Tłumacz

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą góry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą góry. Pokaż wszystkie posty

12 września 2025

Społeczeństwo obywatelskie

    Powoli kończę serię wpisów o Szwajcarii (a o dawnych ziemiach Imperium Karolingów na tą chwilę tylko jeden jeszcze planuję – choć skoro zajmowało pół Europy, to jeszcze wróci, niczym gristoj – radzieckie wino musujące produkowane metodą szampańską acz szampanem nie mogące się zwać – na sylwestra; to pewne), to postanowiłem nieco odkłamać informacje o sielskim życiu w tym dziwnym alpejskim tworze.
Wędrówka po alpejskich ścieżkach
    Acz niezwykle malowniczym, inspirującym malarzy czy pisarzy. Wszak w wodospadzie Reichenbach ginie Sherlock Holmes (Arthur Conan Doyle po kilku latach go wskrzesza – trudno powiedzieć, czy sprawiły to prośby fanów, czy ich pieniądze), a alpejska burza gdzieś podle Jungfrau chyba znalazła się w Hobbicie jako starcie górskich olbrzymów (mnie zaskoczyła burza w Andach, ale w żadną powieść tego nie wplotłem póki co). Literackie wampiry i potwór Frankensteina pochodzą znad Jeziora Genewskiego. Szkoda, że Mont Blanc nie jest w Szwajcarii, bo mógłbym jeszcze o Kordianie wspomnieć, i o tym, że jednym z pierwszych zdobywców (i pierwszym Polakiem) był Jacek Malczewski. Malarz.

Podpis Lorda Byrona na Zamku Chillon nad Jeziorem Genewskim
Mont Blanc - po sąsiedzku
    Niestety, póki co w rejonie Jungfrau nie byłem, a i Reichenbachu koło Berna nie widziałem. To inny landszaft wkleję.
Przełęcz Fluela
    Jakby nie było – jawi nam się Szwajcaria jako kraj spokoju, dobrobytu i wolności. Tak. Warto dodać, że wojny domowe w Konfederacji Szwajcarskiej ustały dopiero z połową XIX wieku – w efekcie czego postanowili Szwajcarzy stworzyć instytucje ogólnozwiązkowe – jak choćby parlament, ulokowany w Bernie. Dzięki tej decyzji mogą kartografie w spokoju sumienia umieszczać na mapach szwajcarską stolicę – choć de iure kraj nie ma grodu stołecznego.

Gmach szwajcarskiego parlamentu
    Z tym brakiem spokoju wiąże się też dobra renoma Szwajcarów jako najemnych żołdaków. Jeżeli co chwila walczysz z sąsiednimi kantonami (chociażby o religię, jak wspominałem przy wpisie o Huldrychu Zwinglim; przy okazji opowieści Zurychu nie wspominałem, że w wyniku awanturniczej postawy miasta-państwa na jakiś czas wywalono je z szeregów Starej Konfederacji Szwajcarskiej), a do tego mieszkasz w ubogich górach i masz nadprodukcję dzieciaków nie dziwota, że wysyłasz je w kamasze. Który przeżyje, będzie bogaty. Sławę szwajcarskich wojowników umacniają też zwycięstwa nad Burgundią i Habsburgami (Arnold Winkelried to co prawda postać fikcyjna, ale zwycięstwa pod Sempach czy Murten/Morat są jak najbardziej prawdziwe). Nawet słynny papież-wojownik Juliusz II zaciągnął szwajcarskich najemników – Gwardia Szwajcarska do dziś ochrania Państwo Watykan.
Miejsce pracy Gwardii Szwajcarskiej
    Ale Szwajcarzy przez wieki ochraniali różne koronowane głowy. To oni poświęcili życie chroniąc Ludwika XVI w czasie Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Jak wiemy, finalnie król został zgilotynowany, ale w Lucernie ocalali z masakry najemnicy zafundowali zmarłym towarzyszom pomnik Lwa (autorstwa pana Thorvaldsena, tego od warszawskiej konnej statuy Józefa Poniatowskiego). To jeden z emblematycznych landszaftów miasta.
Lew Lucerny
    Co do Gwardii Szwajcarskiej w Watykanie, mówi się, że to jest jedyny regularny oddział szwajcarskiego wojska. W sumie... Konfederacja Szwajcarska nie posiada armii jako takiej – natomiast każdy obywatel ma obowiązek odbyć przeszkolenie wojskowe, i być gotowym na mobilizację w wypadku zagrożenia. Najczęściej posiada też w domu służbową (tj. taką, którą będzie mógł użyć gdy powołają go do sformowanej dekretem mobilizacyjnym milicji) – acz nie wolno mu posiadać do niej amunicji. Każdy kanton ma własne przepisy, ale generalnie kraj jest jednym z najlepiej uzbrojonych na Świecie. To jeden z powodów, dla których nikt na Szwajcarię nie napada. Z każdego okna może paść strzał w przeciwnika. Mimo to w latach 30-tych zeszłego wieku Szwajcarzy sporo zainwestowali w konstrukcje obronne (normalnie, bunkrów jak w Albanii). Cóż, jeśli graniczy się z Niemcami zawsze trzeba być czujnym.

