Tłumacz

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czechy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czechy. Pokaż wszystkie posty

10 października 2025

Pyzy

    Pozostając jeszcze przez chwilę (przynajmniej na początku wpisu) przy Republice Czeskiej (uwaga: ostatnio Czesi na skróconą nazwę swojego państwa wybrali średniowieczne określenie Czechia, żeby się nie myliły Czechy jako nazwa kraju i jako krainy historycznej, w skład państwa wchodzącej) to wcale nie kojarzy nam się ona ani z dolarem ani z golemem (a o obu tych czeskich wynalazkach na blogu wspominałem przecież). Słyszysz Czechy, myślisz knedliki. Proste.
Złota Praga, czeska stolica
    Nie knedle – które w zależności od regionu dawnej Monarchii Habsburskiej są czymś za każdym razem innym (w Austrii zrobione z chleba kule podobne do dżunglowego tacacho; u nas w niehabsburskiej Kongresówce jest to jeszcze całkiem co innego, kluska ze śliwką) – knedliki. Czyli po prostu pyzy. Tak, wiem, dla większości Polaków są to pampuchy, kluski na parze czy tam na łachu robione (albo jeszcze inne buchty). Ale u nas w Księstwie Sieradzkim to pyzy. Nazwę tę zgapiły te chytre bambry z Wielkopolski, i tam też tak mówią. Dla reszty naszych Rodaków pyza na talerzu to coś innego – o Polskiej Pyzie Wędrowniczce nie wspominam nawet.
Tacacho, czyli coś w podobie knedla z Amazonii; to obok to suri.
    Jak można się tymi czeskimi knedlikami zachwycać to ja prywatnie nie wiem. Fakt, że podaje się tam to pokrojone w plastry, więc średni smak kluchy maskowany jest smacznym zazwyczaj sosem (lepszym niż te nasze gulasze z pampuchami podawane), ale szanujmy się.
Knedliki z czeskim gulaszem
    A może to ja mam uraz po przedszkolu czy podstawówce, gdzie na stołówce trafiały się pampuchy z takim średnim gulaszem, albo – i to już jest autentyczna trauma – z różową truskawkowo-śmietanową maziają (czasem dodawali to do ryżu). Nieważne. Fanem nie jestem, choć oczywiście jak podadzą, to zjem.
    Jakież było moje zdziwienie (dobrze, to tylko zabieg stylistyczny, byłem tylko lekko zaskoczony, ale w miarę, bez jakichś dramatów) kiedy będąc w Limie zaszedłem do jeden z restauracji chifa (kuchnia chińsko-peruwiańska, skąd tam Chińczycy kiedyś wspominałem na blogu), a mając dość kurczaka z ryżem (standardowe peruwiańskie jadło) zamówiłem takie inne cuś. Kiedy dania znalazły się na talerzu okazało się, że kulinarnie znalazłem się niemal w Polsce.

A takiego cusia u nas zbyt często nie uświadczysz - ceviche
    Małe didaskalia: krytycy kulinarni jakiś czas temu obwieścili, że kuchnia Peru należy do jednych z najlepszych na Świecie. Wielokrotnie przebywając w tym kraju dochodzę do wniosku, że owi eksperci najprawdopodobniej nigdy nie byli w Peru dłużej niż tydzień. Na pewno zaś nigdy nie odwiedzili Polski, bo nie opowiadaliby takich kocopołów. Nasza jest dużo bogatsza w smaki i tradycje. Choć oczywiście w tak olbrzymim państwie jak ta południowoamerykańska republika każdy znajdzie coś dla siebie, mieszają się tu wpływy indiańskie, hiszpańskie i właśnie azjatyckie.
Chifa - azjatyckie wpływy w kuchni Peru (ta maca to wantan, o czym poniżej)
    I te wpływy azjatyckie, chińskie, sprawiły, że tak polsko się w restauracji poczułem. Oto bowiem miałem przed sobą nadziewane pyzy/pampuchy/kluski na parze oraz pierożki. Te ostatnie w swojej oryginalnej wersji, pokrewnej chińskim jiaozi (te pierwsze zaś w formie zwanej baozi).

Pierożki i pampuszki w Ameryce Południowej
    Tak, Chiny od tysięcy lat wpływały kulinarnie (no, nie tylko, ale skupmy się na tym najsmakowitszym aspekcie chińskiej influencji) na okoliczne kultury. Ot, koreańskie mandu czy japońskie gyoza pierogi to nic innego jak kopie, względnie potomki, jiaozi. A kiedy do chińskiego gara zajrzą Mongołowie, pierogi rozejdą się wraz z ich dzikimi hordami po całym olbrzymim stepowym imperium. O Attyli mówiono, że tam, gdzie przejdzie jego koń pozostają ino zgliszcza, o Temudżynie, Czyngis-Chanie, i jego potomkach można dowcipnie rzec, że tam, dokąd docierają ichnie zagony pozostają kluski.

