Tłumacz

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą amerykapołudniowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą amerykapołudniowa. Pokaż wszystkie posty

10 października 2025

Pyzy

    Pozostając jeszcze przez chwilę (przynajmniej na początku wpisu) przy Republice Czeskiej (uwaga: ostatnio Czesi na skróconą nazwę swojego państwa wybrali średniowieczne określenie Czechia, żeby się nie myliły Czechy jako nazwa kraju i jako krainy historycznej, w skład państwa wchodzącej) to wcale nie kojarzy nam się ona ani z dolarem ani z golemem (a o obu tych czeskich wynalazkach na blogu wspominałem przecież). Słyszysz Czechy, myślisz knedliki. Proste.
Złota Praga, czeska stolica
    Nie knedle – które w zależności od regionu dawnej Monarchii Habsburskiej są czymś za każdym razem innym (w Austrii zrobione z chleba kule podobne do dżunglowego tacacho; u nas w niehabsburskiej Kongresówce jest to jeszcze całkiem co innego, kluska ze śliwką) – knedliki. Czyli po prostu pyzy. Tak, wiem, dla większości Polaków są to pampuchy, kluski na parze czy tam na łachu robione (albo jeszcze inne buchty). Ale u nas w Księstwie Sieradzkim to pyzy. Nazwę tę zgapiły te chytre bambry z Wielkopolski, i tam też tak mówią. Dla reszty naszych Rodaków pyza na talerzu to coś innego – o Polskiej Pyzie Wędrowniczce nie wspominam nawet.
Tacacho, czyli coś w podobie knedla z Amazonii; to obok to suri.
    Jak można się tymi czeskimi knedlikami zachwycać to ja prywatnie nie wiem. Fakt, że podaje się tam to pokrojone w plastry, więc średni smak kluchy maskowany jest smacznym zazwyczaj sosem (lepszym niż te nasze gulasze z pampuchami podawane), ale szanujmy się.
Knedliki z czeskim gulaszem
    A może to ja mam uraz po przedszkolu czy podstawówce, gdzie na stołówce trafiały się pampuchy z takim średnim gulaszem, albo – i to już jest autentyczna trauma – z różową truskawkowo-śmietanową maziają (czasem dodawali to do ryżu). Nieważne. Fanem nie jestem, choć oczywiście jak podadzą, to zjem.
    Jakież było moje zdziwienie (dobrze, to tylko zabieg stylistyczny, byłem tylko lekko zaskoczony, ale w miarę, bez jakichś dramatów) kiedy będąc w Limie zaszedłem do jeden z restauracji chifa (kuchnia chińsko-peruwiańska, skąd tam Chińczycy kiedyś wspominałem na blogu), a mając dość kurczaka z ryżem (standardowe peruwiańskie jadło) zamówiłem takie inne cuś. Kiedy dania znalazły się na talerzu okazało się, że kulinarnie znalazłem się niemal w Polsce.

A takiego cusia u nas zbyt często nie uświadczysz - ceviche
    Małe didaskalia: krytycy kulinarni jakiś czas temu obwieścili, że kuchnia Peru należy do jednych z najlepszych na Świecie. Wielokrotnie przebywając w tym kraju dochodzę do wniosku, że owi eksperci najprawdopodobniej nigdy nie byli w Peru dłużej niż tydzień. Na pewno zaś nigdy nie odwiedzili Polski, bo nie opowiadaliby takich kocopołów. Nasza jest dużo bogatsza w smaki i tradycje. Choć oczywiście w tak olbrzymim państwie jak ta południowoamerykańska republika każdy znajdzie coś dla siebie, mieszają się tu wpływy indiańskie, hiszpańskie i właśnie azjatyckie.
Chifa - azjatyckie wpływy w kuchni Peru (ta maca to wantan, o czym poniżej)
    I te wpływy azjatyckie, chińskie, sprawiły, że tak polsko się w restauracji poczułem. Oto bowiem miałem przed sobą nadziewane pyzy/pampuchy/kluski na parze oraz pierożki. Te ostatnie w swojej oryginalnej wersji, pokrewnej chińskim jiaozi (te pierwsze zaś w formie zwanej baozi).

