Tłumacz

29 sierpnia 2025

Miasto niedźwiedzia

    Skoro w ostatnich wpisach było o Zurychu i Genewie, wypada się zająć miastem na Płaskowyżu Szwajcarskim, tak mniej więcej w połowie drogi pomiędzy wyżej wymienionymi ośrodkami, leżącym. Mianowicie Bernem, uznawanym za stolicę Konfederacji Szwajcarskiej. A przynajmniej tak zaznaczanym na mapie, żeby nie konfudować zbytnio kartografów, wzdrygających się przed narysowaniem państwa bez zaznaczenia grodu stołecznego. Funkcję stolicy spełnia miasto bowiem tylko dlatego, że w drugiej połowie XIX wieku (po wojnie domowej) podjęto decyzję o wybudowaniu tam gmachu dla federalnego parlamentu – oraz siedzib dla nielicznych szwajcarskich urzędów centralnych. Jak bowiem wskazuje nazwa, Confederatia Helvetica jest luźnym związkiem na poły niezależnych kantonów, mających olbrzymią autonomię (kto wie, czy technicznie nie są bardziej niezależnymi bytami niż takie Księstwo Monako). Wspólne właściwie są tylko obronność, polityka zagraniczna czy sprawy walutowe. Podatki – wysokie – Szwajcarzy płacą głównie lokalnie, do kasy swojego kantonu. Jest ich dwadzieścia kilka, różniących się językiem urzędowym, wyznawaną religią czy nawet historią. Najmłodszy – Jura – powstał w 1979, gdy część kantonu Berno właśnie w referendum (są one obowiązkowe) podjęła decyzję o odłączeniu się od macierzy (chyba, że uznamy, iż w 1997 ostatecznie powstały oba kantony Appenzell, wcześniej mające status półkantonów – to skomplikowane, nie pytajcie w tym wpisie, zrobimy osobny).
Szwajcarski parlament - i strefa kibica kobiecego Euro 2025
    Berno na tle innych szwajcarskich miast jest też relatywnie młode – bo powstało u schyłku XII wieku, a już na początku XIII, po wygaśnięciu dynastii Zähringen, miejscowych hrabiów, zostało Wolnym Miastem Rzeszy. Szybko też skumało się z sąsiednimi miastami i kantonami wiejskimi, stąd to jeden z pierwszych członków Starej Konfederacji Szwajcarskiej (tej zniszczonej przez Wielką Rewolucję Francuską i Napoleona). Takie Zurych czy Chur (uznawane za najstarszy ośrodek miejski Szwajcarii, stolicę rzymskiej prowincji Retia) mają koło dwóch tysięcy lat, więc wiadomo – Berno to młodzieniaszek. Acz to berneńska starówka została wpisana na listę UNESCO – to urocze średniowieczne miasto handlowe, odbudowane w 1405 roku po tragicznym pożarze, i tak już trwające na zakolu rzeki Aare, z kilometrami podcieni, urokliwymi piwnicami i czerwoną dachówką.
Berneńska starówka
Aare
    Wrażenie na turystach robić musi Zytglogge (w miejscowych dialektach alemańskich niemieckiego; literacko to Zeitglocke; kolega pracuje w Szwajcarii, zna język oprawców miłości tip top, ale w mowie codziennej z miejscowymi począł porozumiewać się dopiero po jakimś roku – taki to dialekt), średniowieczna wieża zegarowa w dawnej bramie miejskiej. Już w Średniowieczu miasto kilkukrotnie się rozrastało, więc kolejne mury okazywały się zbędne. Wieżę wyburzyć było głupio i miejscowi bogacze zainstalowali tam mechanizm zegarowy.
Zytglogge - główny mechanizm berneńskiego orloja jest od wewnętrznej strony dawnej bramy miejskiej
    Zytglogge wrażenie robi zresztą nie tylko na przyjezdnych. Jeden z miejscowych Żydów, mieszkający przy głównej arterii starówki, wracając nieraz z pracy w urzędzie patentowym wielokrotnie przyglądał się charakterystycznej wieży. A że był przy okazji genialnym fizykiem teoretycznym zadawał sobie liczne pytania, takie jak czy wyłączyłem żelazko co by się stało, gdybym zbliżał się do wieży – albo oddalał – z prędkością światła? Z tych rozważań wynikła teoria względności, owym Berneńczykiem był bowiem Albert Einstein.
Dom Einsteina
    Starozakonni nie zawsze na Zachodzie Europy – w przeciwieństwie do naszej Rzeczypospolitej – mieli klawo (zresztą Einstein też finalnie musiał kontynent opuścić). W związku z religią mogli oni udzielać gojom pożyczek pieniężnych (chrześcijanie sami sobie udzielać nie mogli, oczywiście póki Kościół był jeszcze mocny, albo gdy nikt nie patrzył) – co w teorii było świetne dla gospodarki, powodowało jednak spore zadłużenie, głównie warstw rządzących, i bogacenie się, głównie Żydów. Kiedy więc dziedzica zobowiązania pieniężne zbytnio przytłoczyły stosował najczęściej jeden prosty sposób: podjudzał nomen omen biedotę która zazdrościła Starozakonnym bogactwa. Następował pogromik, długi się kasowały, można było u ocalałych zacząć zadłużać się na nowo. Opowiada o tym jedna ze słynnych ulicznych fontann Berna – zwana Fontanną Olbrzyma.
Fontanna Olbrzyma
    Właściwa nazwa to Fontanna Pożeracza Dzieci (Kindlifresserbrunnen) – i każdemu znającemu europejską kulturę skojarzyć się może jeśli nie z Saturnem zjadającym Hadesa czy Posejdona to chociażby ze słynnym Pizańczykiem Ugolinem della Gherardesca, co zamknięty w ciemnicy swoich potomków nim zmarł zjadł. A tu nie. Upamiętnia jeden z berneńskich pogromów, gdy rozeszła się plotka jakoby Starozakonni porwali chrześcijańskie dziecko i przerobili je na macę, obrzędowy chleb, następnie zjedli. Oprócz zatruwania studni i roznoszenia zarazy był to jeden z najczęstszych powodów wybuchania pogromów w Europie Zachodniej. Tylko Polska była te przysłowiowe sto lat za Murzynami.
Miejsce tragedii Ugolina
    Co zaś się tyczy Murzynów – Berno miało spore udziały w brytyjskich spółkach zajmujących się handlem niewolnikami na Południowym Atlantyku. Cóż, pecunia non olet, jak wspominałem przy okazji wpisów na blogu o innych kupieckich miastach (mimo, że rzymskie pecunia pochodzi od pecus, bydło).
Wybrzeża niewolnicze południowego Atlantyku (tu Rio de Janeiro)
   
