Tłumacz

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rosja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rosja. Pokaż wszystkie posty

10 listopada 2025

Złe słowa

    Tytuł tego robionego w sumie na szybko wpisu nijak się ma do piosenki nieżyjącego już Jacka Skubikowskiego pod tym samym tytułem. Odnosi się raczej do szeroko pojętej wolności słowa, czy też może cenzury jaką w tej koncepcji czyni idea poprawności – ha tfu – politycznej. U nas – w porównaniu z Zachodem, bo w porównaniu z, powiedzmy, zeszłą dekadą to nie – ta koncepcja jeszcze mocno kuleje, ale w takiej Wielkiej Brytanii za nie takie słowo trafić można do ancla (i spokojnie robić sobie tatuaże; w innych wypadkach – chyba żeś marynarz albo Maorys – to bardzo wątpliwa ozdoba). Tak zwane społeczeństwa obywatelskie dążą nawet do tego, żeby nieprawomyślne słowa dławione były nie przez sądy, a już w głowie (autocenzura – cytując klasyka – bezboleśnie kastruje). Po co mają hulać po ulicach Berlina czy Brukseli.
Symbol końca Cywilizacji Europejskiej
    I tak razu pewnego pomyślałem sobie w głowie o polskich słowach, które niedługo pewnie trafią na indeks. Odnoszących się mianowicie do przywar innych nacji. Od razu zaznaczam: nie mam nic przeciw polish jokes – pracując za granicą zauważyłem, że poniekąd sami sobie zapracowaliśmy na takie postrzeganie (poniekąd – gdyż czasem wraże nam kraje specjalnie zohydzają wizerunek Polski, vide niemiecka – bo czyja – akcja pod hasłem pojedź do Polski, twój samochód już tam jest). Niejaki Wolter, persona oślizgła i pióro do wynajęcia, twierdził w tej swojej Francji, iż jeden Polak to istny czar, dwóch Polaków – to awantura, trzech Polaków – to już polski problem. Cóż.

Polski landszaft - na uspokojenie
    Wracając jednak do meritum: zadałem sobie pytanie czym się różnią czasowniki oszwabić i ocyganić. Miałem swoją koncepcję, ale popytałem kilka osób, ba, nawet zadałem je w mediach społecznościowych (większość odpowiedzi – bez zaskoczenia – była pomocna niczym szklanka wody podana tonącemu). Jedno i drugie słowo znaczy mniej więcej oszukać kogoś, ale to pierwsze ma zdecydowanie większą wagę. Opisuje działanie z premedytacją, zaplanowane (wiadomo: Ordnung must sein, a Szwabia to przecież kraina w Niemczech). Drugie to takie bardziej okłamywanie (cyganić można w trzy karty – stwierdził kolega), w tym słowie jest brzęk wytwarzanych kotłów, rżenie konia napojonego przez sprzedawcę alkoholem by miał większy wigor (i z pomalowanymi zębami, by nie było widać wieku). Ocyganiony możesz zostać też na własne życzenie, przez głupotę czy nadmierną pazerność. Przy oszwabieniu nie ma o tym mowy.

Kawałki Akropolu w Londynie - wyjudzone czy wycyganione?
    Z Cyganami miałem do czynienia – już tymi osiadłymi, zajmującymi się poza uczciwymi działalnościami także okradaniem domów starych ludzi na wsi – więc dla mnie słowo ocyganić też w sumie nie jest pozytywne. Nie wzięło się znikąd. Niedaleko mojej wioski – póki jeszcze Cyganie byli w Polsce wolni – na zimę na polanie rozbijał się tabor. Któregoś razu zaproszono wszystkich okolicznych gospodarzy na cygańskie wesele. Zabawa podobno była przednia, były tańce, wódka, a po powrocie okradzione gospodarstwa. Kto poszedł, sam się dał ocyganić. Swoją drogą wędrownych Cyganów można spotkać jeszcze na Bałkanach. Któregoś razu – byłem z wycieczką w Bułgarii – zatrzymaliśmy się autokarem na przerwę fizjologiczną, podle Nesebyru. Jeden z podopiecznych stwierdził, że szybciej będzie iść w krzaki. Wrócił pogryziony – na szczęście lekko – przez psy, pilnujące nieodległego obozowiska owych współczesnych koczowników.

Cygańskie koczowisko
    Ale jak to – zapyta ktoś – na grupy Sinti czy Roma mówić Cyganie? A tak, Nie dajmy się ogłupić – i wykastrować przez autocenzurę. Nie wolno mówić Eskimos czy Murzyn (a to wspaniałe polskie słowa zawierające w sobie tajemniczą egzotykę), nie wolno używać słowa Żyd w jednym zdaniu z takimi wyrazami jak Gaza i ludobójstwo. No proszę ja Was. Co innego jest tradycyjne w tamtych rejonach Świata wzajemne się mordowanie, a co innego zaplanowana akcja eksterminacji ludności.