Pierożki i pampuszki w Ameryce Południowej
    Tak, Chiny od tysięcy lat wpływały kulinarnie (no, nie tylko, ale skupmy się na tym najsmakowitszym aspekcie chińskiej influencji) na okoliczne kultury. Ot, koreańskie mandu czy japońskie gyoza pierogi to nic innego jak kopie, względnie potomki, jiaozi. A kiedy do chińskiego gara zajrzą Mongołowie, pierogi rozejdą się wraz z ich dzikimi hordami po całym olbrzymim stepowym imperium. O Attyli mówiono, że tam, gdzie przejdzie jego koń pozostają ino zgliszcza, o Temudżynie, Czyngis-Chanie, i jego potomkach można dowcipnie rzec, że tam, dokąd docierają ichnie zagony pozostają kluski.

Chiński fast-food w... Australii
    Wszak pierogi to takie kluski z nadzieniem, prawda? W Peru każda zupa (znaczy rosół; w restauracji chifa nie ma innych) zaopatrzona jest w wantan, właśnie takie pierogi zrobione ze sporych plastrów makaronu. Za dzieciaka takie plastry na piecu wypiekałem na macę, tu czasem smaży się je w głębokim oleju i podaje także jako zakąskę.
Wantany w chińsko-peruwiańskim rosole
    Co do nadzienia pierogi można zrobić ze wszystkim. W Azji Środkowej będzie to baranina czy warzywa, w Gruzji chinkali wypełnia miłość wino mielonka, na Rusi biały ser z cebulą (tak, to nasze pierogi ruskie)... Trudno wyobrazić sobie Wieczerzę Wigilijną bez barszczu z uszkami nadzianymi grzybem i kiszoną kapustą, prawda? Do tego pierogi przyjmą także owoce (to dalekie echo makaronu z truskawkami). Piękna sprawa.
    Tak, można w środek włożyć także szpinak – niech i wegetarianie skorzystają z bogactwa polskiego (oraz chińskiego) dziedzictwa kulinarnego.

Przykładowy makaron w wersji jarskiej
    A na historii uczą nas, że Mongołowie to ino zgliszcza i pożogę zostawiali (zresztą to wspaniały temat na wpis, w końcu w tym roku przypadała okrągła 784 rocznica bitwy pod Legnicą). No może i pozostawili, ale zostawili pierogi. To uczciwa cena. Właściwie potrawa ta znana jest w Europie tylko tam, dokąd doszli.
Głowa Mongoła wbudowana w ścianę jednego z dolnośląskich kościołów
    Wyjątek stanowią Włochy, zwane krajem makaronu. Jak wspominałem, kuchnia tamtejsza jest niezwykle prymitywna – samo przygotowanie klusek też do najtrudniejszych nie należy, więc jak ulał tam pasują. Pytanie tylko, czy włoskie pierożki ravioli to lokalny wynalazek, bo w końcu ile można jeść papkę zwaną polentą i postne placki później udoskonalone do pizzy, czy może przynieśli je kupcy Jedwabnego Szlaku.

Wielki Kanał w Wenecji - kraniec Jedwabnego Szlaku
    Wszak ta ohydna Najjaśniejsza Republika Świętego Marka była ostatnim punktem na tym olbrzymim handlowym szlaku, łączącym Chiny z Zachodem. Pomysł na spaghetti czy inne targiatelle mógł do Wenecji przywieźć Marco Polo – albo jeden z jego konfratrów w kupieckim interesie.
    Jakieś pyzy też chyba zdaje się mają. Nie wiem.

26 września 2025

Ziemniak

    Mięsko musisz zjeść, ale ziemniaczki możesz zostawić – któż z nas będąc dzieckiem nie słyszał tej frazy (albo – będąc dziadkiem czy rodzicem jej nie wypowiadał)?

