Tłumacz

28 sierpnia 2026

Kiosk

    Po takiej małej przerwie w nadawaniu spowodowanej względami, jak to się ładnie mówi, pozasportowymi, wracam do Sieradza (bo też i tu ostatnio często bywam, taka dira neccesita) i muszę zrobić wpis o kolejnej – choć wyszło na to, że tymczasowej – atrakcji dawnej stolicy Księstwa Sieradzkiego. Może W. Sz. Czytelnik wolałby dalej ciągnąć temat barów, ale Autor demokratycznie podjął taką, a nie inną decyzję. Zwłaszcza, że w okolicy pubów tak średnio, bym powiedział. Więc sieradzkie atrakcje wracają na chwilę na tapet.
Chorągiew sieradzka, akurat z miasta wyruszająca
    O większości owych zresztą już było, w kilku co najmniej wpisach, ale że to sąsiednia gmina, i rodzinny powiat, to zawsze warto się chwalić.
Jedna z atrakcji Sieradza na Placu Wojewódzkim
    Oto bowiem na początku Roku Pańskiego 2026 w przystanek autobusowy na którym te -dziesiąt lat temu wsiadałem byłem w powrotny do domu pekaes przydzwonił jakiś szalony kierowca. Na szczęście obyło się bez ofiar, poza odholowaniem wraku drogiego pojazdu na złomowisko. No i naprawą przystanku. Władze miejskie stanęły na wysokości zadania – zniszczoną połowę wiaty odcięto i przez kilka miesięcy przystanek był połową siebie. Wrzuciłem to kuriozum gdzieś tam w internety, bo było to w sumie całkiem zabawne rozwiązanie.
Jugokiosk jako półprzystanek
    - Ej, ten przystanek wygląda jak kiosk "Jugo" – pojawił się komentarz.
    Przyjrzałem się – rzeczywiście. Człowiek cały czas miał to pod nosem, a faktycznie w Sieradzu przystanki wyglądały jak kioski typu K67, zwane u nas, z racji pochodzenia Jugokioskami. Ba, na Placu Wojewódzkim (tym z trójkątnym Łokietkiem i olbrzymim gmachem dawnego Urzędu Wojewódzkiego) wiata płynnie przechodziła w kiosk rozprowadzający kiedyś bilety MZK, a potem już wszystko inne. Miałem tą jugosłowiańską stylizację na wyciągnięcie ręki, a w poszukiwaniu kosmicznego brutalizmu czasów Marszałka Tity jak głupi na Bałkany jeździłem.
Nowy dworzec w Skopje
    Nie ukrywam, że znalazłem tam różne cuda, o których na blogu W. Sz. Czytelnik czytał.
Jugosłowiański brutalizm wyłaniający się z mgły
    Albo i nie, nie jest to istotne (link podaję TU, TU i TU; a co). Niestety, po pewnym czasie włodarze miasta zlikwidowali półprzystanek, a na jego miejscu postawili prostą i nudną zwykłą metalowo-pleksiglasową wiatę. Prozaiczną i smutną, nie wzbudzającą w obserwatorze żadnych głębszych uczuć. Mało tego, wkrótce zorientowałem się, że i inne stylowe Jugo zastąpiono modernistycznym chłamem. Tak oto z miejskiej przestrzeni zniknęła odrobina piękna. Taka to nowoczesność, ha tfu.
