Tłumacz

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szkocja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szkocja. Pokaż wszystkie posty

7 sierpnia 2026

Pub

    Był całkiem pogodny – jak na Szkocję – dzień (wszak Dundee reklamowało się jako najbardziej słoneczne miasto całej krainy) a ja akurat zdobywałem wdrapywałem się wchodziłem szedłem na górujące nad miastem wzgórze zwane Dundee Law.
Dundee Law
    Po drodze mijałem różne chynchy, RODOS-y (zgadza się, Rodzinne – czy tam Robotnicze – Ogródki Działkowe Otoczone Siatką to nie tylko polska specjalność; te szkockie są równie parchate co nasza i nic wspólnego, poza nazwą, nie mają z ową śródziemnomorską wyspą swego czasu zdobytą na Bizantyjczykach przez piratów joannitów operujących wtedy z Cypru), przedmieścia czy puby. Zgadza się, o tej ostatniej ostoi brytyjskości zapowiadałem kiedyś osobny wpis (a jak nie zapowiadałem, to miałem zamiar; obiecać to prawie jak zrobić, tu działa podobny mechanizm) i oto jest. Przynajmniej trochę. Więc kroczyłem ku szczytowi Dundee Law, gdy wtem:
    - Wejdź do nas, stary przyjacielu! - rozległ się skrzekliwy głos.
    Rozejrzałem się – nie Gandalf mnie nawoływał, a miejscowy stary Szkot. Stał oparty o framugę mijanego pubu, i zamiast fajkowego ziela palił zwykłego szluga (zdaje się, że poprawnie powinno być: i palił zwykły szlug; ech, ta nasza cudowna mowa).
    - Jak będę wracał! - obiecałem, i rzeczywiście, skoro obiecałem to na powrocie wstąpiłem na jedno piwo. Czy inne ale. Nie pamiętam, szczerze mówiąc, było to jakieś dwadzieścia lat temu.
    Pamiętam, że pub nazywał się The High Corner. Od czasu bowiem zdaje się ohydnego bufona wielkiego reformatora Henryka VIII angielskie – i szkockie potem, za Stuartów – lokale z wyszynkiem musiały mieć nie tylko nazwę, ale i widoczny szyld. Znając chciwego Tudora chodziło zapewne o jakieś podatki.
The High Corner i lokalny Szkot
    W każdym razie lokal wyglądał w środku jak typowy brytyjski pub. W tym akurat – sądząc po przekroju wiekowym klientów i wczesnej popołudniowej godzinie zwykli przesiadywać lokalni właściciele wspomnianych wyżej RODOS-ów. W prawdziwym bowiem pubie zawsze przesiadują tylko lokalsi – choć oczywiście bona fide wędrowiec zawsze jest miło przywitany, jak ja tamtego dnia. Spełnia bowiem nie tylko pub rolę miejsca do spożywania alkoholu czy zakąsek, ale jest również spoiwem lokalnej społeczności. Któregoś razu trafiłem do lokalu, w którym gromadzili się członkowie (wraz z przyjaciółmi) amatorskiego klubu sportowego. W innym pubie obok pili – i wymieniali informacje – filateliści. W kolejnym – kolejarze. Może to efekt stratyfikacji społecznej w Wielkiej Brytanii, może przywiązanie do swojego małego zakątka. U nas w Polsce raczej tak nie ma. Bary osiedlowe już wymierały kiedy dobiła je panika koronawirusowa, na wsi zaś powoli do lamusa odchodzą typowe gieesy. U mnie sklep spożywczy też już upadł – a spełniał przecież taką samą funkcję socjalizującą jak brytyjskie puby. Oto zawsze w Niedzielę po Mszy Świętej lokalni gospodarze spotykali się przy symbolicznym kieliszku wódki (kto by się tam piwem zamulał) i omawiane były najnowsze decyzje władz samorządowych, wymieniano lokalne plotki informacje oraz politykowano. Tak, wiem, w czasach telefonów komórkowych i internetów takie magle czy spelunki tracą niby rację bytu, ale – by Jove – czyż nie lepiej jest porozmawiać twarzą w twarz? Zwłaszcza, że gros informacji i emocji przekazujemy sobie w sposób niewerbalny. Koniec świata.
The World's End i Autor (foto: P. Strzelczyk)
    W Wielkiej Brytanii te małe społeczności nadal mają swoje centra integracji – powstałe oddolnie, więc nie trzeba budować jakichś świetlic czy czegoś. Z racji obecności alkoholu czy bekonu puby też skutecznie bronią się przed tym, przed czym Zjednoczonemu Królestwu pro maior pars obronić się nie udało – przed inwazją obcych kulturowo imigrantów, pochodzących głównie z dawnych brytyjskich kolonii. Cóż, przegrali imperium, to teraz mają. Nam, jak straciliśmy mocarstwową pozycję los zgotował rozbiory, Brytyjskie superpaństwo było odrobinę większe od RON, więc i dekonstrukcja musi trochę potrwać. Ot, jak mawiał angielski dramaturg z czasów przed powstaniem Imperium, to są zwyczajne dzieje.
Ye Olde Watling - zbudowany przez Sir Christophera Wrena
Ye Olde Trip To Jerusalem - podobno najstarszy pub w Anglii
    Póki co jedyną rzeczą jaka wpłynęła na funkcjonowanie brytyjskich pubów jest zakaz palenia. Moda te przyszła też do Polski, i obecnie w gastronomi nie pali się papierosów. Z jednej strony jest to ograniczenie wolności i zubożenie kultury (wystarczy sobie poczytać książki, pooglądać filmy – papieros był obecny przez kilkadziesiąt lat, do tego w okresie gwałtownego rozwoju popkultury), z drugiej... Nie, nie będzie tu epistoły o tym, że palenie tytoniu szkodzi. Jeden śp Dziadek palił kilkadziesiąt lat, dożył prawie setki, inna śp Babcia też paliła, zmarła na raka płuc (pracownik służby zdrowia – nie chcę powiedzieć, że lekarz – nie zauważył był początków nowotworu, a później było – nomen omen – za późno). Na pewno substancje wdychane nie pomagają. O tytoniu zresztą na blogu było (każdy sobie zobaczy, czy wspominałem tam także o tym, że z racji trujących właściwości papierosa nasi genialni himalaiści z Jerzym Kukuczką na czele w czasie wysokogórskich ekspedycji jarali jeden za drugim; kwestia podtrucia czadem, opowieść na inny raz).
Andy, nie Himalaje, zdobywane przez Autora bez papierosa - i bez liści koki
    Kiedy zamieszkałem w Łodzi zakaz palenia w lokalach jeszcze nie obowiązywał, i w całym mieście było tylko jedno miejsce w którym w środku się nie paliło. Był to słynny bar Anna (lokal powstał tam w 1912 roku), gdzie pili żule, studenci i pracownicy urzędu miasta (co oczywiste, nie należałem do tej trzeciej grupy). Swego czasu w pubie bytowała bowiem papuga, i dym papierosiany niezwykle ptaka drażnił, w związku z tym palący musieli opuścić główną salę. Gromadzili się w niewielkim przedsionku, gdzie – z racji dymu – słońce nigdy nie zaglądało. Przed wejściem należało więc wziąć głęboki wdech i przedrzeć się przez błękitny tuman. Oznaczało to, że i tak po wizycie w Annie człowiek śmierdział jak popielniczka. I to w sumie jest powód, dla którego, mimo żalu, zaakceptowałem zakaz palenia. Młodzież nie zdaje sobie sprawy, jak – w latach 70-tych, 80-tych czy 90-tych wszystko śmierdziało. Od mieszkań przez restauracje po środki komunikacji publicznej (przecież w pekaesach w siedzeniach były spiołki montowane). Dla węchowca, jakim jestem, była to straszna spawa (mimo, że przecież od małego człowiek wzrastał w takim środowisku). Ale to już przeszłość. Pub Anna też nie przeżył paniki koronawirusowej (i pewnie wzrostu kosztów utrzymania). Ciekawe, jaka dziś jest kondycja brytyjskich lokali. Po pandemii nie byłem.
Strefa dla palaczy na jednym ze współczesnych łódzkich dworców