Bunkier w Zurychu
Panorama doliny Renu: kanton Sankt Gallen i austriacki Vorlarberg
Przeciwczołgowe zęby smoka
   
Drugim powodem nieatakowania Konfederacji Szwajcarskiej jest fakt trzymania przez nich kasy – najczęściej obu stron konfliktu. To kolejna z przyczyn bogactwa obywateli kraju.

Jezioro Zuryskie w Zurychu, finansowym centrum kraju
    Fakt, że mieszkańcy Szwajcarii zarabiają bardzo dużo – ale płacą też niezwykle wysokie podatki (najczęściej jednak lokalnie, do kasy kantonalnej), dla nas czasem dziwne. Ot, chociażby od posiadania psa. W niektórych kantonach należy dodatkowo przechodzić odpowiednie szkolenia z obsługi zwierzęcia, albo uzyskać zezwolenie od sąsiadów. O ubezpieczeniu OC nawet nie wspominam.
    - Mówią, że u nas diktatura – westchnął znajomy Azer z którym kilkukrotnie byłem w Szwajcarii – A gdzie tu wolność? Nu, tyla zakazów? U nas wolność, tu diktatura.
    Coś w tym jest – w Szwajcarii wolno tylko to, co nie jest zakazane. A zakazów tam wiele. I nikt ich nie łamie, bo stworzono już tam społeczeństwo obywatelskie pełną gębą.

Pomnik demokracji bezpośredniej w Appenzellu
    Co to takiego, to kiedyś już na blogu wspominałem, przy okazji wizyty w Australii, gdzie takież społeczeństwo też istnieje. Jak się komuś linka nie chce klikać, to przytoczę definicję jaką uraczył mnie tamtejszy Polonus, Janusz:
    - Społeczeństwo obywatelskie to takie, w którym każdy na każdego doniesie, jak tylko zobaczy, że robisz coś złego. Nieważne, czy sąsiad, czy szwagier: złamiesz zakaz, to od razu zakapuje.
    Słysząc takie rewelacje znajomy Azer pokręcił ze smutkiem głową, machnął ręką i westchnął:
    - A eto u nas niby diktatura...

Ebenalp - schronisko Aescher
Säntis w Alpach Appenzellskich
Przełęcz Bernina

5 września 2025

Demokracja

    Jednym ze szwajcarskich kantonów gdzie świąteczną potrawą bywa kot jest kanton Appenzell (a raczej dwa kantony, ale o tym może później). Kanton wiejski i niewielki, taki w sumie nasz powiat maksymalnie, ale niezwykle malowniczo położony – jak to zwykle w Alpach.
Seealpsee i Säntis, najwyższy szczyt Appenzellu
    Tak, to schronisko (właściwie to knajpka i niewielki gościniec na zboczu Ebenalpu, schronisko jest na szczycie) Aescher Gasthaus am Berg, uznawane przez National Geographic za jeden z najładniejszych lanszaftów na Świecie to w Appenzellu.

Schronisko Aescher
    Miejscowymi jaskiniami – i kaplicą wewnątrz – jakoś mniej osób się podnieca.

Jaskinie Ebenalpu
    Oprócz wspaniałych widoków (na przykład na Säntis, najwyższy szczyt kantonu) słynie Appenzell także z bardzo dobrego piwa (a do piwa także sera) oraz psa appenzellera, zdaje się w swym założeniu pasterskiego (podobno nie chyta, ale to musiałby potwierdzić drugi – po Fredim Kamionce Gmina Burzenin – najsłynniejszy pies w polskich Internetach, niejaki Sworzeñ; nie wiem tylko, czy psy czytają blogi).

Alpy Appenzellskie na etykiecie i w rzeczywistości
Pasterski pies appenzellerski w wersji pluszowej
   
Swoją drogą w Appenzellu i sąsiednim Sankt Gallen bywa, że na większe święta konsumuje się także psy – nie wiem, czy dlatego, że koty się skończyły (jak w 2001 roku w Argentynie w czasie wielkiego kryzysu), czy zwyczajnie, z apetytem. Dla różnej maści oburzonych bambinistów przypominam, że wszystkie ssaki są dla człowieka jadalne, a psy – jedzone w Szwajcarii rzadziej niż koty – są przysmakiem na Dalekim Wschodzie. Były też ważnym źródłem białka w prekolumbijskich Amerykach. Syte społeczeństwo nigdy nie zrozumie głodnego.