Chiński fast-food w... Australii
    Wszak pierogi to takie kluski z nadzieniem, prawda? W Peru każda zupa (znaczy rosół; w restauracji chifa nie ma innych) zaopatrzona jest w wantan, właśnie takie pierogi zrobione ze sporych plastrów makaronu. Za dzieciaka takie plastry na piecu wypiekałem na macę, tu czasem smaży się je w głębokim oleju i podaje także jako zakąskę.
Wantany w chińsko-peruwiańskim rosole
    Co do nadzienia pierogi można zrobić ze wszystkim. W Azji Środkowej będzie to baranina czy warzywa, w Gruzji chinkali wypełnia miłość wino mielonka, na Rusi biały ser z cebulą (tak, to nasze pierogi ruskie)... Trudno wyobrazić sobie Wieczerzę Wigilijną bez barszczu z uszkami nadzianymi grzybem i kiszoną kapustą, prawda? Do tego pierogi przyjmą także owoce (to dalekie echo makaronu z truskawkami). Piękna sprawa.
    Tak, można w środek włożyć także szpinak – niech i wegetarianie skorzystają z bogactwa polskiego (oraz chińskiego) dziedzictwa kulinarnego.

Przykładowy makaron w wersji jarskiej
    A na historii uczą nas, że Mongołowie to ino zgliszcza i pożogę zostawiali (zresztą to wspaniały temat na wpis, w końcu w tym roku przypadała okrągła 784 rocznica bitwy pod Legnicą). No może i pozostawili, ale zostawili pierogi. To uczciwa cena. Właściwie potrawa ta znana jest w Europie tylko tam, dokąd doszli.
Głowa Mongoła wbudowana w ścianę jednego z dolnośląskich kościołów
    Wyjątek stanowią Włochy, zwane krajem makaronu. Jak wspominałem, kuchnia tamtejsza jest niezwykle prymitywna – samo przygotowanie klusek też do najtrudniejszych nie należy, więc jak ulał tam pasują. Pytanie tylko, czy włoskie pierożki ravioli to lokalny wynalazek, bo w końcu ile można jeść papkę zwaną polentą i postne placki później udoskonalone do pizzy, czy może przynieśli je kupcy Jedwabnego Szlaku.

Wielki Kanał w Wenecji - kraniec Jedwabnego Szlaku
    Wszak ta ohydna Najjaśniejsza Republika Świętego Marka była ostatnim punktem na tym olbrzymim handlowym szlaku, łączącym Chiny z Zachodem. Pomysł na spaghetti czy inne targiatelle mógł do Wenecji przywieźć Marco Polo – albo jeden z jego konfratrów w kupieckim interesie.
    Jakieś pyzy też chyba zdaje się mają. Nie wiem.

