Tłumacz

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bałkany. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bałkany. Pokaż wszystkie posty

28 sierpnia 2026

Kiosk

    Po takiej małej przerwie w nadawaniu spowodowanej względami, jak to się ładnie mówi, pozasportowymi, wracam do Sieradza (bo też i tu ostatnio często bywam, taka dira neccesita) i muszę zrobić wpis o kolejnej – choć wyszło na to, że tymczasowej – atrakcji dawnej stolicy Księstwa Sieradzkiego. Może W. Sz. Czytelnik wolałby dalej ciągnąć temat barów, ale Autor demokratycznie podjął taką, a nie inną decyzję. Zwłaszcza, że w okolicy pubów tak średnio, bym powiedział. Więc sieradzkie atrakcje wracają na chwilę na tapet.
Chorągiew sieradzka, akurat z miasta wyruszająca
    O większości owych zresztą już było, w kilku co najmniej wpisach, ale że to sąsiednia gmina, i rodzinny powiat, to zawsze warto się chwalić.
Jedna z atrakcji Sieradza na Placu Wojewódzkim
    Oto bowiem na początku Roku Pańskiego 2026 w przystanek autobusowy na którym te -dziesiąt lat temu wsiadałem byłem w powrotny do domu pekaes przydzwonił jakiś szalony kierowca. Na szczęście obyło się bez ofiar, poza odholowaniem wraku drogiego pojazdu na złomowisko. No i naprawą przystanku. Władze miejskie stanęły na wysokości zadania – zniszczoną połowę wiaty odcięto i przez kilka miesięcy przystanek był połową siebie. Wrzuciłem to kuriozum gdzieś tam w internety, bo było to w sumie całkiem zabawne rozwiązanie.
Jugokiosk jako półprzystanek
    - Ej, ten przystanek wygląda jak kiosk "Jugo" – pojawił się komentarz.
    Przyjrzałem się – rzeczywiście. Człowiek cały czas miał to pod nosem, a faktycznie w Sieradzu przystanki wyglądały jak kioski typu K67, zwane u nas, z racji pochodzenia Jugokioskami. Ba, na Placu Wojewódzkim (tym z trójkątnym Łokietkiem i olbrzymim gmachem dawnego Urzędu Wojewódzkiego) wiata płynnie przechodziła w kiosk rozprowadzający kiedyś bilety MZK, a potem już wszystko inne. Miałem tą jugosłowiańską stylizację na wyciągnięcie ręki, a w poszukiwaniu kosmicznego brutalizmu czasów Marszałka Tity jak głupi na Bałkany jeździłem.
Nowy dworzec w Skopje
    Nie ukrywam, że znalazłem tam różne cuda, o których na blogu W. Sz. Czytelnik czytał.
Jugosłowiański brutalizm wyłaniający się z mgły
    Albo i nie, nie jest to istotne (link podaję TU, TU i TU; a co). Niestety, po pewnym czasie włodarze miasta zlikwidowali półprzystanek, a na jego miejscu postawili prostą i nudną zwykłą metalowo-pleksiglasową wiatę. Prozaiczną i smutną, nie wzbudzającą w obserwatorze żadnych głębszych uczuć. Mało tego, wkrótce zorientowałem się, że i inne stylowe Jugo zastąpiono modernistycznym chłamem. Tak oto z miejskiej przestrzeni zniknęła odrobina piękna. Taka to nowoczesność, ha tfu.
Polskie kioski niczym dinozaury
    Rozsierdzony brakiem kiosków Jugo w Sieradzu podjąłem decyzję by odwiedzić w końcu słynne cmentarzysko kiosków, dość niedaleko w sumie leżące, bo na wschodnich rubieżach miasta Łodzi. No, może ciut dalej. I co? I okazało się, że pole na którym dogorywały kioskie wszelkiego kształtu, wielkości i autoramentu opustoszało. Poczciwe te budowle, nieodłączny kiedyś element polskich miast (pod szyldem nieistniejącego już przedsiębiorstwa Ruch, u mnie we Warcie (a zamku ani jednego) na rynku stały aż, dwa, co w sumie – byłem dzieckiem – wydawało mi się nielogiczne, że to samo tak blisko siebie; okazało się, że to był efekt panującego wtedy w Polsce komunizmu – umysł dziecka od razu zauważał wady gospodarki planowej) zwyczajnie zniknęły, zamieniając się w saloniki prasowe w galeriach handlowych. Tak sobie myślę, że za kilka lat jak ktoś będzie czytał Złego Leopolda Tyrmanda pan Kalodont i jego kiosk będzie bajką o żelaznym wilku.
Targ z lat 90-tych XX wieku i pierwszej dekady XXI, czasy popularności Jugokiosków
    Co ciekawe w innych krajach jakoś kioski nie umarły (samo słowo kiosk jest pochodzenia perskiego – podobnie jak określenie raju w większości języków europejskich, u nas występujące tylko w nazwie Paradyż – i oznacza pałac, pawilon; via turecki trafiło do włoskiego i francuskiego, a potem, już jako buda uliczna, do pozostałych języków Europy), i dalej funkcjonują w przestrzeni publicznej. Można tam nabyć nie tylko prasę (mimo, że jest niby w odwrocie ludzie nadal kupują ten fizyczny nośnik informacji, czasem tylko ze zwykłego snobizmu) ale i bilety lokalnej komunikacji, napoje, przekąski, czasem też i alkohol. Takie szwarc mydło i powidło, jak kiedyś u pana Kalodonta.
Kiosk w Amsterdamie - z przeznaczeniem kulinarnym
    Oprócz punktu sprzedaży najpotrzebniejszych rzeczy kioski – podobnie jak mury miejskie – spełniały także inną zaszczytną funkcję. Otóż były niejako miejscem w którym ulewały się uczucia społeczne. Owszem, czasem były tam humorystyczne napisy jak słynne "rany boskie, jestem kioskiem" czy kronika towarzyska "Krzysiu kocha Zosię", ale pojawiały się tam i problemy nurtujące społeczeństwo. Każda władza powinna śledzić takie graffiti, dla własnego dobra (nie zawsze tożsamego z interesem społeczeństwa).
Tam, gdzie kioski jeszcze istnieją dalej służą za agorę – tak więc, W. Sz. Czytelniku, jeśli zapuścisz się w ostępy nieznanego miasta wypatrujcie kiosków i graffiti na nich, żeby w razie czego być przygotowanym na prawidłową reakcję na nastroje społeczne w danym miejscu.
Kiosk w Stambule.

