Tłumacz

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bułgaria. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bułgaria. Pokaż wszystkie posty

23 stycznia 2026

Sinan

    Przez Adrianopol (dziś Edirne, kiedyś Adrianopoli czy Odrin; cesarz Hadrian ufundował swoje Hadrianopolis na miejscu dawniejszego Orestias, założonego wedle legendy przez Orestesa) biegnie dziś najdogodniejsza trasa lądowa z Europy do Azji. Do Stambułu można co prawda dojechać innymi drogami (wszystkie przecież prowadzą do Rzymu – także tego Nowego), ale kto by tam chciał przedzierać się przez Rodopy. A tu: Nizina Tracka, płaska jak nastolatka. A na niej olbrzymie przejście graniczne, pełne ciężarówek – chyba jedno z największych na Świecie.
Tracja współcześnie - dolina Maricy
    A tuż za nim, w niewielkiej kotlinie rzeczone miasto (circa 140 000 mieszkańców), stolica tureckiej Tracji i w XX wieku kość niezgody między Grecją, Turcją a Bułgarią. W pierwszej połowie zeszłego przechodziło z rąk do rąk ładnych kilka razy. Ot, Bałkany w pełnej krasie.
Gwarne ulice Edirne - i pomnik otomańskich artylerzystów
    Po rzymskiej (przypominam, że Cesarstwo Bizantyjskie też było rzymskie, Cesarstwo Romajów, choć oczywiście greckojęzyczne) obecności nie zostało w Edirne wiele, niewielka prawosławna mniejszość oraz ruiny dawnego Adrianopola – w samiuśkim centrum miasta.
Resztki Adrianopola
    Nie te ruiny jednak sprowadzają tu turystów (a co za tym idzie i mnie). Ale zanim o wpisanym na Światową Listę Dziedzictwa Ludzkości UNESCO clou Edirne to taka mała, zabawna anegdotka. Polonicum takie – i wcale nie chodzi o to, że w jakimś osmańskim hanie zatrzymywali się posłowie Najjaśniejszej Rzeczypospolitej Obojga Narodów (znanej tu jako Lehistan, nie mylić z Wielką Lechią) do Wielkiej Porty Ottomańskiej. Nie. Ta facecja (może bardziej tragiczna niż zabawna jednak, ale co napisałem musi pozostać) tyczy się Gotów.

Gockie kręgi w pomorskich Odrach
    Po tym jak ci wschodni Germanie opuścili przytulne siedziby nadwiślańskiej Gothiskandzy w końcu dotarli do rubieży Imperium Romanum. To właśnie miało się podzielić na Wschodnie i Zachodnie, miało sporo różnych problemów, więc przyjęło gockich barbarzyńców jako sprzymierzeńców. Pozwalając im chociażby osiedlić się na czymś zwanym później Bałkanami. Sąsiedztwo było trudne (nie jest to istotne dla owej anegdotki), aż w drugiej połowie IV wieku doszło do buntu (prawdopodobnie sprowokowanego przez Rzymian) Gotów (Wizygotów) pod przywództwem Fritigerna (imię znaczy Miłującego Pokój). W efekcie tego cesarz wschodniorzymski Walens przerwał swoje boje w Azji i zorganizował armię antygocką (posiłki od Gracjana, bratanka i cesarza zachodniorzymskiego nie dotarły) i pod założonym przez Hadriana Adrianopolem na początku sierpnia 378 starł się z gocką koalicją. I zginął, choć ciała nie znaleziono.
    No fajnie, ale gdzie tu – poza pomorskim epizodem w dziejach Gotów – polonicum? Cóż, trzeba przenieść się w czasie o jakieś 1600 lat w Bieszczady. Tam, w dość ekskluzywnych warunkach, internowany był pewien płatny delator, którego los i służby specjalne postawiły na czele antykomunistycznych rozruchów w PRL. Wszyscy wiemy o kogo chodzi. Nie wszyscy jednak pamiętają, że pewnego razu do owego człowieka przybył jego brat. Zapis pijackiej (i dość wulgarnej) tzw. rozmowy braci zachował się, i w czasie niej nasz bohater miano swojego rodu wywodził właśnie od cesarza Walensa. Twierdził on, że po porażce rodzina cesarska (historycy zwą ją dynastią walentyniańską) rozpierzchła się po Świecie, a jedna z gałęzi trafiła na Wschód, i z tego rodu miał nasz bohater pochodzić. W takich oto warunkach wykuwał się mit założycielski III RP, i tylko szkoda, że koncepcji tej nie włączyli w ideę Wielkiej Lechii żadni Turbosłowianie. Naprawdę, jest mi niezwykle smutno z tego powodu, to taki samograj.

