Tłumacz

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zsrs. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zsrs. Pokaż wszystkie posty

14 listopada 2025

Przedmurze

    No i minęło kolejne Święto Niepodległości, oby ich było jak najwięcej (choć oczywiście geopolityka i miejscowe – nie chcę napisać nasze, bo to pro maior pars potomkowie przywiezionych na radzieckich tankach politurków i zwykli jurgieltnicy; nie chcę myśleć o współobywatelach jako idiotach - elity kompradorskie chciałyby, by było ich jak najmniej).
Marsz Niepodległości
    Szkoda, że – poza imprezami sportowymi – jest to jedna z niewielu okazji by zobaczyć Polaków w barwach narodowych. To tak trochę wygląda, jakbyśmy się ich wstydzili. Bo co? Bo to jakiś nacjonalizm? A wmówiono nam, że jak nacjonalizm to faszyzm czy nazizm, z którymi przecież – jako socjalizmami – walczył komunizm (czyli socjalizm internacjonalistyczny). 50 lat sowieckiej okupacji pozostawiło trwałe ślady na duszach i umysłach Polaków niestety.

Mecz reprezentacji
    Bo inne nacjonalizmy nas nie rażą aż tak, w szkole peruwiańskiej dzień zaczyna się od odśpiewania hymnu i modlitwy, turysta powie, jaka fajna tradycja. Albo amerykańska cześć dla flagi – jakie to podniosłe (o fladze i nacjonalizmie planuję zrobić wpis, ale w przyszłym roku – znaczy po Nowym Roku). A u nas? Wywieszenie flagi na majówkę to taki trochę obciach. Straszna tresura w ojkofobii. Do tego jak ktoś odwołuje się do naszej imperialnej przeszłości od razu spotyka go atak ze strony – najczęściej niezbyt dobrych z historii – fajnopolaków czczących Unię E***pejską. Bo niedobrze się chwalić swoimi tryumfami i zasługami. Dlaczego? Tego jeszcze nie odkryłem, może żeby nie robić przykrości dzikim barbarzyńskim ludom przed którymi broniliśmy Europę – a które to ludy w zamian za to – przy absolutnym braku sprzeciwu owych bronionych – zafundowały nam, Polakom, kilka ładnych ludobójstw.

Obóz koncentracyjny założony dla Polaków
    Chodzi mi tu chociażby o mit Przedmurza Chrześcijaństwa (czy szerzej: Przedmurza Europy). Dla kognitywnych immakulat didaskalia: chodziło o to, że Polska – głównie we własnym mniemaniu – postrzegana była jako rubieże zachodniego chrześcijaństwa (czyli zachodniej cywilizacji) i jako taka była puklerzem przed atakami ze Wschodu i Południa czynione przez muzułmanów oraz prawosławnych. Podobną rolę odgrywały chociażby państwa zakonne w basenie Bałtyku czy Królestwo Węgier, ale te pierwsze zostały zsekularyzowane, a to drugie znieśli Turcy osmańscy. Czy był to tylko li nasz własny mit (powiązany z sarmatyzmem)? Chyba niekoniecznie. Wszak umocnienia twierdzy w Kamieńcu Podolskim, broniącej Rzeczpospolitą przed hordami Tatarów i Osmanów fundował nuncjusz apostolski. A turecki napór na Zachód powstrzymał – błagany przez o to przez Habsburgów – pod Wiedniem i zwłaszcza Parkanami nie kto inny jak Jan III Sobieski. Wspominałem, że za ocalenie cni Wiedeńczycy do dziś nie postawili królowi pomnika, a sto lat później Rzeczypospolitej już nie było – między innymi dzięki działalności Habsburgów.

Osmański minaret w Egerze - pozostałość po upadku Królestwa Węgier
    Unia Brzeska i męczeństwo św Jozafata Kuncewicza, albo wspominane już przeze mnie na blogu powstanie kościoła ormiańskokatolickiego wpisują się w narrację o ochronę katolicyzmu.