Polskie kioski niczym dinozaury
    Rozsierdzony brakiem kiosków Jugo w Sieradzu podjąłem decyzję by odwiedzić w końcu słynne cmentarzysko kiosków, dość niedaleko w sumie leżące, bo na wschodnich rubieżach miasta Łodzi. No, może ciut dalej. I co? I okazało się, że pole na którym dogorywały kioskie wszelkiego kształtu, wielkości i autoramentu opustoszało. Poczciwe te budowle, nieodłączny kiedyś element polskich miast (pod szyldem nieistniejącego już przedsiębiorstwa Ruch, u mnie we Warcie (a zamku ani jednego) na rynku stały aż, dwa, co w sumie – byłem dzieckiem – wydawało mi się nielogiczne, że to samo tak blisko siebie; okazało się, że to był efekt panującego wtedy w Polsce komunizmu – umysł dziecka od razu zauważał wady gospodarki planowej) zwyczajnie zniknęły, zamieniając się w saloniki prasowe w galeriach handlowych. Tak sobie myślę, że za kilka lat jak ktoś będzie czytał Złego Leopolda Tyrmanda pan Kalodont i jego kiosk będzie bajką o żelaznym wilku.
Targ z lat 90-tych XX wieku i pierwszej dekady XXI, czasy popularności Jugokiosków
    Co ciekawe w innych krajach jakoś kioski nie umarły (samo słowo kiosk jest pochodzenia perskiego – podobnie jak określenie raju w większości języków europejskich, u nas występujące tylko w nazwie Paradyż – i oznacza pałac, pawilon; via turecki trafiło do włoskiego i francuskiego, a potem, już jako buda uliczna, do pozostałych języków Europy), i dalej funkcjonują w przestrzeni publicznej. Można tam nabyć nie tylko prasę (mimo, że jest niby w odwrocie ludzie nadal kupują ten fizyczny nośnik informacji, czasem tylko ze zwykłego snobizmu) ale i bilety lokalnej komunikacji, napoje, przekąski, czasem też i alkohol. Takie szwarc mydło i powidło, jak kiedyś u pana Kalodonta.
Kiosk w Amsterdamie - z przeznaczeniem kulinarnym
    Oprócz punktu sprzedaży najpotrzebniejszych rzeczy kioski – podobnie jak mury miejskie – spełniały także inną zaszczytną funkcję. Otóż były niejako miejscem w którym ulewały się uczucia społeczne. Owszem, czasem były tam humorystyczne napisy jak słynne "rany boskie, jestem kioskiem" czy kronika towarzyska "Krzysiu kocha Zosię", ale pojawiały się tam i problemy nurtujące społeczeństwo. Każda władza powinna śledzić takie graffiti, dla własnego dobra (nie zawsze tożsamego z interesem społeczeństwa).
Tam, gdzie kioski jeszcze istnieją dalej służą za agorę – tak więc, W. Sz. Czytelniku, jeśli zapuścisz się w ostępy nieznanego miasta wypatrujcie kiosków i graffiti na nich, żeby w razie czego być przygotowanym na prawidłową reakcję na nastroje społeczne w danym miejscu.
Kiosk w Stambule.