3 października 2025

Robot

    Nim mechanizacja rolnictwa wprowadziła kopaczki i kombajny do ziemniaków wykopki były dość żmudną kampanią zajmującą całe rodziny (bardzo często długotrwała nieobecność dzieci w szkołach na przełomie września i października tłumaczona była właśnie udziałem w tym wydarzeniu; tak, na wsi dziecko od małego uczyło się pracy i odpowiedzialności). Kopano pyrki – u nas – dziabkami, ale w zależności od regionu skomplikowane to urządzenie zwie się inaczej (chodzi tu o osadzone na stylku dwa – trzy zagięte metalowe zęby). Nie ważne. Istotne jest, że każdy pewnie marzył, by – przed mechanizacją – ktoś za nas tą robotę wykonał. Niekoniecznie musiał to być parobek przecież. Może jakiś (zaczynała się w PRL przecież literatura science-fiction, mieliśmy patrzeć w kosmos i na dniach zakładać kolonie na Księżycu czy Marsie; dziś mamy Astrosławosza co je na orbicie pierogi, o mores o tempora) syntetyczny, mechaniczny człowiek?
Pomnik astronauty w Vaduz
Pomnik ziemniaka w Biesiekierzu
    A sztuczny człowiek do pracy, do roboty, to oczywiście robot. Słowo brzmiące niezwykle zachodnio, angielsko niemal, w każdym filmie z laserkami są roboty (z racji pewnych braków Anglosasów w dźwięcznych głoskach na robota mówią tam – proszę powiedzieć to głosem astrosławoszowej atencyjnej małżonki – łobot; oczywiście, niektórzy mieszkańcy Zjednoczonego Królestwa umieją wymawiać r, choć trochę inne niż nasze – taki Szkot, chcąc pochwalić swoją stolicę powie wszak: Edinbrra is a krrejt tałn) – a przecież słowiańskie na wskroś. Jaki inostraniec połączy robota z pracą? No żaden. Wszak wymyślił je brat czeskiego pisarza Karela Čapka, a ten użył go w powieści R.U.R. (Uniwersalne Roboty Rossuma) A.D. 1920.
    Może nie był to wielki prozaik (kilka jego opowiadań czytałem, więc też mogę nie mieć pełnego obrazu twórczości - R.U.R. to jego największe dzieło), ale co robota rozpropagował, to jego. Nie wiem, czy jakieś polskie słowo zrobiło tak międzynarodową karierę. Zdaje mi się, że nie (witamina, wprowadzona przez Kazimierza Funka, ma swój źródłosłów w łacinie). Jeśli chodzi o określenie "wódka", to nie mam pojęcia z którego ze słowiańskich języków pochodzi. Mniemam, że to nasze wspólne dziedzictwo.
Alembik do produkcji pisco czyli winiaka czyli bimbru; technicznie to też wódka
    Kiedyś może zrobię wpis o tym, jak Polacy ukształtowali współczesny Świat (i nie chodzi tylko o modę), ale teraz o robocie. Ciekawe, czy pan Čapek koncepcję owego mechanicznego urządzenia zastępującego człowieka wziął z dawnych praskich legend. Oto bowiem – jak wieść gminna niesie – w Pradze – Złotej Pradze XVI wieku – tamtejszy uczony rabin, urodzony w Poznaniu, Jehuda Löw ben Becalel zwany Maharal stworzył był pierwszego androida (czyli maszynę – nie chcę napisać robota – kształtem swym przypominającą człowieka; cyborg z kolei to połączenie człowieka i maszyny – każdy mający implant słuchowy jest volens nolens cyborgiem) – golema. Ulepił go z wydobytej z Wełtawy gliny i natchnął do życia (czy też egzystencji) świętymi zwojami Tory. Ktoś powie: gdzie tu science-fiction, ale przypominam, że zaawansowana technologia jest nieodróżnialna od magii.
Wełtawa i Most Karola
Praska Staronowa Synagoga
    W każdym razie golem miał pracować i ochraniać praskich Żydów – ale w końcu się zbiesił (co jest lejtmotywem setek dzieł science-fiction i podobnych; weźmy taki Skynet z Terminatora czy Groka z Twittera) i trzeba go było wyłączyć. Podobno jednak do dziś stoi na jakimś strychu Starej Pragi, oblepiony pajęczynami czeka, aż ktoś go znajdzie i będzie umiał ponownie wzbudzić do życia.
Praga
    U nas jakoś silne społeczności żydowskie golema budować nie musiały – a stołeczny Kraków żydowskiego miasta, Kazimierza, dorobił się już w XV wieku. Prascy Starozakonni czekać musieli Józefowa w XVIII wieku, ale cóż. Mimo geograficznej bliskości losy Polaków i Czechów potoczyły się zgoła inaczej. Myśmy zdołali utrzymać niezależność, Królestwo Czeskie stało się częścią Rzeszy Niemieckiej (przez jakiś czas Praga była nawet cesarską siedzibą; o jej przepychu niech zaświadczy chociaż Most Karola na Wełtawie), a Czesi dostali Zachód wraz z całym dorobkiem kulturowym. Także z pogromami.
Pamiątka jednego z berneńskich pogromów - Fontanna Pożeracza Dzieci
    Ech, i tak od robota niechcący przeszedłem do Starozakonnych. Może trochę bez sensu, może nie – wszak we wczesnym Średniowieczu w Pradze, podobnie jak i na Wolinie, istniał olbrzymi targ niewolników. Czyli ludzi służących – pro maior pars – do robienia za kogoś jego pracy. Towaru dostarczały słowiańskie rody znajdujące się poza chrześcijańską ekumeną (sami Czesi schrystianizowani byli tylko pozornie – stąd walki biskupa Wojciecha z pogańskimi obyczajami swych praskich parafian), odbiorcami były głównie muzułmańskie kraje Islamu – od Bagdadu po Andaluzję. To prawdopodobnie w Pradze pewien żydowski kupiec, a pewnie i szpieg, 
Ibrahim ibn Jakub (swoją drogą z handlem ludźmi było u Starozakonnych jak z lichwą: mogli, jeśli dotyczyło to gojów; stąd byli takimi świetnymi pośrednikami w całym niewolniczym przemyśle) z Hiszpanii usłyszał o najpotężniejszym z owych słowiańskich watażków. Możliwe, że dopiero co ochrzczonego Mieszka tytułuje on Królem Północy.
Siedziba Mieszka, Króla Północy, i jego czeskiej małżonki
    Rychło jednak – w związku z postępami chrześcijaństwa – niewolnicze eldorado się skończyło, i na następny pik trzeba było poczekać do rozkwitu Imperium Osmańskiego. A później na rozkwit handlu transatlantyckiego. Kto przejął rynki w Stambule, czy był właścicielami niewolniczych statków, może się tylko Szanowny Czytelnik domyślać.

Stara Synagoga w Krakowie
    Dziś niewolnictwo niestety dalej istnieje, głównie w muzułmańskim Sahelu i Azji, a co do robotów – jeżeli całkowicie zastąpią człowieka w pracy, ten z nudów na pewno zacznie wymyślać jakieś bezeceństwa.

