Tłumacz

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą serbia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą serbia. Pokaż wszystkie posty

9 stycznia 2026

Tropem Osmanów cz. 1

    No tak. Jadąc do Bizancjum nie da się uniknąć przejazdu przez tereny zajmowane onegdaj przez Wysoką Portę Ottomańską – znaczy się Imperium Osmańskie. Można mówić Turcja, ale to oczywisty anachronizm (z ciekawostek: ostatnio w oficjalnych angielskich dokumentach zastąpiono Turkey nazwą Turkiye – żeby się Brytolom czy innym Amerykańcom z indykiem nie myliło). W zasadzie wystarczy jadąc z Polski na południe przekroczyć Dunaj – i już wjeżdża się do dawnych dziedzin Osmanów. Owszem, długo tak daleko na północy miejsca nie zagrzali, przegonił ich spod Wiednia i rozbił pod Parkanami (na dzisiejszej Słowacji) nasz król Jan III Sobieski, zresztą. Nie przeszkodziło to jednak tureckim architektom postawić w Jagierze (to staropolska nazwa miasta Eger, tego od Egri bikaver, jagierskiej byczej krwi, intensywnego czerwonego wina, którego nazwa powstała właśnie w wyniku jednego z osmańskich oblężeń – to wspaniała, acz dość powszechnie znana opowieść, więc tu jej nie będzie; pojawi się, jak skończą mi się tematy – albo gdy odwiedzę w końcu tamtejszą Dolinę Pięknej Pani) meczet – z którego do dziś zachował się ino minaret.

Eger - minaret, dziś obok protestanckiego zboru

    Meczetów zresztą na Bałkanach jest co niemiara – Turcy Osmańscy przynieśli bowiem ze sobą islam (oraz ulgi podatkowe dla wyznawców Allaha), a co za tym idzie dżamije – co jest słowiańską formą tureckiego słowa cami (słownictwo na Bałkanach to też element osmańskiego dziedzictwa – chociażby ciorba, czyli zupa, zwie się tak zarówno w Serbii, jak i Rumunii czy Bułgarii; niewiele można z tym zrobić, choć na przykład Grecy w drugiej połowie XX wieku próbowali urzędowo wprowadzić zamiast ludowej greki, demotyki, z naleciałościami, dialekt oparty bezpośrednio na klasycznej koinekatharewusa, język oczyszczony, mimo olbrzymich nakładów nie przyjął się en masse, choć do dziś w Grecji są ludzie dla których jest to pierwszy język; gdzieniegdzie na prowincji zachowały się też na przykład tablice z nazwami ulic czy miejscowości w tejże mowie). Pozostali też liczni muzułmanie.

Meczet w dobrudzkiej Konstancy

    Najwięcej w Albanii, Bośni i Hercegowinie, Północnej Macedonii i Serbii (wraz z Kosowem), ale przecież i Czarnogórze, Bułgarii i Rumunii ich znajdziemy. W Chorwacji raczej nie bardzo, a z Grecji zostali wypędzeni w ramach wymiany ludności po wojnach grecko-tureckich te sto lat temu. W zamian Grecja dostała nieco obcych kulturowo Greków Pontyjskich. Spora część meczetów w związku z wycofaniem się Ottomanów z Bałkanów zamieniła się w ruiny, część wróciła do swych pierwotnych funkcji – czyli cerkwi – a reszta służy pozostałym muzułmanom. Powstają też nowe – bardzo okazałe budowle – i wcale nie są sponsorowane przez Turków. Stawiają je głównie monarchie znad Zatoki Perskiej, w ramach ekspansji kulturowej i eksportu radykalnych odłamów islamu (nie oszukujmy się, tacy bektaszyci, żyjący głównie w Albanii, dla wahabity są odstępcami; na dodatek piją alkohol). Mudżahedini z krajów Zatoki czy Azji Centralnej walczyli już w czasie wojny w Bośni.

Minarety sarajewskiej starówki

    O meczetowym recyklingu jeszcze będzie, bo po Imperium Osmańskim zostały gdzieniegdzie na Bałkanach całe miasta i dzielnice. Zresztą na blogu kilka razy wspominałem już o czarszijach (jak z tureckiego zwą się owe kwartały) w Kruji, Sarajewie, Ochrydzie czy mojej ulubionej - w Skopju.

Islamska strona Ochrydy
Osmańska starówka w albańskim Beracie

    O tym, że jedna z większych postosmańskich dzielnic jest w Atenach chyba nie pisałem – Grecy zresztą chcieli by, żeby jej nie było. Z drugiej strony Plaka – położona u stóp Akropolu – jest olbrzymim magnesem dla zachodniego turysty. Ot, przecież pecunia non olet.