14 sierpnia 2026

Papierosy i pająki

    Tylko skończyłem pisać jeremiadę o tym, że w pubach nie można palić papierosów (co, jak W. Sz. Czytelnik pamięta, wcale nie jest dla mnie taką tragedią jaką zaprezentowałem – naprawdę brak papierosianego smrodu jest czymś cudownym, ale...) trafiłem do miejsca, gdzie papierosy w lokalu się pali – i nikt nie ma z tym problemu. I wcale nie chodzi mi o Bałkany, gdzie dymek dalej jest częścią kultury (zdarzało mi się trafiać do pokojów hotelowych "pachnących" papierosami; bez kucia tynku tej aury chyba się zlikwidować nie da). Nie. Była to Szwajcaria – oaza wolności w Europie Zachodniej.
Szwajcaria
    Z tą wolnością to już kiedyś na blogu wspominałem, wcale nie ma tak różowo, ale faktycznie – palenie w barze nie jest zabronione. A jak nie jest zabronione, to jest dozwolone. Więc wkroczyłem do środka i zamówiłem piwo. Miejscowi pili raczej wino – byliśmy w niemieckojęzycznej części Szwajcarii, w Lucernie, ale ten drugi trunek także był tu popularny: w końcu jeden z placów starego miasta zwie się Weinmarkt, i na pamiątkę intratnego handlu który się tam niegdyś odbywał ozdobiony jest freskiem przedstawiającym Wesele w Kanie Galilejskiej.
Wesele w Kanie Galilejskiej
    Atmosfera była miła i serdeczna, z sali obok dobiegały wrzaskliwe nieco bawarskie zaśpiewy (jakaś grupa miała biesiadę połączoną z pokazami – niech będzie – artystycznymi). Dym papierosowy (i ubiór klientów) zdradzał, że szlugi były z tych lepszych, nie te przemycane ze Wschodu, składające się z tektury, końskiego włosia i smoły. Znaczy: mocno nie śmierdziało. Niemniej długo tam nie siedziałem – ruszyłem poszwendać się po mieście. Na blogu o Lucernie wspomniałem zdaje się pokazując pomnik Lwa Lucerny, projektu znanego nam z Warszawy Thorvaldsena, ale nie tam skierowałem swoje kroki.
Lew Lucerny
    Minąłem wąskie uliczki starego miasta na które z góry spoglądały średniowieczne mury miejskie, nie zatrzymałem się nad Jeziorem Czterech Kantonów by podziwiać panoramę lokalnych Alp, tylko udałem się nad Reuss, rzekę dzielącą miasto na dwie części. A jak rzeka – to i mosty. I to jest absolutny – najbardziej emblematyczny, jak powiedziałby pan Makłowicz – top lucerninanych landszaftów.
Most Kapliczny
    Z trzech drewnianych konstrukcji do naszych czasów zachowały się – choć zaraz powiem dlaczego to nieco problematyczne stwierdzenie – dwa. Starszy, Kapellbrücke, z połowy XIV wieku, i Spreuerbrücke, datowany na Rok Pański 1408 (czyli budowniczowie nieco wyprzedzili zbudowany na rozkaz Jagiełły most pontonowy na Wiśle, który umożliwił w czasie Wielkiej Wojny z Zakonem chwalebną wiktorię grunwaldzką). Dlaczego zaś stwierdzenie o dwóch zachowanych mostach jest nieco na wyrost? Oto bowiem Most Kapliczny na początku lat 90-tych XX wieku wziął był i spłonął. Nie cały co prawda, ale duża część drewnianej przecież konstrukcji poszła z dymem – w tym i zdobiące przejście liczne malowidła przedstawiające sceny zarówno biblijne, jak i świeckie z historii Szwajcarii. Całe szczęście dwa lata wcześniej wszystkie owe obrazy skatalogowano i obfotografowano, ale dziś, przekraczając rzekę Reuss większość miejsc po malowidłach świeci pustkami. To celowe działanie – kiedy olbrzymim kosztem odbudowano most mieszkańcy Lucerny w referendum zadecydowali, że tak ma pozostać, że nie chcą mieć na swej największej atrakcji turystycznej kopii. Zachowane oryginały wróciły na swoje miejsce.
Miejsca po spalonych obrazach
    Swoją drogą drewniane mosty były obiektem turystycznych wizyt już jakieś 200 lat temu, a kiedy w XIX wieku powstała plotka, że władze miejskie chcą przeprawy zburzyć z Wysp Brytyjskich (bo to angielscy dandysi pro maior pars atrakcję oglądali) popłynęły petycje z prośbą o zachowanie konstrukcji. Z tych petycji lokalsi dowiedzieli się też dopiero o planach wyburzenia mostów. Plotka ma ogromną siłę.
Most Plewny
    Równie ogromną siłę miał też niedopałek, od którego zajął się drewniany Most Kapliczny. Sprawę ułatwiły kilogramy pajęczej sieci, nie sprzątane zapewne od kilkuset lat. Jakąż wspaniałą patynę wieków musiały nadawać konstrukcji. Dziś niestety – na obu mostach – są regularnie zdejmowane. Bo stare pajęczyny – wraz ze starym, przesuszonym drewnem – to wspaniały materiał palny. Nic dziwnego, że pożar rozprzestrzenił się błyskawicznie. W tym wypadku powiedzenie, że szczęśliwy dom gdzie pająki są okazało się nie przedbobonem, a zabobonem.
Pocztówka z Lucerny
    Drugi most, Plewny, przetrwał, i dziś także jest przeciwpożarowo zabezpieczony. Jest też ozdobiony nieco bardziej mrocznym zestawem malowideł – przedstawiają one danse macabre, taniec ze śmiercią.
Danse macabre
Wszyscy równi wobec Śmierci
    Przecudowna rzecz. Kostucha odwiedza wszystkie stany społeczne, z każdym – bądźmy nowocześni – zbija piątkę. Pokazuje, że czeka na każdego. Straszne? Wbrew pozorom wcale nie. Śmierć czeka każdego, a ostatnie malowidło przedstawia tryumf Chrystusa nad nią. Czyż może być coś bardziej optymistycznego?
Zwycięzca Śmierci
    Mimo, że jestem w nieco turpistycznym nastroju, odpowiem: no nie może.