Wpis zbliża się ku końcowi, a nie było ani słowa o tytułowych niedźwiedziach. Już się poprawiam. Jedną z atrakcji Berna – nazwa miasta brać się ma od niedźwiedzia, którego Bertold V, ostatni hrabia Zähringen, miał był upolować w miejscu obecnego miasta – jest Bärengraben: fosa z niedźwiedziami. Otóż na przeciwko Nydegg, miejsca gdzie miasto się zaczęło (stał tam zamek, dziś stoi kościół – nie tak potężny jak miejscowa katedra, i nie ozdobiony tak jak ona romańskim tympanonem przedstawiającym Sąd Ostateczny; kalwiniści nie zniszczyli tego cuda), nad Aare, znajduje się owa Bärengraben. Tak, w centrum miasta ku uciesze gawiedzi i zgryzocie Zielonych i innych dziwadeł spacerują sobie miśki, będące przecież symbolem miasta.

Bärengraben
    Bambiniści mają jednak jeszcze gorszy problem jeśli chodzi o Berno (a także takie kantony jak Jura, Appenzell i Vaud ze stolicą w Lozannie). Otóż potrawą świąteczną jest tam kot (a czasem, ale rzadziej, pies). Je się go tylko w domach – i to coraz rzadziej, właśnie w związku z presją pseudoekologów (co pokazuje też braki w logice owych indywiduów – koty to drapieżniki, szkodzą, zjadają ptaszki, nie wolno ich samopas puszczać vs nie jeść, co redukuje kocią populację). W restauracji czy w sklepie kociego mięsa się nie dostanie. Chciano nawet by szwajcarski parlament zakazał spożywania, ale posłowie popukali się w głowę twierdząc, że nic komu do tego co się je. I słusznie.
Berneńskie niedźwiedzie na wybiegu BärenPark nad Aare
    A. Jako, że wszystkie ssaki są jadalne, to dodam, że jeden ze sposobów przyrządzania kota w Szwajcarii zwie się... kot na sposób polski (dla oburzonych: w Grecji nikt nie zna naszej ryby po grecku). W skład potrawy oprócz kota wchodzi też cebula, seler, pietruszka czy marchew, więc dosyć swojsko. Przepis zresztą jest do znalezienia w Internetach...
Kot

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Najchętniej czytane

Miasto niedźwiedzia

     Skoro w ostatnich wpisach było o Zurychu i Genewie , wypada się zająć miastem na Płaskowyżu Szwajcarskim, tak mniej więcej w połowie d...