29 maja 2026

Edinbra is a krejt taun

    Następnym przystankiem po wyruszeniu z Dundee miał być Edynburg, ninie stolica Szkocji. Przyznam się szczerze, że to akurat takie miasto w Wielkiej Brytanii, które lubię odwiedzać. Przede wszystkim dla tego, że ma starówkę. Stare i Nowe Miasto wpisane zostały na Listę Dziedzictwa Ludzkości UNESCO, choć są zupełnie inne. Najlepiej Edynburg odwiedzać w sierpniu – wtedy w centrum tętni tam życie (a poza centrum... a poza centrum to obejrzyjcie sobie Trainspotting, albo przeczytajcie; swoją drogą oryginalna książka została napisana po szkocku), odbywa się multum różnych festiwali.
Royal Mile w czasie sierpniowych festiwali
Royal Mile gdy festiwali brak
    Akurat gdy wracałem nie było sierpnia. Co oznaczało, że Edynburg stawał się nieco sennym, acz nadal całkiem ładnym miasteczkiem. Usiadłem więc sobie na ławeczce, zdaje się, że niedaleko pomnika sir Waltera Scotta (to inny Scott niż ten odkrywca z Dundee; ten był pisarzem, twórcą Ivenhoe'a) – w przyszłości miała niedaleko powstać statua upamiętniająca Niedźwiedzia Wojtka – i tak se siedziałem. Gdy wtem! W pole widzenia weszły dwie – bo ja wiem – jedenastolatki. Był biały dzień, nieco słoneczne popołudnie, a dziewczynki były kompletnie pijane. Może wśród zachodnich społeczeństw i celebrytów jest to coś normalnego, ale mnie napełniło szokiem, zażenowaniem i odrazą (a było to jakieś naście, raczej nie dziesiąt, lat temu; nadal mnie to zresztą owymi uczuciami napełnia). Jedno z dzieci podeszło do mnie i coś zabełkotało – wypity alkohol nie pomagał, ale mówiła ze szkockim akcentem (na przykład Edinbra is a krejt tałn miast Edynboł is a głej tałEdinburgh is a great town). Przyznam się szczerze, że nie wiedziałem jak zareagować. Całe szczęście na horyzoncie pojawił się radiowóz. Na widok policjantów dziewczynki jęły uciekać. Jedna wybrała losowy kierunek i przydzowniła w pobliski słup, druga, ta gadająca, z wielką butlą coli w ręce zrobiła dwa kroki, nogi jej się rozjechały i upadła.
    - Znasz je? - zapytał policjant zbierając nieco wyrywające się dzieci.
    - Nie – odparłem zgodnie z prawdą, acz z pewną nutką niepokoju; wiadomo co to sobie wymyślą tacy szkoccy stróże prawa?
    W tym czasie drugi policjant podniósł butelkę z colą, otworzył, powąchał, i wylał zapewne oktanową substancję za pobliskie ogrodzenie. Po chwili dziewczynki siedziały w samochodzie, a ja zostałem na ławeczce sam z myślami o upadku zachodniej cywilizacji. Przechodzące obok hinduskie dzieci były trzeźwe.
Monument Sir Waltera Scotta i edynburskie planty
    Może zresztą przemawia przeze mnie zaścianek, może po prostu nie nadążam za trendami? Dawno nie byłem u nas w stolicy, może pod Prąciem Stalina dziś też takie rzeczy się dzieją, i dogoniliśmy Zachód? Ale chyba nie, na Sylwestra u nas ciągle płoną fajerwerki a nie samochody. Nie ważne zresztą, wróćmy do tego Edynburga. W języku gaelickim – szkockim celtyckim – to Dun Edin, Gród Edwina (książka Trainspotting napisana została po szkocku germańsku; ów dialekt różni się od angielskiego bardziej niż serbski od chorwackiego, ot, polityka językowa). Miasto leży na terenie Lothian, kolejnego z piktyjsko-celtyckich królestw z wczesnego średniowiecza – to wyjaśnia czemu jeden z czołowych klubów piłkarskich nazywa się Hearts of Midlothian (druga edynburska drużyna to Hibernians – na cześć przybyszów z katolickiej Irlandii; protestancko-katolickie walki między kibicami w Edynburgu nie są tak znane jak między Rangers i Celtic w Glasgow, acz uznawane za bardziej krwawe). Związki z Celtami – głównie historyczne – pozostają jednak dość silne. Charakterystyczne pochyłe wzgórze górujące nad miastem zwie się Arthur's Seat, Krzesło Artura. Tak, chodzi o tego legendarnego króla, który miał stąd spoglądać na jakąś batalię czy na to, na co legendarni władcy spoglądają. Postać ta wiązana jest najczęściej