7 sierpnia 2026

Pub

    Był całkiem pogodny – jak na Szkocję – dzień (wszak Dundee reklamowało się jako najbardziej słoneczne miasto całej krainy) a ja akurat zdobywałem wdrapywałem się wchodziłem szedłem na górujące nad miastem wzgórze zwane Dundee Law.
Dundee Law
    Po drodze mijałem różne chynchy, RODOS-y (zgadza się, Rodzinne – czy tam Robotnicze – Ogródki Działkowe Otoczone Siatką to nie tylko polska specjalność; te szkockie są równie parchate co nasza i nic wspólnego, poza nazwą, nie mają z ową śródziemnomorską wyspą swego czasu zdobytą na Bizantyjczykach przez piratów joannitów operujących wtedy z Cypru), przedmieścia czy puby. Zgadza się, o tej ostatniej ostoi brytyjskości zapowiadałem kiedyś osobny wpis (a jak nie zapowiadałem, to miałem zamiar; obiecać to prawie jak zrobić, tu działa podobny mechanizm) i oto jest. Przynajmniej trochę. Więc kroczyłem ku szczytowi Dundee Law, gdy wtem:
    - Wejdź do nas, stary przyjacielu! - rozległ się skrzekliwy głos.
    Rozejrzałem się – nie Gandalf mnie nawoływał, a miejscowy stary Szkot. Stał oparty o framugę mijanego pubu, i zamiast fajkowego ziela palił zwykłego szluga (zdaje się, że poprawnie powinno być: i palił zwykły szlug; ech, ta nasza cudowna mowa).
    - Jak będę wracał! - obiecałem, i rzeczywiście, skoro obiecałem to na powrocie wstąpiłem na jedno piwo. Czy inne ale. Nie pamiętam, szczerze mówiąc, było to jakieś dwadzieścia lat temu.
    Pamiętam, że pub nazywał się The High Corner. Od czasu bowiem zdaje się ohydnego bufona wielkiego reformatora Henryka VIII angielskie – i szkockie potem, za Stuartów – lokale z wyszynkiem musiały mieć nie tylko nazwę, ale i widoczny szyld. Znając chciwego Tudora chodziło zapewne o jakieś podatki.
The High Corner i lokalny Szkot
    W każdym razie lokal wyglądał w środku jak typowy brytyjski pub. W tym akurat – sądząc po przekroju wiekowym klientów i wczesnej popołudniowej godzinie zwykli przesiadywać lokalni właściciele wspomnianych wyżej RODOS-ów. W prawdziwym bowiem pubie zawsze przesiadują tylko lokalsi – choć oczywiście bona fide wędrowiec zawsze jest miło przywitany, jak ja tamtego dnia. Spełnia bowiem nie tylko pub rolę miejsca do spożywania alkoholu czy zakąsek, ale jest również spoiwem lokalnej społeczności. Któregoś razu trafiłem do lokalu, w którym gromadzili się członkowie (wraz z przyjaciółmi) amatorskiego klubu sportowego. W innym pubie obok pili – i wymieniali informacje – filateliści. W kolejnym – kolejarze. Może to efekt stratyfikacji społecznej w Wielkiej Brytanii, może przywiązanie do swojego małego zakątka. U nas w Polsce raczej tak nie ma. Bary osiedlowe już wymierały kiedy dobiła je panika koronawirusowa, na wsi zaś powoli do lamusa odchodzą typowe gieesy. U mnie sklep spożywczy też już upadł – a spełniał przecież taką samą funkcję socjalizującą jak brytyjskie puby. Oto zawsze w Niedzielę po Mszy Świętej lokalni gospodarze spotykali się przy symbolicznym kieliszku wódki (kto by się tam piwem zamulał) i omawiane były najnowsze decyzje władz samorządowych, wymieniano lokalne plotki informacje oraz politykowano. Tak, wiem, w czasach telefonów komórkowych i internetów takie magle czy spelunki tracą niby rację bytu, ale – by Jove – czyż nie lepiej jest porozmawiać twarzą w twarz? Zwłaszcza, że gros informacji i emocji przekazujemy sobie w sposób niewerbalny. Koniec świata.
The World's End i Autor (foto: P. Strzelczyk)