23 stycznia 2026

Sinan

    Przez Adrianopol (dziś Edirne, kiedyś Adrianopoli czy Odrin; cesarz Hadrian ufundował swoje Hadrianopolis na miejscu dawniejszego Orestias, założonego wedle legendy przez Orestesa) biegnie dziś najdogodniejsza trasa lądowa z Europy do Azji. Do Stambułu można co prawda dojechać innymi drogami (wszystkie przecież prowadzą do Rzymu – także tego Nowego), ale kto by tam chciał przedzierać się przez Rodopy. A tu: Nizina Tracka, płaska jak nastolatka. A na niej olbrzymie przejście graniczne, pełne ciężarówek – chyba jedno z największych na Świecie.
Tracja współcześnie - dolina Maricy
    A tuż za nim, w niewielkiej kotlinie rzeczone miasto (circa 140 000 mieszkańców), stolica tureckiej Tracji i w XX wieku kość niezgody między Grecją, Turcją a Bułgarią. W pierwszej połowie zeszłego przechodziło z rąk do rąk ładnych kilka razy. Ot, Bałkany w pełnej krasie.
Gwarne ulice Edirne - i pomnik otomańskich artylerzystów
    Po rzymskiej (przypominam, że Cesarstwo Bizantyjskie też było rzymskie, Cesarstwo Romajów, choć oczywiście greckojęzyczne) obecności nie zostało w Edirne wiele, niewielka prawosławna mniejszość oraz ruiny dawnego Adrianopola – w samiuśkim centrum miasta.
Resztki Adrianopola
    Nie te ruiny jednak sprowadzają tu turystów (a co za tym idzie i mnie). Ale zanim o wpisanym na Światową Listę Dziedzictwa Ludzkości UNESCO clou Edirne to taka mała, zabawna anegdotka. Polonicum takie – i wcale nie chodzi o to, że w jakimś osmańskim hanie zatrzymywali się posłowie Najjaśniejszej Rzeczypospolitej Obojga Narodów (znanej tu jako Lehistan, nie mylić z Wielką Lechią) do Wielkiej Porty Ottomańskiej. Nie. Ta facecja (może bardziej tragiczna niż zabawna jednak, ale co napisałem musi pozostać) tyczy się Gotów.