Gocki kamień
    Ad rem. Tak jak nad Warszawą góruje dziś PKiN, tak nad Adrianopolem wpisany na listę UNESCO (pisałem, że Prącie Stalina też tam się znaleźć powinno) olbrzymi meczet Selimiye – Meczet Selima Pijaka.

Meczet Selima - minarety i elewacja dziś już odnowione
    Nie pamiętam, czy o Selimie II, synu Sulejmana Wspaniałego wspominałem, to szybciutko: nie bez przyczyny dostał pseudonim Pijak (czy tam Opój). Lubił sobie chlapnąć, a umarł gdy goniąc konkubinę w łaźni poślizgnął się i wyrżnął głową w jakiś kamienny podest.

Kamienny podest w jednym z hamamów - czy tam hammamów - powstałym jakoś rok po haniebnym zgonie Selma Pijaka
    Selim II postanowił swój wielki sułtański meczet wybudować nie w Konstantiniyyie, Konstantynopolu, a w Edirne. Do dziś nie wiadomo dlaczego. Może nie lubił Stambułu, może nie było tam już miejsca, a może chciał wrócić do europejskich korzeni dynastii – wszak to właśnie Adrianopol został pierwszą na kontynencie siedzibą Osmanów (poprzednią była małoazjatycka Bursa). W Edirne też powstały potężne zakłady odlewnicze, w których stworzono olbrzymie działa (słynna Basilica chociażby, prababka Kolubryny, tylko większa) użyte przez Mehmeta Zdobywcę do przełamania potężnych fortyfikacji Konstantynopola (ostatecznie miasto upadło z trochę innych powodów, ale turecka artyleria była naprawdę potężna; takich dział chyba nawet Babinicz by nie wysadził).

Upadek Konstantynopola - czy raczej zdobycie, odmalowane na stambulskiej Panoramie 1453
    Planując swój sułtański meczet miał Selim II wielkie szczęście – odziedziczył po ojcu (oprócz świetnie prosperującego imperium) Sinana. Najwspanialszego architekta złotego wieku Osmanów. Z pochodzenia był prawdopodobnie Grekiem Pontyjskim z Cezarei Kapadockiej o imieniu Józef, ale przeszedł na islam i Świat zna go właśnie jako Mimara Sinana Hodżę. Z tych setek budowli w całym Imperium Ottomańskim zapewne część – dla nadania im prestiżu – jest mu tylko przypisywana, ale faktem jest, że na kilkaset następnych lat zdefiniował definicję architektury islamskiej w Turcji. A Selimiye Camil sam uznał za swoje największe dzieło.

Sinan i jego dzieło
Mirhab w Meczecie Selima - oraz ślady notorycznych remontów
    Tworząc meczet Sinan dokonał jeszcze jednej niesamowitej rzeczy: pokonał konstruktorów Hagia Sophia. Kopuła Selimiye nie jest co prawda większa od tej Kościoła Mądrości Bożej, ale jest wyższa. Oprócz meczety w skład kompleksu weszły także dwie medresy – szkoły prawa, cywilnego i koranicznego. Potem dobudowano też bazar, który miał zarabiać na utrzymanie Selimiye.
Nawa Kościoła Mądrości Bożej
    Od siebie powiem, że kompleks rzeczywiście robi wrażenie. Czy jest piękniejszy od innych sułtańskich meczetów, Mehmeta Zdobywcy, Sulejmana czy Błękitnego Meczetu Ahmeda? Myślę, że tak, choć przyznam się, że nigdy nie zobaczyłem go w całości wewnątrz. Oto bowiem od kilku lat trwa bardzo zresztą potrzebny remont (ostatnio wzięli się i za miejscowy bazar). Za każdym razem coś. Całe szczęście zakończyła się już restauracja wnętrz Hagii Sophii – ostatnio jak byłem wzięli się za dobudowane do kościoła minarety. I właśnie do tej świątyni zmierzam na blogu już od kilku wpisów. I chyba w następnym już dotrę. Zanim to się stanie, to jeszcze zauważę jedną sprawę: mimo swojego geniuszu Sinan tworzył swe dzieła w cieniu Hagii Sophii. I to od tej budowli zależna jest cała osmańska architektura. Jak wpływowy jest to budynek, skoro powstał półtora tysiąca lat temu, a nadal promieniuje?
Pierwszy osmański meczet w Stambule
Kościół Mądrości Bożej