Plac Monastiriaki i Plaka podle ateńskiego Akropolu
    Od czasu do czasu natknąć się też można na tureckie zajazdy. Imperium Osmańskiemu mocno zależało na rozwoju podbitych krain (podatki, głupcze!), a nie oszukujmy się: w Średniowieczu Bałkany (wtedy jeszcze się tak nie nazywające) pokryła sieć głównie słowiańskich cesarstw, królestw, księstw czy despotatów, które miast zachować spuściznę Imperium Romanum z uporem godnym lepszej sprawy tłukły się między sobą (i z pozabałkańskimi sąsiadami, od Wenecji i Królestwa Węgier poczynając na koczownikach znad Morza Czarnego kończąc).

Han w Skopje
Słynny Kryty Bazar w Stambule

    Osmanowie poczęli więc odbudowywać sieci handlowe i infrastrukturę drogową. O hanach, owych zajazdach przecież pisałem wielokrotnie, czy to zachwycając się skopską starówką, czy wspominając o Bukareszcie.

Bukareszt - turecki karawanseraj

    Zachwycałem się też nad starym mostem w Mostarze. A jeśli się nie zachwycałem to powinienem. Taka tylko uwaga dla każdego kto będzie przekraczał Neretwę przez ten przepiękny obiekt: to rekonstrukcja, oryginalny łuk spinający brzegi rzeki został w czasie wojny w Bośni (Mostar leży w Hercegowinie) wysadzony przez Chorwatów. Odbudowano go z oryginalnych resztek. A. Nie polecam przechodzić po nim w deszczu – może wtedy standardowy tłok będzie mniejszy, ale śliskie kamienie tylko czekają, aż dentysta odpali działkę.

Stary Most nad Neretwą

    I w sumie po tym postosmańskim – lichym dość – przeglądzie Bałkanów (o weneckich posiadłościach też kiedyś było) powinienem ruszyć przez Trację przez Adrianopol do Konstantynopola, ale że powiedziałem A w sprawie recyklingu meczetowego, to chwilę pociągnę ten temat – bo potem zapomnę. I jako, że wpis się kończy, to trzeba będzie zrobić to w drugiej jego części.

Najsłynniejszy zrecyklingowany meczet

    Co do zapominania – właśnie. Po Osmanach pozostały jeszcze dziesiątki konstrukcji zwanych kale. A kale po turecku to twierdza. No, zamek. Od Budapesztu przez Belgrad po Tiranę czy Skopje je znajdziemy. Cóż, podbój tych terenów nie był chyba tak ostateczny jak chcieliby Osmanowie.

Belgradzki Kalemegdan
Lezha w Albanii
Kruja - siedziba Skanderbega
Twierdza Samuela w Ochrydzie - osmańska w swoim wyglądzie

    Z drugiej strony – jak mi powiedział pewien Macedończyk w Ochrydzie w knajpie z typową bałkańską postosmańską kuchnią zerkając na lecący w telewizorze serial:
    - Przez 500 lat byliśmy pod jarzmem osmańskim, a teraz w telewizji tylko tureckie telenowele...

2 stycznia 2026

Pożeglować do Bizancjum

    Pożeglować do Bizancjum to tytuł opowiadania pisarza s-f Roberta Silverberga (wydanym, zdaje się, w zbiorze opowiadań pod tym samym tytułem). W zeszłym roku stuknęło temu traktującemu o przemijaniu (temat w sam raz na pierwszy wpis w Nowym Roku, nieprawdaż?) dziełku już 40 lat. I nie straciło nic na aktualności, ludzie nadal przemijają – no, właściwie wszystko przemija, zwłaszcza od czasu przewrotu w myśleniu dokonanego dzięki lunecie, o czym zresztą wspominałem. Wbrew tytułowi samego Bizancjum w opowiadaniu nie ma – podobnie jak i w naszej rzeczywistości.