Gockie kręgi w pomorskich Odrach
    Po tym jak ci wschodni Germanie opuścili przytulne siedziby nadwiślańskiej Gothiskandzy w końcu dotarli do rubieży Imperium Romanum. To właśnie miało się podzielić na Wschodnie i Zachodnie, miało sporo różnych problemów, więc przyjęło gockich barbarzyńców jako sprzymierzeńców. Pozwalając im chociażby osiedlić się na czymś zwanym później Bałkanami. Sąsiedztwo było trudne (nie jest to istotne dla owej anegdotki), aż w drugiej połowie IV wieku doszło do buntu (prawdopodobnie sprowokowanego przez Rzymian) Gotów (Wizygotów) pod przywództwem Fritigerna (imię znaczy Miłującego Pokój). W efekcie tego cesarz wschodniorzymski Walens przerwał swoje boje w Azji i zorganizował armię antygocką (posiłki od Gracjana, bratanka i cesarza zachodniorzymskiego nie dotarły) i pod założonym przez Hadriana Adrianopolem na początku sierpnia 378 starł się z gocką koalicją. I zginął, choć ciała nie znaleziono.
    No fajnie, ale gdzie tu – poza pomorskim epizodem w dziejach Gotów – polonicum? Cóż, trzeba przenieść się w czasie o jakieś 1600 lat w Bieszczady. Tam, w dość ekskluzywnych warunkach, internowany był pewien płatny delator, którego los i służby specjalne postawiły na czele antykomunistycznych rozruchów w PRL. Wszyscy wiemy o kogo chodzi. Nie wszyscy jednak pamiętają, że pewnego razu do owego człowieka przybył jego brat. Zapis pijackiej (i dość wulgarnej) tzw. rozmowy braci zachował się, i w czasie niej nasz bohater miano swojego rodu wywodził właśnie od cesarza Walensa. Twierdził on, że po porażce rodzina cesarska (historycy zwą ją dynastią walentyniańską) rozpierzchła się po Świecie, a jedna z gałęzi trafiła na Wschód, i z tego rodu miał nasz bohater pochodzić. W takich oto warunkach wykuwał się mit założycielski III RP, i tylko szkoda, że koncepcji tej nie włączyli w ideę Wielkiej Lechii żadni Turbosłowianie. Naprawdę, jest mi niezwykle smutno z tego powodu, to taki samograj.

Gocki kamień
    Ad rem. Tak jak nad Warszawą góruje dziś PKiN, tak nad Adrianopolem wpisany na listę UNESCO (pisałem, że Prącie Stalina też tam się znaleźć powinno) olbrzymi meczet Selimiye – Meczet Selima Pijaka.

Meczet Selima - minarety i elewacja dziś już odnowione
    Nie pamiętam, czy o Selimie II, synu Sulejmana Wspaniałego wspominałem, to szybciutko: nie bez przyczyny dostał pseudonim Pijak (czy tam Opój). Lubił sobie chlapnąć, a umarł gdy goniąc konkubinę w łaźni poślizgnął się i wyrżnął głową w jakiś kamienny podest.

Kamienny podest w jednym z hamamów - czy tam hammamów - powstałym jakoś rok po haniebnym zgonie Selma Pijaka
    Selim II postanowił swój wielki sułtański meczet wybudować nie w Konstantiniyyie, Konstantynopolu, a w Edirne. Do dziś nie wiadomo dlaczego. Może nie lubił Stambułu, może nie było tam już miejsca, a może chciał wrócić do europejskich korzeni dynastii – wszak to właśnie Adrianopol został pierwszą na kontynencie siedzibą Osmanów (poprzednią była małoazjatycka Bursa). W Edirne też powstały potężne zakłady odlewnicze, w których stworzono olbrzymie działa (słynna Basilica chociażby, prababka Kolubryny, tylko większa) użyte przez Mehmeta Zdobywcę do przełamania potężnych fortyfikacji Konstantynopola (ostatecznie miasto upadło z trochę innych powodów, ale turecka artyleria była naprawdę potężna; takich dział chyba nawet Babinicz by nie wysadził).

Upadek Konstantynopola - czy raczej zdobycie, odmalowane na stambulskiej Panoramie 1453
    Planując swój sułtański meczet miał Selim II wielkie szczęście – odziedziczył po ojcu (oprócz świetnie prosperującego imperium) Sinana. Najwspanialszego architekta złotego wieku Osmanów. Z pochodzenia był prawdopodobnie Grekiem Pontyjskim z Cezarei Kapadockiej o imieniu Józef, ale przeszedł na islam i Świat zna go właśnie jako Mimara Sinana Hodżę. Z tych setek budowli w całym Imperium Ottomańskim zapewne część – dla nadania im prestiżu – jest mu tylko przypisywana, ale faktem jest, że na kilkaset następnych lat zdefiniował definicję architektury islamskiej w Turcji. A Selimiye Camil sam uznał za swoje największe dzieło.