Bezwłosy pies andyjski w wersji leniwej
    Z jeszcze jednej rzeczy kanton Appenzell (czy też dokładniej Appenzell-Innerrhoden) jest znany. Oto jest to jedyny – obok także niezbyt wielkiego kantonu Glarus – kanton, gdzie panuje prawdziwa bezpośrednia demokracja. Taka, w której każdy obywatel ma głos – i na dodatek ów obywatel może się personalnie wypowiedzieć na temat głosowania. Proszę zobaczyć jaka to różnica: u nas, żeby obywatel mógł wyrazić opinię należy zebrać ileś tam tysięcy podpisów, dostarczyć to do parlamentu (gdzie w teorii zasiadają wybrani przez Naród przedstawiciele; ordynacja wyborcza sprawia, że do sejmu wchodzą nie ci, na których się głosuje, a tacy politykierzy, którzy są wysoko na partyjnych listach; często są to indywidua pozbawione nie tylko moralności, co w polityce jest w sumie rzeczą niezbędną, ale i będące kognitywnymi immakulatami o zerowych wręcz umiejętnościach; albo zwykli kłamcy i jurgieltnicy), a i tak nie ma pewności, że owe podpisy nie zostaną zmielone w sejmowej niszczarce. Oto raz w roku (w Appenzell zdaje się pod koniec kwietnia, w Glarus na początku maja) wszyscy obywatele zbierają się na głównym placu stolicy kantonu – także Appenzell – i głosują nad przedstawionymi problemami czy ustawami. Głosują w sposób najlepszy z możliwych: przez publiczne podniesienie ręki (przeciwnicy tego sposobu podnoszą larum, że to jak to, że głosowanie powinno być tajne – ale gdzie tam: jeżeli podejmujesz jakąś decyzję, miej odwagę dać tej decyzji swoją twarz; i w razie czego ponieść konsekwencje nieprzemyślanego podniesienia ręki; odpowiedzialność, ot co!). Przed głosowaniem każdy obywatel ma też prawo publicznie – z ambony ustawianej na tą okoliczność na Landsgemeidenplatz (Plac Zgromadzenia Ludowego) – na dany temat się wypowiedzieć.
Głosujący na Placu Zgromadzenia Ludowego
    Znamy to doskonale z historii – tak funkcjonowała demokracja ateńska, słowiańskie wiece czy germańskie tingi. I taka forma rządów (mówię to jako przeciwnik demokracji) działa. Ale tylko li w małych społecznościach. Większe twory, ludniejsze, zwyczajnie nie są w stanie tak funkcjonować. Weźmy chociażby liberum veto, tą źrenicę Złotej Szlacheckiej Wolności. Jeden poseł mógł zerwać cały sejm – i w teorii miało to powstrzymać zapędy absolutystyczne w Rzeczypospolitej. Ale wystarczyło tylko, by ów człowiek był opłacony przez jakieś lobby (podobnie jak dzisiaj, zazwyczaj zagraniczne). Wtedy każda reforma czy próba wzmocnienia państwa łatwo mogła być zablokowana. W Appenzell-Innerrhoden jest jakieś 15 tysięcy mieszkańców.

Zameczek w Appenzellu
    Appenzell-Innerrhoden, bo jest jeszcze Appenzell-Ausserrhoden: w czasach Reformacji kanton podzielił się na dwa półkanatony – katolicki (Innerrhoden) i protestancki (Ausserrhoden). Ot, po prostu mieszkańcy się dogadali, żeby pewnie nie doszło do rozlewu krwi: my sobie, wy sobie (znaczy: oczywiście, że doszło, stracono m.in właściciela lokalnego zameczku, za nazbyt agresywną protestancką propagandę). Ten stan formalnie (czyli od końca XVI wieku) trwał do 1997, kiedy Konfederacja Szwajcarska zlikwidowała półkantony, a oba twory zyskały status osobnego kantonu. Z tym, że w głosowaniu kantonalnym (czy jak to się tam zwie) mają tylko po pół głosu – pozostałe kantony zaś po jednym (zazwyczaj). Centralna osada, wieś Appenzell, znajduje się w części katolickiej.