Prekolumbijskie pola ziemniaczane

    No właśnie. To pokazuje tylko, jak gargantuiczną rolę – rolę wypełniacza, takiego biblijnego chleba powszedniego – w polskiej świadomości, kuchni i kulturze spełnia ta zamorska bulwa z rodziny psiankowatych, psianka ziemniak, Solanum tuberosum. Ziemniaki znane są też u nas jako pyry, pyrki czy perki (od miejsca pochodzenia, Peru), grule, bulwy albo bulby, barabole (nijak z czeskimi bramborkami nie powiązane), kompery, swapki... Jest więc o co się kłócić. Popularna nazwa to także pochodzące z Niemczyzny kartofle – tu źródłosłowem są trufle, grzyby dziś nieco bardziej cenne od poczciwych kartofelków. Francuzi w swym językowym prymitywizmie zwą je ziemnymi jabłkami. Fakt, i te, i te można w ognisku upiec. Same ziemniaki można podać na różne sposoby – oprócz wspominanych pieczonych – nie tylko z wody (a i tak inaczej w wodzie się gotuje obrane i pokrojone, inaczej w mundurkach – można je i uparować – inaczej młode). Dajmy na to: babka ziemniaczana, zwana kuglem. Frytki (pono w Belgii wynalezione, ale mi w Holandii bardziej smakują). Albo weźmy placki ziemniaczane – które dzieci i dziwacy jedzą z cukrem, dorośli na wytrawnie, niekoniecznie z mięsem - czy puree. Nie tylko u nas – tradycyjny colcannon zjadany z irish stew w dniu Świętego Patryka to przecież danie ziemniaczane (arcyziemniaczane, jak rzekłby Makłowicz spacerując po klifach Moheru). Zresztą Irlandczycy to nacja co najmniej tak samo zupno-ziemniaczana jak Polacy, a epidemia zarazy ziemniaczanej, fitoftory, spowodowała olbrzymi głód u ziemniakozależnej społeczności i wywołała masową migrację do Ameryki Północnej. Dało to USA drużynę Boston Celtics i jednego zastrzelonego prezydenta. Ba, nawet w krajach, gdzie ziemniak jest tylko kulinarnym dodatkiem można spotkać sympatyczną bulwę w najmniej spodziewanych momentach. Niedawno wspominałem o spotkaniu w Syrakuzach: kawałki ziemniaka leżały na pizzy.

Frytki belgijskie w Amsterdamie
Sycylijska pizza z ziemniakami

    Za naszą zachodnią granicą, w kraju także ziemniaczanym, hitem jest Kartoffelsalad, sałatka ziemniaczana. Ale i u nas trafia on jako baza do sałatki warzywnej (zwanej też rosołową, a w krajach Dzikiego Zachodu rosyjską) – bez względu na rodzaj użytego do niej majonezu. Jeśli zaś już jesteśmy przy kulinarnych konfliktach (placki ziemniaczane z cukrem, wojny majonezowe) przypominam, że osoby szkalujące dodawanie jabłka do sałatki nomen omen warzywnej używając argumentu, że to przecież owoc są w całkowitym błędzie – jabłoń rodzi szupinki, owoce rzekome.

Kwiat jabłoni, dający owoce rzekome

    Jedna szkoda, że udana ofensywa ziemniaka na polskie stoły ograniczyła rolę tych cudownych polskich kasz w diecie. Co prawda wybroniły się, ale sporo gatunków kasz zniknęło w mrokach dziejów. Warto dodać, że kartofle i zboża konkurują również w przemyśle spirytusowym – wódka ziemniaczana w mojej opinii jest smaczniejsza od zbożowej. Póki co nikt nie wynalazł piwa albo wina z pyrek robionego.

Bulwy ziemniaczane w Muzeum Przyrodniczym w Cuzco
Jakaś andyjska psianka, nie wiem, czy jadalna
    Jakie było więc moje zaskoczenie gdy trafiłem do ojczyzny ziemniaka – w Andy. W Peru bowiem istniej podobno 4000 tysiące (a w czasach prekolumbijskich pono jeszcze więcej ich było) odmian (czy też może gatunków/podgatunków) onej psianki (ogólnie Ameryka Południowa psiankowatymi stoi – weźmy pomidory czy papryki), a podstawą diety jest importowany ryż. Nawet nie lokalna komosa, quinoa, krewna naszej lebiody, tylko azjatyckie zboże (technicznie i ryż i komosę można by uważać w kuchni za rodzaj kaszy). Najczęściej ryż z kurczakiem – zamiast z dużo smaczniejszą kawią domową. Świnką morską znaczy.

Gryzoń z ziemniaczkami

    Do tego ryżu z kurczakiem czy innych ceviche albo anticuchos ziemniak trafia niezwykle rzadko – i to tylko li wyłącznie jako warzywko. Piochtanina taka, jak u nas buraczek czy marchewka. Szpinak. Warto dodać, że na talerzu wtedy i tak przegrywa z batatami czy maniokiem (albo i bananem). Przyznam, że było to dla mnie niepojęte.