Sinan i jego dzieło
Mirhab w Meczecie Selima - oraz ślady notorycznych remontów
    Tworząc meczet Sinan dokonał jeszcze jednej niesamowitej rzeczy: pokonał konstruktorów Hagia Sophia. Kopuła Selimiye nie jest co prawda większa od tej Kościoła Mądrości Bożej, ale jest wyższa. Oprócz meczety w skład kompleksu weszły także dwie medresy – szkoły prawa, cywilnego i koranicznego. Potem dobudowano też bazar, który miał zarabiać na utrzymanie Selimiye.
Nawa Kościoła Mądrości Bożej
    Od siebie powiem, że kompleks rzeczywiście robi wrażenie. Czy jest piękniejszy od innych sułtańskich meczetów, Mehmeta Zdobywcy, Sulejmana czy Błękitnego Meczetu Ahmeda? Myślę, że tak, choć przyznam się, że nigdy nie zobaczyłem go w całości wewnątrz. Oto bowiem od kilku lat trwa bardzo zresztą potrzebny remont (ostatnio wzięli się i za miejscowy bazar). Za każdym razem coś. Całe szczęście zakończyła się już restauracja wnętrz Hagii Sophii – ostatnio jak byłem wzięli się za dobudowane do kościoła minarety. I właśnie do tej świątyni zmierzam na blogu już od kilku wpisów. I chyba w następnym już dotrę. Zanim to się stanie, to jeszcze zauważę jedną sprawę: mimo swojego geniuszu Sinan tworzył swe dzieła w cieniu Hagii Sophii. I to od tej budowli zależna jest cała osmańska architektura. Jak wpływowy jest to budynek, skoro powstał półtora tysiąca lat temu, a nadal promieniuje?
Pierwszy osmański meczet w Stambule
Kościół Mądrości Bożej

9 stycznia 2026

Tropem Osmanów cz. 1

    No tak. Jadąc do Bizancjum nie da się uniknąć przejazdu przez tereny zajmowane onegdaj przez Wysoką Portę Ottomańską – znaczy się Imperium Osmańskie. Można mówić Turcja, ale to oczywisty anachronizm (z ciekawostek: ostatnio w oficjalnych angielskich dokumentach zastąpiono Turkey nazwą Turkiye – żeby się Brytolom czy innym Amerykańcom z indykiem nie myliło). W zasadzie wystarczy jadąc z Polski na południe przekroczyć Dunaj – i już wjeżdża się do dawnych dziedzin Osmanów. Owszem, długo tak daleko na północy miejsca nie zagrzali, przegonił ich spod Wiednia i rozbił pod Parkanami (na dzisiejszej Słowacji) nasz król Jan III Sobieski, zresztą. Nie przeszkodziło to jednak tureckim architektom postawić w Jagierze (to staropolska nazwa miasta Eger, tego od Egri bikaver, jagierskiej byczej krwi, intensywnego czerwonego wina, którego nazwa powstała właśnie w wyniku jednego z osmańskich oblężeń – to wspaniała, acz dość powszechnie znana opowieść, więc tu jej nie będzie; pojawi się, jak skończą mi się tematy – albo gdy odwiedzę w końcu tamtejszą Dolinę Pięknej Pani) meczet – z którego do dziś zachował się ino minaret.

Eger - minaret, dziś obok protestanckiego zboru

    Meczetów zresztą na Bałkanach jest co niemiara – Turcy Osmańscy przynieśli bowiem ze sobą islam (oraz ulgi podatkowe dla wyznawców Allaha), a co za tym idzie dżamije – co jest słowiańską formą tureckiego słowa cami (słownictwo na Bałkanach to też element osmańskiego dziedzictwa – chociażby ciorba, czyli zupa, zwie się tak zarówno w Serbii, jak i Rumunii czy Bułgarii; niewiele można z tym zrobić, choć na przykład Grecy w drugiej połowie XX wieku próbowali urzędowo wprowadzić zamiast ludowej greki, demotyki, z naleciałościami, dialekt oparty bezpośrednio na klasycznej koine – katharewusa, język oczyszczony, mimo olbrzymich nakładów nie przyjął się en masse, choć do dziś w Grecji są ludzie dla których jest to pierwszy język; gdzieniegdzie na prowincji zachowały się też na przykład tablice z nazwami ulic czy miejscowości w tejże mowie). Pozostali też liczni muzułmanie.

Meczet w dobrudzkiej Konstancy

    Najwięcej w Albanii, Bośni i Hercegowinie, Północnej Macedonii i Serbii (wraz z Kosowem), ale przecież i Czarnogórze, Bułgarii i Rumunii ich znajdziemy. W Chorwacji raczej nie bardzo, a z Grecji zostali wypędzeni w ramach wymiany ludności po wojnach grecko-tureckich te sto lat temu. W zamian Grecja dostała nieco obcych kulturowo Greków Pontyjskich. Spora część meczetów w związku z wycofaniem się Ottomanów z Bałkanów zamieniła się w ruiny, część wróciła do swych pierwotnych funkcji – czyli cerkwi – a reszta służy pozostałym muzułmanom. Powstają też nowe – bardzo okazałe budowle – i wcale nie są sponsorowane przez Turków. Stawiają je głównie monarchie znad Zatoki Perskiej, w ramach ekspansji kulturowej i eksportu radykalnych odłamów islamu (nie oszukujmy się, tacy bektaszyci, żyjący głównie w Albanii, dla wahabity są odstępcami; na dodatek piją alkohol). Mudżahedini z krajów Zatoki czy Azji Centralnej walczyli już w czasie wojny w Bośni.