Dawna katedra ormiańskokatolicka we Lwowie
    Co nie znaczy, że polska kultura nie była podatna na wschodnie (i południowe) wpływy. Wystarczy chociażby pojechać na Podlasie, gdzie obok siebie stoją kościoły, cerkwie, meczety czy synagogi. O innych świątyniach (ok, synagoga nie jest technicznie świątynią) czy budowlach sakralnych kolejnych denominacji nawet nie wspominam. No, albo zapalić jakiś produkt tytoniowy – sama roślina co prawda pochodzi z Ameryki Południowej, ale jej polska nazwa jest turecka.

Podlaski meczet
    Ojkofoby chciałyby naszą – diametralnie różną od zachodniej – historię na siłę wepchnąć w schemat zachodnioeuropejski. A zwyczajnie się nie da – szkoda, że reszta obywateli jakoś nie chce/nie umie się nią chwalić.

Zespół synagog w Tykocinie
    Koncepcja Przedmurza Chrześcijaństwa upadła wraz z upadkiem Rzeczypospolitej – wspomniani Habsburgowie skumali się z mentalnymi potomkami mongolskich niewolników z Petersburga i zakompleksionym nuworyszami z Berlina. Upadek zaborców sprawił, że Polska powstała – a wraz z nią i mit Przedmurza. Tym razem musieliśmy stawić czoło najstraszniejszej z dotychczasowych hord – komunistom.

Dzikie hordy
    I oczywiście, jak na Przedmurze przystało, robiliśmy to całkiem sami (oczywiście są chwalebne wyjątki: Węgrzy dosłali amunicję, Amerykanie-ochotnicy bronili nieba nad Lwowem) – Niemcy blokowali dostawy sprzętu, Czesi napadli na Zaolzie, a Ententa... Ruszyła się dopiero, gdy było to w jej interesie (nasi politycy powinni się uczyć, by działać w interesie Polski; chyba, że są to tylko polskojęzyczni notable). Bez tego nie byłoby Błękitnej Armii czy tytułu Marszałka Polski dla Ferdynanda Focha. 20 lat później interes Francji i Anglii zadecydował, żeby zostawić Polskę na łasce powracającej ze Wschodu bolszewickiej dziczy (no i, oczywiście Niemców nazistów nie wiadomo kogo).

Okopy z czasów wojny polsko-bolszewickiej
    Nie wiem, czemu nie podnosimy na arenie międzynarodowej tej przedmurzastej historii Polski. A jak już chcemy pokazać to w popkulturze (którą wygrywa się takie sprawy) to wychodzą nieoglądalne gnioty jak 1920 Bitwa Warszawska czy ten film o Odsieczy Wiedeńskiej z tym kolesiem co to zabił Mozarta. A już wcale nie potrafimy sprzedać tego, że wygląd współczesnego Świata to w dużej mierze zasługa właśnie naszych rodaków. I o tym będzie następny wpis.
Mury Lwowa, wielokrotnie chroniące Rzeczpospolitą przed wschodnimi hordami.

25 kwietnia 2025

Polski atom

    Po Wielkiejnocy na blogu miałem kontynuować wpisy o podróżach po Półwyspie Apenińskim (niby mógłbym napisać: po Włoszech, ale Italia czasu upadku Imperium Zachodniorzymskiego po drugą połowę XIX wieku była li tylko pojęciem geograficznym; gdyby nie sukcesy ichniejszych piłkarzy i dostępność telewizji nadającej w ustandaryzowanym języku włoskim dalej pewnie by takim była, a mieszkańcy północy i południa fizycznie nie byliby w stanie znaleźć wspólnego języka), ale postanowiłem na chwilę wrócić na rodzime podwórko. Na jeden wpis.
    O energii atomowej.
    Tak, wiem, temat zdaje się być oklepany jak mata po zawodach zapaśniczych – wszak wiadomo, że indolencja rządzących naszym krajem oddala w czasie powstanie pierwszej elektrowni jądrowej (choć słyszy się już buńczuczne głosy o drugiej i trzeciej), tym samym sytuując Polskę w grupie krajów – co tu dużo mówić – zacofanych. Dzieje się to w chwili, gdy zapomnieliśmy już o traumie Czarnobyla (zaraz rocznica eksplozji; w czasach radzieckiej okupacji planowano uruchomienie elektrowni atomowej typu RBMK w Żarnowcu – może i produkowały one najtańszą energię w historii, ale rozumiem ówczesny sceptycyzm mieszkańców).