z południem Brytanii, ale jest też koncepcja, że cała arturiańska epopeja dzieje się na północy, w Szkocji, gdzie Brytowie z Ait Clud (Strathclyde, kolejne z przedszkockich królestw, ze stolicą w Dunbarton koło Glasgow) również walczyli z anglosaskimi najeźdźcami (w tej teorii Artur jest jednym z celtyckich królów). Generalnie wczesne Średniowiecze w Szkocji to cała karuzela wojen, najazdów i interesujących postaci, wielka szkoda, że wżeniony w wschodnich Piktów Kenneth MacAlpin z Dalriady (zachodnie królestwo założone przez pochodzących z Irlandii Szkotów) zjednoczył całe to towarzystwo. A. Właśnie. W jednej z jaskiń w wulkanicznym masywie Arthur's Seat znaleziono w XIX wieku tajemniczy cmentarz karłów (znaczy, 17 niewielkich trumienek z drewnianymi figurkami). Hobbici, Krasnoludowie i Teoretycy Starożytnej Astronautyki nie wzięli się znikąd.
Arthur's Seat i szkocka pogoda
    Arthur's Seat i leżące obok Sailsbury Crags to nie jedyne pozostałości po prehistorycznych wulkanach w Edynburgu. Calton Hill z kopią ateńskiego Partenonu (oryginalne fragmenty znajdują się w Londynie) to dawna wulkaniczna wychodnia, a samo Stare Miasto z ową Royal Mile leży na pochylonym przez lądolód wulkanicznym kominie.
Calton Hill i replika Partenonu
    Royal Mile – główna ulica miasta, coś jak Piotrkowska w Łodzi – ma, nomen omen, długość mili. Ciągnie się od edynburskiego zamku (dziś przechowywane są tam zwrócone przez Anglików szkockie insygnia królewskie) po ruiny opactwa Holyrood, do którego przylega tak samo zwący się pałac, rezydencja władców Szkocji (dziś jest nim Niemiec o imieniu Karol). Całkiem niedawno vis-a-vis pałacu, na fali szkockiego independyzmu wybudowano ohydnej urody modernistyczny gmach szkockiego parlamentu. Przeprowadzono nawet referendum niepodległościowe, ale minimalną większością Szkoci opowiedzieli się za pozostaniem w Zjednoczonym Królestwie. Było to jednak przed tak zwanym Brexitem, a dziś rząd centralny jakoś nie kwapi się przeprowadzać następnego plebiscytu. Co ciekawe, w przeciwieństwie do Katalonii, za referendum niepodległościowe nikt nie poszedł siedzieć.
Zamek w Edynburgu - jeden koniec Royal Mile
Katedra św Idziego przy Royal Mile
Dom Johna Knoxa, szkockiego Kalwina
Parlament podle Pałacu Holyrood - drugi koniec Royal Mile
    Swoją drogą szkoccy lojaliści jakoś swojej szkockości się nie wstydzą, i z zapałem pałaszują haggisa przepijając go whisky. Ten nadziewany kaszą i podrobami barani żołądek – uboższy krewny naszej bezkrwistej kaszanki (z krwią mają tu black pudding, ale szału nie ma) – to niewielki jaśniejszy punkt w gwiazdozbiorze smutnej brytyjskiej kuchni – brytyjskiej, bo Anglicy twierdzą, że haggis to ich wynalazek; whisky pochodzi z Irlandii, gdzie jest nieco smaczniejsza. Nie wali tak torfem i trociną; w Szkocji są trzy destylarnie robiące lowlands whisky – zamiast torfu używa się tam węgla kamiennego – i to chociaż trochę nadaje się do picia.
Destylarnia Glenkinchie - produkująca lowlandy
    Kiedyś w Edynburgu był lokal serwujący haggisa jako fast-food i nie ukrywam, że pomysł ten wspaniale przypadł mi do gustu. Kilka lat później usiłowałem go odnaleźć, ale okazało się, że upadł. Przegrał z jakimiś tandoori czy innymi masalami (swoją drogą kurczak tikka masala powstał w... Glasgow). Koniec świata.
Koniec Świata i Autor, mniej więcej w połowie Royal Mile (foto: P. Strzelczyk)
    Tak zwie się pub na Royal Mile, w miejscu gdzie kończyły się mury miejskie, mniej więcej w połowie traktu. W szczęśliwych czasach przed bramą miejską odbywały się publiczne egzekucje, więc dla wychodzącego skazańca rzeczywiście kończył się świat. Choć to oczywiście przenośnia, prawdziwy Koniec Świata znajduje się nieopodal Kalisza. Więc i ja ruszam w dalszą drogę do Polski, wszak muszę udowodnić W. Sz. Czytelnikowi, że w podróży przydał mi się makrozoobentos.
Prawdziwy Koniec Świata