Minarety sarajewskiej starówki

    O meczetowym recyklingu jeszcze będzie, bo po Imperium Osmańskim zostały gdzieniegdzie na Bałkanach całe miasta i dzielnice. Zresztą na blogu kilka razy wspominałem już o czarszijach (jak z tureckiego zwą się owe kwartały) w Kruji, Sarajewie, Ochrydzie czy mojej ulubionej - w Skopju.

Islamska strona Ochrydy
Osmańska starówka w albańskim Beracie

    O tym, że jedna z większych postosmańskich dzielnic jest w Atenach chyba nie pisałem – Grecy zresztą chcieli by, żeby jej nie było. Z drugiej strony Plaka – położona u stóp Akropolu – jest olbrzymim magnesem dla zachodniego turysty. Ot, przecież pecunia non olet.

Plac Monastiriaki i Plaka podle ateńskiego Akropolu
    Od czasu do czasu natknąć się też można na tureckie zajazdy. Imperium Osmańskiemu mocno zależało na rozwoju podbitych krain (podatki, głupcze!), a nie oszukujmy się: w Średniowieczu Bałkany (wtedy jeszcze się tak nie nazywające) pokryła sieć głównie słowiańskich cesarstw, królestw, księstw czy despotatów, które miast zachować spuściznę Imperium Romanum z uporem godnym lepszej sprawy tłukły się między sobą (i z pozabałkańskimi sąsiadami, od Wenecji i Królestwa Węgier poczynając na koczownikach znad Morza Czarnego kończąc).

Han w Skopje
Słynny Kryty Bazar w Stambule

    Osmanowie poczęli więc odbudowywać sieci handlowe i infrastrukturę drogową. O hanach, owych zajazdach przecież pisałem wielokrotnie, czy to zachwycając się skopską starówką, czy wspominając o Bukareszcie.

Bukareszt - turecki karawanseraj

    Zachwycałem się też nad starym mostem w Mostarze. A jeśli się nie zachwycałem to powinienem. Taka tylko uwaga dla każdego kto będzie przekraczał Neretwę przez ten przepiękny obiekt: to rekonstrukcja, oryginalny łuk spinający brzegi rzeki został w czasie wojny w Bośni (Mostar leży w Hercegowinie) wysadzony przez Chorwatów. Odbudowano go z oryginalnych resztek. A. Nie polecam przechodzić po nim w deszczu – może wtedy standardowy tłok będzie mniejszy, ale śliskie kamienie tylko czekają, aż dentysta odpali działkę.

Stary Most nad Neretwą

    I w sumie po tym postosmańskim – lichym dość – przeglądzie Bałkanów (o weneckich posiadłościach też kiedyś było) powinienem ruszyć przez Trację przez Adrianopol do Konstantynopola, ale że powiedziałem A w sprawie recyklingu meczetowego, to chwilę pociągnę ten temat – bo potem zapomnę. I jako, że wpis się kończy, to trzeba będzie zrobić to w drugiej jego części.

Najsłynniejszy zrecyklingowany meczet

    Co do zapominania – właśnie. Po Osmanach pozostały jeszcze dziesiątki konstrukcji zwanych kale. A kale po turecku to twierdza. No, zamek. Od Budapesztu przez Belgrad po Tiranę czy Skopje je znajdziemy. Cóż, podbój tych terenów nie był chyba tak ostateczny jak chcieliby Osmanowie.

Belgradzki Kalemegdan
Lezha w Albanii
Kruja - siedziba Skanderbega
Twierdza Samuela w Ochrydzie - osmańska w swoim wyglądzie

    Z drugiej strony – jak mi powiedział pewien Macedończyk w Ochrydzie w knajpie z typową bałkańską postosmańską kuchnią zerkając na lecący w telewizorze serial:
    - Przez 500 lat byliśmy pod jarzmem osmańskim, a teraz w telewizji tylko tureckie telenowele...

2 stycznia 2026

Pożeglować do Bizancjum

    Pożeglować do Bizancjum to tytuł opowiadania pisarza s-f Roberta Silverberga (wydanym, zdaje się, w zbiorze opowiadań pod tym samym tytułem). W zeszłym roku stuknęło temu traktującemu o przemijaniu (temat w sam raz na pierwszy wpis w Nowym Roku, nieprawdaż?) dziełku już 40 lat. I nie straciło nic na aktualności, ludzie nadal przemijają – no, właściwie wszystko przemija, zwłaszcza od czasu przewrotu w myśleniu dokonanego dzięki lunecie, o czym zresztą wspominałem. Wbrew tytułowi samego Bizancjum w opowiadaniu nie ma – podobnie jak i w naszej rzeczywistości.