Kokpit reaktora typu RBMK

    I pomijam tu aspekt militarny: wszak kto nie ma broni atomowej jest nikim na arenie międzynarodowej. Za przykład niech posłuży jedno z wrogo do Polski nastawionych państw Europy Wschodniej – w imię jakichś międzynarodowych układów oddali własny arsenał nuklearny, a teraz nie kontrolują w całego terytorium kraju.

Jedno z miast w wyżej wymienionym kraju

    Polska "miała" głowice nuklearne, będące w jurysdykcji okupującej nasz kraj Armii Czerwonej, ale o tym wspomnę kiedy indziej – jak wreszcie odwiedzę te opuszczone dziś obiekty leżące głównie w północno-zachodniej części kraju.

Symbol radzieckiej okupacji

    Teraz o czym innym – z powodu braku pieniędzy nasz jedyny reaktor nuklearny – Maria (imię nadane na cześć pionierki atomistyki, naszej dwukrotnej noblistki) – ma zostać wygaszony (podobno tylko na dwa miesiące, przerwa techniczna jakoby). Już raz wyłączono go, także z biedy, na początku lat 90-tych. Pomijam już jakie znaczenie ma ten eksperymentalny obiekt dla polskiej nauki (i tak mocno doświadczanej – wstrzymywane są kolejne projekty, także z branży nuklearnej), ale jest to jedno z nielicznych miejsc na Świecie produkujące ważne dla medycyny radioaktywne izotopy. Wygląda to naprawdę na jakąś podłą krecią robotę. Albo bezbrzeżną głupotę. Co więcej – oba te stwierdzenia nie muszą się wykluczać.
    Jak byśmy byli jakimś bantustanem, normalnie.

    Zresztą może i jesteśmy, i ad acta należy odłożyć pamięć o tym, że 1000 lat temu – wbrew sąsiadującym z nami wtedy (i teraz) Niemcami Bolesław Chrobry koronował się na króla. O którym to okresie niedawno na blogu było. Warto dodać, że XX-wieczni okupanci nie rozpieszczali naszego Narodu – także jeśli chodzi o atom.

Ruda uranu
    A konkretnie o rudy uranowe, których niewielkie, acz bogate pokłady leżały w Sudetach, w okolicy Kowar, w rejonie od setek lat słynącym z górnictwa (weźmy Złoty Stok czy najstarsze miasto w Polsce, Złotoryję – nazwy mówią za siebie).
Kowary
    Przed II Wojną Światową rudę uranu rozpoczęli eksploatować Niemcy, po zaś – jeśli ktoś chciał powiedzieć, że Polacy, to gratuluję optymizmu – sowieccy okupanci. Rozpoczynała się Zimna Wojna, radzieccy szpiedzy i zainfekowani ideologią komunistyczną naukowcy na potęgę wykradali prace alianckich, głównie amerykańskich, centrów naukowych, by tylko przyspieszyć budowę broni atomowej dla Stalina. Jak wszyscy wiemy – udało im się, i ZSRS został drugim po USA mocarstwem atomowym. Do produkcji zaś bomb A potrzebny był uran. Sowieci mieli swoje złoża, ale zawierały one dużo mniej tego radioaktywnego metalu niż te polskie – stąd i eksploatowali je u nas. I wywozili, jak wszystko, na Wschód.
Sudety wewnątrz
    Czy więc pierwsza radziecka bomba atomowa powstała z polskiego uranu? Nie jest to wykluczone, acz namacalnych dowodów brak. Przewodnik opiekujący się jedną z kopalni, położonym u stóp Śnieżnika obiekcie w Kletnie, opowiadał mi, że jest to wielce prawdopodobne. I mimo, że – w przeciwieństwie do kopalni w Kowarach – nie znaleziono tu żadnych tajemniczych skrytek, Kletno ma dużo straszniejszy sekret, dotyczący stosunku okupacyjnych władz PRL do Polaków: w kopalni uranu pracowali bowiem polscy żołnierze – w ramach karnych batalionów górniczych (nie jest to chyba oficjalna nazwa, ta zmieniała się w przeciągu lat trwania komunistycznego reżymu). Tu, do wydobywania radioaktywnego urobku kierowano poborowych z rodzin podejrzanych dla nowej władzy – synów partyzantów, działaczy niepodległościowych, społeczników, katolików, patriotów. Warunki były ciężkie – zagrożeniem był nie tylko rakotwórczy pył. Maski gazowe miały w tamtym okresie filtr z igiełek azbestu – więc albo oddychało się kancerogennymi igiełkami, albo takmiż promieniotwórczym powietrzem kopalni. Częściej tym drugim, bo maski pono szybko się zapychały i trzeba było pracować bez nich. Efektem były szybsze zgony na nowotwory wrogów Ludu. Komuniści robili wszystko, by wyniszczyć Naród.
Kopalnia w Kletnie
    Całe szczęście obecnie nie stosuje się takich praktyk, zaś ofiary owego systemu doczekały się godnego upamiętnienia i zadośćuczynienia. Nie no, żartuję. Niedawno przywrócono wysokie świadczenia socjalne dla komunistycznych oprawców, a współpracownicy komunistycznego reżymu i ich potomkowie żyją sobie jak początki w maśle i nadal dzierżą gros władzy w Polsce. I tak, wiem, trwa kampania wyborcza.