Bulwy na targu nad Titicaca - prawdopodobnie nie tylko ziemniaki
Coś. Może szczawik bulwiasty, może ziemniak. Może coś innego.
    Może była to kwestia ekonomiczna, może element zagranicznych nowości? Przecież w Europie też dużo bardziej popularna jest dziś fasola niż ten cudowny – najlepsze warzywo – bób. A potomkowie Inków naszego strączkowego giganta przedkładają nad rodzimą fasolę. Swoją drogą hitem jest bób suszony, przegenialny w smaku. Trzeba tylko uważać, by nie ukruszyć sobie na nim zęba, co Autor był któregoś razu wziął i sobie uczynił.
Lima beans - jeden z gatunków fasoli jeszcze używany w Peru, w rejonie Icy. Nie łamie zębów.
    W Peru ziemniak nie został pokonany definitywnie tylko w wysokich górach – gdzie oprócz niego nic właściwie nie chce wyrosnąć. Tam też wyhodowano odmiany które poddają się liofilizacji – klimat wysokich Andów sprawia, że bulwy bardzo łatwo przemrozić i usunąć zeń wodę. Takie suszone ziemniaki długo się przechowują – a jake są w smaku to wspominałem zdaje się w czasie przeprawy po inkaskim wiszącym moście.

Tradycyjny andyjski most wiszący

    Jak nie wspominałem, to już mówię: takie w sumie średnie.

Tradycyjne liofilizowane indiańskie ziemniaki (czarne) wraz ze zwykłym kolegą

    Co ciekawe andyjska bulwa doczekała się w Polsce własnego pomnika – w Biesiekierzu na Pomorzu stoi sobie dumnie rzeźba ziemniaka.

Pomnik Ziemniaka
    Z czasów młodości pamiętam też, że zawsze wrzesień/październik pachniał dymem gorajek z łyntów (łęciny, łęty), czyli z ognisk tworzonych z suchych nadziemnych pozostałości ziemniaczanych krzaków. Nawdychał się tego człowiek sporo, i tylko mam nadzieję, że wyziewy te nie były trujące – jak trujące są pełne toksycznej solaniny jagody psianki ziemniaka. Dziś zresztą łyntów się już nie wypala, a i wykopki (przypominam, że ziemniaki tradycyjnie kopie się dziabką!) zmieniły termin – pierwsze plony ziemniaka potrafimy uzyskać już na początku maja, w czasie gdy kiedyś dopiero bulwy wyjmowało się z kopców (pamiętam, że w dniach awarii w elektrowni w Czarnobylu właśnie wyjmowaliśmy pyrki przygotowując je do sadzenia). Dziś zresztą ziemniaków też się nie kopcuje. Ot, nowoczesność w domu i zagrodzie.

Wesołe ziemniaczki w knajpie serwującej turecki/bałkański kumpir - nadziewanego pieczonego ziemniaka - w Luksemburgu

    I tylko ziemniaczki dalej można zostawić – jak się zje mięsko.

16 czerwca 2025

Coś ważniejszego

    Trener Bill Shankly zwykł mawiać, że piłka nożna nie jest kwestią życia i śmierci – że chodzi o coś więcej.

Stadion Narodowy w Warszawie

    Może dlatego kilka dni temu taką dyskusję w kraju wywołała decyzja największej gwiazdy reprezentacji o rezygnacji z gry dla Polski po tym, jak narodowy selekcjoner pozbawił go opaski kapitańskiej.
    O piłce nożnej (i o tym, co mi się w niej podoba i nie podoba) na blogu było już kilkukrotnie – wszak to najbardziej egalitarna z gier. A sam Robert Lewandowski to jeden z najlepszych graczy w historii tej dyscypliny. Duma.

Piłka nożna - gra egalitarna

    Jak wielka to jest postać, niech zaświadczy historyjka, kiedy pewnego razu poruszaliśmy się po bezdrożach wyżyn Paragwaju. Celem była – wspominana przecież na blogu – La Rosada, ruiny dawnego centrum przemysłowego tego dziś zapomnianego kraju, zniszczonego w wyniku krwawych południowoamerykańskich wojen (a konkretnie Wojny Trójprzymierza).