7 marca 2025

Brakujący święty

    Właściwie to miałem zakończyć temat tych naszych najwcześniejszych Świętych, ale, że chwilę wcześniej była na blogu opowiastka o pierwszych Piastach to tak sobie skojarzyłem, że na tle ościennych krajów które razem z nami włączały się w nurt europejskiej kultury dość mocno się wyróżniamy.
Poznań - miejsce w którym stał pierwszy polski kościół
    Oto bowiem żaden z chrystianizatorów Państwa Gnieźnieńskiego nie dostąpił zaszczytu zostania Świętym. Ani pierwszy ochrzczony władca Mieszko, ani jego syn Bolesław, ani Dobrawa Przemyślidka (przez nieprzychylnego Chrobremu kronikarza i biskupa Thietmara przedstawiana przecież jako główna siła sprawcza mieszkowego nawrócenia), ani biskup Jordan, pierwszy pasterz w Polsce. Dziwne strasznie. W końcu pośród dworów książęcych i królewskich dworów naszych sąsiadów aż roi się od kanonizowanych. W Czechach to wuj Dobrawy, święty Wacław (usunięty krwawo przez własnego brata), na Węgrzech Stefan (ten, co to podobno przejął koronę jadącą do Gniezna) którego Prawa Dłoń w budapesztańskiej katedrze jest najświętszą węgierską relikwią i jego syn Emeryk (oraz biskup Gelert, przez Węgrów usieczony niczym św. Wojciech przez Prusów). Skandynawowie mają świętych Olafa (Norwegia), Eryka (Szwecja) i Kanuta IV (Dania; ci ostatni postarali się także o kanonizację Kanuta Lavarda, ojca wybitnego władcy Waldemara). Ruś (tak haniebnie zniszczona w 1240 roku przez Mongołów) z Olgi i jej syna Włodzimierza zrobiła reinkarnację świętych Heleny i Konstantyna.

Praska katedra ze szczątkami świętego Wacława (oraz świętego Wojciecha)
    A u nas świętym został praski biskup usieczony podle Elbląga (a potem jego przyrodni brat, pierwszy gnieźnieński arcybiskup) i pięciu niezbyt znanych kamedułów napadniętych rabunkowo w Międzyrzeczu, do dziś zresztą bardzo zapomnianych. Musieliśmy poczekać jeszcze kilka lat, żeby pojawił się biskup Stanisław ze Szczepanowa – zresztą antagonista władcy Piastowicza i zdrajca króla, o czym dość delikatnie informuje nasz Anonim zwany Gallem.

Rekonstrukcja pruskiej chaty
    Czym sobie Piastowie zasłużyli na taką – wiem, że to za mocne słowo, ale co tam – anatemę to nie mam pojęcia. Wygląda to na początki znanej do dziś na Zachodzie Europy polonofobii, w myśl której na Polaków wbrew faktom zrzuca się wszystko co najgorsze. Mimo, że co najmniej kilka razy w historii owym Zachodnim Europejczykom przysłowiowy tyłek żeśmy ratowali. Ech.

Okopy z czasów Wojny polsko-bolszewickiej i Bitwy Warszawskiej
    Może jednak szukam za daleko – w końcu sam Karol Wielki na kanonizację musiał czekać kilkaset lat (i w sumie nie wiadomo czy jest ważna). Na przeszkodzie stanął ponoć dość rozwiązły tryb życia frankijskiego władcy. Z drugiej strony naszym Piastom trudno takową seksualną rozwiązłość zarzucić. Według legendy Mieszko przyjmując Dobrawę oddalić miał siedem pogańskich żon. Bolesław Chrobry z kolei niby uczynił był z ruskiej księżniczki Przecławy nałożnicę i – sądząc po opisach tuszy władcy – mógł nie znać umiarkowania w jedzeniu i piciu (przynajmniej u siebie – nieprzestrzegającym postów miał jakoby wyrywać zęby), ale przecież znani są święci galancie korzystający z uroków doczesności. Mieszko II znał łacinę i grekę, ale to jednak za mało na choćby beatyfikację.

Akwizgran - miejsce spoczynku Karola Wielkiego
    Zresztą nawet gdyby naszych pierwszych władców kanonizowano, to i tak nie byłoby relikwii – ciała zaginęły, a prawdopodobne groby w katedrze poznańskiej od wieków świecą pustkami (a właściwie zostały zapomniane niemal na tysiąclecie). A co to za święty, co relikwiami nie można pohandlować, prawda? Wspaniałe to zagadnienie, warte osobnego wpisu kiedyś tam.

Prawdopodobne pozostałości grobowców Mieszka i Bolesława w katedrze poznańskiej
    A właściwie to żaden z Piastów. I Piastówn. W Średniowieczu kanonizowano małżonkę Henryka Brodatego świętą Jadwigę von Andechs (patronkę Śląska). Jej synowa dostąpiła tego zaszczytu w XIX wieku, a słynna święta Kinga świętą została dopiero za Jana Pawła II (podobnie jak św Jadwiga Andegaweńska, polska władczyni), wcześniej była błogosławioną. Niektóre Piastówny i piastowskie żony otaczane są kultem lokalnym (niczym mój warcki o. Rafał z Proszowic), ale bez oficjalnego watykańskiego potwierdzenia. Na kanonizowanego członka dynastii musieliśmy poczekać dopiero do czasów Kazimierza Jagiellończyka. Pośród jego licznych synów czterech zostało królami, jeden kardynałem a ostatni, także Kazimierz, właśnie świętym. I przy okazji patronem Wilna, gdzie w niezbyt ładnej klasycystycznej katedrze spoczywa wraz z królem Aleksandrem (prywatnie bratem) i Barbarą Radziwiłłówną (prywatnie żoną bratanka). Ale to już czas gdy Średniowiecze przechodzi powoli w Renesans, a Polska szykuje się do roli europejskiego mocarstwa – więc całkiem inna sytuacja.