Pozostałości Bizancjum
    Taka ciekawostka – tytuł opowiadania zalewaczył pan Silverberg z wiersza irlandzkiego poety Yeatsa (muszę przyznać, że lepiej niż poezje tego twórcy znam spuściznę literacką Silverberga). Wiersz także opowiada o przemijaniu, starości i upadku dawnych cywilizacji, ale bardziej dotyka Bizancjum (a raczej czasu, gdy Konstantynopol zmieniał się w Konstantiniyye). Jako ciekawostka ciekawostki dodam, że pierwszy wers poematu brzmi To nie jest kraj dla starych ludzi. Tak, stąd wzięli go i wykorzystali późniejsi filmowcy.
Bosfor - między Europą a Azją
    Tak więc sam do Bizancjum – czy też może Byzantionu – nigdy nie żeglowałem. Wielokrotnie za to byłem w mieście po – kolejnym – rebrandingu. Acz zawsze lądem (rejsy bo Bosforze się nie liczą) – przez tereny dawnych imperiów. W tym i tak zwanego Cesarstwa Bizantyjskiego. Bo przecież było to zawsze Imperium Rzymskie. Ba, nawet po muzułmańskim władca osmański tytułował się odziedziczonym po Seldżukach tytułem Sułtana Rum. Termin Bizancjum to wynalazek nowożytnych mediewistów. Anachronizm, ale oddaje chyba istotną zmianę z łacińskiego Imperium Romanum na grecki w swej istocie twór zwany przez Romajów (znaczy: Greków; w Europie Romaioi zastąpiono Graeci kiedy następcy Karola Wielkiego uznali się za kontynuatorów Cesarstwa Rzymskiego) Rhomania – Ziemia Rzymian (Bilad al-Rum po arabsku). Ostatnim cesarzem wschodniej części Imperium który w domu mówił po łacinie (a było to gospodarstwo w dzisiejszej południowej Serbii) był Justynian Wielki. Dla mnie więc to też ostatni cesarz rzymski – po nim mówię już o Bizancjum. Jego śmierć jest też jedną z dat kończących Starożytność – bo wbrew pewności z jaką podaje się u nas 476 rok po Chrystusie nic nie jest tak naprawdę ustalone, i historycy nadal się spierają o początek Średniowiecza.
Upadek Konstantynopola AD 1453 - wizja turecka
     Może nawet udałoby się Justynianowi przywrócić chwałę rzymską i Morze Śródziemne znów stałoby się Mare Nostrum, wewnętrznym akwenem imperium, ale historia potoczyła się inaczej. Oto wybuchło kilka wulkanów, klimat się zmienił (dając Skandynawom przyczynek do legendy o straszliwej trzyletniej zimie Flumbvinter), myszoskoczki będące tradycyjnymi nosicielami bakterii Yersinia pestis z głodu opuściły swoje pustynne nory i przekazały zarazka wszędobylskim szczurom, te przyniosły go do miast Śródziemnomorza czy Bliskiego Wschodu. Wybuchła zaraza zwana dżumą Justyniana – i zachwiała potencjałem ludnościowym (czyli też wojskowym) Bizancjum i Persją Sasanidów. Dzicy Germanie żyjący po wioskach (w czasie każdej epidemii zawsze lepiej jest na wsi – vide słynny Dekameron – zwłaszcza w czasach gdy opieka zdrowotna jest niedorozwinięta albo, hm hm, niedofinansowana i w zapaści) mniej odczuli straty ludnościowe i tłumnie – podobnie jak ich pobratymcy sto lat wcześniej – ruszyli w granice odradzającego się imperium. Długobrodzi (nie, nie chodzi o krasnoludzkie plemię znane z tolkienowskiego Śródziemia, a o Longobardów) dla przykładu zajęli ogołoconą zarazą i niedawnymi wojnami Italię. Europę Wschodnią zajmować poczęli z kolei Awarowie, Turcy (Protobułgarzy właściwie) i nade wszystko Słowianie, zajmując praktycznie całą krainę zwaną później Bałkanami.
Pliska - pierwsza stolica Bułgarów
    Ta ruchawka sprawia, że ślady Bizancjum czy nawet Imperium Rzymskiego nie są tu aż tak dobrze widoczne – chociaż jest ich pełno. Wstyd się przyznać, ale jeszcze nie dotarłem do tych najważniejszych stanowisk archeologicznych z tamtego czasu: Sirmium, Naissus czy Iustiniana Prima (odpowiednio – jedna ze stolic cesarstwa, miejsce narodzin Konstantyna, wybudowana przez Justyniana w swej rodzinnej okolicy). Po prostu Serbię mam słabo spenetrowaną.
Rzymska studnia w belgradzkiej twierdzy
Rzymskie Singidunum podle galerii handlowej w centrum serbskiej stolicy
    Na ruiny romajskiego miasta z czasów przełomu Starożytności i Średniowiecza trafiłem za to w Macedonii Północnej (nie chodzi o dzisiejsze Ochrydę czy Bitolę; ani o albańskie Dürres). Opisywałem tę przygodę na blogu już – miejsce nazywa się Golemo Gradiste (czyli Gród Olbrzymów). Przynajmniej dziś, bo jak się nazywało w czasach narodzin Cesarstwa Bizantyjskiego to – po tylu najazdach – nikt już nie pamięta.
Golemo Gradiste gdzieś w macedońskich górach
    Wyjątkiem jest – nie jedynym w sumie – Kościół Mądrości Bożej w Stambule. Byłem tam już kilka razy, ale tym razem miałem nadzieję na wejście na kościelne balkony (po remoncie – restauracji właściwie – otwarto je dla zwiedzających już kilka lat temu, ale tak się złożyło, że wejść mi się nie udało), tym bardziej, że parter jest już dla giaurów zamknięty.
Kościół Mądrości Bożej
    A że Kościół Mądrości Bożej, pamiętający Justyniana i przez prawie 1000 lat będący jedną z najważniejszych świątyń chrześcijaństwa dziś – po stu latach funkcjonowania jako muzeum – na powrót jest meczetem, to "żeglując" do Bizancjum warto zwrócić uwagę na pozostałości po Imperium Osmańskim, które kilkaset lat zajmowało niemal całe Bałkany, a którego odwrót sprokurował nasz Jan III Sobieski. O czym też już zresztą na blogu było.
Pomnik Jana III Sobieskiego w Wiedniu
    W drogę więc, niczym poseł Lehistanu do Wysokiej Porty.