9 stycznia 2026

Tropem Osmanów cz. 1

    No tak. Jadąc do Bizancjum nie da się uniknąć przejazdu przez tereny zajmowane onegdaj przez Wysoką Portę Ottomańską – znaczy się Imperium Osmańskie. Można mówić Turcja, ale to oczywisty anachronizm (z ciekawostek: ostatnio w oficjalnych angielskich dokumentach zastąpiono Turkey nazwą Turkiye – żeby się Brytolom czy innym Amerykańcom z indykiem nie myliło). W zasadzie wystarczy jadąc z Polski na południe przekroczyć Dunaj – i już wjeżdża się do dawnych dziedzin Osmanów. Owszem, długo tak daleko na północy miejsca nie zagrzali, przegonił ich spod Wiednia i rozbił pod Parkanami (na dzisiejszej Słowacji) nasz król Jan III Sobieski, zresztą. Nie przeszkodziło to jednak tureckim architektom postawić w Jagierze (to staropolska nazwa miasta Eger, tego od Egri bikaver, jagierskiej byczej krwi, intensywnego czerwonego wina, którego nazwa powstała właśnie w wyniku jednego z osmańskich oblężeń – to wspaniała, acz dość powszechnie znana opowieść, więc tu jej nie będzie; pojawi się, jak skończą mi się tematy – albo gdy odwiedzę w końcu tamtejszą Dolinę Pięknej Pani) meczet – z którego do dziś zachował się ino minaret.

Eger - minaret, dziś obok protestanckiego zboru

    Meczetów zresztą na Bałkanach jest co niemiara – Turcy Osmańscy przynieśli bowiem ze sobą islam (oraz ulgi podatkowe dla wyznawców Allaha), a co za tym idzie dżamije – co jest słowiańską formą tureckiego słowa cami (słownictwo na Bałkanach to też element osmańskiego dziedzictwa – chociażby ciorba, czyli zupa, zwie się tak zarówno w Serbii, jak i Rumunii czy Bułgarii; niewiele można z tym zrobić, choć na przykład Grecy w drugiej połowie XX wieku próbowali urzędowo wprowadzić zamiast ludowej greki, demotyki, z naleciałościami, dialekt oparty bezpośrednio na klasycznej koinekatharewusa, język oczyszczony, mimo olbrzymich nakładów nie przyjął się en masse, choć do dziś w Grecji są ludzie dla których jest to pierwszy język; gdzieniegdzie na prowincji zachowały się też na przykład tablice z nazwami ulic czy miejscowości w tejże mowie). Pozostali też liczni muzułmanie.

Meczet w dobrudzkiej Konstancy

    Najwięcej w Albanii, Bośni i Hercegowinie, Północnej Macedonii i Serbii (wraz z Kosowem), ale przecież i Czarnogórze, Bułgarii i Rumunii ich znajdziemy. W Chorwacji raczej nie bardzo, a z Grecji zostali wypędzeni w ramach wymiany ludności po wojnach grecko-tureckich te sto lat temu. W zamian Grecja dostała nieco obcych kulturowo Greków Pontyjskich. Spora część meczetów w związku z wycofaniem się Ottomanów z Bałkanów zamieniła się w ruiny, część wróciła do swych pierwotnych funkcji – czyli cerkwi – a reszta służy pozostałym muzułmanom. Powstają też nowe – bardzo okazałe budowle – i wcale nie są sponsorowane przez Turków. Stawiają je głównie monarchie znad Zatoki Perskiej, w ramach ekspansji kulturowej i eksportu radykalnych odłamów islamu (nie oszukujmy się, tacy bektaszyci, żyjący głównie w Albanii, dla wahabity są odstępcami; na dodatek piją alkohol). Mudżahedini z krajów Zatoki czy Azji Centralnej walczyli już w czasie wojny w Bośni.