Pozostałości Bizancjum
    Taka ciekawostka – tytuł opowiadania zalewaczył pan Silverberg z wiersza irlandzkiego poety Yeatsa (muszę przyznać, że lepiej niż poezje tego twórcy znam spuściznę literacką Silverberga). Wiersz także opowiada o przemijaniu, starości i upadku dawnych cywilizacji, ale bardziej dotyka Bizancjum (a raczej czasu, gdy Konstantynopol zmieniał się w Konstantiniyye). Jako ciekawostka ciekawostki dodam, że pierwszy wers poematu brzmi To nie jest kraj dla starych ludzi. Tak, stąd wzięli go i wykorzystali późniejsi filmowcy.
Bosfor - między Europą a Azją
    Tak więc sam do Bizancjum – czy też może Byzantionu – nigdy nie żeglowałem. Wielokrotnie za to byłem w mieście po – kolejnym – rebrandingu. Acz zawsze lądem (rejsy bo Bosforze się nie liczą) – przez tereny dawnych imperiów. W tym i tak zwanego Cesarstwa Bizantyjskiego. Bo przecież było to zawsze Imperium Rzymskie. Ba, nawet po muzułmańskim władca osmański tytułował się odziedziczonym po Seldżukach tytułem Sułtana Rum. Termin Bizancjum to wynalazek nowożytnych mediewistów. Anachronizm, ale oddaje chyba istotną zmianę z łacińskiego Imperium Romanum na grecki w swej istocie twór zwany przez Romajów (znaczy: Greków; w Europie Romaioi zastąpiono Graeci kiedy następcy Karola Wielkiego uznali się za kontynuatorów Cesarstwa Rzymskiego) Rhomania – Ziemia Rzymian (Bilad al-Rum po arabsku). Ostatnim cesarzem wschodniej części Imperium który w domu mówił po łacinie (a było to gospodarstwo w dzisiejszej południowej Serbii) był Justynian Wielki. Dla mnie więc to też ostatni cesarz rzymski – po nim mówię już o Bizancjum. Jego śmierć jest też jedną z dat kończących Starożytność – bo wbrew pewności z jaką podaje się u nas 476 rok po Chrystusie nic nie jest tak naprawdę ustalone, i historycy nadal się spierają o początek Średniowiecza.
Upadek Konstantynopola AD 1453 - wizja turecka
     Może nawet udałoby się Justynianowi przywrócić chwałę rzymską i Morze Śródziemne znów stałoby się Mare Nostrum, wewnętrznym akwenem imperium, ale historia potoczyła się inaczej. Oto wybuchło kilka wulkanów, klimat się zmienił (dając Skandynawom przyczynek do legendy o straszliwej trzyletniej zimie Flumbvinter), myszoskoczki będące tradycyjnymi nosicielami bakterii Yersinia pestis z głodu opuściły swoje pustynne nory i przekazały zarazka wszędobylskim szczurom, te przyniosły go do miast Śródziemnomorza czy Bliskiego Wschodu. Wybuchła zaraza zwana dżumą Justyniana – i zachwiała potencjałem ludnościowym (czyli też wojskowym) Bizancjum i Persją Sasanidów. Dzicy Germanie żyjący po wioskach (w czasie każdej epidemii zawsze lepiej jest na wsi – vide słynny Dekameron – zwłaszcza w czasach gdy opieka zdrowotna jest niedorozwinięta albo, hm hm, niedofinansowana i w zapaści) mniej odczuli straty ludnościowe i tłumnie – podobnie jak ich pobratymcy sto lat wcześniej – ruszyli w granice odradzającego się imperium. Długobrodzi (nie, nie chodzi o krasnoludzkie plemię znane z tolkienowskiego Śródziemia, a o Longobardów) dla przykładu zajęli ogołoconą zarazą i niedawnymi wojnami Italię. Europę Wschodnią zajmować poczęli z kolei Awarowie, Turcy (Protobułgarzy właściwie) i nade wszystko Słowianie, zajmując praktycznie całą krainę zwaną później Bałkanami.
Pliska - pierwsza stolica Bułgarów
    Ta ruchawka sprawia, że ślady Bizancjum czy nawet Imperium Rzymskiego nie są tu aż tak dobrze widoczne – chociaż jest ich pełno. Wstyd się przyznać, ale jeszcze nie dotarłem do tych najważniejszych stanowisk archeologicznych z tamtego czasu: Sirmium, Naissus czy Iustiniana Prima (odpowiednio – jedna ze stolic cesarstwa, miejsce narodzin Konstantyna, wybudowana przez Justyniana w swej rodzinnej okolicy). Po prostu Serbię mam słabo spenetrowaną.
Rzymska studnia w belgradzkiej twierdzy
Rzymskie Singidunum podle galerii handlowej w centrum serbskiej stolicy
    Na ruiny romajskiego miasta z czasów przełomu Starożytności i Średniowiecza trafiłem za to w Macedonii Północnej (nie chodzi o dzisiejsze Ochrydę czy Bitolę; ani o albańskie Dürres). Opisywałem tę przygodę na blogu już – miejsce nazywa się Golemo Gradiste (czyli Gród Olbrzymów). Przynajmniej dziś, bo jak się nazywało w czasach narodzin Cesarstwa Bizantyjskiego to – po tylu najazdach – nikt już nie pamięta.
Golemo Gradiste gdzieś w macedońskich górach
    Wyjątkiem jest – nie jedynym w sumie – Kościół Mądrości Bożej w Stambule. Byłem tam już kilka razy, ale tym razem miałem nadzieję na wejście na kościelne balkony (po remoncie – restauracji właściwie – otwarto je dla zwiedzających już kilka lat temu, ale tak się złożyło, że wejść mi się nie udało), tym bardziej, że parter jest już dla giaurów zamknięty.
Kościół Mądrości Bożej
    A że Kościół Mądrości Bożej, pamiętający Justyniana i przez prawie 1000 lat będący jedną z najważniejszych świątyń chrześcijaństwa dziś – po stu latach funkcjonowania jako muzeum – na powrót jest meczetem, to "żeglując" do Bizancjum warto zwrócić uwagę na pozostałości po Imperium Osmańskim, które kilkaset lat zajmowało niemal całe Bałkany, a którego odwrót sprokurował nasz Jan III Sobieski. O czym też już zresztą na blogu było.
Pomnik Jana III Sobieskiego w Wiedniu
    W drogę więc, niczym poseł Lehistanu do Wysokiej Porty.