Katedra w Wilnie z czasów sprzed "odbudowy" Pałacu Wielkoksiążęcego
    Sam zaś królewicz ma sporo roboty, bo jest, oprócz Wilna (gdzie odpust, Kaziuki, jest wspaniałym świętem), patronem Litwy, litewskiej młodzieży i Zakonu Kawalerów Maltańskich (czyli z Maltą łączy nas nie tylko zapiekanka).

Typowy maltański krajobraz z wieżą obserwacyjną joannitów
    Podsumowując – jesteśmy jednym z nielicznych krajów w Europie którego żaden władca (nie tylko Piast) nie został kanonizowany. A przecież spokojnie znalazłoby się kilku kandydatów: Mieszko, Bolesław Wielki czy tam Chrobry, Władysław Jagiełło (chrystianizatorzy), Władysław Warneńczyk (męczennik – o ile rzeczywiście poległ pod Warną), wreszcie Jan Sobieski (obrońca chrześcijaństwa). Niestety, moda na takie wyświęcania przeminęła, i chyba się już nie doczekamy. Swoją drogą Sobieski to nawet nie ma pomnika w Wiedniu (o czym kiedyś tam wspominałem). Ale dość o tym – następne wpisy będą o konszachtach Słowian (oczywiście niedocenianych) z wielkim Światem.
Wolin -czyli wspólna osada słowiańsko-wikińska

3 marca 2025

Nie wszyscy święci pańscy cz. 2

    Pierwszą część wpisu – i w założeniu ostatnią – zakończyłem kontrowersją o miejscu spoczynku doczesnych szczątków biskupa Wojciecha Sławnikowica. Czy spoczywa na praskich Hradczanach w archikatedrze pod wezwaniem świętych Wita, Wacława i Wojciecha (w językach niesłowiańskich na popularnego Wojtka mówią Adalbert, więc w zachodnich bedekerach miana patronów kościoła nie brzmią już tak ładnie jak po polsku czy czesku) czy pod wspaniałą barokową konfesją w archikatedrze (dzierżącej ten tytuł dużo dłużej niż praski odpowiednik) w Gnieźnie.
Gniezno - miejsce pochówku świętego Wojciecha
    Jako Polak muszę przychylać się do wersji polskich kronikarzy, że książę Brzetysław pustosząc Wielkopolskę w pierwszej połowie XI wieku ukradł szczątki przyrodniego wojciechowego brata, Radzima (czyli Gaudentego, jak chcą na Zachodzie), zresztą też biskupa (a nawet arcybiskupa) i świętego, choć nie męczennika. Niemniej widząc (to znaczy: widzą to archeolodzy, ja się ino podczepiam) ogrom zniszczeń i rabunków jakie przyniósł czeski najazd skłaniam się jednak ku wersji naszych południowych sąsiadów. Ale co tam.

Praga - miejsce pochówku świętego Wojciecha
    Na pewno ramię świętego jest w Rzymie. Co, właściwie, nie powinno dziwić. Relikwie świętych wielokrotnie były przedmiotem handlu, grabieży – czy jak owo ramię świętego Wojciecha – darów dyplomatycznych. Święty Marek przecież pierwotnie nie spoczywał w Wenecji. Ktoś zaraz powie, że to chrześcijański zabobon – ale przecież jeden z towarzyszy Mahometa otrzymał pseudonim Balwierz, bo nosił przy sobie jako amulet trzy włosy z brody Proroka. I choć islam zakazuje oczywiście wiary w talizmany, to gdy osmańscy żołdacy dotarli do grobu Skanderbega (było na blogu – narodowy bohater Albanii) szczątki wodza rozgrabili właśnie jako amulety mające dawać im militarny geniusz i siłę zmarłego. W Lezhy znajduje się tylko cenotaf.
Twierdza w Lezhy górująca nad dawnym grobem Skanderbega
    O innych kulturach z ich kultem przodków czy innych mumii to właściwie nawet nie ma co wspominać.

El Nino Compartido - mumia będąca obiektem kultu w Cuzco
    W każdym razie oddawanie czci – choć w wypadku chrześcijaństwa to może za mocne słowo – wybitnym przodkom czy innym jednostkom jest czymś normalnym. Poza tym czując ich opiekę (czy wstawiennictwo) człowiek jakoś czuje się pewniej. We Włoszech swojego świętego patrona ma przecież każda, najmniejsza nawet wioska czy miasteczko.