Typowy obrazek z Zachodniego Brzegu
    Ale wróćmy do tych słów. Oprócz oszwabienia czy ocyganienia jeszcze jedna grupa dała nam słowo oznaczające przywłaszczanie cudzego mienia. W tym wypadku to akurat kradzież bezczelna i hurtowa, bo słowo to to zaiwanić (nie mylić z zaiwaniać, co oznacza po prostu bardzo szybko się przemieszczać). Zapewne ma to związek z bratnią wizytą Armii Radzieckiej, w której co drugi był Iwan, a która wchodząc do Polski kradła wszystko jak leci (a może sięga to czasów carskich – w Kongresówce przecież Moskale też brali wszystko co im wpadło w łapy). O dziwo nie powstał taki czasownik dotyczący haniebnej wizyty Szwedów w XVI wieku.

Armia Czerwona i ślady jej przemarszu - Kostrzyn nad Odrą
    Jak chodzi o Wschód znam jeszcze dwa czasowniki dotyczące ludzkich zachowań. Są one chyba dużo mniej znane od wyżej wymienionych. Mianowicie bojarzyć i bisurmanić. Bojar, bojarzyn, to na Wschodzie odpowiednik szlachty. W Moskwie tworzyli dumę bojarską, coś na kształt sejmiku, byli zapewne dość swarliwym towarzystwem, bo co i rusz któryś car – zgodnie z odziedziczonymi po Mongołach tradycjami – robił im czystkę. W Wielkim Księstwie Litewskim był to później szlachcic-posensjonat, panosza taki. Stąd i słowo bojarzyć znaczy tyle co panoszyć się, także w tym nie najlepszym wydaniu. Bisurman z kolei to określenie mahometanina. Z wyznawcami Islamu mieliśmy do czynienia głównie poprzez sponsorowanych przez Turcję Tatarów. A jako, że nacja ta nieźle nam w Rzeczypospolitej łobuzowała, to i w końcu bisurmanić zamiast, jak turczyć, oznaczać przejście na wiarę Proroka znaczyć zaczęło rozrabiać. Rozbisurmaniony urwis będzie więc traktował zasady i ład społeczny z olbrzymią dezynwolturą.

Twierdza w Akermanie, gdzie spotkać się mogli bojarzy i bisurmani
    Takich - przez tych wszystkich nowocześniaków uważanych za brzydkie – słów jest jeszcze więcej, choć na tę chwilę nic nie przychodzi mi do głowy. Poza jednym używanym przez moją śp Babcię – umurzać, umurzyć się. To chyba najgorsze (dla owych ojkofobów) słowo – znaczy bowiem ubrudzić się na czarno, uczernić. Jako, że byłem szczęśliwym dzieckiem często używała onego czasownika i przymiotnika w stosunku do mnie (dzieci, jak wiadomo, dzielą się na czyste i szczęśliwe; umurzane, znaczy się).
    W przededniu Święta Niepodległości zwracam się do W. Sz. Czytelników, by nie dali się zbrukselizować i, w przeciwieństwie do wykastrowanych mentalnie kognitywnych immakulat, nie dali sobie odebrać bogactwa naszego niesamowicie trudnego języka.

Muzeum Narodowe w Warszawie 11. listopada

A. A. No tak. Jest jeszcze jedna grupa od której powstały takie tytułowe złe słowa. Zresztą już o nich wspominałem. I nie chodzi mi o czasownik żydzić, oznaczający bycie skąpym jeszcze bardziej niż krakowski Centuś czy statystyczny Poznaniak. Chodzi mi o czasownik judzić. Podjudzać. Oznacza on mniej więcej tyle co podpuszczać, jątrzyć (jątrew to żona brata lub siostra męża, względnie synowa; powstanie takiego czasownika wiązało się zapewne z jakąś jątrewką burzącą spokój w rodzinie i utworzone zostało przez jakąś teściową czy świekrę – bo co jej się będzie obca baba wtryniać w wychowanie syna? Aleśmy utracili słów związanych z pokrewieństwem; są ludzie, którzy nie znają już określenia brat stryjeczny; straszne), nakłaniać do złego. Wyjudzać z kolei bliższe jest znaczeniowo pierwszym z omawianych tu słówek. Stereotypy nie biorą się znikąd.
Sztełt w Tykocinie

24 października 2025

Semper fidelis

    Ostatni jak do tej pory najazd na Polskę hord ze Wschodu (początkowo we współpracy z hordami z Zachodu, ech, to nasze położenie geopolityczne) zakończył się zagładą elit Narodu, oktrojowaniem obcych kulturowo i cywilizacyjnie władz okupacyjnych i – w wyniku zdrady jałtańskiej – przesunięciem granic Polski daleko na Zachód.
Symbol zmian w Polsce po II wojnie światowej
    Didaskalia dla purystów językowych: powinno się chyba pisać Zdrada Jałtańska, bo to konkretne – i tragiczne – wydarzenie, a nie jakaś tam zdrada w kurorcie na Krymie (kurorty od tego są, vide Ciechocinek), ale ogrom żalu jaki pozostawiła ta kolejna w czasie II Wojny Światowej niesłowność "sojuszników" nie pozwala mi psychicznie pisać tego wielką literą (zwrot "z wielkiej litery" też chyba nie jest poprawny, trzeba by jakiegoś Profesora spytać, Miodka albo Bralczyka). Po didaskaliach.