21 lipca 2023

Willa Marszałka

    Kiedyś, we wpisie o kolejowych niemieckich nazistowskich bunkrach koło Tomaszowa Mazowieckiego (i o panice koronawirusowej, tak przy okazji) wspominałem o wizycie w – dziś nieistniejącej już – opuszczonej willi zbudowanej dla okupacyjnego rządu PRL, czy też, jak chciała legenda, dla samego towarzysza Gierka, Pierwszego Sekretarza KC PZPR. Do tej pory nie znalazłem zdjęć owego budynku, więc musi sobie Szanowny Czytelnik wyobrazić dwupiętrowy budynek w stylu takim jakimś toskańskim, z fontanną na dziedzińcu, basenem w jednym ze skrzydeł i salą kinową w piwnicy.
    Tym razem zwiedzałem inne bunkry – podziemną jugosłowiańską bazę lotniczą Żeljawa na granicy chorwacko-bośniackiej, zaś w okolicy, również w lasach, choć tym razem górskich, pośród opuszczonych serbskich wiosek czaiła się inna willa – rezydencja Izvor (czyli po serbo-chorwacku źródło) wybudowana dla dawnego partyzanckiego przywódcy Josipa Broza – czyli Marszałka Tito, wodza Federacyjnej Socjalistycznej Republiki Jugosławii.
Baza lotnicza Żeljava
    Bunkry lotnicze były olbrzymie – dużo większe od kolejowych schronów w Jeleniu czy Konewce – willa przywódcy Jugosławii zapewne też mogła być większa od tej gierkowej, ale nie miałem pojęcia czego się spodziewać. Niby wcześniej widziałem kilka dalmatyńskich wysp onegdaj zamkniętych dla Tity oraz kompleks Gorica nad Jeziorem Ochrydzkim – ale zawsze z daleka. Tu była możliwość wejścia do środka – choć jako, że wyjazd był urbexowy raczej nie spodziewałem się kompletnego budynku.
Kolejowy bunkier w Jeleniu
    Chorwacja bowiem, w przeciwieństwie do Północnej Macedonii, nie uregulowała sprawy własności dóbr po byłej Jugosławii. Macedończycy podpisali stosowne umowy i nad Jeziorem Ochrydzkim w Goricy dziś swoją rezydencję mają prezydent i premier małej republiki. A chorwackie wille jugosłowiańskiego przywódcy niszczeją.
    - Tito miał w Jugosławii jakieś 50, no, może 55 rezydencji – pouczył mnie Macedończyk podczas wspólnego rejsu po jeziorze – Niektórych nigdy nie odwiedził. U nas podobno był trzy razy, za każdym razem z kochanką.
Jezioro Ochrydzkie
    Ale zostawmy słoneczne okolice Jeziora Ochrydzkiego i wróćmy w Góry Dynarskie, w okolice słynnych docenionych przez UNESCO Jezior Plitwickich, wszak w tym rejonie znajduje się podziemna baza lotnicza Żeljawa, z której to ruszyliśmy do Willi Izvor (oznaczanej też jako Objekt 99). Było już ciemno, a górska pogoda nas nie rozpieszczała. Padał dość zimny deszcz. Mimo to dzielnie przekradaliśmy się coraz węższą asfaltową drogą w kierunku rezydencji. Wreszcie wjechaliśmy na niewielki dziedziniec i w snopach samochodowego światła ukazał się budynek. Był ponury – i olbrzymi.
Willa Izvor wieczorową porą
    Bardziej przypominał (kolorem, bo raczej nie rozmiarem) naszą prezydencką rezydencję w Wiśle niż zapamiętaną przeze mnie foremną willę Gierka. Dalsza penetracja uświadomiła nam, że jest to olbrzymi moloch, opuszczony co prawda, ale jeszcze całkiem nieźle zachowany. Pozostały nawet drewniane boazerie w części mieszkalnej oraz – przynajmniej gdzieniegdzie – parkiet (wspaniała sprawa, wszak mieliśmy tu nocować, a na parkiecie drewnianym zawsze lepiej niż na betonie czy kamieniu; dodajmy, że padało i byliśmy w górach).
Część mieszkalna willi
    Jakim wspaniałym obiektem – z racji położenia – hotelowym mogłaby ta budowla zostać. Niczym nie ustępowałaby słynnemu hotelowi z "Lśnienia", niedaleko Plitwice, masa gór gotowych do wykorzystania zimą, ślady po filmach o Winnetou...
Jeziora Plitwickie
Bistro Winnetou
    To znaczy: mogłaby zostać te dziesięć lat temu. Teraz chyba jest już za późno. Dach w wielu miejscach zaczyna się już walić, a miejscowy klimat (no, albo pogoda – to zależy co na ten temat powiedzą eksperci od globalnego ocieplenia) tylko czeka by do końca zniszczyć wnętrza.
Główny hall willi
    Sama konstrukcja podejrzewam, że jest dość solidna, więc szkielet willi będzie straszył w okolicy jeszcze wiele lat – aż w końcu całkowicie zarośnie lasem.
    Co oczywiście Chorwatom nie przeszkadza – bo choć sam Tito był ich krajanem, to spuścizna jugosłowiańska nieodmiennie kojarzy im się z Serbami. A to właśnie Serbia jest prawnym spadkobiercą majątku jugosłowiańskiego, więc Chorwaci nie zamierzają nawet palcem kiwnąć by ocalić albo wykorzystać tego – i wielu innych – budynków. A zniszczyć – tak jak miejscowe nadleśnictwo zaorało podtomaszowską willę Gierka – też nie mogą: wtedy odezwaliby się Serbowie, że niszczona jest ich spuścizna, i zaczęliby dążyć do odzyskania serbskich majątków po obywatelach Chorwacji pochodzenia serbskiego wypędzonych w latach 1991-94. Sytuacja jest więc dość patowa – i willa będzie dzięki temu status quo powoli niszczała. Trochę szkoda.
Dziedziniec willi
    Ale póki stoi można ją spokojnie zwiedzać, a nawet – jeśli komuś nie przeszkadza zimno, wiatr, wilgoć i ciemność – w miarę bezpiecznie przenocować (przynajmniej póki dach nie zaczyna się walić). Wspaniałą atrakcją jest na przykład kolacja jedzona z dawnego stołu bilardowego – z latarkami jako jedynym źródłem światła i latającymi nad głową nietoperzami, głównymi obecnie lokatorami rezydencji Izvor.
    Tajemnicą też pozostaje czy – ponieważ Tito miał kilkadziesiąt rezydencji – jugosłowiański dyktator kiedykolwiek odwiedził to miejsce. Jest to prawdopodobne, choć mądrość ludowa murale w rezydencji twierdzą jednoznacznie, że nie.
Mądrości muralowe