Kampania wyborcza

    Płakać się chce nad tą naszą polską przyszłością, więc kończę tą jeremiadę i wracam na Półwysep Apeniński. A do atomu w Polsce, jak wspominałem wyżej, wrócę, jak dotrę do sowieckich silosów atomowych na Pomorzu (choć nie zrobię tego w obecną majówkę, to Czytelników zachęcam – albo tam, albo w góry do Kletna i Kowar)

27 grudnia 2024

Pałac

    W finałowej scenie "Rozmów kontrolowanych" Stanisława Barei główny bohater, jedna z najbardziej antypatycznych postaci w historii kina, Ryszard Ochódzki ukrywając się na sylwestrowym balu resortowych kanalii niszczy całkiem niechcący górujący nad Warszawą Pałac Kultury i Nauki imienia Józefa Stalina. Po katastrofie grana przez Stanisława Tyma postać kwituje całą sprawę, że to przecież się odbuduje.
Pałac Kultury i Nauki im. J. Stalina w Warszawie
    No właśnie. Czy się odbuduje, skoro coraz częściej pojawiają się głosy, by socrealistyczny ten wieżowiec zburzyć. Wszak – było nie było – jest to symbol sowieckiej okupacji Polski (inne głosy radują się, że obok postawiono jeszcze brzydszy budynek, tym razem symbol degeneracji europejskiej kultury - znaczy się chodzi o Muzeum Sztuki Nowoczesnej, tak zwanej; ale to inna, smutna, historia).
Nieistniejące już sowieckie godło w Kostrzynie nad Odrą
    Otóż ja uważam, żeby tego potworka nie burzyć – i nie dlatego, że przez te lata PKiN urósł do rangi symbolu(!) Warszawy. Nie dlatego, że u zagranicznych turystów architektura gmachu wzbudza zaciekawienie: na Zachodzie nie mają przecież pomników socrealizmu, a u nas proszę – wierna kopia moskiewskich Siedmiu Sióstr. Kronika filmowa z lat 50-tych zeszłego wieku zachwala pałac jako nawiązujący do tradycyjnej polskiej architektury – i jeszcze w XXI wieku spotkałem się z tym kłamstwem: w czasie dyskusji o PKiN jeden z interlokutorów właśnie wypalił, że budynek nawiązuje do naszych narodowych tradycji, bo ma attyki. Ręce nie miały gdzie opaść – ale może rzeczywiście, tak jak w XV i XVI wieku i w XX polska kultura była wiodącą w Moskwie. Żartuję oczywiście, nie o wiekach dawnych, a o współczesności. Pałac zaprojektowano w Moskwie na modłę typowo sowiecką – zdaje się przez Rudniewa – i Polacy określić mogli tylko wysokość gmachu.
Socrealistyczny wieżowiec w Rydze
    Sama budowa pałacu miała być takim stemplem pieczętującym okupację kraju przez ZSRS. Proszę sobie wyobrazić – praktycznie całe centrum Warszawy leży w gruzach po ubogaceniu kulturowym przez Niemców nazistów. Jest chudo, w Polsce trwa wojna domowa, zdrajcy i krasnoarmiejcy bez skrupułów mordują polskich patriotów i ich rodziny. Stolica powoli podnosi się jednak z popiołów. Komuniści nie mogą tego tak zostawić, powołują BOS – Biuro Odbudowy Stolicy, by cały splendor podnoszenia miasta z ruin przypisać sobie (samą instytucję oceniam raczej pozytywnie, jej dzieło – olbrzymie – można podziwiać na Starówce, doceniło je zresztą UNESCO, na swoje listy dziedzictwa wpisując zarówno archiwum odbudowy, jak i efekt, Stare i Nowe Miasto).
Rynek Starego Miasta
    Wtedy zapada decyzja by wyburzyć kilka kwartałów w miarę zachowanych i możliwych do odbudowy kamienic (przedwojenną Warszawę zwano Paryżem Północy – zachowało się kilka kronik filmowych i zdjęć, i nie było to czcze porównanie) a na ich miejscu postawić dar Stalina – biały (dziś mocno umurzany) strzelisty budynek, najwyższy w Europie Środkowej przez lata. Ta biel aż lśniła – też są fotografie, i to kolorowe – na tle czarnych ruin, będących przecież wielkim cmentarzem. Ależ to musiało oddziaływać na ówczesnych, pokazywać bezsilność wobec sowieckiego brutalnego reżymu.