Ciechocinek
    Ad rem – oprócz granic na Zachód przesunięto też część Polaków, przynajmniej fizycznie, bo mentalnie wspaniale oddaje to nasz tuz światowej literatury, Stanisław Lem, ze Lwowa rodem przecież, który swoją własną tułaczkę skomentował, że Naród to nie szafa, nie da się go z kąta w kąt przestawiać. Zabużanie trafili na tak zwane Ziemie Odzyskane, które były aktualnie przez Armię Czerwoną ogołocone do zera, i musieli rozpocząć egzystencję w nieznanym i niestabilnym miejscu (do dziś Niemcy niezbyt chętnie – o ile w ogóle – uznają granicę na Odrze i Nysie; o reperacjach nawet nie wspominam). Spacerując po post-PGR-owskich wioskach do dziś widać tam ślady po tym wyrwaniu z korzeniami. Nie, żebym coś miał do owych terenów, nie. Mimo, że często kontakt z Polską urwał się tam w XI wieku, to jednak spora ich część była polska dużo dłużej. A linia Odry i Nysy Łużyckiej czy Sudety łatwiejsze są do obrony niż pola Niziny Śląskiej i Wielkopolskiej (wzgórza i jeziora Pomorza nieźle zabezpieczał Wał Pomorski, ale kiedy już sojusznicy w niszczeniu Polski się pokłócili nie zapobiegł on najazdowi Armii Czerwonej na Berlin). Co to, to nie. Bardziej boli, że ukradziono nam centra kultury polskiej. Bo czy ktoś może sobie dziś wyobrazić Francję, której zabiera się Marsylię i Lyon, a w zamian daje Brukselę i Bilbao? Wszak miasta te miały w przeszłości kontakt z Najstarszą Córą Kościoła. Ktoś, coś?

Życie na Ziemiach Odzyskanych
    Właśnie. A my musimy żyć bez Wilna i Lwowa.

Polskie dziedzictwo w Wilnie
    I bez elit, wymordowanych w Katyniu, Dachau czy Palmirach.

Jeden z niemieckich obozów koncentracyjnych założony dla Polaków
    Ale wróćmy do tematu wpisu. Jak ktoś się po tytule nie zorientował, że chodzi o Lwów, ten dudek. Zawsze wierny – taką dewizę nosi to miasto, i rzeczywiście, zawsze takie było. W końcu za coś otrzymało order Virtuti Militari – ten prawdziwy, a nie komunistyczną podróbkę chętnie szafowaną zbrodniarzom w czasach PRL.

Lwowski rynek
    Mimo znacznego – bardziej niż w Wilnie – przetrzebienia polskiej ludności miasta (na sąsiednim Wołyniu kilkaset tysięcy ofiar Rzezi Wołyńskiej wciąż woła o prawdę i godne pochówki) dalej czuje się tu polskość. Główny rynek Starego Miasta, lokowanego w czasach Kazimierza Wielkiego, jest totalnie polski. W jednej z kamienic, należącej tradycyjnie do lwowskich arcybiskupów umierał król Michał I, potomek wareskich Rurykowiczów, założycieli państwowości na Rusi (w bliższej perspektywie był to syn Jeremiego Wiśniowieckiego, księcia – mimo równości szlachty wobec prawa w Rzeczypospolitej potomkowie rodów panujących, Giedyminowiczów czy Rurykowiczów właśnie, nosili dziedziczne tytuły książęce; nie zmieniało to statusu prawnego nosiciela, i taki Potocki, Wiśniowiecki czy Radziwiłł równy był choćby takiemu panu Piekłasiewiczowi z Koziej Górki). Po sąsiedzku budynek posiadali Sobiescy, w tym i król Jan III. Najbrzydszym budynkiem jest tu ratusz z czasów Habsburgów, przypominający swą koncepcją dzisiejsze udoskonalenia zabytkowej tkanki miejskiej. Znaczy jest to takie pudło nijak do całości nie pasujące.
Ratusz lwowski
Dziedziniec Włoski Kamienicy Królewskiej
    W pobliskiej katedrze rzymskokatolickiej (Lwów miał trzy katedry katolickie, to chyba ewenement na skalę światową: rzymską, grecką i ormiańską) król Jan Kazimierz składał Śluby Lwowskie, w których oddawał Rzeczpospolitą pod opiekę Jasnogórskiej Pani, naszej Czarnej Madonny. Tak pokrzepiony Naród pogonił szwedzkiego okupanta (a była to wizyta najbardziej niszcząca – biedni Szwedzi z bogatej Rzeczpospolitej wywozili to co się działo; Niemcy naziści nie wiadomo kto i Armia Czerwona rabujący II Rzeczpospolitą jawią się przy całej swej bezwzględności li tylko harcerzykami; mimo takich grabieży nadal jest u nas co kraść, co udowadniają nam kolejne rządy, ani chybi jesteśmy najbogatszym państwem Świata), choć zapewne talenty wojskowe króla (jako ostatni nasz władca regularnie spuszczał oklep Moskwiczanom), w przeciwieństwie do politycznych wysokie, oraz kadra dowódcza ze Stefanem "Wojna Partyzancka to to co lubię" Czarnieckiem też nie były bez znaczenia.
Archikatedra św Elżbiety
    Resztki murów miejskich i dwa arsenały dobitnie świadczą w jak niebezpiecznym rejonie miasto powstało – tatarskie zagony nieraz podchodziły pod Lwów.
Mury miejskie
    A powstał trochę wcześniej niż miasto Kazimierza Wielkiego. Jeden z wybitniejszych Rurykowiczów, Daniel Halicki (jedyny w historii halicki król, nie kniaź), założył Lwów w XIII wieku – i nazwał go na sześć swojego syna i następy – Lwa Danielowicza. Rychło przeniesiono tu z Halicza ośrodek władzy Rusi Czerwonej (po wspominanym chyba kiedyś na blogu Jarosławie Mądrym Ruś popadła w rozbicie dzielnicowe, zakończone najazdem mongolskim i owym strasznym w skutkach jarzmem; tylko tereny które zajęła Litwa i Polska uniknęły strasznego losu tatarskich – a potem moskiewskich – niewolników) – resztki Wysokiego Zamku nadal spoglądają na miasto. Zachował się do dziś plac centralny tego pierwszego Lwowa. Dziś to Stary Rynek, całkiem niedaleko potężnej lwowskiej starówki. Kiedy byłem tam ostatni raz – długo przed paniką koronawirusową – był to zaniedbany i ponury placyk. Zamiast odrestaurować miejsce ważne dla ruskich początków miasta obecni włodarze miasta wolą podkreślać zasługi współpracujących z Niemcami ukraińskich kolaborantów, odpowiadających nie tylko za polskie ludobójstwo na Kresach ale za inne zbrodnie i pogromy – także na Żydach.
Stary Rynek we Lwowie
    Trochę głupio wchodzić w zażyłe relacje z kimś takim, prawda? Swoją drogą – był ktoś ostatnio we Wschodniej Małopolsce? Remontują zamek w Żółkwi może? Uzdrowisko w Truskawcu kwitnie? Może jakieś drogi porobili przez Starą Sól czy Sambor? Albo chociaż ten Stary Rynek lwowski? Coś? W końcu mają tam jakieś 90% zabytków całego państwa.
Nieco zaniedbane podwórko na lwowskiej starówce
Niszczejące żupy solne Drohobycza