Siena - miasto świętej Katarzyny ze - nomen omen -Sieny
    U nas nie – w końcu to w Italii tysiące mieszkańców oddawało głowę katu w czasach rzymskich, a później, w Średniowieczu, bliskość stolca papieskiego sprawiało, że łatwiej było dostrzec jakąś pobożną czy cnotliwą personę. Zanim taka informacja dotarła do Rzymu z takiej Skandynawii czy znad Wisły dwa razy pewnie zaginęła po drodze. Fakt, że jak już docierały, to taki święty często stawał się dość popularny, choć, tak jak w przypadku Wojciecha i Radzima, na Zachodzie znany bywał pod nieco innym imieniem.
    Na przykład gdyby ktoś dotarł do katalońskiej Girony i wszedł do przepięknej (fasada słynna z serialu "Gra o Tron") gotyckiej świątyni natknie się na kaplicę św Hiacynta. To oczywiście nasz Jacek od Pierogów, z możnego rodu Odrowążów. Patron tonących, wsławiony wykarmieniem pierogami obrońców obleganego przez Mongołów Lwowa.

Katedra w Gironie
    Święty Jacek jest też jedynym Polakiem umiejscowionym na dachu watykańskiej kolumnady autorstwa Berniniego.

Kolumnada Berniniego w Rzymie
    Karierę w Europie zrobił też nasz święty (choć zdrajca) Stanisław Szczepanowski. W końcu imię po biskupie ze Szczepanowa miał teść Ludwika XV, władca Lotaryngii (i dwukrotny król Polski przy okazji) Stanisław Leszczyński.
    Inni nasi święci bądź błogosławieni o słowiańskich imionach, taki Czesław czy Bogumił (ten drugi, podobnie jak i Stanisław są moimi osobistymi patronami, a ten pierwszy w rodzinie pojawia mi się bardzo często) nie zrobili międzynarodowej kariery, i czczeni są lokalnie – we Wrocławiu jak błogosławiony Czesław Odrowąż czy w okolicy Koła i Uniejowa, jak arcybiskup gnieźnieński Bogumił.

Zamek w Uniejowie
    Brak lokalnych świętych w Północnej, Wschodniej i Środkowej Europie wynika też z późnego dość dołączenia do cywilizacji chrześcijańskiej – ot, nie udało nam się załapać na ową wspominaną falę męczeństwa (święci Wojciech, Wacław czy Gelert to wyjątki przecież, a Stanisław czy Jan z Pomuku całkiem inna historia). Pierwsze kościoły musiały więc posiadać relikwie (a taki był wymóg przecież) importowane – i tak Kraków dostał głowę świętego Floriana – stąd i nazwa Florencja na mapie miasta. Dziś czaszka ta spoczywa w trumnie świętego Stanisława w barokowej konfesji na Wawelu i – jak wykazały badania – należała do kobiety. Nie znaczy to oczywiście, że patron strażaków i przewodników turystycznych był kobietą – ot większa część relikwii była tworzona przez kontakt z oryginalnymi szczątkami świętych. Świętość niejako przenosiła się na nowy obiekt, i spokojnie już można było mu oddawać cześć.

Katedra na Wawelu - miejsce spoczynku świętego Stanisława i głowy świętego Floriana
    Moje miasto – Warta – jest na na tle polskich miejscowości chlubnym wyjątkiem. W toku dziejów nabawiliśmy się bowiem własnego świętego – Rafała z Proszowic (nomen omen ochrzczonego jako Stanisław Budek). Ów urodzony w roku upadku Konstantynopola członek zakonu bernardynów (piastował także stanowisko prowincjała), polski patriota i intelektualista umierając wyraził życzenie, by pochować go w naszym warckim klasztorze – rzeczywiście, udało się go przywieźć i wyzionął ducha na początku 1534 roku w miejscu, w którym za życia bardzo lubił przebywać i korzystać z jednej z najbogatszych klasztornych bibliotek. Dziś podziwiać można tumbę i rzeźbioną płytę zakonnika – po bibliotece w czasach zaborów ślad zaginął (pewne tropy wiodą do Petersburga).
Klasztor bernardynów w Warcie
    Jeden z dwóch rynków warckich od czasu upadku komuny nosi imię właśnie Błogosławionego ojca Rafała. Proszowita bowiem, ku naszej wielkiej żałości, nie został jeszcze przez Watykan oficjalnie kanonizowany. Tak po prawdzie beatyfikowany też nie został, i przysługuje mu jedynie tytuł Sługi Bożego, ale nam to nie przeszkadza. Zwłaszcza, że jakby co mamy jeszcze ojca Melchizedeka, który także zmarły w opinii świętości w klasztorze spoczywa.

Mały Rynek (Plac błogosławionego ojca Rafała)
    Dobrze mieć jakichś pomagierów w życiu – bo bez Boga ani do proga.