Appenzell
    I to w sumie zabawne – dziś wieś Appenzell ma jakieś 5 tysięcy mieszkańców (moje rodzinne miasto niecałe 3,500), a położone całkiem niedaleko w kantonie Sankt Gallen (utworzonego z ziem potężnego opactwa; to właśnie z tych włości wydzielone został – po Wojnach Appenzellskich w XV zdaje się wieku – kanton Appenzell; historia Szwajcarii to pasmo nieustających wojen, nie tylko z Burgundczykami czy Habsburgami, ale głównie pomiędzy poszczególnymi krainami; przypominam jak zginął Zwingli) miasteczko Werdenberg jakieś 40-50 osób. Domów, charakterystycznych drewnianych, z kamiennym parterem i podpiwniczeniem, jest 69.

Werdenberg
    Obie osady mają własne zamki (a my, we Warcie, szukamy swojego od Potopu).

Panorama Werdenbergu

15 sierpnia 2025

Kalwiński Rzym

    Skoro w poprzednim wpisie było o tym, że francuskie dziś Annecy stało się refugium dla katolickiego biskupa Genewy (był to, w tym nieszczęsnym 1533 roku zdaje się Piotr de la Baume), to postanowiłem teraz udać się do pierwotnej siedziby biskupa – miasta nad Rodanem i Jeziorem Genewskim (tu i ówdzie zwanym Lemańskim).
Jezioro Genewskie w Genewie, oraz słynna fontanna
    Dzisiejsza Genewa to miasto ze wszech miar nowoczesne i bogate (podobno prawie 1/5 mieszkańców to milionerzy, a niemal połowa tam zameldowanych przy okazji nie ma szwajcarskiego obywatelstwa), znane m.in z europejskiej siedziby ONZ, kwater WHO i WTO czy głównej bazy Czerwonego Krzyża. Pod miastem – dosłownie – i położonymi po obu stronach francusko-szwajcarskiej granicy przedmieściami znajduje się kompleks CERN-u, olbrzymiej konstrukcji służącej według życzliwych do badania cząstek elementarnych i poznawania tajemnic Wszechświata; wedle nieżyczliwych to igranie z nieznanym i czekanie aż powstanie tam czarna dziura i wszystko pierdyknie. W CERN pracują także Polacy – u nas takich instalacji nie ma, a inne, jakie są, albo zostają zamykane albo mocno ogranicza się ich rozwój. Nic mi nie wiadomo jednak, żeby któryś z nich był jednym z genewskich milionerów (acz muszę się przyznać, że się nie interesowałem; mam tylko nadzieję, że noszą niezwykle ekskluzywne i niezawodne zegarki założonej w Genewie firmy Patek-Philippe – twórcami której byli wszak powstańcy listopadowi Antoni Patek i Franciszek Czapek; Francuz Philippe wszedł w interes kilka lat później). Nowoczesność miasta doceniona została także przez UNESCO. Organizacja wpisała na swoją Listę Dziedzictwa Ludzkości jedno z dzieł Le Corbusiera, Immeuble Clarte z 1932 roku. Któregoś razu poszedłem – z chętnymi turystami – właśnie pod ten Szklany Dom. Dzień był niezwykle upalny, na szczęście budowla nie stoi zbyt daleko od starego miasta i brzegu jeziora. Opinie o zabytku były zaś – mimo moich ostrzeżeń – niezbyt pozytywne. Ot, taki blok mieszkalny, którego to koncepcję spauperyzowali, jak wszystko, komuniści, na potęgę budując m.in w Polsce olbrzymie osiedla z wielkiej płyty. O dziwo budynek nie jest ocieplony styropianem.

Dzieło Le Corbusiera w Genewie
Genewski Zegar Kwiatowy, jeden z symboli miasta - tu wystrojony z okazji kobiecego EURO2025 w piłkę nożną
   
Ale wróćmy z tej współczesnej – nudnej – Genewy do tych wspominanych już wydarzeń z pierwszej połowy XVI wieku. Genewa jest wtedy komuną miejską, dzielnie opierającą się (przy pomocy Konfederacji Szwajcarskiej) władcom Sabaudii. Bogaci kupcy przy okazji barują się przy tym z potężnym miejscowym biskupstwem. Wreszcie, jak do wszystkich bogatych miast w rejonie, napływają do Genewy (posiadającej własną drukarnię; to instytucja która wkrótce stanie się niezbędna w nowoczesnym Świecie) fale umysłowego fermentu zwanego Reformacją. Genewa nie jest pierwszym szwajcarskim miastem które przechodzi na nową religię (nie tylko dlatego, że nie należy do Konfederacji Szwajcarskiej – ot, Huldrych Zwingli w Zurychu jest pierwszy; samą ideę przynieśli zaś Genewczykom najemni żołnierze z już protestanckiego Berna). Wbrew obiegowej opinii to nie francuski myśliciel Jan Kalwin odpowiada za zmiany w mieście. Odpowiedzialny jest inny kaznodzieja, Wilhelm Farel. Zna on jednak Kalwina, i zaprasza go do świeżo konwertowanego miasta. Plotki twierdzą, że dlatego, że sam był noga jeśli chodzi o zdolności organizacyjne – i zdawał sobie z tego sprawę.