17 października 2025

Horda

    Oprócz pierogów pierwszy najazd mongolski na Polskę przyniósł generalnie pożogę, śmierć i zniszczenie. Możliwe, że dla smakosza to niewielka cena, ale warto pamiętać, że wojska azjatyckich hord wybitnie przeszkodziły w dziele jednoczenia ziem polskich szybkim cięciem szabli kończąc żywot tak zwanej monarchii Henryków Śląskich.
Głowa Mongoła - rzeźba na kościele w dolnośląskim Miłkowie
    Zdarzyło się to – co wiedzą prawdopodobnie wszyscy poza ojkofobicznymi fajnopolakami – w roku 1241 w czasie bitwy (lub krótko po niej) pod Legnicą – gdzie konkretnie owo miejsce się znajdowało do dziś nie ma pewności, ale pewnie nie była to współczesna wieś Legnickie Pole.
    O samej Legnicy tym razem nie będzie, choć to gród starożytny, jeszcze z Lugiami łączony, siedziba główna Bolesława Kędzierzawego i Jerzego Wilhelma (jakby miał przydomek, brzmiałby on Ostatni) oraz matecznik niejakiego Witelona, twórcy podstaw nauki o optyce i perspektywie. W każdym razie efektem potyczki była dekapitacja księcia Henryka Pobożnego, kontynuatora dzieła Henryka Brodatego i szczęśliwego ojca pięciu synów, pośród których rozdzielono henrykowe władztwo. Pech chciał, że najstarszym z nich był Bolesław Łysy, zwany też Cudakiem czy Rogatką, który nadawał się może na błędnego rycerza, ale do rządzenia plenipotencji miał nawet mniej niż nasi współcześni politycy.

Wrocław - główny ośrodek państwa Henryków śląskich
    W każdym razie mongolska inwazja na Polskę (i, o czym zapominamy, na Węgry; właściwie to głównie na Węgry) Roku Pańskiego 1241 była pierwszą w naszych dziejach pełnoskalową inwazją ze Wschodu. Wcześniejszych najeźdźców, Hunów, Gotów, Bułgarów, Awarów, Węgrów z uporem godnym lepszej sprawy plądrujących Europę nie mieliśmy jak doświadczyć (a Goci to nawet z naszych in spe ziem wzięli byli ruszyli). Ze wszystkimi następnymi falami radziliśmy sobie nadspodziewanie dobrze, chroniąc przez kilkaset lat Europę przed hordami.

Gockie cmentarzysko na Pomorzu
    W zamian za to oczywiście Europa miała nas głęboko w nosie, a jak przyszło co do czego oddała nas za bezcen ostatniej do tej pory fali wschodnich najeźdźców (i do tej pory odbija nam się to czkawką).