22 maja 2026

Najbardziej słoneczne miejsce w Szkocji

    Jak wspominałem w poprzednim wpisie, dzięki światłym decyzjom rządzących utknąłem w krokodylu Dundee (trzeba czytać Dan-dii-i, z akcentem na drugie d), reklamującym się jako najbardziej słoneczne miasto Szkocji. Logotypem miejscowości jest słoneczko, coś jak u nas w Mielnie. Tylko nad Morzem Północnym. Nie no, żartuję, całkiem udatne piaszczyste plaże Dundee miało troszkę dalej od centrum, chociażby w Broughty Ferry, satelickim miasteczku słynącemu z niewielkiego zamku.
Zamek Broughty Ferry, broniący dostępu do piaszczystych plaż estuarium rzeki Tay
    Właśnie. Szkocja usiana jest wręcz zamkami (w samym Dundee są trzy) – przez wieki był to bowiem niezwykle dziki kraj, i taka kamienna forteca lepiej się w stosunkach międzysąsiedzkich sprawdzała niż nasze nawet obronne (wiecie, takie z alkierzami umożliwiającymi skuteczniejsze prowadzenie ognia) dworki. Albo u nas ludzie bardziej cywilizowani.
Breamer - jeden z licznych szkockich zamków
    Tu powinienem zażartować, że Szkoci to naprawdę dzielny lud, jako, że chodzą w kieckach bez majtek w kraju, gdzie osty i pokrzywy dorastają do metra wysokości, ale ponieważ nie staram się o angaż do Familiady to nie zażartuję. Tym bardziej, że słynny kilt to angielski wynalazek, a oset ów – jakby nie było narodowy kwiat Szkocji (vide Order Ostu, najważniejsze chyba szkockie odznaczenie) – po naszemu zwie się popłochem. Ależ psikuśnicy z tych naszych botaników-systematyków.
Szkocki oset czyli popłoch - w tle Jezioro Ness
    Samo Dundee okazało się typowym brytyjskim miastem. Znaczy się było niezbyt urodziwym ośrodkiem z główną ulicą, wzniesionym z szarego kamienia. Prawie cała Szkocja jest taka, z wyjątkiem pasa ciągnącego się od Arbroath na wschodzie po Glasgow na zachodzie. W tym rejonie występuje bowiem Old Red Sandstone, taki czerwono-brązowy, ceglasty, piaskowiec, więc i miejscowości są tej barwy.
Próby tynkowania szarego kamienia w centrum Dundee
    Nad centrum (szkoda mi zużywać określenia stare miasto) góruje Old Steeple, średniowieczna wieża, pozostałość po takimż gotyckim kościele (ten dobudowany jest neogotycki). Dziś tą najwyższą w Szkocji zabytkową dzwonnicę otacza galeria handlowa, dla upijającej się w niej młodzieży spełniająca rolę świątyni. Jak ktoś się interesuje lekkoatletyką, to pewnie zaświeciła mu się lampka na słowo steeplechase – tak zwie się przecież bieg na 3000 metrów z przeszkodami (w tym i słynnym rowem z wodą). Chodziło tu o to, że pierwotnie zawodnicy mieli dobiec do górującej na horyzoncie wieży (steeple), po drodze przeskakując płoty czy kanały melioracyjne (a kto pierwszy na rowie z wodą, ten pierwszy na mecie, jak mawia Konfucjusz Babiarz Przemysław). Tak, ten cały miejski parkour nie jest niczym nowym.
Ye Old Steeple
    Jest też wspaniałe estuarium rzeki Tay, Firth of Tay, z przerzuconym nad nim cudem XIX-wiecznej techniki, żelaznym mostem kolejowym (nie tak ładnym jak w Edynburgu może, tym wpisanym na listę UNESCO, ale chyba dłuższym) oraz pamięć po czasach, gdy miasto było centrum przemysłu. Nie tylko zresztą stoczniowego czy rybackiego. W czasach rewolucji industrialnej Dundee znane było jako miasto trzech J. Przynajmniej po angielsku, nasz wspaniały, nie tak prymitywny język trochę inaczej traktuje te słowa: jam, juta, journalist. Oto było Dundee centrum produkcji jutowych sznurów czy tam worków, wczesnego rozwoju dziennikarstwa oraz miejscem powstania pomarańczowej marmolady (nie, to nie miś Paddington z Peru ją wynalazł). Dzisiaj została jakaś lokalna gazeta, muzeum juty i konfitura w sklepie.
Górująca nad Dundee platforma wiertnicza - znak, że przemysł stoczniowy jeszcze całkiem nie obumarł w Szkocji, a miasto dalej jest nieco uprzemysłowione
    Oraz słynny HMS Discovery, na którym pływał – jesteśmy w Szkocji – niejaki Robert F. Scott. Człowiek, którego pokonała Antarktyda i Roald Amudsen (oprócz Discovery w porcie stoi jeszcze HMS Unicorn, najstarszy na Świecie zachowany drewniany okręt bojowy). Sporo przez to pingwinów w mieście. Rzeźb, znaczy się.
HMS Discovery i jaskółki które żarły po osiemnastej pingwiny
    Samo Dundee jest – mimo dość nowoczesnej tkanki miejskiej – osadą dość starą (ma nawet kamienny krąg, ciut starszy i niewiele bardziej imponujący od tego opisywanego przeze mnie w Poddąbiu). Nad miastem góruje Dundee Law, spore wzgórze z resztkami grodziska jeszcze z epoki żelaza. We wczesnym średniowieczu należała do Królestwa Angus, jednego z celtycko-piktyjskich państewek z których powstała Szkocja zjednoczona przez Kennetha MacAlpina. Wygaśnięcie starszej linii dynastii przypadło na czasy Macbetha (Mac Bethada), młodszej zaś poskutkowało imponującymi zmaganiami nad panowaniem w kraju, niezwykle sugestywnie, choć może nie do końca zgodnie z prawdą oddanymi w Bravehearcie Mela Gibsona.
Widok z Dundee Law na wody Firth of Tay i kolejowy Taybridge
    W trakcie owych wojen z przełomu XIII i XIV wieku walki toczono także w Dundee (efektem tego było zniszczenie głównego zamku miasta, została po nim tylko katedra św. Pawła i ulica Castle Street, przy której zdarzyło mi się pomieszkiwać; te istniejące trzy wspomniane zamki to prywatne rezydencje raczej z czasów nowożytnych). Finalnie zwycięstwo odniósł Robert Bruce, zwany Braveheart, a Szkoci – według samych Szkotów – stworzyli nowoczesny europejski naród. Ale to inna historia, musiałbym udać się do malowniczego Arbroath (może kiedyś) na północ od Dundee. A to nie po drodze. Nie mogąc zapomnieć, że dążę tu do opowieści o tym, jak w czasie podróży przydały mi się studia hydrobiologiczne wyjeżdżam ze Szkocji do Polski. Wbrew pozorom wcale nie miałem łatwo – Wielka Brytania nigdy nie była w strefie Schengen (Polska wtedy też zresztą), a w związku z tym, że złamał mi się dowód osobisty lot samolotem odpadał. W autokarach nie czepiali się tak, więc wsiadłem w szkocki pekaes (właścicielem był późniejszy założyciel Polskiego Busa) i ruszyłem – z przystankami – do Polski. Trasa zajęła kilka dni, po drodze bowiem trochę zwiedzałem, i przyniosła wiele dodatkowych atrakcji, jak awarię pojazdu, gadatliwą współpasażerkę ze schizofrenią czy agresywnych Cyganów. Ot, uroki komunikacji zbiorowej.
Nie ukrywam, że lubię to zdjęcie szkockich pustaci - uspokaja po wspomnieniach z podróży zbiorkomem