28 lutego 2025

Nie wszyscy święci pańscy cz. 1

    Podziwialiśmy zachód słońca nad Jeziorem Rożnowskim, sztucznym zbiorniku na rzece Dunajec, pierwotnie wijącej się między wzgórzami Pogórza Rożnowskiego. Nie pamiętam, czy komary rypały – może nie i było im za wysoko, a może tylko wyparłem jazgot tych niemiłych muchówek.

Jezioro Rożnowskie wkrótce po zachodzie Słońca
    Siedzieliśmy na terenie dawnego pracowniczego ośrodka wypoczynkowego – wyremontowanego, ale nadal noszącego ślady modernistycznej architektury dni "gierkowskiej prosperity" (znaczy, komunistycznego życia na kredyt). W czasach sowieckiej okupacji okolica dostępna była głównie dla pracowników przemysłu hutniczego ale sam Rożnów słynął z innych, dawniejszych, obiektów, pewnie niezbyt interesujących wypoczywających hutników. Chodzi oczywiście o beluardę projektu i konstrukcji hetmana Jana Amora Tarnowskiego, sławnego wojownika i teoretyka wojskowości przełomu Średniowiecza i Nowożytności. Niestety, fortyfikacje tego typu nie przyjęły się u nas, rychło zastąpione bastionami, więc zacny Leliwita nie został polskim Vaubanem (czy może Sebastian Vauban francuskim Tarnowskim).
Beluarda
    Nim jednak pan Tarnowski osiedlił się w Rożnowie ten rejon Podkarpacia znany był z czegoś całkiem innego.
    - Kto był pierwszym polskim świętym? - zapytał ni stąd ni zowąd mój towarzysz, miejscowy.
    Zastanowiłem się. Na usta cisnęło mi się święty Wojciech, ale zacny męczennik i patron Polski był przecież z pochodzenia Czechem.
Zamek w Międzyrzeczu
    - Pięciu Braci Polskich z Międzyrzecza – odpaliłem więc, bo przynajmniej trzech z nich było Polakami.
    - Ha! - odparł interlokutor – Już myślałem, że tego Czecha powiesz. Ale przed Pięcioma Braćmi Polskimi wcześniej byli nasi święci. Tu, stąd. Andrzej Świerad, Just, Benedykt
    - Kto? - zapytałem, bo faktycznie nie jest to postać zbyt znana, i wtedy nic a nic o nim nie wiedziałem.
    - Pustelnik – wyjaśnił miejscowy – Tu, niedaleko nad Dunajcem jest niewielkie sanktuarium. Święty Andrzej Świerad wraz z towarzyszami już na początku XI wieku tutaj u nas głosił chrześcijaństwo. Pochodził ze znacznego rodu, więc jak wielu musiało być tu ochrzczonych, że możni oddawali dzieci na duchownych. A przecież tu na Juście – czyli jednej z gór okolicznych – jest sanktuarium kolejnego pustelnika, ucznia świętego Andrzeja, Justa-Jodoka.
    Nie będę ukrywał, że cała ta opowieść bardzo mi się podobała, choć święty Andrzej zmarł ponad ćwierć wieku później od męczenników z Międzyrzecza – mój rozmówca koniecznie chciał udowodnić, że na Podkarpaciu chrześcijaństwo miało się wspaniale nim Mieszko I został ochrzczony. Może były to echa historii znanej z Legendy Panońskiej (Żywota Świętego Metodego), który opowiadał, jak to anonimowy "książę na Wiślech", urągający chrystianizującemu Wielkie Morawy świętemu Metodemu upomniany został, że jak nie ochrzci się dobrowolnie, to zrobią mu to Morawianie siłą, co też się stało. Tereny władztwa Wiślan znalazły się w końcu w Rzeszy Wielkomorawskiej, a i później – aż do przyjazdu Mieszka – kręciły się w orbicie wpływów czeskich. Świetnie jest, gdy ludzie potrafią się chwalić swoją Małą Ojczyzną i jej historią.

Wawel - siedziba domniemanego księcia Wiślan
    Mądrzejszy – zdawało się – o informacje o nielicznych pierwszych polskich świętych następnym razem zostałem zaskoczony w dalekim Benewencie. Oto byliśmy w odbudowanej po II Wojnie Światowej katedrze, miejscu chrztu słynnego Ojca Pio, także świętego, gdy oprowadzający nas zakrystianin, słysząc, że jesteśmy Polakami, zaprowadził nas do jednej z kaplic, i z dumą wskazał obraz przedstawiający – o czym świadczyła palma – męczennika.
    - To jeden z pierwszych polskich świętych!
    - Kto taki? - odparłem zaskoczony.
    - Benedykt z Benewentu!