Symbol sowieckiej okupacji Polski
    Ale zostawmy zdradę jałtańską (przynajmniej na chwilę), i wróćmy do tych hord. Przed pierwszym najazdem mongolskim Europy nie obroniliśmy. Zresztą trzeba pamiętać, że główne zagony ordyńców pojechały na Węgry i wyrżnęły tam madziarską elitę w czasie bitwy na równinie Mohi. Król Bela IV tak zwiewał, że zatrzymał się dopiero w dalmatyńskim Trogirze. Uderzenie na polskie księstwa miało tylko zabezpieczyć mongolską flankę i zablokować pomoc polskich i czeskich władców dla Węgier (pod Legnicę Czesi nie dotarli, król Wacław I wstrzymał swoje zagony i zrejterował, pozwalając Mongołom spalić Morawy). Europę uratował zgon Wielkiego Chana – mongolska elita tłumnie zawróciła do Karakorum na kurułtaj – mongolski sejm mający wybrać następnego władcę.

Trogir, gdzie przed Mongołami umknął król Bela IV
    Potem Mongołowie wracali jeszcze kilkukrotnie, ale bez takiej swady jak w latach 40-tych XIII wieku. Energii starczyło im tylko na zajęcie Rusi. Zresztą przy wpisach o Kijowie coś tam o tym wspominałem. Miasto puszczono z dymem w 1240, a ziemie Słowian wschodnich wpadło w tak zwane jarzmo tatarskie. Ich samych zamieniono w niewolników. Kiedy już Azjatów przegoniono system został: chanów zastąpili władcy Moskwy, co sporo nam mówi o psychicznej kondycji dzisiejszych Rosjan. History matters.

Replika kijowskiej Złotej Bramy, zniszczonej w 1240 roku
    Tak na marginesie, po drodze spustoszyli Kaukaz, kończąc Złoty Wiek w historii Gruzji (i zostawiając im pierogi w spadku). Oczywiście Mongołowie nie robili tego na złość. Ot po prostu na Kaukazie ukryli się pokonani wcześniej przeciwnicy Mongołów z Azji Środkowej. Władca Gruzji nie chciał ich wydać – w ramach reperkusji zamiast noty dyplomatycznej wysłali armię. Ocaleni Gruzini schowali się na Rusi. Rusini wydać ich nie chcieli, więc zamiast noty dyplomatycznej... I tak dalej. Kniaziowie po bitwie nad rzeką Sit (w tymże Roku Pańskim 1238 z dymem poszła też Moskwa) przekroczyli Karpaty i schronili się w Panonii w Królestwie Arpadów...

Brama do klasztoru Gelati, kulturowego centrum Gruzji Złotego Wieku, zniszczonego znacznie przez Mongołów
    Poza tym we wschodniej Europie powstało kilka państw koczowniczych – już niekoniecznie mongolskich, wszak do armii Wielkich Chanów poprzyłączało się wiele innych plemion, czy tureckich czy tam jeszcze innych. Na naszej historii najsilniejsze piętno wywarli Tatarzy Krymscy – z którymi, sponsorowanymi przez Osmanów, przez kilkaset lat barowaliśmy się na Dzikich Polach – tej części średniowiecznej Rusi która odbita została spod opresyjnych mongolskich rządów przez litewskich Giedyminowiczów. Potem ziemie te przypadły Koronie Królestwa Polskiego. Najważniejszym tam miastem okazał się relokowany przez Kazimierza Wielkiego Lwów, wielokrotnie stawiający opór wschodnim hordom. Nieraz przy pomocy nadprzyrodzonej: wedle legendy święty Jacek Odrowąż (na Zachodzie zwany, słusznie, Hiacyntem), który w owym 1240 roku uratował z Kijowa słynny maryjny posąg, wyżywił głodujących obrońców Rusi Czerwonej pierogami. Jacek od Pierogów jest jedynym Polakiem stojącym na kolumnadzie otaczającej Plac Świętego Piotra w Rzymie.

Fragment watykańskiej kolumnady otaczającej Plac św. Piotra
    Co zaś się tyczy Tatarów – nim Moskwa zlikwidowała Chanat Krymski nie tylko się z nimi nawojowaliśmy (o Dzikich Polach opowiada wspaniale Henryk Sienkiewicz w Panu Wołodyjowskim – a i inne części Trylogii nie są wątków tatarskich pozbawione; ulubiona żona Sulejmana Wspaniałego Hürem/Roksolana, była tatarską branką znad Dniepru). Rzeczpospolita była także miejscem azylu dla członków tatarskich elit, które przegrywały krwawą nieraz walkę o tron w Bachczysaraju, Ich potomkowie do dziś zresztą żyją na Podlasiu, stanowiąc dowód na nieznaną na Zachodzie tolerancję i multikulturowość. Są też wspomnieniem czasów imperialnej świetności Rzeczypospolitej.
Tatarski meczet na Podlasiu

2 maja 2025

Wenecje

    Po krótkim blogowym interludium dotyczącym spraw naszej umiłowanej acz umęczonej Ojczyzny wracamy – przynajmniej częściowo – na Półwysep Apeniński, do Esgaroth, Miasta na Jeziorze Wenecji, miasta na Lagunie. Miarą potęgi i siły oddziaływania tej niecnej republiki kupieckiej jest ilość miejsc na Świecie, o jakich bedekery piszą "taka-to-a-taka Wenecja".