15 maja 2026

Makrozoobentos

    Obiecałem trzy wpisy temu wyjaśnić W. Sz. Czytelnikowi czym jest makrozoobentos, i cóż, słowa dotrzymam, gdyż, jak kiedyś już na blogu wspominałem, nie nadaję się na polityka. Znaczy: dotrzymuję słowa. Mało tego: zdradzę, że wiedza o makrozoobentosie bywa niezwykle przydatna w życiu. Ta zdobyta w trakcie kilku lat nauki przydała mi się bowiem w czasie moich podróży cały jeden raz, na dodatek w krainie, w której ów makrozoobentos został obiektem moich studiów. Kariery zawodowej nie.
Ner - siedziba makrozoobentosu i przez kilkadziesiąt lat jedna z najbardziej zanieczyszczonych rzek w tej części Europy
    Oto bowiem makrozoobentos to nic innego jak zespół organizmów zwierzęcych (z greki zoion to zwierz) związanych z dnem zbiorników (z greki benthos to głębia). Organizmy to nie byle jakie, bo bezkręgowe, ale z tych większych (ponownie z greki makros to duży) – znaczy takich, których nie trzeba obserwować pod (tu kolejne słowo z języka Hellenów) mikroskopem. Mało wyjaśniające? Dobra, inaczej: makrozoobentos to robale co to żyją w stawie na dnie i na roślinach wodnych. Przykłady: kojarzona z Wiedźmina żyrytwa, znane wędkarzom ochotki i pływak żółtobrzeżek. Czyli głównie owady (czasem tylko li w swoim larwalnym stadium, jak ważki czy chruściki). Z tymi na blogu spotykaliśmy się kilkukrotnie, choć raczej – acz nie zawsze – jako obiekty kulinarne.
Kulinarna odsłona owadów
    W przeciwieństwie do ssaków – które, jak wiadomo, wszystkie są jadalne dla człowieka – owady en masse jadalne nie są, ba, niektóre wręcz silnie trujące, jak na przykład będąca chrząszczem z urodzenia hiszpańska mucha. W każdym razie to gros słodkowodnego makrozoobentosu (morskim się bowiem nieprzesadnie zajmowałem, choć kikutnice, o łacińskiej nazwie Pantopoda, skradły moje serce), oprócz nich obecne są różnego rodzaju małże, skorupiaki czy inne skąposzczety. O tych grupach na blogu było dużo rzadziej, ale też w sumie głównie kulinarnie.
Morskie bezkręgowce
    Czyli sprawa wyjaśniona, raz dotrzymać to jak dwa razy obiecać (czy jakoś tak). Teraz zaś opowieść o tym, w jaki sposób się owa wiedza o wodnych robalach przydała mi w czasie podróży. Wyprawy nie byle jakiej, bo wzdłuż wpisanych na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO rzymskich fortyfikacji na Wyspach Brytyjskich, a konkretniej leżącym w północnej Anglii Wale Hadriana – o którym zresztą wspominałem też na blogu (oprócz tegoż muru UNESCO doceniło też dużo mniej imponujący Wał Antoninusa w Szkocji oraz leżące dziś w Niemczech Limes Retyckie; tak, limes, znaczące granice, to nie tylko dziedzina matematyki).
Wał Hadriana
    Ale – za co zganiliby mnie antyczni literaturoznawcy chwalący Homera za to, że Iliadę zaczyna w najlepszym z możliwych miejsc, a nie ab ovo, od jaja jakie złożyła Leda – zacznę od początku.
Moment, w którym ważka przestaje być elementem makrozoobentosu
    A początek ów ma miejsce właśnie w Anglii, w której makrozoobentos poczęto używać do oznaczania stanu jakości wody w zbiornikach wodnych. Konkretniej zaś w środkowoangielskiej rzece Trent (nad nią leży słynne Nottingham). Stworzono skalę – Indeks Rzeki Trent (TBI) – według której na podstawie występujących tam bezkręgowców oceniano czystość wody. Są bowiem zwierzęta, które mogą żyć w wodach zanieczyszczonych – ochotki i skąposzczety – i takie, które żyją ino w czystych. Tak, na pewno każdy pomyślał o rakach, ale najpopularniejszy dzisiaj rak w Polsce, pręgowany vel amerykański, chwast, znosi spore zanieczyszczenia. Ocena jakości wody na podstawie tych zwierzaków jest lepsza od zwykłego badania fizykochemicznego akwenu – zwierzak żyje jakiś czas w wodzie, a jak bada się tylko zanieczyszczenia szwagier zrzucający do rzeki zanieczyszczenia może zostać ostrzeżony i przestać zatruwać. Woda będzie wtedy czysta, ale nic nie będzie w niej żyło. U nas ten sposób badania mógł wejść w życie dopiero po tak zwanym upadku komuny. A konkretniej kiedy zobowiązaliśmy się przyjąć międzynarodową Ramową Dyrektywę Wodną.
Klucz do oznaczania jednej z grup makrozoobentosu - kluczowej nomen omen dla całej opowieści
    Sęk w tym, że wdrażaniem tego projektu zajęli się politycy. A ci skiepścili sprawę, i ktoś znający indeks BMWP-PL (dostosowany do polskich warunków doskonalszy od tego trentowego sposób oceny jakości wody na podstawie makrozoobentosu) okazał się całkowicie niepotrzebny. Ruszyłem więc zarabiać na Zachód, do Dundee, początkowo tymczasowo, ale nie wiadomo było jak się sytuacja rozwinie.
Dundee
    Na szczęście okazało się, że życie na obczyźnie nie jest dla mnie. Pomijam fakt, że w przeciwieństwie do biednej wtedy Polski bogata Szkocja (ojczyzna Makbeta – to postać historyczna, król, nie tylko szekspirowski wymysł) okazała się syfiasta, ale lubię przebywać i komunikować się z ludźmi którzy myślą podobnie do mnie. Albo chociaż w tym samym systemie językowym. I nic mnie tak nie irytuje jak głupota. A lower classes pośród których się z racji pracy obracałem (brytyjskie społeczeństwo jest niezwykle rozwarstwione) byli... No, byli pozbawionymi jakichkolwiek wyższych ambicji prymitywami o zerowej wiedzy o Świecie. Ważne było tylko po pracy się nażreć, napić, w weekend pójść na mecz. I nic więcej (a nawalić się też nie było łatwo, w Szkocji obowiązywała prohibicja, w sklepach alkohol tylko do 22, w knajpach do północy). Straszne. Idealne, wykastrowane społeczeństwo. Nic dziwnego, że dziś Brytyjczycy są w odwrocie u siebie w kraju.
Brytyjski pub - ostatnia ostoja wielkobrytyjskości
    I już W. Sz. Czytelnik się domyśla – zamiast od razu opisać sytuację, gdy te makrozoobentosowe studia mi się przydały, to machnę poemat dygresyjny epistołę na kilka wpisów. O Wielkiej Brytanii, wszak dawno już nic o niej nie było.
    Ale dotrę w końcu do clou, mogę obiecać.
Dla wojownika droga jest celem