Ruiny zakładów przemysłowych La Rosady

    Niedaleko La Rosady znajdować się miały przepiękne wodospady (ogólnie progi rzeczne są często bardzo ładne – choć Paragwaj swoje najpiękniejsze zalał wodami zbiornika zaporowego Itaipu), więc ruszyliśmy w tamtą stronę. Próbowaliśmy na piechotę, ale w końcu złapaliśmy stopa – nie pierwszego tego dnia: po Paragwaju to częsty sposób podróżowania, aut jest mało, odległości spore, a transport publiczny, zwłaszcza lokalny, niezbyt mocno rozwinięty. Tym razem byli to pracownicy lokalnego parku narodowego (Parque Nacional Ybycui).

Droga przez Wschodni Paragwaj

    Nie byliśmy jedynymi ludźmi podróżującymi do owych wodospadów (w paragwajskiej odmianie hiszpańskiego zwanych salto - Salto Guarani). Przed nami po błotnistej, pokrytej rdzawym błotem gleb laterytowych toczył się autobus. Gimbus właściwie. Pełen paragwajskich dzieciaków wrzeszczących do siebie głównie języku guarani, w którym porozumiewa się większość mieszkańców.
   Jakie było nasze zaskoczenie – i radość – gdy któryś z dzieciaków (dziewczynka) biegała w koszulce FC Barcelona z nazwiskiem Lewandowski. W paragwajskiej głuszy. Wielka sprawa.

Salto Guarani w porze suchej
    Przypominam – w Ameryce Południowej, gdzie futbol ma zdecydowanie wyższy status niż w Europie – bo potrafi wyciągać z biedy. Kiedy później tego dnia łapaliśmy powrotny autostop zatrzymał się właśnie ów gimbus – i rozmowa w końcu zejść musiała na tematy piłki nożnej (oczywiście nie tylko – byliśmy taką samą atrakcją dla miejscowych, jak oni dla nas).
    - Jose Luis Chilavert – chciałem zabłysnąć znajomością paragwajskich piłkarzy, a do tego bramkostrzelnego golkipera miałem wielki sentyment, skoro oni znali Lewandowskiego.
    - Roque Santa Cruz! - dodał szybko jakiś chłystek, i rzeczywiście, ten genialny drybler do dziś cieszy się w kraju ogromnym mirem.
    Z klubami sportowymi nie poszło już tak dobrze – znałem tylko Olimpię Asuncion, ale szybko zostałem doinformowany, że Olimpia to w sumie jest be, i należy kibicować innemu stołecznemu zespołowi, Libertad (a jest jeszcze Guarani, też ze stolicy). Miejscowi nie znali niestety żadnego z polskich klubów, ani Legii, ani Lecha, ani nawet Jutrzenki Warta.

Stolica Paragwaju

    A Lewandowskiego znali. Zresztą gdzie bym się ostatnio nie odwrócił, to – zwłaszcza od czasu przejścia do FC Barcelony – na trykoty naszej gwiazdy i chyba najwybitniejszego piłkarza, natknąć się można wszędzie. Szkoda więc, że tak wielki zawodnik, u krańca przebogatej kariery, stroi fochy niczym jakaś pryszczata nastolatka z krzywymi zębami. Straszna rzecz się stała, trener pozbawia go opaski kapitańskiej (umiejętności przywódcze pana Roberta są równie miałkie jak stricte piłkarskie olbrzymie), a ten się obraża na reprezentację Polski. Polski! Tym bardziej pokazując, że na lidera nie daje się niczym dowolni przedstawiciele obecnego rządu na ministerialne stanowiska.

Camp Nou w Barcelonie

    Cóż, trener pewnie wybroniłby się ze swej słusznej decyzji, gdyby nie to, że w następnym meczu reprezentacja poległa z kretesem ze średniej jakości przeciwnikiem, a poziom gry przypominał te straszne dla Polski (we wszystkich dziedzinach) lata 90-te zeszłego stulecia. Różnica jest taka, że teraz mamy graczy klasy co najmniej europejskiej, którzy jakoś w kadrze wyłączają tryb "ambicja", a wtedy po prostu była bieda.
    Przez ten tydzień okazało się też, że trener Shankly nie miał racji. Oto bowiem Niemcy (jeden z urodzonych w Polsce Niemców podobno kandyduje na opróżnione po porażce z Finlandią stanowisko selekcjonera; nie wiem, czy mieszkańcy Wielunia, celnie zbombardowanego w 1939 dzięki pomocy miejscowych Niemców byliby zadowoleni) w ramach zadośćuczynienia za zbrodnie i wielomiliardowe grabieże stawiają w Berlinie ku pamięci pomordowanych Polaków... kamień z napisem loff. Cóż, widać nie zasługujemy na reperacje.