Wielki Kanał w Wenecji

    Robią to z uporem godnym lepszej sprawy – i niemal gdziekolwiek miasto leży na wyspach nad rzeką otrzymuje miano weneckie. Weźmy taki Amsterdam. Wenecja Północy, prawda? Przynajmniej jedna z wielu. Miasto w pewnym okresie swej historii potężniejsze niż włoska republika, wyrosło na bagnistej nizinie u ujścia rzeki Amstel, pełne kanałów (wpisanych na Listę Dziedzictwa Ludzkości UNESCO, podobnie jak fortyfikacje okalające Amsterdam; analogicznie na Liście znajduje się Wenecja oraz weneckie fortyfikacje we Włoszech i basenie Adriatyku) także wzniesione zostało na usztywniających grunt palach. Mimo wspaniałości Złotego Wieku holenderskiego miasta nikt nie nazywa Wenecji Amsterdamem Północy – co w sumie nie jest dziwne, zważywszy, że osada na tamie na Amstelu powstała kilkadziesiąt lat po tym, jak Wenecjanie w najlepsze dzięki armii krzyżowców zdobywali Konstantynopol.

Kanały Amsterdamu

    Inną Wenecją Północy, jeszcze młodszą, ba, powstałą w czasach, gdy Najjaśniejsza Republika Świętego Marka powoli poczynała tracić swe olbrzymie śródziemnomorskie imperium jest carska stolica nowego wzoru, założony na surowym kamieniu Sankt Petersburg. Położone nad Newą (rzeka może i krótka, ale potężna – to ona do Bałtyku wtłacza najwięcej słodkiej wody) także pełne jest kanałów, a gdy wiatr wieje od morza cofka powoduje powodzie, dużo potężniejsze niż wenecka acqua alta (w Wenecji wiatr wieje od wschodu, w Petersburgu od zachodu; w obu wypadkach by zapobiegać powodziom i podtopieniom zainstalowano specjalne zapory, te rosyjskie są skuteczniejsze).

Kanały Sankt Petersburga

    Właściwie znając miłość założyciela miasta do Niderlandów Petersburg powinno się zwać Amsterdamem Wschodu (część miasta zwie się Nową Holandią), ale jakoś nikt tak nie robi. Może dlatego, że Nowy Amsterdam (gdzie nomen omen dziś jest dzielnica zwana Małą Italią) leży w kraju, który przez większość XX darł koty z ZSRS i Rosją?

Nowy Amsterdam dziś Nowym Jorkiem zwany

    Co do Ameryki zaś – to tam widziałem jedyną swoją pozaeuropejską Wenecję. Mianowicie dzielnicę Iquitos o biblijnie brzmiącej nazwie Belen. Miejsce to – jakże charakterystyczny dla podtapianych wiosek Amazonii palafit, osada na palach – Wenecją jest przez jakieś pół roku. W porze suchej jest fawelą, slumsem, nie śniącym o imperialnej potędze (chociaż nie, śnić to sobie może; na pewno nie ma potęgi którą może wspominać; chociaż...) organizmem miejskim.

Belen w porze suchej

    Wracając do Europy – przypomniało mi się, że widziałem jeszcze Małą Francuską Wenecję – czyli alzacki Colmar. Więcej Wenecji nie pamiętam (chyba, żeby liczyć Trogir, zwany Chorwacką Wenecją, należący kiedyś, jak i większość Dalmacji, do posiadłości Najjaśniejszej Republiki Świętego Marka).

Colmar
Trogir

    No, chyba, że w Polsce, to widziałem. Z racji ilości mostów, położeniu na (kiedyś) pięciu wyspach oraz węzłowi hydrologicznemu Wenecją Północy zwany jest Wrocław. W przeciwieństwie do innych tego typu miast nie jest regularnie zalewany – choć osobiście pamiętam Powódź Tysiąclecia w 1997, kiedy praktycznie całe miasto znalazło się pod wodą. Tutaj jednak na tragedię złożyły się – oprócz olbrzymich opadów – także warunki pozasportowe, m.in Czesi zrzucający bez ostrzeżenia wodę z własnych zbiorników zaporowych, lata zaniedbań infrastruktury hydrologicznej oraz – charakterystyczne dla komunistów ignorujących prawa przyrody (nie tylko jeśli chodzi o płcie) – gęsta zabudowa podwrocławskich polderów, przez setki lat służących do przyjmowania wód powodziowych niesionych przez Odrę. Nie wiem czemu: zawsze socjalizm doprowadza do ludzkiej tragedii, a jakieś kognitywne immakulaty i tak weń wierzą. Ot, siła propagandy.

Ostrów Tumski we Wrocławiu
    Poza Wrocławiem Wenecji w Polsce jest pewnie bez liku, ja osobiście kojarzę trzy takie dzielnice: w Szczecinie, Bydgoszczy i – tu pewnie będzie zaskoczenie dla W. Sz. Czytelników – w Pabianicach. Największa z nich, mocno zaniedbana (obecnie coś tam grzebią) to ta leżąca nad Odrą szczecińska.
Szczecińska Wenecja
Bydgoska Wenecja
Pabianicka, hm, Wenecja
   
I mamy przecież jeszcze Wenecję – Wenecję. Na Pałukach. Dawne miasteczko powstało pod koniec XIV wieku jako Mościska (wszak leży nad trzema jeziorami, most był niezbędny), ale właściciel dóbr pojechał na studia do oryginalnej Wenecji (cóż, Polacy robili Grand Tour i Erasmusa zanim było to modne), i tak mu się spodobała, że swoje dobra nazwał tak samo. Mało tego, postawił tu zamek obronny, jakiego w Mieście na Jeziorze mieście na Lagunie próżno szukać.