14 czerwca 2024

Znowu o kopanej

    I na blogu wraca, niczym ruski szampan na imprezie, temat piłki nożnej. Znowu jest to wpis okazjonalny (przypominam – trwa peregrynacja po Ameryce Południowej, gdzie futbol jest religią, kolejne wpisy będą o boliwijskich Andach, Inkach czy innych dinozaurach, zresztą sami sobie przeczytajcie), bo akurat po wielkich boleściach reprezentacja Polski awansowała na Mistrzostwa Europy rozgrywane w Niemczech. W meczu sparingowym kontuzji jednak nabawił się Robert Lewandowski, niekwestionowana gwiazda kadry, i dopiero co najlepszy zawodnik na Świecie (niestety, akurat kiedy mógł dostać Złotą Piłkę plebiscyt odwołano, tłumacząc to paniką koronawirusową; było to tłumaczenie o tyleż głupie, co mocno kontrowersyjne – rok później naszemu napastnikowi w nagrodę wręczono coś wyglądające jak kaliski andrut) – i na pewno w pierwszym meczu na turnieju nie wystąpi. Wiadomość tragiczna dla wszystkich kibiców, niemniej – za co kocha się futbol – trzeba przypomnieć, że na Mistrzostwa Świata w roku 1974, także do Niemiec, Polska jechała bez Włodzimierza Lubańskiego, takiego Lewandowskiego tamtych czasów. A kontuzja Cristiano Ronaldo, największej gwiazdy, w finale Euro (tego, co to nas wyeliminowali po karnych) zapewniła Portugalii tryumf. Tak, że różnie bywa.
Boisko w amazońskiej dżungli
    Choć istnieje obawa, że bez Roberta – jednego z najbardziej rozpoznawalnych Polaków na Świecie – nasi mogą kopać się po czołach.
Camp Nou w Barcelonie, miejsce pracy Roberta Lewandowskiego
    Na tym między innymi polega magia piłki nożnej. W każdej chwili drużyna złożona z jakichś najduchów może wygrać z grupą najsprawniejszych profesjonalistów. Właśnie – najwięcej ludzi na Ziemi jest zarejestrowanych jako piłkarze. Na drugim miejscu jest badminton, gra nazwana na cześć jednej z brytyjskich książęcych rezydencji, strasznie popularna zwłaszcza w Azji, u nas często zwana babingtonem, całkiem zresztą niepoprawnie. Jest też piłka nożna masowo uprawiana amatorsko.
Boisko na statku pływającym po Amazonce - wciąż używane
    A przynajmniej była kiedyś, u nas w Polsce. Każdy dzieciak za punkt honoru stawiał sobie zaharatać w gałę – gdziekolwiek (no i jak starsi nie grali: wtedy trzeba było czekać na swoją kolej). Podwórkowe zasady były nieco inne niż te książkowe opracowane przez FIFA: słupki ratują, trzy rogi i karny, gruby na bramkę (chyba, że gruby akurat miał piłkę, to nie; swoją drogą jak piłki nie było, to grało się puszką, kamieniem, butelką – a za słupki często robiły plecaki). Działało też nieśmiertelne prawo Pascala – szczegółowo opisujące kto ma się udać w zarośla, pokrzywy, sąsiedzkie podwórko z psami wytresowanymi do ganiania młodzieży, po wykopaną piłkę.
Copacabana w Rio de Janeiro - w grze w siatkonogę biedota z cariocas szlifuje technikę piłkarską
    Grało się właściwie aż do momentu, kiedy zapadający zmrok uniemożliwiał rozpoznanie co jest piłką a co na przykład rosnącym podle placu gry pniakiem. Naszym marzeniem na boisku pod blokiem w rodzinnym miasteczku było, by zamiast piasku (i szkła z kamieniami) wyrosła na boisku trawa.
Boisko w Gaci Kaliskiej, zdaje się być nieużywanym
    Dziś boisko to jest zielone, porośnięte murawą – bo nikt już tam nie gra. Nie tylko dlatego, że obok postawili market z parkingiem. Powodem nie jest też zauważalny niż demograficzny. Po prostu po upadku komuny (i przeżyciu lat 90-tych zeszłego stulecia, kiedy to zniszczono polską gospodarkę) Polska zaliczyła skok cywilizacyjny – i zachłysnęliśmy się nieznanym wcześniej konsumpcjonizmem. Do tego doszły przemiany społeczne, rozpad rodziny (ciągle odnoszę wrażenie, że sterowany i celowy) i telefony komórkowe z dostępem do internetu. Albo ogólnie Internet. Myślę zresztą, że większość W. Sz. Czytelników wie gdzie pięć, więc kolejna jeremiada jest niepotrzebna. Dość tylko powiedzieć, że nawet w szkole sportowej spotkałem dzieciaki zwolnione z zajęć wychowania fizycznego. A berbecie często przypominają ludki Michelina.