Panorama Zurychu z widokiem na Grossmünster - pierwszy protestancki zbór Szwajcarii
    Stosunki Kalwina z genewskim patrycjatem też nie były usłane różami – i wkrótce został z miasta wydalony (udał się do Strasburga, miasta, które też przechodziło na protestantyzm). Działania kontrreformacyjne w Genewie sprawiły, że władze niedawno powstałej protestanckiej republiki same poprosiły kaznodzieję o powrót. Co też się stało – od tamtej pory mógł Kalwin spokojnie budować swoją teokratyczną Rzeczpospolitą Genewską, a miasto – z racji ożywionej działalności wydawniczej i umysłowego fermentu – rychło poczęło być nazywane protestanckim – a później kalwińskim – Rzymem. Fakt, starówka leży na wzgórzach, znajdował się tu rzymski obóz, ale była to chyba lekka przesada.

Genewska katedra
    Pamiątką po tych czasach jest jedna z genewskich atrakcji – Pomnik Reformacji. Olbrzymia ta rzeźba, wkomponowana w dawne miejskie fortyfikacje i spoglądająca na główny gmach miejscowego uniwersytetu ma również polskie konotacje. I nie, nie chodzi o to, że wykonywał ją polskiego pochodzenia Paul Landowski (ten od Chrystusa Odkupiciela z Rio de Janeiro). Oto obok Kalwina, Farela, Knoxa i de Beze (głównych postaci pomnika) oraz tuzów Husa, Zwingliego, Lutra mamy tam także swojego przedstawiciela. Jest to Jan Łaski, bratanek słynnego kontrreformacyjnego biskupa, także Jana. Takie rzeczy tylko w Polsce.

Pomnik Reformacji
    A jak sobie radził pan Kalwin jako lider genewskiej republiki? Cóż, poczynał sobie bardzo bezkompromisowo (dość powiedzieć, że katolicy swój kościół uzyskali w Genewie na krótko w XIX wieku, na stałe dopiero w XX). Rychło okazało się, że genewska kalwińska inkwizycja niczym się nie różni od tej przesadnie oczernianej przez Protestantów katolickiej. Oto bowiem do Genewy przybył kolejny wolnomyśliciel, niejaki Michał Serwet. Lekarz, zasłynął z dzieła o syropach, ale także lider Reformacji. Ten Hiszpan z pochodzenia (Miguel Servet; piłkarski klub Servette Genewa wbrew podobieństwu nazwy zwie się po dzielnicy miasta, miano której pochodzi od łacińskiego określenia lasu, silva) musiał być na tyle uciążliwy dla francuskiej hierarchii duchownej, że w końcu skazano go na stos. W porę ostrzeżony, Serwet wziął nogi za pas – i w Lyonie spalono na stosie tylko jego wizerunek. Uciekł do nieodległej Genewy, gdzie rządził – już po nowemu – jego znajomy ze studiów w Paryżu, Kalwin. Po przybyciu do miasta okazało się, że dla kalwińskich strażników czystości wiary Serwet również jest nieprawowierny. Wolnomyśliciel trafił do więzienia – a potem na stos. Trudno powiedzieć na ile odpowiadały za to spory doktrynalne, a na ile osobista niechęć Jana Kalwina do przybysza. W każdym razie Serwet zostaje spopielony, i jest to chyba jedyna znana osoba która została spalona dwukrotnie, i przez katolików, i przez protestantów. Sprawa ta rozpoczęła pono dyskusję o tolerancji religijnej – ale późniejsze wojny religijne pokazały, że obie strony niewiele się od siebie różnią jeśli chodzi o stosunek do innowierców. Wyglądało na to, że w całej tej Reformacji nie do końca chodziło o zmianę zapatrywań ludzi...
Ratusz Genewy

8 sierpnia 2025

Alpejska Wenecja

Jezioro Annecy
   
Jako, że na blogu jesteśmy właśnie na rubieżach Francji (i terenach dawnego Lotharii Regni), a całkiem niedawno było o różnego typu Wenecjach, grzechem by było nie połączyć tych wątków, i nie zająć się stolicą Górnej Sabaudii, miastem Annecy, zwanym Alpejską Wenecją.

Pałac Wyspowy w centrum Annecy
    Jak przy wszystkich tego typu miejscach nazwa ta nijak nie pasuje – ale nie o to chodzi, ma to wabić zachwyconych prawdziwą Wenecją turystów. Tak się robi PR.