4 kwietnia 2025

Serenissima cz. 2

    Pierwszy raz z dawnymi Wenecjanami spotkałem się nie w tym urokliwym (nie ma co ukrywać, bezduszni Wenecjanie swe moralne niedostatki pokrywali blichtrem wspaniałości – prawdopodobnie w ramach zagłuszania sumienia) mieście, a właśnie na terenach przez tamtejszych kupców podbitych (czy opanowanych w inny sposób) – mianowicie na Istrii. A konkretnie (bo o tym półwyspie kiedyś już wspominałem) w miejscowości Capodistria, dawnej stolicy regionu, dziś będącej największym z trzech słoweńskich miast nadmorskich i nazywającej się Koper (Słowenia ma ze dwa-trzy razy dłuższą linię brzegową niż taka Bośnia i Hercegowina, będzie tego jakieś 20 kilometrów).

Loggia kupiecka - widok z siedziby weneckich podestów w Koperze
Koper - studnia Del Ponte
    Sama Istria, dziś podzielona między właśnie Słowenię, Włochy i – największa część – Chorwację okazała się być kluczowym nabytkiem Wenecji. Chodziło nie tylko o tamtejszy kamień, potrzebny do budowy miasta. Ważniejsze były istryjskie lasy – zabytkowa Wenecja stoi na drewnianych palach wbijanych w wątłe, błotniste dno Laguny Weneckiej (podobnie zresztą stawiano Amsterdam). Dopiero na tak uzbrojonym terenie można było budować kupieckie kamienice.
Wenecka laguna o zachodzie Słońca
Weneckie wyspy, umacniane drewnem z Istrii, zabudowane takimż kamieniem
    Koper okazał się miastem całkiem innym niż troszkę habsburska reszta Słowenii. W końcu niemal do początku XIX wieku był wenecki.
Wenecki Lew na Istrii
    Zresztą cała Dalmacja upstrzona jest weneckimi fortyfikacjami – z najpotężniejszymi chyba umocnieniami w Boce Kotorskiej.