Mroczna wieża
    I nie pomogło śpiewanie pod nosem "co nam obca przemoc dała, nocą rozbierzemy".
Jedna z monumentalnych rzeź PKiN
    I – ktoś spyta – panie Autorze, nie chcesz pan tego wyburzyć? Toć to jeden wielki znak krzywd przez sowietów i ich sługusów Polakom uczyniony.
    Właśnie dlatego nie chcę. Bo to symbol. Znak. Dziś traci na wyrazistości, bo otoczyły go jeszcze brzydsze szklane wieżowce, ale dalej kłuje. I ma kłuć. Ma drażnić. Żebyśmy nie zapomnieli. Potomkowie wspomnianych wyżej sowieckich sługusów dorwali się do systemu edukacji i niczym walec rugują z programów nauczania wszelkie przejawy polskiego bohaterstwa, chcąc wyhodować obywateli nowego typu, pełnych wstydu za to, że urodzili się między Odrą a Bugiem (o ziemiach ukradzionych w wyniku Zdrady Jałtańskiej to przecież wspominać nie wolno). A taki Pałac Kultury i Nauki stoi. Widać go z daleka. I żeby nie zapomnieć, po co powstał (nie, nie po to, żeby zagrali tam dawno temu Rolling Stones, o czym śpiewało Dwa plus Jeden) ja bym postulował o wpisanie całego Placu Defilad na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

Typowa działalność sowietów - tu na ikonie ze stolicy Grodzieńszczyzny, Grodna
    Wpis zatytułujmy powiedzmy tak: socrealistyczne założenia architektoniczne będące symbolem sowieckiej okupacji Europy Środkowej.
    Ależ by się rozległo wycie w Moskwie i wszystkich domach (część z nich w Warszawie zabrano po wojnie prawowitym właścicielom, i nigdy nie zwrócono, choć już trzecie pokolenie politurków przywiezionych na radzieckich tankach tam żyje) twórców i beneficjentów sowieckiej okupacji (POP - pełniący obowiązki Polaka). Skoro mamy w Polsce symbol zbrodniczej okupacji Niemców wpisany na listę UNESCO, to czemu i sowieckiego nie możemy mieć? Zwłaszcza, że na Świecie sprawa jest dużo mniej znana, a Stalin dalej uważany za takiego wujka z wąsem.