Boisko pełne dzieciaków - Ameryka Południowa
    Od tego dobrobytu sport przestał być szansą na awans społeczny czy lepsze życie – każdy, nie tylko piłka nożna. Dopiero co odbywały się Mistrzostwa Europy w Lekkoatletyce, za chwilę Igrzyska Olimpijskie – nasi wielcy mistrzowie coraz starsi, młodych (równie wielkich, albo i większych) pojawia się coraz mniej – bo nie ma z kogo wybierać. Hodujemy sobie kolejne pokolenie kalek uzależnionych od Internetu, sportu nie tylko nie uprawiających, ale i się nim nawet nie interesujących. Bardzo to smutne.
Stadion Olimpijski w Barcelonie - arena igrzysk z 1992 i, nieoficjalnie, z 1936
    Bogate kraje mają infrastrukturę (u nas ciągle kulejącą) dzięki czemu łatwiej im zachęcać własną młodzież do ruchu (możliwe też, że wzorce kulturowe naciskają na jakąś formę aktywności fizycznej, jak w Holandii czy Norwegii) oraz przyciągać emigrantów z Dzikich Krajów – tych, w których sukces sportowy przekłada się na ściśle biologiczny sukces finansowy.
Trening piłkarski w peruwiańskich Andach
    U nas nie zanosi się na systemową zmianę podejścia do sportu – może przełożyć się to na mniejsze sukcesy, co przełożyć się może na mniejsze zainteresowanie, co przełożyć się może na mniejszą ilość trenujących, co przełożyć się może na mniejsze sukcesy, co... I tak dalej.
Siatkówka - są kibice, jest infrastruktura, są sukcesy, acz nadal nie jest to sport masowy
    Cieszmy się więc tymi trzema grupowymi meczami na Euro 2024 – obym oczywiście się mylił [EDIT: jednak nie myliłem się, trzy mecze i można jechać na upragnione przed sezonem klubowym wakacje], i żebyśmy zagrali w zwycięskim finale. Lewandowskiemu się należy.
    Po rozgrywanym w Monachium meczu otwarcia Euro 2024, Niemcy – Szkocja (sędziowanemu przez Francuza), 5:1 (tak jak w 1982 Polska z Peru), mogę stwierdzić, że faktycznie Auld Alliance skończył się w 1560 roku na mocy Traktatu Edynburskiego, oraz, że Gary Lineker mówił prawdę: piłka nożna to taka w której 22 mężczyzn biega za piłką, a na końcu i tak wygrywają Niemcy (no, Bogiem a prawdą Szkoci jakoś tak przesadnie nie biegali, a i honorowe trafienie zrobili im gospodarze).

Jezioro Ness w Szkocji, po meczu otwarcia Euro 2024 pełne gorzkich łez

1 października 2021

Wał na Wale Hadriana

    W ramach braku czasu na tworzenie nowych wpisów kolejna ciekawostka z czasów antycznego Rzymu, powstała dla portalu Imperium Romanum (który to portal nieodmiennie polecam, Autor naprawdę kawał dobrej roboty wykonuje). Tym razem sięgnąłem do miejsca leżącego na prawdziwych peryferiach Cesarstwa – północnej Brytanii. Granica tej prowincji to najdoskonalszy przykład rzymskich limes – systemu umocnień oddzielających Barbaricum od Cywilizacji. Zazwyczaj limes były strukturami dość luźnymi, tu jednak rzymscy inżynierowie stworzyli coś na kształt słynnego Wielkiego Muru w Chinach. Mimo jednak całego jeich (ależ ja lubię tą archaiczną formę słowa "ich") geniuszu w pewnym momencie w trakcie budowy fortyfikacji coś poszło nie tak...
    Widziałem to miejsce w czasie swej peregrynacji po północnej Anglii (która to – wyprawa – zapewne w końcu pojawi się na blogu; liczę, że niezbyt szybko, bo w związku z niejakim przemijaniem paniki koronawirusowej powoli można zacząć na nowo podróżować, więc stare wyprawy ustąpić muszą świeżynkom; chyba, że wymyślą kolejną falę), więc mogę potwierdzić organoleptycznie, że coś takiego istnieje.
    Ach, byłbym zapomniał: w okolicy kręcono chociażby sceny filmu "Robin Hood, książę złodziei" z Kevinem Costnerem.