Annecy w mniej weneckiej odsłonie
    Trzeba jednak oddać, że rzeczywiście, jedna z odnóg rzeczki Thiou (potężny ten ciek wodny ma jakieś 3,5 kilometra) otaczająca słynny Pałac Wyspowy (zwany przez bedekery Domem-Statkiem) wygląda trochę jak wenecki kanał – kiedy przywiozłem do domu zdjęcia Annecy moja Mama od razu stwierdziła półżartem: a co to za Wenecja?

Rzeka Le Thiou
    Może dlatego, że to leżące u podnóży Alp miasteczko przez wieki miało więcej wspólnego z Italią (jako pojęciem geograficznym), należało wszak do władztwa hrabiów Sabaudii. Ziemie tych arystokratów sięgały zresztą dużo dalej na północ, aż po brzegi Jeziora Genewskiego – wszak unieśmiertelniony przez Byrona zamek Chillon, nim odbili go Szwajcarzy, należał do Sabaudczyków.

Zamek Chillon
    Swoją drogą Lord Byron był srogim wandalem, w mrocznych kazamatach twierdzy do dziś zachował się wyryty na filarze autograf pisarza. To dobra wiadomość dla wszystkich nastolatków wycinających na drzewach kozikiem informacje, że "kocham Zosię z 2c". Zawsze możecie iść w działalność literacką (jeśli oczywiście jesteście bogatymi dandysami).

Autograf Lorda Byrona w podziemiach Chillonu
    Górna Sabaudia – i ogólnie Sabaudia – początek swój teoretycznie ma w Starożytności, ale faktycznie rodzi się jakieś 1000 lat temu gdy po bezpotomnej śmierci Rudolfa III upada Królestwo Arelatu – jedno z licznych państw burgundzkich ciągnących się na przestrzeni dziejów od Alzacji po Lazurowe Wybrzeże. Wtedy to w ramach Świętego Cesarstwa Rzymskiego uniezależnia się hrabia Humbert o Białych Rękach (nie tylko on – sporo okolicznych gmin wejdzie później w skład Konfederacji Szwajcarskiej), protoplasta Domu Sabaudzkiego, panującego do 1946 roku we Włoszech, po drodze zresztą zjednoczywszy je. Żeby było zabawniej w 1860 na mocy prawdopodobnie sfałszowanego referendum swoją rodzinną Sabaudię za pomoc w zjednoczeniu Italii ówcześni władcy Turynu oddali Francji. Ot, stara, zachodnia demokracja.
Zamek Ripaille w Thonon-les-Bains nad Jeziorem Genewskim, wzniesiony przez Zielonego Hrabiego z Sabaudii
Wąwóz rzeki Fier, dopływu Rodanu i recypienta Le Thiou
    Swoją drogą całkiem to malownicze tereny, od Jeziora Genewskiego po Alpy, i to z wyższych. No, najwyższych właściwie.
Widok na Mont-Blanc
   Rok 1860 nie był pierwszymi odwiedzinami Francji w Sabaudii. Weźmy takie wojny rewolucyjne – z braterską wizytą wojska francuskie przybyły w okolice łupić i rabować (zrabowały między innymi Starą Konfederację Szwajcarską) oraz wprowadzać nowe porządki. Ot, dla przykładu miejscową katedrę przekształcono w świątynię Rozumu – czy tam jakiegoś innego wzniosłego rewolucyjnego hasła-bóstwa (Wolność, Równość, Braterstwo choćby; jakoś zwykle zapomina się o drugim członie tego okrzyku – "albo śmierć"). Wielka Rewolucja Francuska nie była ateistyczna – tylko antychrześcijańska – jak zresztą wszystkie europejskie rewolucje.

Katedra św Piotra
    Tak, sami marksistowscy historycy rozpatrywali przeklętą Wielką Rewolucję Francuską jako wcześniejszy rozdział, preludium, do Rewolucji Październikowej (technicznie był to niewielki zamach stanu).

Zbrodnie - główny efekt wszelkich rewolucji
    Jeśli chodzi zaś o walkę z katolicyzmem, to samo Annecy dość znaczną rolę odegrało w okresie zwanym kontrreformacją. To właśnie tu – po tryumfie Jana Kalwina – uciekli biskupi Genewy, wszak to tylko kilkadziesiąt kilometrów. A jednym z barokowych dostojników na biskupim stolcu w Annecy (katedra nosi wezwanie świętego Piotra) był niejaki Francois de Sales, później kanonizowany za zasługi w walce o ocalenie rzymskiego katolicyzmu – znamy go jako Franciszka Salezego.
Kościół św Franciszka Salezego w Annecy
    Tak, salezjanie jego wzięli sobie za patrona, a są mi o tyle bliscy, że ichnia parafia obsługiwała łódzkie miasteczko akademickie Lumumbowo na którym pomieszkiwałem w czasie studiów (z racji nazwy osiedla mieli fratrzy sporo do roboty, wszak w słowie "Lumumbowo" jakby zawarta jest "zabawa"; sam Lumumba był komunistą i premierem Kongo, przez antykomunistów, zdaje się od Mobutu Sese Seko ale nie mam pewności, odstrzelonym; emblematyczny dla krajów subsaharyjskiej Afryki sposób na wymianę władzy).