Z OSTATNIEJ CHWILI: No i wygląda, że coś się zmieniło. Napisałem bowiem o Objekcie 99 zachęcając do odwiedzin, a tu dosłownie chwilę po wizycie willę przejęła dyrekcja Parku Narodowego Jezior Plitwickich. I będzie robić tam centrum edukacyjne. Cóż następne miejsce mogę dodać do zakładki "never forget"...
Never forget

17 lipca 2023

Podziemne lotnisko

    Jugosławia powstała jako Królestwo Serbów, Chorwatów i Słoweńców w wyniku zawieruchy na Bałkanach po Wielkiej Wojnie, kiedy to rosnące od kilkudziesięciu lat Królestwo Serbii połknęło świeżo powstałe po rozpadzie Austro-Węgier Państwo Serbów Chorwatów i Słoweńców (wedle znajomego Chorwata była to praprzyczyna czystek etnicznych lat 40. i 90. XX wieku oraz pomniejszych akcji wynaradawiających pomiędzy, ale o tym może później). Po roku 1945, kiedy wypędzono serbską dynastię królewską Karadziordziewiczów Jugosławia się nie rozpadła – mało tego, na nowo zjednoczył ją i trzymał żelazną ręką chorwacki komunista, marszałek Josip Broz, czyli Tito. Drug, jak go również nazywano, stworzył z Jugosławii całkiem bogate państwo (do dziś cieszy się on estymą w wielu miejscach dawnego kraju) i – zgrabnie lawirując między Wschodem a Zachodem (choć różnie o tym mówiono – vide Golicyn) został liderem państw Trzeciego Świata, czyli tych w większości biednych krajów, o które nieraz i zbrojnie walczyły dwa obozy czasów Zimnej Wojny.
    A jak Zimna Wojna – to i strach przed atomową zagładą.
Prawdopodobny zakład ubogacania uranu w Prypeci w ZSRS
    Jugosławia, jako lider tak zwanego ruchu państw niezaangażowanych sama broni atomowej nie posiadała (w Polsce ZSRS trzymało głowice), ale zabezpieczyć się na wypadek ataku zawsze dobrze by było – więc stwierdzono, że zbudujemy podziemną bazę lotniczą Żeljawa. Jako, że dziś jest ona już opuszczona, podłączyłem się pod grupę fanów urbex-u i ruszyliśmy na Bałkany.
Jedno z czterech wejść do kompleksy Żeljava
    Oczywiście, jak lotnisko, to i cała infrastruktura – na górze Pljesziwica pod którą ukrywały się hangary znajdowała się olbrzymia stacja radarowa – przyczynek do opuszczenia bazy, ale o tym później – niestety, była dość zimna wiosna, i zaśnieżone Góry Dynarskie nie pozwoliły nam dotrzeć do pozostałości radaru. Popłoszyliśmy tylko kilka saren – dziś, dzięki rozminowaniu przez społeczność międzynarodową pól minowych z lat 90-tych zeszłego stulecia swobodnie hasających po zalesionych szczytach na granicy chorwacko-bośniackiej (bo dziś baza znajduje się właśnie na granicy tych dwóch państw – kolejny gwóźdź do trumny podziemnego lotniska).
Plesivica - Góry Dynarskie
Sarna
    Niedostępny, bo zamknięty, był też niedaleki zajazd Winnetou – nazwany tak na cześć słynnego Indianina, którego przygody w słynnej jugosłowiańsko-enerdowskiej serii powstawały właśnie w okolicach Żeljawy.
Bistro Winnetou
    Warto dodać, że samo położenie bazy wcale nie było tajne – ba, była ona powodem dumy dla jugosłowiańskich włodarzy. Pech chciał, że potężne konstrukcje ukończono w roku 1989 – akurat gdy Zimna Wojna się kończyła, a Jugosławia właśnie dożywała swoich dni.
    Sama baza – opuszczona, zakurzona, ciemna – jest ogromna. Zdjęcia zapewne nie oddadzą tego ogromu – mieściło się w środku kilkadziesiąt radzieckiej konstrukcji MiG-ów.
