Skoro w ostatnich wpisach było o
Zurychu i Genewie, wypada się zająć miastem na Płaskowyżu
Szwajcarskim, tak mniej więcej w połowie drogi pomiędzy wyżej
wymienionymi ośrodkami, leżącym. Mianowicie Bernem, uznawanym za
stolicę Konfederacji Szwajcarskiej. A przynajmniej tak zaznaczanym
na mapie, żeby nie konfudować zbytnio kartografów, wzdrygających
się przed narysowaniem państwa bez zaznaczenia grodu stołecznego.
Funkcję stolicy spełnia miasto bowiem tylko dlatego, że w drugiej
połowie XIX wieku (po wojnie domowej) podjęto decyzję o wybudowaniu tam gmachu dla
federalnego parlamentu – oraz siedzib dla nielicznych szwajcarskich
urzędów centralnych. Jak bowiem wskazuje nazwa, Confederatia
Helvetica jest luźnym związkiem na poły niezależnych kantonów,
mających olbrzymią autonomię (kto wie, czy technicznie nie są
bardziej niezależnymi bytami niż takie Księstwo Monako). Wspólne
właściwie są tylko obronność, polityka zagraniczna czy sprawy
walutowe. Podatki – wysokie – Szwajcarzy płacą głównie
lokalnie, do kasy swojego kantonu. Jest ich dwadzieścia kilka,
różniących się językiem urzędowym, wyznawaną religią czy
nawet historią. Najmłodszy – Jura – powstał w 1979, gdy część
kantonu Berno właśnie w referendum (są one obowiązkowe) podjęła
decyzję o odłączeniu się od macierzy (chyba, że uznamy, iż w
1997 ostatecznie powstały oba kantony Appenzell, wcześniej mające
status półkantonów – to skomplikowane, nie pytajcie w tym
wpisie, zrobimy osobny).
Berno na tle innych szwajcarskich miast
jest też relatywnie młode – bo powstało u schyłku XII wieku, a
już na początku XIII, po wygaśnięciu dynastii Zähringen,
miejscowych hrabiów, zostało Wolnym Miastem Rzeszy. Szybko też
skumało się z sąsiednimi miastami i kantonami wiejskimi, stąd to
jeden z pierwszych członków Starej Konfederacji Szwajcarskiej (tej
zniszczonej przez Wielką Rewolucję Francuską i Napoleona). Takie
Zurych czy Chur (uznawane za najstarszy ośrodek miejski Szwajcarii,
stolicę rzymskiej prowincji Retia) mają koło dwóch tysięcy lat,
więc wiadomo – Berno to młodzieniaszek. Acz to berneńska
starówka została wpisana na listę UNESCO – to urocze
średniowieczne miasto handlowe, odbudowane w 1405 roku po tragicznym
pożarze, i tak już trwające na zakolu rzeki Aare, z kilometrami
podcieni, urokliwymi piwnicami i czerwoną dachówką.
Wrażenie
na turystach robić musi Zytglogge (w miejscowych dialektach
alemańskich niemieckiego; literacko to Zeitglocke; kolega pracuje w
Szwajcarii, zna język oprawców miłości tip top, ale w mowie
codziennej z miejscowymi począł porozumiewać się dopiero po
jakimś roku – taki to dialekt), średniowieczna wieża zegarowa w
dawnej bramie miejskiej. Już w Średniowieczu miasto kilkukrotnie
się rozrastało, więc kolejne mury okazywały się zbędne.
Wieżę wyburzyć było głupio i miejscowi bogacze zainstalowali tam
mechanizm zegarowy.
Zytglogge wrażenie robi zresztą nie tylko
na przyjezdnych. Jeden z miejscowych Żydów, mieszkający przy
głównej arterii starówki, wracając nieraz z pracy w urzędzie
patentowym wielokrotnie przyglądał się charakterystycznej wieży.
A że był przy okazji genialnym fizykiem teoretycznym zadawał
sobie liczne pytania, takie jak czy wyłączyłem żelazko co by się
stało, gdybym zbliżał się do wieży – albo oddalał – z
prędkością światła? Z tych rozważań wynikła teoria
względności, owym Berneńczykiem był bowiem Albert
Einstein.