Łódzki kościół salezjanów, duszpasterstwo akademickie
    Annecy jest też ośrodkiem sportów zimowych. W okolicy jest olimpijski stadion biathlonowy. Zresztą cała Sabaudia to jedno z miejsc gdzie rozpoczęła się moda na zimowe sporty i turystykę (tylko nie mówicie tego w Gryzonii, zwłaszcza w Sankt Moritz!). Wszak to ze szczytu Mont Blanc Kordian skoczyć miał by zabić cara, a Chamonix (dziś Chamonix-Mont-Blanc) i Albertville (dziś bez zmian) odpowiednio w 1924 i 1992 roku gościły zawody Zimowych Igrzysk Olimpijskich. W obu wypadkach bez medalowych sukcesów Biało-Czerwonych jednak.

Kolejka na Mont-Blanc (właściwie to na Aiguille du Midi w Masywie Mont-Blanc, 3842 m npm)
    I skoro już trafiliśmy w Alpy, to następne wpisy będą o jednym z dziwniejszych tworów politycznych powstałych na gruzach Lotharii Regni (i, przy okazji Świętego Cesarstwa Rzymskiego) – Konfederacji Szwajcarskiej. Nie całej oczywiście. I nie będzie prawie nic o losie szwajcarskich kotów.
Rzewne spojrzenie na Wyspę Łabędzią Jeziora Annecy na pożegnanie Górnej Sabaudii

25 kwietnia 2025

Polski atom

    Po Wielkiejnocy na blogu miałem kontynuować wpisy o podróżach po Półwyspie Apenińskim (niby mógłbym napisać: po Włoszech, ale Italia czasu upadku Imperium Zachodniorzymskiego po drugą połowę XIX wieku była li tylko pojęciem geograficznym; gdyby nie sukcesy ichniejszych piłkarzy i dostępność telewizji nadającej w ustandaryzowanym języku włoskim dalej pewnie by takim była, a mieszkańcy północy i południa fizycznie nie byliby w stanie znaleźć wspólnego języka), ale postanowiłem na chwilę wrócić na rodzime podwórko. Na jeden wpis.
    O energii atomowej.
    Tak, wiem, temat zdaje się być oklepany jak mata po zawodach zapaśniczych – wszak wiadomo, że indolencja rządzących naszym krajem oddala w czasie powstanie pierwszej elektrowni jądrowej (choć słyszy się już buńczuczne głosy o drugiej i trzeciej), tym samym sytuując Polskę w grupie krajów – co tu dużo mówić – zacofanych. Dzieje się to w chwili, gdy zapomnieliśmy już o traumie Czarnobyla (zaraz rocznica eksplozji; w czasach radzieckiej okupacji planowano uruchomienie elektrowni atomowej typu RBMK w Żarnowcu – może i produkowały one najtańszą energię w historii, ale rozumiem ówczesny sceptycyzm mieszkańców).

Kokpit reaktora typu RBMK

    I pomijam tu aspekt militarny: wszak kto nie ma broni atomowej jest nikim na arenie międzynarodowej. Za przykład niech posłuży jedno z wrogo do Polski nastawionych państw Europy Wschodniej – w imię jakichś międzynarodowych układów oddali własny arsenał nuklearny, a teraz nie kontrolują w całego terytorium kraju.

Jedno z miast w wyżej wymienionym kraju

    Polska "miała" głowice nuklearne, będące w jurysdykcji okupującej nasz kraj Armii Czerwonej, ale o tym wspomnę kiedy indziej – jak wreszcie odwiedzę te opuszczone dziś obiekty leżące głównie w północno-zachodniej części kraju.

Symbol radzieckiej okupacji

    Teraz o czym innym – z powodu braku pieniędzy nasz jedyny reaktor nuklearny – Maria (imię nadane na cześć pionierki atomistyki, naszej dwukrotnej noblistki) – ma zostać wygaszony (podobno tylko na dwa miesiące, przerwa techniczna jakoby). Już raz wyłączono go, także z biedy, na początku lat 90-tych. Pomijam już jakie znaczenie ma ten eksperymentalny obiekt dla polskiej nauki (i tak mocno doświadczanej – wstrzymywane są kolejne projekty, także z branży nuklearnej), ale jest to jedno z nielicznych miejsc na Świecie produkujące ważne dla medycyny radioaktywne izotopy. Wygląda to naprawdę na jakąś podłą krecią robotę. Albo bezbrzeżną głupotę. Co więcej – oba te stwierdzenia nie muszą się wykluczać.
    Jak byśmy byli jakimś bantustanem, normalnie.