Minarety sarajewskiej starówki

    O meczetowym recyklingu jeszcze będzie, bo po Imperium Osmańskim zostały gdzieniegdzie na Bałkanach całe miasta i dzielnice. Zresztą na blogu kilka razy wspominałem już o czarszijach (jak z tureckiego zwą się owe kwartały) w Kruji, Sarajewie, Ochrydzie czy mojej ulubionej - w Skopju.

Islamska strona Ochrydy
Osmańska starówka w albańskim Beracie

    O tym, że jedna z większych postosmańskich dzielnic jest w Atenach chyba nie pisałem – Grecy zresztą chcieli by, żeby jej nie było. Z drugiej strony Plaka – położona u stóp Akropolu – jest olbrzymim magnesem dla zachodniego turysty. Ot, przecież pecunia non olet.

Plac Monastiriaki i Plaka podle ateńskiego Akropolu
    Od czasu do czasu natknąć się też można na tureckie zajazdy. Imperium Osmańskiemu mocno zależało na rozwoju podbitych krain (podatki, głupcze!), a nie oszukujmy się: w Średniowieczu Bałkany (wtedy jeszcze się tak nie nazywające) pokryła sieć głównie słowiańskich cesarstw, królestw, księstw czy despotatów, które miast zachować spuściznę Imperium Romanum z uporem godnym lepszej sprawy tłukły się między sobą (i z pozabałkańskimi sąsiadami, od Wenecji i Królestwa Węgier poczynając na koczownikach znad Morza Czarnego kończąc).

Han w Skopje
Słynny Kryty Bazar w Stambule

    Osmanowie poczęli więc odbudowywać sieci handlowe i infrastrukturę drogową. O hanach, owych zajazdach przecież pisałem wielokrotnie, czy to zachwycając się skopską starówką, czy wspominając o Bukareszcie.

Bukareszt - turecki karawanseraj

    Zachwycałem się też nad starym mostem w Mostarze. A jeśli się nie zachwycałem to powinienem. Taka tylko uwaga dla każdego kto będzie przekraczał Neretwę przez ten przepiękny obiekt: to rekonstrukcja, oryginalny łuk spinający brzegi rzeki został w czasie wojny w Bośni (Mostar leży w Hercegowinie) wysadzony przez Chorwatów. Odbudowano go z oryginalnych resztek. A. Nie polecam przechodzić po nim w deszczu – może wtedy standardowy tłok będzie mniejszy, ale śliskie kamienie tylko czekają, aż dentysta odpali działkę.

Stary Most nad Neretwą

    I w sumie po tym postosmańskim – lichym dość – przeglądzie Bałkanów (o weneckich posiadłościach też kiedyś było) powinienem ruszyć przez Trację przez Adrianopol do Konstantynopola, ale że powiedziałem A w sprawie recyklingu meczetowego, to chwilę pociągnę ten temat – bo potem zapomnę. I jako, że wpis się kończy, to trzeba będzie zrobić to w drugiej jego części.

Najsłynniejszy zrecyklingowany meczet

    Co do zapominania – właśnie. Po Osmanach pozostały jeszcze dziesiątki konstrukcji zwanych kale. A kale po turecku to twierdza. No, zamek. Od Budapesztu przez Belgrad po Tiranę czy Skopje je znajdziemy. Cóż, podbój tych terenów nie był chyba tak ostateczny jak chcieliby Osmanowie.

Belgradzki Kalemegdan
Lezha w Albanii
Kruja - siedziba Skanderbega
Twierdza Samuela w Ochrydzie - osmańska w swoim wyglądzie

    Z drugiej strony – jak mi powiedział pewien Macedończyk w Ochrydzie w knajpie z typową bałkańską postosmańską kuchnią zerkając na lecący w telewizorze serial:
    - Przez 500 lat byliśmy pod jarzmem osmańskim, a teraz w telewizji tylko tureckie telenowele...