Ruiny weneckiego zamku
    Oprócz ruin gotyckiej warowni atrakcją wioski jest Żnińska Kolejka Wąskotorowa, która tu właśnie, oprócz stacyjki, ma też niewielkie muzeum.
Stacja Wenecja
Kolekcja wąskotorowych ciuchci
   
A po drugiej stronie jeziora znajduje się osada, podobnie jak oryginalna Wenecja, leżąca (kiedyś) na wyspie, której budowle także umacniane były palami wbitymi w ziemię – Biskupin.

Brama osady w Biskupinie
    Powstała w czasie, kiedy kilka niewielkich osad nad Tybrem zamieszkałych było przez półdzikich pasterzy i rolników nie wiedzących jeszcze, że staną się Rzymianami. Kto zbudował protomiasto w Biskupinie właściwie nie wiemy – choć niektórzy utożsamiają ludność kultury łużyckiej z ludem Wenedów (od którego – lub którym był – miano miał wziąć jeden z odłamów Słowian). A ów tajemniczy lud wiążą owi, w związku z podobieństwem nazw, z Wenetami pojawiającymi się później nad Adriatykiem (inni Wenetowie znani są z Bretonii). Od których to italskich Wenetów pochodzić ma nie tylko miejscowy dialekt (technicznie nie jest to część języka włoskiego), ale i nazwa Wenecja. Logicznie było by więc nazywać w bedekerach Wenecję Biskupinem Południa.
Biskupin Południa - Pałac Dożów i dzwonnica katedry
    Nim jednak w następnych wpisach rozpierzchnę się po Półwyspie Apenińskim coś mi się jeszcze przypomniało. Przecież południowoamerykańska Wenezuela to nic więcej, jak Mała Wenecja (nazwę tę nadali niemieccy osadnicy). Ale nad tym rozwodzić się nie będę, w tym zniszczonym przez komunistów leżącym na ropie naftowej kraju jeszcze nie byłem, choć w czasie peregrynacji po Latynoameryce nie raz zdarzało się mi spotykać uchodźców z tego państwa. O czym zresztą na blogu wspominałem zdaje się. Udanej majówki.

24 stycznia 2025

Łódź Fabryczna

    Pech chce, że mieszkam na terenie województwa którego stolica, do niedawna drugie pod względem liczby ludności miasto w Polsce, uznawana jest za najbardziej (no, chyba, że weźmiemy pod uwagę którąś ze stolic lubuskiego – oryginalny Lubusz leży dziś niestety w Niemczech) nieatrakcyjną turystycznie – podobnie zresztą jak całe województwo.
    Pełne przecież zabytków i landszaftów.

Zabytki w Łódzkiem
Landszafty w Łódzkiem
   
No ale przyjęło się, że w Łodzi nie ma nic do zobaczenia. Bo też faktycznie, jeżeli ktoś szuka w mieście średniowiecznych uliczek jakiegoś starego miasta, to nie znajdzie. Mimo, że miasto powstało w 1423 (wcześniejsze próby lokacji na zboczach Wzniesień Łódzkich – jak dziś je zwiemy – nie udały się) to było przez większość czasu drewniane (o czym następny wpis), a po wizycie Niemców nazistów w zeszłym stuleciu nawet jeśli coś było, to zwyczajnie się nie zachowało – słynny Park Staromiejski (zwany Parkiem Śledzia) to właśnie teren gdzie łódzkie stare miasto istniało. Rynek Staromiejski sowieci odbudowali, lecz w stylu mariensztatackim.