Katedra w Benewencie - odbudowana po II wojnie światowej
Drzwi katedry - jedyny oryginalny element świątyni

    Rychło okazało się, że to jeden z męczenników z Międzyrzecza, który właśnie z Benewentu pochodził, i ponad 1000 lat temu na zaproszenie Bolesława Chrobrego przybył do Polski. Dlaczego ówczesny władca Państwa Gnieźnieńskiego sprowadził do Międzyrzecza akurat benedyktyńskich eremitów od świętego Romualda z Camaldoli, a nie jakichś ekspertów od chrystianizacji pozostaje w sferze domysłów – jedna z najnowszych teorii głosi, że to za sprawą pierworodnego Bolesławowica, Bezpryma. Miał on, po Zjeździe Gnieźnieńskim, towarzyszyć Ottonowi III w podróży do Italii, gdzie spotkał się z duchowym gigantem tamtych dni, świętym Romualdem, i wstąpił do jego eremu. Było to spore zaskoczenie dla Bolesława, który miał Bezpryma gotować na następcę (skoro Mieszko znał łacinę i grekę mogło to znaczyć, że pierwotnie szykowano go w tonsurę; cesarski chrześniak Otton był pewnie traktowany jak zapasowy). Władca poruszył znajomości, nie tylko cesarza, ale i Brunona z Kwerfurtu (późniejszego świętego Bonifacego, wcześniej ważną personę na dworze Ottona III) – i przywołał do Wielkopolski kamedułowych eremitów. Niestety bez Bezpryma. W końcu jednak udało się przekonać księcia do powrotu. Niestety, chwilę później młody cesarz zmarł, a że Bolesław w staraniach o koronę cesarską poparł przegranego kandydata musiał Bezprym wracać przez Czechy – akurat pogrążone w wojnie domowej, w której udział brał też Chrobry. Jeden z jego przeciwników porwał Bezpryma i – co było pewną tradycją wśród dynastii Przemyślidów, a polski następca był wszak wnukiem przemyślidowym – zmiażdżył mu jądra. Otworzyć to miało drogę do tronu Mieszkowi II.

Jedna z siedzib pierwszych Piastów - Ostrów Tumski

    To tylko teoria – a sprowadzeni z Włoch eremici osiedli niedaleko Międzyrzecza, gdzie kilka lat później zginęli w napadzie rabunkowym. Tradycja mówi, że klasztor powstał w miejscowości dziś znanej jako Święty Wojciech – ale badania archeologiczne nie wykazały żadnych śladów z początku X wieku.

Święty Wojciech - miejsce domniemanego opactwa kamedułów i męczeństwa Pięciu Braci

    Właśnie. Święty Wojciech. Członek rywalizującego z Przemyślidami rodu Sławnikowiców, praski biskup (wypędzony zresztą przez własne owieczki), przedstawiciel europejskiej elity, przyjaciel papieży i cesarzy, zwłaszcza młodego Ottona III. Bolesław Chrobry zrobił na nim świetny interes.
        Wszyscy zresztą znają legendę: biskup chcąc odpokutować opuszczenie swojej praskiej diecezji ruszył nawracać Prusów, gdzie poniósł śmierć męczeńską. Chrobry zaś wykupił jego ciało za cenę jego wagi w złocie czy tam innym srebrze.
Zespół klasztorny w Strzelnie - prawdopodobnie pierwotna lokalizacja Drzwi Gnieźnieńskich opisujących żywot i męczeństwo św. Wojciecha
    Fakt jest taki, że Wojciech-Adalbert chciał ruszać w misję na Pomorze, ale Bolesław przekonał go, by jednak wybrał – dużo groźniejszych – Prusów. Biskup do pracy misyjnej absolutnie nie był przygotowany, a jego porywczy charakter (w końcu nie bez przyczyny zbuntowali się jego prascy parafianie) tym bardziej nie ułatwiał zadania. Nie znał też języka ni obyczajów. Innymi słowy – Bolesław Chrobry posłał go na śmierć, i to mimo przyznania misjonarzowi eskorty.
Tzw. baby pruskie - pogańskie idole obalane przez św Wojciecha
    Po męczeńskiej śmierci i ekspresowej kanonizacji zwłoki Sławnikowica stały się ogromnym atutem w Weltpolitik Chrobrego – do Gniezna przybył sam cesarz, nałożył Bolesławowi diadem na głowie i ustanowił metropolię kościelną. Pierwszym arcybiskupem został brat przyrodni świętego, Radzim-Gaudenty, a oprócz niezależnego istniejącego już biskupstwa w Poznaniu utworzono jeszcze trzy: w Krakowie, Wrocławiu i Kołobrzegu.
Konkatedra w Kołobrzegu
    Ani Andrzej-Świerad z towarzyszami, ani Męczennicy Międzyrzeccy nie mają takich zasług co dość nieużyty za życia biskup. Szkoda tylko, że Brzetysław, niszcząc Państwo Gnieźnieńskie, ukradł też świętego Wojciecha, i dziś spoczywać ma w Pradze (poza ramieniem, które Otton III z Gniezna zawiózł do Rzymu). Choć nasi kronikarze twierdzą, że Czesi ukradli przez pomyłkę zwłoki Radzima-Gaudentego...
Konfesja św. Wojciecha (barokowa) w gnieźnieńskiej archikatedrze

Najchętniej czytane

Bunkry

     Skoro poprzedni wpis zakończyłem opowiastką o pubie i historii , a tych pierwszych, jak wcześniej wspomniałem w okolicy nie ma za wiel...