2 stycznia 2026

Pożeglować do Bizancjum

    Pożeglować do Bizancjum to tytuł opowiadania pisarza s-f Roberta Silverberga (wydanym, zdaje się, w zbiorze opowiadań pod tym samym tytułem). W zeszłym roku stuknęło temu traktującemu o przemijaniu (temat w sam raz na pierwszy wpis w Nowym Roku, nieprawdaż?) dziełku już 40 lat. I nie straciło nic na aktualności, ludzie nadal przemijają – no, właściwie wszystko przemija, zwłaszcza od czasu przewrotu w myśleniu dokonanego dzięki lunecie, o czym zresztą wspominałem. Wbrew tytułowi samego Bizancjum w opowiadaniu nie ma – podobnie jak i w naszej rzeczywistości.

Pozostałości Bizancjum
    Taka ciekawostka – tytuł opowiadania zalewaczył pan Silverberg z wiersza irlandzkiego poety Yeatsa (muszę przyznać, że lepiej niż poezje tego twórcy znam spuściznę literacką Silverberga). Wiersz także opowiada o przemijaniu, starości i upadku dawnych cywilizacji, ale bardziej dotyka Bizancjum (a raczej czasu, gdy Konstantynopol zmieniał się w Konstantiniyye). Jako ciekawostka ciekawostki dodam, że pierwszy wers poematu brzmi To nie jest kraj dla starych ludzi. Tak, stąd wzięli go i wykorzystali późniejsi filmowcy.
Bosfor - między Europą a Azją
    Tak więc sam do Bizancjum – czy też może Byzantionu – nigdy nie żeglowałem. Wielokrotnie za to byłem w mieście po – kolejnym – rebrandingu. Acz zawsze lądem (rejsy bo Bosforze się nie liczą) – przez tereny dawnych imperiów. W tym i tak zwanego Cesarstwa Bizantyjskiego. Bo przecież było to zawsze Imperium Rzymskie. Ba, nawet po muzułmańskim władca osmański tytułował się odziedziczonym po Seldżukach tytułem Sułtana Rum. Termin Bizancjum to wynalazek nowożytnych mediewistów. Anachronizm, ale oddaje chyba istotną zmianę z łacińskiego Imperium Romanum na grecki w swej istocie twór zwany przez Romajów (znaczy: Greków; w Europie Romaioi zastąpiono Graeci kiedy następcy Karola Wielkiego uznali się za kontynuatorów Cesarstwa Rzymskiego) Rhomania – Ziemia Rzymian (Bilad al-Rum po arabsku). Ostatnim cesarzem wschodniej części Imperium który w domu mówił po łacinie (a było to gospodarstwo w dzisiejszej południowej Serbii) był Justynian Wielki. Dla mnie więc to też ostatni cesarz rzymski – po nim mówię już o Bizancjum. Jego śmierć jest też jedną z dat kończących Starożytność – bo wbrew pewności z jaką podaje się u nas 476 rok po Chrystusie nic nie jest tak naprawdę ustalone, i historycy nadal się spierają o początek Średniowiecza.
Upadek Konstantynopola AD 1453 - wizja turecka
     Może nawet udałoby się Justynianowi przywrócić chwałę rzymską i Morze Śródziemne znów stałoby się Mare Nostrum, wewnętrznym akwenem imperium, ale historia potoczyła się inaczej. Oto wybuchło kilka wulkanów, klimat się zmienił (dając Skandynawom przyczynek do legendy o straszliwej trzyletniej zimie Flumbvinter), myszoskoczki będące tradycyjnymi nosicielami bakterii Yersinia pestis z głodu opuściły swoje pustynne nory i przekazały zarazka wszędobylskim szczurom, te przyniosły go do miast Śródziemnomorza czy Bliskiego Wschodu. Wybuchła zaraza zwana dżumą Justyniana – i zachwiała potencjałem ludnościowym (czyli też wojskowym) Bizancjum i Persją Sasanidów. Dzicy Germanie żyjący po wioskach (w czasie każdej epidemii zawsze lepiej jest na wsi – vide słynny Dekameron – zwłaszcza w czasach gdy opieka zdrowotna jest niedorozwinięta albo, hm hm, niedofinansowana i w zapaści) mniej odczuli straty ludnościowe i tłumnie – podobnie jak ich pobratymcy sto lat wcześniej – ruszyli w granice odradzającego się imperium. Długobrodzi (nie, nie chodzi o krasnoludzkie plemię znane z tolkienowskiego Śródziemia, a o Longobardów) dla przykładu zajęli ogołoconą zarazą i niedawnymi wojnami Italię. Europę Wschodnią zajmować poczęli z kolei Awarowie, Turcy (Protobułgarzy właściwie) i nade wszystko Słowianie, zajmując praktycznie całą krainę zwaną później Bałkanami.
Pliska - pierwsza stolica Bułgarów
    Ta ruchawka sprawia, że ślady Bizancjum czy nawet Imperium Rzymskiego nie są tu aż tak dobrze widoczne – chociaż jest ich pełno. Wstyd się przyznać, ale jeszcze nie dotarłem do tych najważniejszych stanowisk archeologicznych z tamtego czasu: Sirmium, Naissus czy Iustiniana Prima (odpowiednio – jedna ze stolic cesarstwa, miejsce narodzin Konstantyna, wybudowana przez Justyniana w swej rodzinnej okolicy). Po prostu Serbię mam słabo spenetrowaną.
Rzymska studnia w belgradzkiej twierdzy
Rzymskie Singidunum podle galerii handlowej w centrum serbskiej stolicy
    Na ruiny romajskiego miasta z czasów przełomu Starożytności i Średniowiecza trafiłem za to w Macedonii Północnej (nie chodzi o dzisiejsze Ochrydę czy Bitolę; ani o albańskie Dürres). Opisywałem tę przygodę na blogu już – miejsce nazywa się Golemo Gradiste (czyli Gród Olbrzymów). Przynajmniej dziś, bo jak się nazywało w czasach narodzin Cesarstwa Bizantyjskiego to – po tylu najazdach – nikt już nie pamięta.
Golemo Gradiste gdzieś w macedońskich górach
    Wyjątkiem jest – nie jedynym w sumie – Kościół Mądrości Bożej w Stambule. Byłem tam już kilka razy, ale tym razem miałem nadzieję na wejście na kościelne balkony (po remoncie – restauracji właściwie – otwarto je dla zwiedzających już kilka lat temu, ale tak się złożyło, że wejść mi się nie udało), tym bardziej, że parter jest już dla giaurów zamknięty.
Kościół Mądrości Bożej
    A że Kościół Mądrości Bożej, pamiętający Justyniana i przez prawie 1000 lat będący jedną z najważniejszych świątyń chrześcijaństwa dziś – po stu latach funkcjonowania jako muzeum – na powrót jest meczetem, to "żeglując" do Bizancjum warto zwrócić uwagę na pozostałości po Imperium Osmańskim, które kilkaset lat zajmowało niemal całe Bałkany, a którego odwrót sprokurował nasz Jan III Sobieski. O czym też już zresztą na blogu było.
Pomnik Jana III Sobieskiego w Wiedniu
    W drogę więc, niczym poseł Lehistanu do Wysokiej Porty.