Starozakonni nie zawsze na Zachodzie Europy – w
przeciwieństwie do naszej Rzeczypospolitej – mieli klawo (zresztą
Einstein też finalnie musiał kontynent opuścić). W związku z
religią mogli oni udzielać gojom pożyczek pieniężnych
(chrześcijanie sami sobie udzielać nie mogli, oczywiście póki
Kościół był jeszcze mocny, albo gdy nikt nie patrzył) – co w
teorii było świetne dla gospodarki, powodowało jednak spore
zadłużenie, głównie warstw rządzących, i bogacenie się, głównie
Żydów. Kiedy więc dziedzica zobowiązania pieniężne zbytnio
przytłoczyły stosował najczęściej jeden prosty sposób:
podjudzał nomen omen biedotę która zazdrościła Starozakonnym
bogactwa. Następował pogromik, długi się kasowały, można było
u ocalałych zacząć zadłużać się na nowo. Opowiada o tym jedna
ze słynnych ulicznych fontann Berna – zwana Fontanną
Olbrzyma.
Właściwa nazwa to Fontanna Pożeracza Dzieci
(Kindlifresserbrunnen) – i każdemu znającemu europejską kulturę
skojarzyć się może jeśli nie z Saturnem zjadającym Hadesa czy
Posejdona to chociażby ze słynnym Pizańczykiem Ugolinem della Gherardesca, co zamknięty w ciemnicy swoich potomków nim zmarł
zjadł. A tu nie. Upamiętnia jeden z berneńskich pogromów, gdy
rozeszła się plotka jakoby Starozakonni porwali chrześcijańskie
dziecko i przerobili je na macę, obrzędowy chleb, następnie
zjedli. Oprócz zatruwania studni i roznoszenia zarazy był to jeden
z najczęstszych powodów wybuchania pogromów w Europie Zachodniej.
Tylko Polska była te przysłowiowe sto lat za Murzynami.
![]() |
Szwajcarski parlament - i strefa kibica kobiecego Euro 2025 |
![]() |
Berneńska starówka |
![]() |
Aare |
![]() |
Zytglogge - główny mechanizm berneńskiego orloja jest od wewnętrznej strony dawnej bramy miejskiej |
![]() |
Dom Einsteina |
![]() |
Fontanna Olbrzyma |
![]() |
Miejsce tragedii Ugolina |
Co zaś
się tyczy Murzynów – Berno miało spore udziały w brytyjskich
spółkach zajmujących się handlem niewolnikami na Południowym
Atlantyku. Cóż, pecunia non olet, jak wspominałem przy okazji
wpisów na blogu o innych kupieckich miastach (mimo, że rzymskie
pecunia pochodzi od pecus, bydło).
Wpis zbliża się ku końcowi,
a nie było ani słowa o tytułowych niedźwiedziach. Już
się poprawiam. Jedną z atrakcji Berna – nazwa miasta brać się ma
od niedźwiedzia, którego Bertold V, ostatni hrabia Zähringen, miał był
upolować w miejscu obecnego miasta – jest Bärengraben: fosa z
niedźwiedziami. Otóż na przeciwko Nydegg, miejsca gdzie miasto się
zaczęło (stał tam zamek, dziś stoi kościół – nie tak potężny
jak miejscowa katedra, i nie ozdobiony tak jak ona romańskim
tympanonem przedstawiającym Sąd Ostateczny; kalwiniści nie
zniszczyli tego cuda), nad Aare, znajduje się owa Bärengraben. Tak, w centrum miasta ku uciesze gawiedzi i
zgryzocie Zielonych i innych dziwadeł spacerują sobie miśki,
będące przecież symbolem miasta.
Bambiniści mają jednak
jeszcze gorszy problem jeśli chodzi o Berno (a także takie kantony
jak Jura, Appenzell i Vaud ze stolicą w Lozannie). Otóż potrawą świąteczną jest
tam kot (a czasem, ale rzadziej, pies). Je się go tylko w domach –
i to coraz rzadziej, właśnie w związku z presją pseudoekologów
(co pokazuje też braki w logice owych indywiduów – koty to
drapieżniki, szkodzą, zjadają ptaszki, nie wolno ich samopas
puszczać vs nie jeść, co redukuje kocią populację). W
restauracji czy w sklepie kociego mięsa się nie dostanie. Chciano
nawet by szwajcarski parlament zakazał spożywania, ale posłowie
popukali się w głowę twierdząc, że nic komu do tego co się je.
I słusznie.
A. Jako, że wszystkie ssaki są jadalne, to dodam,
że jeden ze sposobów przyrządzania kota w Szwajcarii zwie się...
kot na sposób polski (dla oburzonych: w Grecji nikt nie zna naszej
ryby po grecku). W skład potrawy oprócz kota wchodzi też cebula,
seler, pietruszka czy marchew, więc dosyć swojsko. Przepis zresztą
jest do znalezienia w Internetach...
Wybrzeża niewolnicze południowego Atlantyku (tu Rio de Janeiro) |
![]() |
Bärengraben |
![]() |
Berneńskie niedźwiedzie na wybiegu BärenPark nad Aare |
![]() |
Kot |
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz