy dosłali amunicję, Amerykanie-ochotnicy bronili nieba nad Lwowem) – Niemcy blokowali dostawy sprzętu, Czesi napadli na Zaolzie, a Ententa... Ruszyła się dopiero, gdy było to w jej interesie (nasi politycy powinni się uczyć, by działać w interesie Polski; chyba, że są to tylko polskojęzyczni notable). Bez tego nie byłoby Błękitnej Armii czy tytułu Marszałka Polski dla Ferdynanda Focha. 20 lat później interes Francji i Anglii zadecydował, żeby zostawić Polskę na łasce powracającej ze Wschodu bolszewickiej dziczy (no i, oczywiście Niemców nazistów nie wiadomo kogo).

Okopy z czasów wojny polsko-bolszewickiej
    Nie wiem, czemu nie podnosimy na arenie międzynarodowej tej przedmurzastej historii Polski. A jak już chcemy pokazać to w popkulturze (którą wygrywa się takie sprawy) to wychodzą nieoglądalne gnioty jak 1920 Bitwa Warszawska czy ten film o Odsieczy Wiedeńskiej z tym kolesiem co to zabił Mozarta. A już wcale nie potrafimy sprzedać tego, że wygląd współczesnego Świata to w dużej mierze zasługa właśnie naszych rodaków. I o tym będzie następny wpis.
Mury Lwowa, wielokrotnie chroniące Rzeczpospolitą przed wschodnimi hordami.

10 listopada 2025

Złe słowa

    Tytuł tego robionego w sumie na szybko wpisu nijak się ma do piosenki nieżyjącego już Jacka Skubikowskiego pod tym samym tytułem. Odnosi się raczej do szeroko pojętej wolności słowa, czy też może cenzury jaką w tej koncepcji czyni idea poprawności – ha tfu – politycznej. U nas – w porównaniu z Zachodem, bo w porównaniu z, powiedzmy, zeszłą dekadą to nie – ta koncepcja jeszcze mocno kuleje, ale w takiej Wielkiej Brytanii za nie takie słowo trafić można do ancla (i spokojnie robić sobie tatuaże; w innych wypadkach – chyba żeś marynarz albo Maorys – to bardzo wątpliwa ozdoba). Tak zwane społeczeństwa obywatelskie dążą nawet do tego, żeby nieprawomyślne słowa dławione były nie przez sądy, a już w głowie (autocenzura – cytując klasyka – bezboleśnie kastruje). Po co mają hulać po ulicach Berlina czy Brukseli.
Symbol końca Cywilizacji Europejskiej
    I tak razu pewnego pomyślałem sobie w głowie o polskich słowach, które niedługo pewnie trafią na indeks. Odnoszących się mianowicie do przywar innych nacji. Od razu zaznaczam: nie mam nic przeciw polish jokes – pracując za granicą zauważyłem, że poniekąd sami sobie zapracowaliśmy na takie postrzeganie (poniekąd – gdyż czasem wraże nam kraje specjalnie zohydzają wizerunek Polski, vide niemiecka – bo czyja – akcja pod hasłem pojedź do Polski, twój samochód już tam jest). Niejaki Wolter, persona oślizgła i pióro do wynajęcia, twierdził w tej swojej Francji, iż jeden Polak to istny czar, dwóch Polaków – to awantura, trzech Polaków – to już polski problem. Cóż.

Polski landszaft - na uspokojenie
    Wracając jednak do meritum: zadałem sobie pytanie czym się różnią czasowniki oszwabić i ocyganić. Miałem swoją koncepcję, ale popytałem kilka osób, ba, nawet zadałem je w mediach społecznościowych (większość odpowiedzi – bez zaskoczenia – była pomocna niczym szklanka wody podana tonącemu). Jedno i drugie słowo znaczy mniej więcej oszukać kogoś, ale to pierwsze ma zdecydowanie większą wagę. Opisuje działanie z premedytacją, zaplanowane (wiadomo: Ordnung must sein, a Szwabia to przecież kraina w Niemczech). Drugie to takie bardziej okłamywanie (cyganić można w trzy karty – stwierdził kolega), w tym słowie jest brzęk wytwarzanych kotłów, rżenie konia napojonego przez sprzedawcę alkoholem by miał większy wigor (i z pomalowanymi zębami, by nie było widać wieku). Ocyganiony możesz zostać też na własne życzenie, przez głupotę czy nadmierną pazerność. Przy oszwabieniu nie ma o tym mowy.

Kawałki Akropolu w Londynie - wyjudzone czy wycyganione?
    Z Cyganami miałem do czynienia – już tymi osiadłymi, zajmującymi się poza uczciwymi działalnościami także okradaniem domów starych ludzi na wsi – więc dla mnie słowo ocyganić też w sumie nie jest pozytywne. Nie wzięło się znikąd. Niedaleko mojej wioski – póki jeszcze Cyganie byli w Polsce wolni – na zimę na polanie rozbijał się tabor. Któregoś razu zaproszono wszystkich okolicznych gospodarzy na cygańskie wesele. Zabawa podobno była przednia, były tańce, wódka, a po powrocie okradzione gospodarstwa. Kto poszedł, sam się dał ocyganić. Swoją drogą wędrownych Cyganów można spotkać jeszcze na Bałkanach. Któregoś razu – byłem z wycieczką w Bułgarii – zatrzymaliśmy się autokarem na przerwę fizjologiczną, podle Nesebyru. Jeden z podopiecznych stwierdził, że szybciej będzie iść w krzaki. Wrócił pogryziony – na szczęście lekko – przez psy, pilnujące nieodległego obozowiska owych współczesnych koczowników.