26 kwietnia 2024

Enver i never

    Oczywiście wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO Linie z Nazca to nie jedyne geoglify w Ameryce Południowej.
Geoglify z Nazca
    Ba, w samym Peru jest ich całe mnóstwo, niektóre z nich widziałem, a o niektórych nawet wspominałem.
Kandelabr z Paracas
    Wbrew temu, co twierdzą Teoretycy Starożytnej Astronautyki nie wszystkie owe formy są antyczne. Podobnie jak mury domów w opisywanej już przeze mnie peruwiańskiej kampanii wyborczej także i zbocza gór służą współczesnemu wyrażaniu ekspresji.
Kamień wyborczy
    Często są to nazwy miejscowości, powitania, modlitwy, a czasem... No cóż, w Boliwii w drodze z Uyuni do Potosi na jednej z gór zauważyliśmy wykonaną na zboczu jednej z gór metodą geoglifu (usunięto wierzchnią warstwę kamieni; narażone na palące słońce, mróz i wiatr erodują i mają inny kolor niż warstwy leżące głębiej – działa tu i chemia, i fizyka) reklamę pizzerii. Już w tym przepięknym (eufemizm) kolonialnym mieście – przyznam, że całkowitym przypadkiem – natrafiliśmy na ów lokal. Niestety, wyglądało na to, że restauracja nie przetrwała czasu paniki koronawirusowej (a w Ameryce Południowej różne dziwy się wtedy działy), i zamknięta była na cztery spusty. Zresztą pewnie i tak nie mieli hawajskiej.
Potosi
    Ale by oglądać geoglify wcale nie trzeba opuszczać Europy. Ba, nie trzeba jechać też do gnijących ginących krajów Dzikiego Zachodu (zwłaszcza, że nie słyszałem o takich tworach ani we Francji ani w Niemczech; w Anglii zdaje się jest geoglif konia). Tak po prawdzie widziałem tylko jedną taką strukturę w Europie. Na Bałkanach.
    I nie, wcale nie chodzi o wspominanego na blogu i docenionego przez UNESCO bułgarskim Jeźdźcu z Madary. To po prostu olbrzymia płaskorzeźba, niech jej będzie, że petroglif. Ładna, ale to nie nasze hasło.