Boka Kotorska
    Wspominałem chwilę temu na blogu, że malownicza zatoka była ostatnim punktem w którym istniała Republika Świętego Marka. Ot, likwidującym to średniowieczne w sumie państwo Francuzom było tu zwyczajnie najdalej.
Perast w Boce Kotorskiej, ostatni skrawek niepodległej Republiki Weneckiej
    Eponim zatoki – i stolica – Kotor (po włosku Cattaro; symbolem miasta są liczne snujące się zabytkowymi ulicami koty – ale tylko po polsku nazwa do nich nawiązuje; po włosku przecież kot to gatto, po serbsku to mačka) z górującym nad nim Zamkiem świętego Jana została wpisana na Listę Dziedzictwa Ludzkości UNESCO, nie tylko wraz z całą Boką, ale i jako weneckie fortyfikacje Stato al Mar. Ciąg tych twierdz niezwykle ułatwiał wenecki handel. W końcu po drodze czaiły się liczne niebezpieczeństwa – Genueńczycy, Raguzanie, piraci (choćby chorwaccy Uskocy), Osmanowie czy bardziej naturalne wichry i burze.
Mury starego Kotoru i górujący nad miastem zamek
    Takie właśnie wichry i burze zatopić musiały jeden ze statków wiozący wykradane ze Wschodu relikwie świętych, a konkretniej obecnego patrona Kotoru, świętego Tryfona. Do dziś jego fragmenty spoczywają w kotorskiej katedrze. Konkretnie głowa i jedno ramię – na tylko tyle stać było kotorskich mieszczan: znalezione przez rybaków relikwie świętego przejął bowiem rzymski papież, pozwalając wszakże łaskawie na wykup zwłok. Widać zażądał całkiem sporo, ale odkupione kawałki wystarczyły: mimo licznych trzęsień ziemi miasto przetrwało do dziś. Swoją drogą sporo dalmatyńskich miast swoich patronów znalazło właśnie w taki cudowny sposób wyrzuconych przez fale na brzeg. Taka hagiorekupacja dóbr trochę.
Kotor
    Po upadku Konstantynopola Turcy Osmańscy powoli zaczęli wypierać Wenecjan znad Adriatyku, padły słynne twierdze takie jak malownicza Szkodra (z zachowaną wspaniale wenecką cysterną na wodę), Lezha (czyli Alessio, związane z antyturecką Ligą właśnie z podpuszczenia Wenecji założoną; dowodził nią słynny na całą Europę Skanderbeg, do dziś albański bohater narodowy) czy Durres (weneckie mury średniowiecznego Durazzo nadwątlone zostały niedawno przez trzęsienie ziemi; na szczęście dość szybko je odrestaurowano; amfiteatrowi rzymskiego Dyrrachium tym razem nic się nie stało).
Amfiteatr w Dyrrachium
Alessio - dzisiejsza Lezha
    W końcu na rzecz Osmanów Wenecjanie utracili też w XVII wieku perłę w swojej kolonialnej koronie – Kandię. Wyspa, z której pochodzić ma nazwa kandyzowanych owoców (i genialny działający w Hiszpanii malarz Domenikos Theotokopulos, znany jako El Greco, obraz jego odnaleziono także i w Polsce; wisiał sobie jak gdyby nigdy nic na plebanii niewielkiej parafii; serce się kraje na myśl jakie skarby żeśmy utracili w wyniku licznych podbojów i okupacji; mimo całej mej miłości do barokowego sarmatyzmu ichni programowy pacyfizm nie przyniósł Rzeczypospolitej w ostatecznym rozrachunku nic dobrego) na blogu gościła kilkukrotnie – choć raczej skupiałem się na jej prehistorii. W końcu to tam rozkwitła cywilizacja zwana dziś minojską. Oraz, wedle kilku dość mitologicznych relacji, urodził się Zeus.
Wenecka twierdza w Heraklionie, kreteńskiej stolicy
    Bo chodzi oczywiście o Kretę, którą upadającemu Bizancjum wydarli Wenecjanie (dodajmy, że przeganiając stąd Genueńczyków) i nazwali Kandia/Candia (z wyspy do Europy trafiały słodkie suszone owoce - nomen omen kandyzowane).
Wenecki port w Chanii
    Wyspę, przynoszącą spory dochód (czytaj: bez litości eksploatowaną) szybko otoczono siecią twierdz, jednak w końcu osmańskim sułtanom udało się to, czego nie zdołali uczynić bronionej przez joannitów Malcie. Weszli na wyspę.
Fortyfikacje Malty
    Wenecjanie byli jednak twardymi przeciwnikami, i wynegocjowali utrzymanie trzech twierdz – w kluczowych miejscach wyspy. Jedną z nich była Garmvousa, inną wspominana przeze mnie w kontekście zarazy i leprozorium Spinalonga.
Twierdza Spinalonga na wyspie Spinalonga na tle Krety (widok od strony półwyspu Spinalonga)
Fort na Spinalondze
    Położone na niewielkich wysepkach (dziś byśmy powiedzieli coś w stylu "w malowniczych okolicznościach przyrody") wydawały się twardym orzechem do zgryzienia dla nowych panów Krety. Osmanowie jednak nie zbudowaliby olbrzymiego imperium gdyby byli jakimiś pierwszymi lepszymi neptkami. Przez te kilkaset lat kontaktów z włoskimi kupcami doskonale poznali mentalność – i pazerność – Wenecji i Wenecjan. W końcu zwyczajnie przekupili wenecką załogę na Garmvousie i bez walki zajęli potężną fortecę. A dowódca, Luca Della Roca, który tego czynu dokonał, jeszcze wiele lat potem nazywany był prześmiewczym tytułem Kapitan Garmvousa.
Widok z Garmovousy
    Cóż. Nawiązując do pierwszej części wpisu mogę powiedzieć ku przestrodze: kto mieczem wojuje – od miecza ginie.
Upadły Lew Wenecki

Najchętniej czytane

Piwny książę

     Poprzedni wpis mógł wyglądać jak apoteoza spożywania alkoholu w warstwach rządzących, ale jest to oczywista nieprawda, wszak ustawa o...