Tunel wjazdowy
    Nie oddadzą też fotografie wspaniałych właściwości akustycznych i echa, które rozlega się w ciemnych korytarzach – mrocznych niczym krasnoludzka Moria.
Podziemne korytarze
    Wielką gratką dla miłośników urbex-u są pozostałości infrastruktury: kwatera dowodzenia, generatory, zbiorniki na paliwo. Wycofujące się wojska jugosłowiańskie planowały wysadzić bazę, ale skoro miała ona przetrwać atak atomowy, to kilka ton TNT nie mogło zrobić na niej wrażenia. I nie zrobiło. Schron wytrzymał.
Prawdopodobna sala odpraw
    Na zewnątrz zachowały się też pasy startowe i opuszczone koszary – oraz amerykański DC-7 – jako państwo Trzeciego Świata Jugosławia kupowała broń i na Wschodzie i na Zachodzie.
DC-7 czyli Dakota
    Mimo swojej potęgi w konfliktach w Jugosławii Żeljawa nie odegrała właściwie żadnej roli. No, może wykreowała jednego chorwackiego bohatera – w latach 80-tych XX wieku jugosłowiańska armia składała się już głównie z Serbów, ale w koszarach w Żeljawie służył także jeden chorwacki pilot. Po ogłoszeniu niepodległości zawinął jeden z samolotów i poleciał nim do Zagrzebia. Dziś maszyna ta dumnie jest eksponowana w niedalekim muzeum wojskowym. Sama baza finalnie opustoszała zaś w 1994 roku – wtedy też jugosłowiańskie wojska podjęły próbę zniszczenia jej – jak wiemy nieudaną. Niestety dla Chorwatów położenie lotniska na granicy państwowej (jedno z wyjść ze schronów znajduje się po bośniackiej stronie – podobno czają się tam miejscowi pogranicznicy, gotowi przyjąć łapówkę: wszak wychodząc tamtędy nielegalnie przekracza się granicę) uniemożliwiło wykorzystanie go militarnie.
Współczesne ślady Serbii w bazie
    Dlaczego – mimo, że wojna w Chorwacji skończyła się w 1991 roku – wojska jugosłowiańskie (oficjalnie nie zaangażowane w konflikt w Bośni 1992-95), czyli serbskie, wyjechały stąd dopiero trzy lata później? Otóż efektem konfliktu chorwackiego było powstanie na terenie kraju – sytuacja analogiczna jak w Bośni – quasi-niepodległego państwa Serbów – Republiki Krajiny i (a także Zachodniej Slawonii, Baranji i Zachodniego Sremu - to państewko istniało do 1998 roku) ze stolicą w Kninie. Franjo Tudźman (prezydent Chorwacji) nie bardzo mógł coś z tym tworem zrobić, zwłaszcza, że wespół z Slobodanem Miloszewiczem (prezydent Jugosławii) knuł jak tu rozebrać pogrążoną w wojnie domowej Bośnię. W 1994 roku sytuacja międzynarodowa delikatnie się jednak zmieniła – i Chorwacja (zapewne za rezygnację z planów rozbioru sąsiada i zaprzestanie walk boszniacko-chorwackich) otrzymała pomoc USA, mocno zaniepokojonych tym, że prorosyjscy Serbowie mają w swoich rękach potężny radar w bazie Żeljawa – czytający ruchy samolotów w całej niemal środkowej i południowej Europie.
Stary Most w Mostarze - odbudowany po wojnie
    Serbowie musieli więc wynieść się z okolic bazy – i dziś nie tylko koszary, ale i okoliczne wioski straszą opuszczonymi budynkami. W poprzednim wpisie pisałem dlaczego nikt o to nie zadba: skoro to jest serbskie, Chorwaci nie będą tego odbudowywać – bo a nuż Serbowie wrócą. Zresztą w okolicy jest jeszcze jeden ślad dawnej świetności Jugosławii – Objekt 99 czyli willa Izvor (czyli po chorwacku i serbsku źródło, zdrój) samego Marszałka Tito.