Jeździec z Madary
    Państwem o którym mówię jest jeden z najbardziej tajemniczych krajów Europy – Albania. Co prawda już jakiś czas temu o Albanii i Albańczykach było, teraz zresztą zamiast o Bałkanach na blogu pojawiają się wpisy o Południowej Ameryce – ale myślę, że będzie to miła odmiana, żeby W. Sz. Czytelnik się nie znudził. Poza tym na Półwysep Bałkański dostać się i łatwo, i szybko, i tanio, i Unii E***pejskiej nie ma (choć ku swojej zgubie Albańczycy dążą doń niczym ćma do świecy; szansa jest, że nie zdążą). Na dodatek geoglif jest w przepięknej okolicy, docenionej i wciągniętej przez UNESCO na Listę Światowego Dziedzictwa.
Berat
    Berat – bo o nim mowa – to naprawdę stare miasto, posiadające antyczny zamek i otoczone murami miejskimi stare miasto. Takie cacane i kamienne, jakich to brak w Ameryce Południowej (znaczy, są tam prekolumbijskie mury i twierdze, ale całkiem inne niż w Starym Świecie – a kiedy już żeśmy się spotkali, to stare, dobre zamki przechodziły do lamusa; strasznie mnie cieszą te nowożytne hiszpańskie, francuskie czy portugalskie forty czasem tam spotykane).

Uliczka w twierdzy starego miasta w Beracie
    Ale nie ma się co wgłębiać w wielowiekową historię miasta, bo geoglif pochodzi z dużo bliższej nam epoki – ba, część Czytelników bloga zapewne w niej się urodziła. Chodzi oczywiście o Zimną Wojnę – globalne starcie pomiędzy Stanami Zjednoczonymi i Związkiem Socjalistycznych Republik Sowieckich.
    Albania w tym konflikcie nie miała oczywiście żadnego realnego znaczenia, choć oczywiście pierwotnie należała do obozu sowieckiego. W pewnym momencie jednak miejscowy dyktator Enver Hodża stwierdził, że w Związku Sowieckim to jednak nie jest prawdziwy komunizm i zerwał stosunki z Wielkim Bratem. Ludzie radzieccy nie zareagowali jakoś przesadnie, zwłaszcza, że Albania graniczyła tylko z kapitalistyczną Grecją i Jugosławią – owszem, socjalistyczną, ale pozującą pod rządami marszałka Tito na niezależną. Hodża przez jakiś czas współpracował jeszcze z Chińską Republiką Ludową, ale kiedy Deng rozpoczął i tam reformy, pogniewał się i totalnie zamknął Albanię przed wpływami zagranicznymi. Stworzył przy tym jeden z najbardziej paranoicznych systemów dyktatury na Świecie – chociażby nie budowano tam prostych dróg (żeby wraże – natowskie bądź sowieckie – samoloty nie wylądowały w czasie inwazji) oraz zabunkrowano cały kraj (każdy Albańczyk musiał mieć swój bunkier). Zdaje się jednak, że o tym już wspominałem.