Wał na Wale Hadriana

    Wał Hadriana, Vallum Hadriani, to bodaj najsłynniejsza z rzymskich limes. Powstał w latach 121-129 po Chr. i ciągnął się na długości 117 kilometrów dzisiejszej wsi Bowness nad Solway Firth po twierdzę Segedunum (dziś to Wallsend nad Tynem). Wał przecinał więc Brytanię niemal po linii od wschodu do zachodu i – prawdopodobnie – miał bronić tą najbardziej na północ wysuniętą rzymską prowincję przed atakami kaledońskich Piktów. Względnie – jak powiedziałby poeta – oddzielać miał Światło od Ciemności. Ale to już wiecie. Jest jednak coś, o czym niekoniecznie musieliście słyszeć.

Wał Hadriana

    Wędrując wzdłuż dawnych fortyfikacji – zachowanych całkiem dobrze mimo upływu lat – zauważyć można niezwykle regularną konstrukcję umocnień. Co 500 metrów wyrastały wieże strażnicze (dziś zwane po angielsku "zamkami milowymi", "milecastles"), a co półtora kilometra budowano niewielkie obozy dla strzegących muru żołnierzy. Regularnie – to ważna informacja – pojawiały się też bramy: Wał Hadriana nie miał odgrodzić Kaledończyków od Imperium – miał jedynie, jak byśmy dziś powiedzieli, regulować przepływ ludzi i towarów. Były to więc tak naprawdę długie na 117 kilometrów i dość kosztowne w budowie rogatki.

Rzymski fort w Housestead

    No, z tymi kosztami budowy może trochę przesadziłem – warto pamiętać, że fortyfikacje budowali żołnierze z trzech miejscowych legionów – i zapewne nie była to najprzyjemniejsza służba. Z zachowanych w Vindolandzie (najbardziej na północ położone rzymskie miasto, opuszczone i niezasiedlone od końca Starożytności, przez to tak lubiane przez archeologów) dokumentów – a była to w dużej mierze prywatna korespondencja zwykłych Rzymian – dowiadujemy się, że już wtedy klimat Brytanii – umiarkowany morski – był powodem ciągłego utyskiwania południowców. Było zimno i wilgotno, dookoła Vindolandy znajdowało się pełno bagien i torfowisk (owa torfowa ziemia sprawiła, że do naszych czasów przetrwało tam bardzo wiele przedmiotów codziennego użytku, które normalnie nie zachowałyby się – w tym elementów odzieży), a i sama Vindolanda... Cóż, kto widział pozostałości miasta, ten wie, że nie była to wielka metropolia. Na dodatek w Brytanii nijak nie chciała rosnąć winna latorośl – a jak urosła, to wino było niezwykle podłe. Do tego – zapewne, tu mogę trochę konfabulować, ale przecież człowiek zawsze jest człowiekiem – Brytania leżała daleko od Rzymu. Co oznaczać mogło, że urzędnicy – na przykład administrujący budową Wału Hadriana – czuli się wyjątkowo bezkarnie... Naprawdę, służba wojskowa w Brytanii nie mogła należeć do ulubionych pośród rzymskich legionistów.

Vindolanda - widok współczesny

    Może to właśnie swego rodzaju bunt żołnierzy-budowniczych jest powodem najdziwniejszej z konstrukcji Wału Hadriana?
    Oto bowiem niedaleko antycznej Vindolandy i współczesnego Housesteads znajduje się brama... donikąd.
    Jak pisałem – Wał przecina Brytanię niemal po linii prostej, biegnąc niczym strzała po miejscowych wzgórzach, to opadając, to się wznosząc, a bramy, wieże i forty znajdują się w regularnych odstępach. Jaki był jednak sens budowania bramy w momencie, kiedy mur postawiony był na krawędzi urwiska? Ja go nie widzę – może więc był to taki przejaw buntu budowniczych: wy nam każecie budować, to zbudujemy jak nam każecie. Byłby to chyba pierwszy w historii przykład strajku, nomen omen, włoskiego.

Tajemnicza brama

    Alternatywnym tłumaczeniem jest chyba tylko zbyt ścisłe trzymanie się rozkazów i wytycznych: skoro na tym kilometrze muru ma być brama, to być musi – i nieważne dokąd prowadzi. Ordnung must sein!
    
Która z tych dwóch możliwości jest prawdziwa (jeśli któraś jest, oczywiście) nie dowiemy się chyba nigdy.
    I jeszcze jedna sprawa: która to brama jest taką niesforną – wszystkie mają bowiem swoje numery? Tą informację zachowam sobie in pectoram – sami jedźcie i poszukajcie, w końcu to jedna z atrakcji Wału Hadriana.

Link do artykułu:
[PL]: Wał na Wale Hadriana
[ENG]: Embankment on Hadrian's Wall

Pozostałe wpisy (blogowe) związane z Imperium Romanum:
- Śmierdzące pieniądze
- Antyczne wieżowce
- Jeszcze jedna tajemnica Petry

Najchętniej czytane

Bunkry

     Skoro poprzedni wpis zakończyłem opowiastką o pubie i historii , a tych pierwszych, jak wcześniej wspomniałem w okolicy nie ma za wiel...