Wpisany na listę UNESCO symbol kilkuletniej zaledwie okupacji niemieckiej
    Tego bym bardzo sobie życzył w nadchodzącym roku – roku w którym mija 1000 lat od koronacji Bolesława i Mieszka na królów (tak, wiem, niektórzy mówią o koronie dla Chrobrego już ćwierć wieku wcześniej) – ale wiem, że nie ma ku temu woli politycznej. I to nie tylko w Polsce.
Odbudowany wiele lat po wojnie warszawski Zamek Królewski w zimowym anturażu
    Ech. Najlepszego na następny rok.

29 listopada 2024

Kolchida cz. 2

     Dojechać z Kutaisi do okolic Jaskini Prometeusza na której zakończyłem poprzednią część (właściwie wpis miał być pojedynczy, ale był ciut długi, a jak doszły jeszcze zdjęcia, to już w ogóle; w tej części też będzie o zwierzętach Zakaukazia) nie jest wcale zbyt łatwo (stan na kilka lat temu) – marszrutka nie dojeżdżała bezpośrednio, i trzeba było przesiadać się w Ckaltubo, dawnym sowieckim uzdrowisku, dziś w dużej mierze opuszczonym, przez to jeszcze bardziej ponurym (Zakaukazie słynie ze smacznych i leczniczych wód, najsłynniejsza z nich to borżomi; wielkim fanem zakaukaskich kurortów był sam Stalin). Można oczywiście nająć taksówkę albo – co też jest warte odwiedzenia – wynająć samochód, najlepiej z napędem na cztery koła. Nie dość, że jesteśmy przecież w górach, to jeszcze na terenach postsowieckich. Drogi mają gorsze niż w Łodzi. Albo przynajmniej bardzo podobne.

Jaskinia Prometeusza w swej mniej barwnej odsłonie
Ckaltubo-Zdrój
    Nie wszędzie też da się ową marszrutką dotelepać. Nad kanion rzeki Okace (szerzej znanej jako Okatse, kwestia transkrypcji z oryginalnego gruzińskiego alfabetu) trzeba iść piechotą (ok, w okolice można dotrzeć taksówką, a te na Zakaukaziu to wspaniała przygoda, o czym dawno temu wspominałem) – najpierw przez pozostałości olbrzymiego parku w stylu angielskim, jednego z nowocześniejszych w drugiej połowie XIX wieku nie tylko na Zakaukaziu, ale i w całym Imperium Rosyjskim (w końcu skądś car musiał brać elity – często wykorzystywał dawną wierchuszkę podbitych terytoriów; niewykorzystanych mieszkańców niższego stanu zagospodarowali dopiero komuniści: wśród starych bolszewików próżno szukać etnicznych Rosjan – a wśród liderów Rewolucji właściwie nie było ich wcale). Dziś pośród dawnych ścieżek należących niegdyś do spowinowaconego z Bonapartymi rodu Dadani pasą się krowy i świnie. Sic transit gloria mundi.
Park w stylu angielskim, acz na Zakaukaziu
Utylitarna strona parku
    Taka mała rada - warto, oglądając bydło rogate, zwracać uwagę na liczbę wymion. Jeśli jest ich mniej niż cztery, to może nie być krowa, a na przykład naładowany testosteronem młody byczek, chcący gonić wszystko co się rusza.
Jurny byczek w fazie ataku
    Potem - jeśli spotkanie z miejscowym Fernando przebiegnie łagodnie - minąć trzeba zagajnik kasztanowcowy – z kasztanowców, nie z kasztanów. Te pierwsze to zmora maturzystów, owoce tych drugich można zjeść m.in na placu Pigalle w Paryżu.
Kasztanowce
Kasztany
    Sam kanion jest bardzo malowniczy – to coś jak nasza dolina Prądnika, tylko o wiele, wiele większa. Wapienne skały, świadkowie geologicznej historii tego terenu najładniej chyba wyglądają – podobnie jak nasz Ojców – jesienią, kiedy żółto-czerwone liście wspaniale kontrastują z bielą kamieni.
Panorama kanionu
Jesień w Kanionie Okace
Kanion Okace
    Poza kwestią skali w Ojcowie nie ma też kładki wystającej ponad przepaść kanionu. Zazwyczaj pilnuje jej strażnik, ale nie jest to uspokajająca wiadomość. Oprócz pobierania opłaty dba on też o to, by na punkt widokowy nie weszło na raz zbyt dużo osób. To bowiem tańszy sposób niż naprawa nieco skorodowanej konstrukcji. Swoją drogą sama droga wzdłuż Okace już skłania podróżnika do przemyśleń, powiedzmy, eschatologicznych. Ale nadal się trzyma, zawieszona na pionowych skałach kanionu.
Punkt widokowy
Rzeka Okace
    Oj, przydługawe te wpisy o Imeretii – czy może jednak o mitycznej Kolchidzie (bardziej realnej jednak niż Atlantyda) - wyszły trochę. A to o nieistniejących kolejkach górskich, a to o przepięknych klasztorach...