Albański bunkier
    Poza tym, że totalnie zniszczył gospodarkę kraju a za pomocą Sigurimi, tajnej policji, wymordował tysiące ludzi, wprowadził także kult jednostki. Własnej, żeby nie było niedomówień. Nie wiem, czy uważał się za jakiegoś Skanderbega, największego bohatera Albanii, ale zamiast religii Albańczycy mieli wyznawać albańskość z Hodżą na czele. W efekcie albańskie miasta ozdobione zostały licznymi pomnikami dyktatora. A Tirana otrzymała nawet w związku z tym piramidę.

Piramida Hodży
    W Beracie postanowił uczcić się inaczej. Stare miasto położone jest tam na urwistym wzgórzu pomiędzy dwoma całkiem innymi górami – jedna jest skalista i strzelista, druga niższa i poprzecinana licznymi dolinami okresowych strumieni. Geolodzy mają wyjaśnienie na taki kształt gór (chronionych Parkiem Narodowym Tomori), ale ja wolę legendarną wykładnię – oto dwóch braci pokłóciło się (chyba o dziewoję żyjącą nad oddzielającą góry rzeką Osum; przepływa ona przez centrum nowego Beratu, z czasów osmańskich) i, jak to krewcy Bałkańczycy, zaczęło walczyć. Jeden rzucał kamieniami, a drugi ciął szablą – stąd i właśnie rysy na stokach Tomori.
    Taką właśnie scenografię w roku 1968 wykorzystał Hodża by napisać tam swoje imię, gdzie litery oddzielone były właśnie V-kształtnymi dolinkami przypominającymi miejsca po uderzeniach szabli. Wielkie ENVER.
    W roku 2012 albańscy studenci (w czasach, gdy studenci byli kreatywni choć oczywiście nadużywający alkoholu i wszetecznej mowy; dziś możliwe, że też nadużywają, ale zamiast kreatywności mają tiktoki czy inne takie wynalazki) odnowili dawny napis, ale ściągając wierzchnią warstwę gleby zamienili dwie pierwsze litery i wyszło NEVER.

Znikający geoglif "Never"
    Cóż, nie ma się co dziwić, rzeczywiście umęczył on Albanię strasznie, zresztą chyba do dziś Albańczycy jeszcze się nie otrząsnęli. W przeciwieństwie do przyrody na Tomori – która podobnie jak i Płaskowyż Nazca walczy z geoglifami. W Peru rysunki są regularnie odnawiane, ale tu nikt tego nie robi – kilka lat z rzędu odwiedzałem Berat, i z roku na rok widać go coraz mniej. Najwyraźniej brakło studentów, a sam geoglif niedługo znajdzie się w rubryce "forget".

Pamiątki po Zimnej Wojnie - wciąż widoczne
    Tak więc zachęcając do odwiedzin Albanii uciekam z powrotem na kontynent Ameryki Południowej, na pacyficzne wybrzeże Peru, gdzie oprócz geoglifów jest co oglądać. Choćby piramidy.
Najstarsze piramidy w Ameryce Południowej
    I byłbym zapomniał - tak mnie naszło - jeszcze jedna rzecz dotycząca nie tylko Beratu, ale i właściwie całej europejskiej kultury (oraz współczesnej Albanii). Oto będąc tu powiedzmy na przełomie sierpnia i września łatwo można skosztować owoców głożyny pospolitej (niektórzy zwą ją jujubą albo chińskimi daktylami; wcale nie chodzi tu o dawne konszachty Mao i Hodży). Nabyć je można bez żadnych charakterystycznych dla Unii E***pejskiej zbędnych ceregieli. Otóż rośliny z rodzaju głożyna (na przykład głożyna afrykańska z okolic Tunezji) badacze mitów utożsamiają z lotosem znanym z Odysei. Owoce te miały powodować senność i amnezję, co można podciągnąć pod działanie lekko psychodelicznych diaspor owego drzewka. Czy europejska głożyna też ma takie właściwości nie wiem, ale skoro Albańczycy, niepomni reżymu Hodży, tak garną się w struktury Unii E***pejskiej...
    Mnie nie otumaniły.
Głożyna w Beracie

Najchętniej czytane

Bunkry

     Skoro poprzedni wpis zakończyłem opowiastką o pubie i historii , a tych pierwszych, jak wcześniej wspomniałem w okolicy nie ma za wiel...