    Zresztą może i jesteśmy, i ad acta należy odłożyć pamięć o tym, że 1000 lat temu – wbrew sąsiadującym z nami wtedy (i teraz) Niemcami Bolesław Chrobry koronował się na króla. O którym to okresie niedawno na blogu było. Warto dodać, że XX-wieczni okupanci nie rozpieszczali naszego Narodu – także jeśli chodzi o atom.

Ruda uranu
    A konkretnie o rudy uranowe, których niewielkie, acz bogate pokłady leżały w Sudetach, w okolicy Kowar, w rejonie od setek lat słynącym z górnictwa (weźmy Złoty Stok czy najstarsze miasto w Polsce, Złotoryję – nazwy mówią za siebie).
Kowary
    Przed II Wojną Światową rudę uranu rozpoczęli eksploatować Niemcy, po zaś – jeśli ktoś chciał powiedzieć, że Polacy, to gratuluję optymizmu – sowieccy okupanci. Rozpoczynała się Zimna Wojna, radzieccy szpiedzy i zainfekowani ideologią komunistyczną naukowcy na potęgę wykradali prace alianckich, głównie amerykańskich, centrów naukowych, by tylko przyspieszyć budowę broni atomowej dla Stalina. Jak wszyscy wiemy – udało im się, i ZSRS został drugim po USA mocarstwem atomowym. Do produkcji zaś bomb A potrzebny był uran. Sowieci mieli swoje złoża, ale zawierały one dużo mniej tego radioaktywnego metalu niż te polskie – stąd i eksploatowali je u nas. I wywozili, jak wszystko, na Wschód.
Sudety wewnątrz
    Czy więc pierwsza radziecka bomba atomowa powstała z polskiego uranu? Nie jest to wykluczone, acz namacalnych dowodów brak. Przewodnik opiekujący się jedną z kopalni, położonym u stóp Śnieżnika obiekcie w Kletnie, opowiadał mi, że jest to wielce prawdopodobne. I mimo, że – w przeciwieństwie do kopalni w Kowarach – nie znaleziono tu żadnych tajemniczych skrytek, Kletno ma dużo straszniejszy sekret, dotyczący stosunku okupacyjnych władz PRL do Polaków: w kopalni uranu pracowali bowiem polscy żołnierze – w ramach karnych batalionów górniczych (nie jest to chyba oficjalna nazwa, ta zmieniała się w przeciągu lat trwania komunistycznego reżymu). Tu, do wydobywania radioaktywnego urobku kierowano poborowych z rodzin podejrzanych dla nowej władzy – synów partyzantów, działaczy niepodległościowych, społeczników, katolików, patriotów. Warunki były ciężkie – zagrożeniem był nie tylko rakotwórczy pył. Maski gazowe miały w tamtym okresie filtr z igiełek azbestu – więc albo oddychało się kancerogennymi igiełkami, albo takmiż promieniotwórczym powietrzem kopalni. Częściej tym drugim, bo maski pono szybko się zapychały i trzeba było pracować bez nich. Efektem były szybsze zgony na nowotwory wrogów Ludu. Komuniści robili wszystko, by wyniszczyć Naród.
Kopalnia w Kletnie
    Całe szczęście obecnie nie stosuje się takich praktyk, zaś ofiary owego systemu doczekały się godnego upamiętnienia i zadośćuczynienia. Nie no, żartuję. Niedawno przywrócono wysokie świadczenia socjalne dla komunistycznych oprawców, a współpracownicy komunistycznego reżymu i ich potomkowie żyją sobie jak początki w maśle i nadal dzierżą gros władzy w Polsce. I tak, wiem, trwa kampania wyborcza.

Kampania wyborcza

    Płakać się chce nad tą naszą polską przyszłością, więc kończę tą jeremiadę i wracam na Półwysep Apeniński. A do atomu w Polsce, jak wspominałem wyżej, wrócę, jak dotrę do sowieckich silosów atomowych na Pomorzu (choć nie zrobię tego w obecną majówkę, to Czytelników zachęcam – albo tam, albo w góry do Kletna i Kowar)

Najchętniej czytane

Piwny książę

     Poprzedni wpis mógł wyglądać jak apoteoza spożywania alkoholu w warstwach rządzących, ale jest to oczywista nieprawda, wszak ustawa o...