7 lipca 2023

Niezakończona wojna

    W kilku poprzednich bałkańskich wpisach wielokrotnie wspominałem o toczących ten region konfliktach – niektórych poważniejszych, innych mniej – i choć nie jest to miła tematyka, to wojna jest niestety nierozerwalnie związana z ludzką naturą. Na Bałkanach widać to bardzo wyraźnie, wszak przez cały XX wiek wrzało.
Bałkany - tygiel kulturowy
    I – wspominałem o wojskowych serbskich ciężarówkach jadących na granicę z Kosowem – nie zanosi się na to, żeby na dłużej zagościł tam spokój.
Mural w dawnej jugosłowiańskiej bazie wojskowej:
"Kosowo jest Serbią"
    Najlepiej chyba widać to w Bośni i Hercegowinie – gdzie wciąż są zapomniane pola minowe i liczne dziury po kulach. Także w stolicy kraju, Sarajewie.
Panorama starego Sarajewa
    Uroczo położone miasto w XX wieku na międzynarodowej arenie pojawiło się trzykrotnie – z tego dwa razy było to związane z krwawymi konfliktami. Wszak to tu, na Moście Łacińskim padły dwa strzały rozpoczynające Wielką Wojnę.
Most Łaciński, miejsce zamachu na arcyksięcia Franciszka Ferdynanda
    Oczywiście konflikt i tak by wybuchł – nie po to Cesarstwo Niemieckie od lat się zbroiło, żeby teraz jeszcze mocniej nie rozpychać się na mapie. Nawet samo zabójstwo arcyksięcia Franciszka Ferdynanda i jego morganatycznej małżonki przez serbskiego studenta Principa wcale nie musiało być iskrą na beczce prochu. Ale zostało – i w przeciągu czterech lat zginęło kilka milionów ludzi (a nie liczymy wojen następczych, jak białych z czerwonymi w Rosji czy polsko-radzieckiej, pandemii czy klęsk głodu). Te tragiczne wydarzenia zostały jednak wymazane z pamięci miasta kilkadziesiąt lat później, podczas trzyletniego oblężenia w czasie wojny bośniackiej. Dziś przypomina o nich tablica na wciąż istniejącym Moście Łacińskim – i replika pojazdu arcyksięcia, którą można w sezonie przejechać się po centrum Sarajewa.
Atrakcja dla turystów
    Natomiast tragiczne wydarzenia z lat 90-tych zeszłego wieku nadal są żywe. Na ulicy Marszałka Tito – słynnej alei snajperów – płonie Wieczna Watra, olbrzymi znicz ku czci poległych.
    - My – stwierdziła koleżanka która przez te trzy lata oblężenia jako dziecko mieszkała w Sarajewie – mówiliśmy na to: rosyjska ruleta; nigdy nie wiedziałeś, czy przechodząc przez aleję wrócisz do domu, czy cię serbska kula dosięgnie.
    Swoją drogą koleżanka opowiadała też, jak to gdy bawiła się na placu zabaw z kolegami ogień snajperski otworzyła do nich nauczycielka geografii. Można by tu rzucić żarcik, że widocznie nie uważała na lekcjach, ale byłoby to nie na miejscu. W tej konkretnej sytuacji nikt nie zginął, ranny został jeden z żołnierzy ewakuujących dzieci, ale pokazuje ona tragizm i jakiś taki surrealizm wojny w Bośni. Po porozumieniu w Dayton w 1995 roku nauczycielka otrzymała wyrok więzienia.
Ślady po kulach w centrum Sarajewa