    W Wielkiej Brytanii te małe społeczności nadal mają swoje centra integracji – powstałe oddolnie, więc nie trzeba budować jakichś świetlic czy czegoś. Z racji obecności alkoholu czy bekonu puby też skutecznie bronią się przed tym, przed czym Zjednoczonemu Królestwu pro maior pars obronić się nie udało – przed inwazją obcych kulturowo imigrantów, pochodzących głównie z dawnych brytyjskich kolonii. Cóż, przegrali imperium, to teraz mają. Nam, jak straciliśmy mocarstwową pozycję los zgotował rozbiory, Brytyjskie superpaństwo było odrobinę większe od RON, więc i dekonstrukcja musi trochę potrwać. Ot, jak mawiał angielski dramaturg z czasów przed powstaniem Imperium, to są zwyczajne dzieje.
Ye Olde Watling - zbudowany przez Sir Christophera Wrena
Ye Olde Trip To Jerusalem - podobno najstarszy pub w Anglii
    Póki co jedyną rzeczą jaka wpłynęła na funkcjonowanie brytyjskich pubów jest zakaz palenia. Moda te przyszła też do Polski, i obecnie w gastronomi nie pali się papierosów. Z jednej strony jest to ograniczenie wolności i zubożenie kultury (wystarczy sobie poczytać książki, pooglądać filmy – papieros był obecny przez kilkadziesiąt lat, do tego w okresie gwałtownego rozwoju popkultury), z drugiej... Nie, nie będzie tu epistoły o tym, że palenie tytoniu szkodzi. Jeden śp Dziadek palił kilkadziesiąt lat, dożył prawie setki, inna śp Babcia też paliła, zmarła na raka płuc (pracownik służby zdrowia – nie chcę powiedzieć, że lekarz – nie zauważył był początków nowotworu, a później było – nomen omen – za późno). Na pewno substancje wdychane nie pomagają. O tytoniu zresztą na blogu było (każdy sobie zobaczy, czy wspominałem tam także o tym, że z racji trujących właściwości papierosa nasi genialni himalaiści z Jerzym Kukuczką na czele w czasie wysokogórskich ekspedycji jarali jeden za drugim; kwestia podtrucia czadem, opowieść na inny raz).
Andy, nie Himalaje, zdobywane przez Autora bez papierosa - i bez liści koki
    Kiedy zamieszkałem w Łodzi zakaz palenia w lokalach jeszcze nie obowiązywał, i w całym mieście było tylko jedno miejsce w którym w środku się nie paliło. Był to słynny bar Anna (lokal powstał tam w 1912 roku), gdzie pili żule, studenci i pracownicy urzędu miasta (co oczywiste, nie należałem do tej trzeciej grupy). Swego czasu w pubie bytowała bowiem papuga, i dym papierosiany niezwykle ptaka drażnił, w związku z tym palący musieli opuścić główną salę. Gromadzili się w niewielkim przedsionku, gdzie – z racji dymu – słońce nigdy nie zaglądało. Przed wejściem należało więc wziąć głęboki wdech i przedrzeć się przez błękitny tuman. Oznaczało to, że i tak po wizycie w Annie człowiek śmierdział jak popielniczka. I to w sumie jest powód, dla którego, mimo żalu, zaakceptowałem zakaz palenia. Młodzież nie zdaje sobie sprawy, jak – w latach 70-tych, 80-tych czy 90-tych wszystko śmierdziało. Od mieszkań przez restauracje po środki komunikacji publicznej (przecież w pekaesach w siedzeniach były spiołki montowane). Dla węchowca, jakim jestem, była to straszna spawa (mimo, że przecież od małego człowiek wzrastał w takim środowisku). Ale to już przeszłość. Pub Anna też nie przeżył paniki koronawirusowej (i pewnie wzrostu kosztów utrzymania). Ciekawe, jaka dziś jest kondycja brytyjskich lokali. Po pandemii nie byłem.
Strefa dla palaczy na jednym ze współczesnych łódzkich dworców

Najchętniej czytane

Kurhany

     Jadąc drogą krajową numer 12 ze starożytnego Kalisza do Sieradza (albo, jak to się mówi, curyk z powrotem) zbliżając się już do stol...