Skarby Kolchidy
Pałac kolchidzkich imeretyńskich władców
Dawny przystanek kolejki linowej w Cziaturze
Klasztor Gelati
Freski Złotego Wieku
Katedra Bargati
   Odwiedźcie Zakaukazie, póki Sowieci tam nie wrócą.
Rosyjska strefa wpływów

15 listopada 2024

Cziatura

    Zostajemy na blogu na terenach byłego ZSRS, acz w miejscu o dużo dłuższej i jeszcze mniej znanej w Polsce historii. Choć także będą podziemne klasztory. A przynajmniej jeden, tak jak i poprzednie wspominane już przeze mnie obracający się w tradycji szeroko rozumianego Prawosławia. Bardzo szeroko.
Klasztor Mgwimewi
    Ale nie klasztor o egzotycznej nazwie Mgwimewi był naszym celem – przynajmniej nie jedynym. Jechaliśmy bowiem do Cziatury, miasta w zakaukaskiej Imeretii, położonej w centralnej Gruzji. Kraina ma historię liczącą kilka tysięcy lat, sięgającą czasów mitologicznych, ale o tym będzie innym razem. I nie, nikt – chyba – nie lokuje tu Atlantydy.

Gruzińskie drogi
    Do tego górniczego – a przez to zanieczyszczonego, wydobywa się tu rudy manganu – miasta jechaliśmy bowiem (w jaki sposób jechaliśmy już na blogu opisywałem; kto chce to sobie przeczyta – dodam, że w podróży uczestniczyli brawurowi kierowcy i miejscowi koniak; droga też się w pewnym momencie delikatnie skończyła) zobaczyć słynny system komunikacji publicznej, opierający się na sieci kolejek linowych, pamiętających jeszcze czasy sowieckie. Ciekawostka dotycząca owych mrocznych lat – kiedy rozpadało się Imperium Rosyjskie władzę na terenie Gruzji przejęli nie leninowscy bolszewicy, a mający tak naprawdę większość w partii komunistycznej mienszewicy (kto zna rosyjski ten od razu zobaczy, że nazwy są mylące – od zarania swych dziejów komunizm był zakłamany). Wkrótce powstało niepodległe Zakaukazie, które rozpadło się na Gruzję, Armenię i Azerbejdżan – ale nie o tym. Podczas gdy w całej Sakartwelo (jak po gruzińsku, największym języku z niewielkiej grupy kartwelskiej zowie się Gruzja) zwyciężyli wspomniani mienszewicy, robotnicy Cziatury opowiedzieli się za bolszewikami. Według legendy na wiecach bolszewicki agitator mówił krócej, a mienszewik zwyczajnie przynudzał. W końcu zresztą bolszewicy – jak to oni – krwawo gruzińską niepodległość stłamsili. Oczywiście, nie do końca, i gdy rozpadał się ZSRS to Gruzja jako pierwsza – obok republik bałtyckich – ogłosiła niepodległość, pod tą samą, mienszewicką flagą co te siedemdziesiąt lat wcześniej. Dziś ma inną, z krzyżem Świętego Jerzego, patrona kraju (ów Kapadok dużo ma do roboty, jest też opiekunem chociażby Anglii czy Katalonii).
    Sama Cziatura – gdyby nie to, że faktycznie jest miastem dość przykurzonym – położona jest w niezwykle malowniczej kotlinie. Używając owych posowieckich kolejek linowych wjechaliśmy na jej brzegi – do górującego nad miastem krzyża, i kopalni manganu.