Cygańskie koczowisko
    Ale jak to – zapyta ktoś – na grupy Sinti czy Roma mówić Cyganie? A tak, Nie dajmy się ogłupić – i wykastrować przez autocenzurę. Nie wolno mówić Eskimos czy Murzyn (a to wspaniałe polskie słowa zawierające w sobie tajemniczą egzotykę), nie wolno używać słowa Żyd w jednym zdaniu z takimi wyrazami jak Gaza i ludobójstwo. No proszę ja Was. Co innego jest tradycyjne w tamtych rejonach Świata wzajemne się mordowanie, a co innego zaplanowana akcja eksterminacji ludności.

Typowy obrazek z Zachodniego Brzegu
    Ale wróćmy do tych słów. Oprócz oszwabienia czy ocyganienia jeszcze jedna grupa dała nam słowo oznaczające przywłaszczanie cudzego mienia. W tym wypadku to akurat kradzież bezczelna i hurtowa, bo słowo to to zaiwanić (nie mylić z zaiwaniać, co oznacza po prostu bardzo szybko się przemieszczać). Zapewne ma to związek z bratnią wizytą Armii Radzieckiej, w której co drugi był Iwan, a która wchodząc do Polski kradła wszystko jak leci (a może sięga to czasów carskich – w Kongresówce przecież Moskale też brali wszystko co im wpadło w łapy). O dziwo nie powstał taki czasownik dotyczący haniebnej wizyty Szwedów w XVI wieku.

Armia Czerwona i ślady jej przemarszu - Kostrzyn nad Odrą
    Jak chodzi o Wschód znam jeszcze dwa czasowniki dotyczące ludzkich zachowań. Są one chyba dużo mniej znane od wyżej wymienionych. Mianowicie bojarzyć i bisurmanić. Bojar, bojarzyn, to na Wschodzie odpowiednik szlachty. W Moskwie tworzyli dumę bojarską, coś na kształt sejmiku, byli zapewne dość swarliwym towarzystwem, bo co i rusz któryś car – zgodnie z odziedziczonymi po Mongołach tradycjami – robił im czystkę. W Wielkim Księstwie Litewskim był to później szlachcic-posensjonat, panosza taki. Stąd i słowo bojarzyć znaczy tyle co panoszyć się, także w tym nie najlepszym wydaniu. Bisurman z kolei to określenie mahometanina. Z wyznawcami Islamu mieliśmy do czynienia głównie poprzez sponsorowanych przez Turcję Tatarów. A jako, że nacja ta nieźle nam w Rzeczypospolitej łobuzowała, to i w końcu bisurmanić zamiast, jak turczyć, oznaczać przejście na wiarę Proroka znaczyć zaczęło rozrabiać. Rozbisurmaniony urwis będzie więc traktował zasady i ład społeczny z olbrzymią dezynwolturą.

Twierdza w Akermanie, gdzie spotkać się mogli bojarzy i bisurmani
    Takich - przez tych wszystkich nowocześniaków uważanych za brzydkie – słów jest jeszcze więcej, choć na tę chwilę nic nie przychodzi mi do głowy. Poza jednym używanym przez moją śp Babcię – umurzać, umurzyć się. To chyba najgorsze (dla owych ojkofobów) słowo – znaczy bowiem ubrudzić się na czarno, uczernić. Jako, że byłem szczęśliwym dzieckiem często używała onego czasownika i przymiotnika w stosunku do mnie (dzieci, jak wiadomo, dzielą się na czyste i szczęśliwe; umurzane, znaczy się).
    W przededniu Święta Niepodległości zwracam się do W. Sz. Czytelników, by nie dali się zbrukselizować i, w przeciwieństwie do wykastrowanych mentalnie kognitywnych immakulat, nie dali sobie odebrać bogactwa naszego niesamowicie trudnego języka.

Muzeum Narodowe w Warszawie 11. listopada

A. A. No tak. Jest jeszcze jedna grupa od której powstały takie tytułowe złe słowa. Zresztą już o nich wspominałem. I nie chodzi mi o czasownik żydzić, oznaczający bycie skąpym jeszcze bardziej niż krakowski Centuś czy statystyczny Poznaniak. Chodzi mi o czasownik judzić. Podjudzać. Oznacza on mniej więcej tyle co podpuszczać, jątrzyć (jątrew to żona brata lub siostra męża, względnie synowa; powstanie takiego czasownika wiązało się zapewne z jakąś jątrewką burzącą spokój w rodzinie i utworzone zostało przez jakąś teściową czy świekrę – bo co jej się będzie obca baba wtryniać w wychowanie syna? Aleśmy utracili słów związanych z pokrewieństwem; są ludzie, którzy nie znają już określenia brat stryjeczny; straszne), nakłaniać do złego. Wyjudzać z kolei bliższe jest znaczeniowo pierwszym z omawianych tu słówek. Stereotypy nie biorą się znikąd.
Sztełt w Tykocinie

Najchętniej czytane

Bunkry

     Skoro poprzedni wpis zakończyłem opowiastką o pubie i historii , a tych pierwszych, jak wcześniej wspomniałem w okolicy nie ma za wiel...