    Zresztą w mojej opinii konflikt w Bośni i Hercegowinie nie jest zakończony. Wygaszony, owszem. Kraj podzielono według kryterium etniczno-religijnego na Republikę Serbską i Federację Bośni i Hercegowiny zamieszkałą przez Boszniaków i Chorwatów. Spowodowało to spore wewnętrzne przemieszczenia ludności – po obu stronach tej niewidzialnej linii demarkacyjnej pozostał majątek przesiedleńców, który niszczeje. Serbowie nie chcą remontować domów pobośniackich i pochorwackich, bo przecież gospodarze mogą kiedyś wrócić, więc nie ma co im powrotu ułatwiać. Podobnie rzecz się ma z serbskim majątkiem w części muzułmańsko-katolickiej. Widok podziurawionych kulami ruder jest charakterystyczny dla całego państwa. A, żeby ktoś nie pomyślał, że w Bośni walczyły tylko dwie strony: zabytkowy most w Mostarze zniszczyli Chorwaci w czasie walk z Boszniakami. Wszystkie strony dopuszczały się też czystek etnicznych.
Odbudowany Stary Most na Neretwie w Mostarze
    Dziś Bośnią i Hercegowiną zarządza trzyosobowe kolegium z jednym prawosławnym Serbem, jednym Chorwatem-katolikiem i jednym muzułmańskim Boszniakiem. I chyba wszyscy zdają sobie sprawę, że to stan trochę tymczasowy, uniemożliwiający normalne funkcjonowanie kraju.
    - Czy wojna znowu wybuchnie? - zapytałem znajomego Bośniaka z podsarajewskiej Vogoszczy; Vogoszcza to niewielkie miasteczko tuż obok Sarajewa, całkiem nieznane, bo w przeciwieństwie do pobliskiego Visoko nie ma tak zwanych piramid będących celem odwiedzin Teoretyków Starożytnej Astronautyki.
    - Nie – odparł stanowczo.
    - A kiedy będzie tu normalnie?
    - Nigdy.
    Osobiście nie byłbym pewien, czy miejscowi nie chwycą za broń kiedy sytuacja do tego dojrzeje – choć może się to wydarzyć za wiele lat, ludzie tu są zawzięci i pamiętliwy, a krwi przelało się zdecydowanie zbyt dużo. Na tą chwilę jedynymi widocznymi przejawami konfliktu jest bazgranie po tablicach z nazwami miejscowości (jak w Macedonii): w części serbskiej zamalowywane są informacje pisane łacinką, a w Federacji pod sprejem znikają litery cyrylicy.
Zamazane znaki w Federacji Bośni i Hercegowiny
    Do tego dochodzą napisy na murach – kiedyś była to jedyna forma wyrażania emocji przez ulicę, dziś przeniosła się ona głównie do internetów, ale dalej warto czytać takie graffiti. Jak choćby to, uwiecznione przeze mnie na obrzeżach Belgradu, a mówiące o dowódcy wojsk serbskich w czasie wojen w Chorwacji i Bośni, Ratko Mladiciu.
Murale na przedmieściach Belgradu - "Ratko Mladić - bohater"
    
Ocena społeczności międzynarodowej tej postaci jest zgoła inna.
    A. Ten trzeci raz kiedy Sarajewo zaistniało w szerokim Świecie to były Zimowe Igrzyska Olimpijskie 1984. Pozostało po nich trochę ruin i jedno czynne lodowisko.

Najchętniej czytane

Kłujki

     Na koniec opowieści o Cykladach powrót na Ios . O wyspie tej wspominałem zdaje się przy okazji pożarów w rejonie Morza Śródziemnego i...