Cziatura
Kopalnia manganu
Podniebny tramwaj do kopalni
Radziecka myśl technologiczna
   
Swego czasu urobek z kopalni przejeżdżał w zawieszonych nad miastem żelaznych wagonikach (niczym w Jacksonowskiej wizji Ereboru – z tym, że bez Samotnej Góry nad kopalniami; i bez smoka – a i Stalin, Słońce Narodów, pochodzący z nieodległego przecież Gori, też już od dawna gryzie piach) – teraz już nie jeżdżą. Ba, podobno zlikwidowano także i osobowe kolejki, więc poniższa galeria, sypiących się wagoników i niedzisiejszej mechaniki, zapisana może być do działu never forget.

Kolejka
Peron
Stacja kolejki
Maszyneria
   
Nie przeminął za to klasztor cziaturski, monastyr Mgwimewi. Wzniesiony w jaskini w ścianach głębokiej kotliny góruje nad miastem przypominając, że Gruzja była drugim po Armenii chrześcijańskim krajem na Świecie (w struktury Prawosławia miejscowy Kościół włączyli rosyjscy carowie, podbijając Zakaukazie na początku XIX wieku).

Klasztorna cerkiew
Klasztor
Katakumby - relikwie miejscowych świątobliwych mnichów
Klasztorna grota
Niszczejące freski
   
Akurat była Niedziela – więc przyszło nam uczestniczyć we Mszy Świętej, choć może lepszym określeniem byłaby Ofiara (tak bardziej po Prawosławnemu). Nie całej – liturgia trwała jak zwykle na Wschodzie wiele godzin. Kapłan odprawiał ją w niewielkiej kaplicy, dookoła której w grocie toczyło się życie. Miejscowi uroczyście dzielili się chlebem, wodą i winem (z Gruzji prawdopodobnie pochodzącym przecież). Wspaniała uroczystość, podniosła, a jednocześnie taka zwyczajna. Naturalna.

Ofiara - zdjęcie za zgodą
    Co zaś do samego klasztoru – Zakaukazie usiane jest starożytnymi monastyrami, w końcu chrześcijaństwo kwitnie tu 1700 lat. I to mimo przeszkód w postaci wielokrotnych islamskich okupacji (osmańskich czy perskich), najazdów Mongołów, aneksji przez Imperium Rosyjskie czy wreszcie programowo bezbożnego komunizmu (przypominam – z Gruzji oprócz Stalina pochodził także Beria; generalnie pośród komunistycznej wierchuszki ZSRS etnicznych Rosjan jakoś tak zbyt dużo nie było). To zapewne powody, dla których klasztory, o ile nie zostały zrujnowane, zakładane były w niegościnnych i trudno dostępnych miejscach. I nie mówię tu tylko o jaskiniach.

Klasztor pustelnika na kolumnie Kacczi
    Albo były prawdziwymi twierdzami – pośród których w Imeretii prawdziwą perłą jest leżący niedaleko Kutaisi i wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO klasztor Gelati. No głupi bym był, gdybym nie odwiedził tego miejsca, będącego pamiątką po Złotym Wieku gruzińskiej kultury (i potęgi). Życzliwi widzą w tym okresie z przełomu XII i XIII wieku pierwszych porywów Renesansu, ale byłbym nieco ostrożny z takimi sądami – podobnie jak z opisywanym już na blogu pierwszomacedonizmie.

Klasztor Gelati - perła Złotego Wieku Gruzji
    Tak więc wróćmy z Cziatury do stolicy Imeretii, Kutaisi.
Kutaisi

Najchętniej czytane

Bunkry

     Skoro poprzedni wpis zakończyłem opowiastką o pubie i historii , a tych pierwszych, jak wcześniej wspomniałem w okolicy nie ma za wiel...