Rynek Staromiejski
    Ale to, czym Łódź najbardziej urzeka to czasy opisane w Ziemi Obiecanej Reymonta (kiedyś chyba była to lektura – lecz dla nowoczesnych reformatorów oświaty w Polsce ma stanowczo zbyt dużo liter): przełom XIX i XX wieku, kiedy miasto w ekspresowym tempie rozrosło się w wielką metropolię.
Jedna z famuł na Księżym Młynie - osiedle robotnicze, świadek rozwoju miasta
    Rozrastało się, dodajmy, nieco chaotycznie – o czym pod koniec wpisu – choć przecież początkowo z genialnym planem przestrzennym. Oto carscy planiści i urbaniści (może i okupacyjni, ale to co robią w mieście współcześni ich odpowiednicy to woła o pomstę do Nieba) wytyczyli jeden z dwóch w Polsce ośmiokątnych rynków (dziś Plac Wolności) i długą ulicę, wzdłuż której budowane miały być budowane kolejno gręplarnie czy przędzalnie – tak by usprawnić proces produkcji włókienniczej, dla której to – i czeskich oraz niemieckich specjalistów – miasto zostało utworzone. Ulica to oczywiście słynna Piotrkowska, ale zamysły projektantów szybko odłożono do lamusa, i trakt został reprezentacyjną wizytówką miasta. Wzdłuż Piotrkowskiej wytyczono równe działki – podobno koncepcja zapożyczona z Nowego Jorku (który, podobno, zapożyczył ją z kolonialnych miast hiszpańskiej Ameryki, których to regularną siatkę ulic konkwistadorzy zgapili od Indian) – na których oprócz fabryk i famuł (odpowiednik śląskich familoków, robotniczych domów wielorodzinnych) wyrosły secesyjne kamienice i fabrykanckie pałace.
Secesyjna Kamienica Gutenberga na Pietrynie - czyli ulicy Piotrkowskiej
    Dzięki ich urodzie Łódź jako jedyne miasto w Polsce zostało wpisane na Europejską Listę Architektury Secesyjnej – choć miejscowemu art noveau bliżej do tego wiedeńskiego czy berlińskiego niż najpiękniejszemu katalońskiemu. Miasto podobne jest także do innych gwałtownie rozwijających się wtedy miast Imperium Rosyjskiego: Rygi, Odessy czy Petersburga.
Secesyjny detal z Rygi
    Do tego wszystko jest tu oryginalne – bo w 1939 spadło tu zaledwie kilka bomb a i w 1945 sowieci weszli bez walki, ustanawiając tu nawet tymczasową stolicę okupowanej Polski. A przynajmniej było do jakiegoś czasu – bo nieremontowane od wojny miasto po prostu zaczęło się rozsypywać. Likwidacja prężnego przemysłu włókienniczego w latach 90-tych zeszłego stulecia sprawiło nie tylko, że Łódź została jednym z najbardziej depresyjnych miast Polski, ale sprawiła, że potężne fabryki, godne Manchesteru, Śląska czy Zagłębia Rhury zostały opuszczone. Dziś te zabytki techniki w dużej mierze są już wyburzone (często nielegalnie), a na ich miejsce postawiono bezpłciowe biurowce. Pozostałe stały się mekką miłośników urbexu.
Secesyjna elektrownia - ocalała
Secesyjna elektrownia - wnętrze przed rewitalizacją
Urbex po łódzku
Urbexowe atelier
Urbexowe fabryki
    Dobra, trochę ubarwiłem – spora część miejsc które są na fotografiach jest obecnie powoli restaurowana (albo została wyburzona), ale nim rozpoczęto ratować te cuda architektury miasto straciło sporo swojego ceglanego uroku. Dziś najsłynniejszymi zrewitalizowanymi terenami są dawne zakłady Izraela Poznańskiego (Manufaktura, centrum handlowe), Księży Młyn czy Biała Fabryka z Centralnym Muzeum Włókiennictwa.
Manufaktura
    Sama zaś tytułowa Łódź Fabryczna to jeden z dwóch głównych dworców kolejowych w mieście (obok Łodzi Kaliskiej). Tak, chaotyczny rozwój miasta sprawił, że nie było tu nigdy dworca głównego – choć funkcję tą ma spełniać, gdy tylko zakończy się przekop tuneli kolejowych pod Śródmieściem, właśnie Fabryczna. Póki co olbrzymia hala ze szkła, żelaza i betonu stoi pusta.
Nowy Fabryk, tj. Łódź Fabryczna
    A stoi na miejscu dawnego dworca – obiektu kultowego, w czasach PRL ubogaconego słynnym neonem oraz otoczonym dziś nieistniejącymi rozsypującymi się kamienicami wielkomiejskimi.
Stary Fabryk
Słynny - kiedyś - neon
    Dawna Łódź Fabryczna na przełomie XX i XXI wieku szokowała przyjezdnych – obcokrajowcy nawet pytali, czy tu jakaś wojna dopiero co była. Stety-niestety przeszła do historii, choć warto dodać, że nowy, na poły podziemny, dworzec, jako, że zbudowany na terenie podmokłym, funkcjonuje tylko dzięki nieustannej pracy pomp.
Okolice dawnego dworca Łódź Fabryczna, przez wiele lat centrum miasta
    Co zaś się owej podmokłości tyczy – Łódź nazywana jest miastem wielu rzek i jednej ulicy. Ulica to oczywiście Piotrkowska, a 17 nazwanych z imienia rzek, dziś w dużej mierze pochowanych w kanałach umożliwiły rozwój miasta w początkach XIX wieku (o czym więcej w następnym wpisie). Podmokłe tereny – i pośpiech w jakim wznoszono wielopiętrowe kamienice (czas to przecież pieniądz) – dziś stanowi pewne zagrożenie dla zabytkowej tkanki miasta. Jest to związane z pracami przy wspominanym tunelu średnicowym. Oto bowiem słabo osadzone kamienice leżące na trasie pracy wydrążarek zaczynają się walić. I było to wiadome dla wszystkich poza projektantami przekopu. Tak, że warto jak najszybciej przyjechać zobaczyć ten polski Manchester, póki szkody budowlane i pazerni deweloperzy nie wyburzą wszystkiego.
Znak drogowy - z Łodzi, no bo skąd

Najchętniej czytane

Długa droga do domu cz. 2

     Ach. Zatrzymaliśmy się pod katedrą w Dubrowniku , której początki sięgają nieoczekiwanej wizyty Gandalfa w Bag End króla Ryszarda I ...