Wieluńska fara pw św. Michała Archanioła - stan obecny

    Na te z kolei – i to żądane od Polski i Polaków – chrapkę ma pewne leżące w Azji państwo, powstałe kilka lat po wojnie, które całe swoje jestestwo opiera na rasizmie, ksenofobii i polityce historycznej. O czym, zdaje się, niedawno na blogu pisałem. Teraz też: zadarli z silniejszym, i już zgrywają poszkodowanych, podczas gdy ofiary ich własnych zbrodni jeszcze nie ostygły.

Bliskowschodnia pustynia

    "Obyś żył w ciekawych czasach" głosi stara, chińska klątwa. I rzeczywiście – są ciekawe. Także u nas w kraju, i malizna reprezentacji Polski w piłkę nożną nie jest spośród nich najgorsza (kto mnie zna i czyta czasem bloga domyśla się o co mi chodzi, a kto nie – to nie, mam tu dużo więcej apolitycznych treści). Oczywiście – piłkę nożną męską, bo żeńska, trudna w odbiorze, żeby nie rzec nudna, właśnie awansowała po raz pierwszy na Mistrzostwa Europy, a gwiazda, Ewa Pajor (także rozkwitająca w FC Barcelonie) nie obraża się na nikogo tylko robi swoje.

Zegar Kwiatowy w Genewie przystrojony z okazji kobiecych ME w piłkę nożną
    Generalnie nie jest za ciekawie. Trzeba też pamiętać, że z fizyką jeszcze nikt nie wygrał, a każda akcja powoduje reakcję.
Fontanna Wielkoluda w Bernie
    O co chodzi z tą fontanną na zdjęciu będzie na blogu, ale za jakiś czas, bo teraz udaję się (blogowo) na ziemie dawnego Lotharii Regni, dziś – nieco gnijącego - jądra Unii E***pejskiej.

2 maja 2025

Wenecje

    Po krótkim blogowym interludium dotyczącym spraw naszej umiłowanej acz umęczonej Ojczyzny wracamy – przynajmniej częściowo – na Półwysep Apeniński, do Esgaroth, Miasta na Jeziorze Wenecji, miasta na Lagunie. Miarą potęgi i siły oddziaływania tej niecnej republiki kupieckiej jest ilość miejsc na Świecie, o jakich bedekery piszą "taka-to-a-taka Wenecja".

Wielki Kanał w Wenecji

    Robią to z uporem godnym lepszej sprawy – i niemal gdziekolwiek miasto leży na wyspach nad rzeką otrzymuje miano weneckie. Weźmy taki Amsterdam. Wenecja Północy, prawda? Przynajmniej jedna z wielu. Miasto w pewnym okresie swej historii potężniejsze niż włoska republika, wyrosło na bagnistej nizinie u ujścia rzeki Amstel, pełne kanałów (wpisanych na Listę Dziedzictwa Ludzkości UNESCO, podobnie jak fortyfikacje okalające Amsterdam; analogicznie na Liście znajduje się Wenecja oraz weneckie fortyfikacje we Włoszech i basenie Adriatyku) także wzniesione zostało na usztywniających grunt palach. Mimo wspaniałości Złotego Wieku holenderskiego miasta nikt nie nazywa Wenecji Amsterdamem Północy – co w sumie nie jest dziwne, zważywszy, że osada na tamie na Amstelu powstała kilkadziesiąt lat po tym, jak Wenecjanie w najlepsze dzięki armii krzyżowców zdobywali Konstantynopol.

Kanały Amsterdamu

    Inną Wenecją Północy, jeszcze młodszą, ba, powstałą w czasach, gdy Najjaśniejsza Republika Świętego Marka powoli poczynała tracić swe olbrzymie śródziemnomorskie imperium jest carska stolica nowego wzoru, założony na surowym kamieniu Sankt Petersburg. Położone nad Newą (rzeka może i krótka, ale potężna – to ona do Bałtyku wtłacza najwięcej słodkiej wody) także pełne jest kanałów, a gdy wiatr wieje od morza cofka powoduje powodzie, dużo potężniejsze niż wenecka acqua alta (w Wenecji wiatr wieje od wschodu, w Petersburgu od zachodu; w obu wypadkach by zapobiegać powodziom i podtopieniom zainstalowano specjalne zapory, te rosyjskie są skuteczniejsze).

Kanały Sankt Petersburga

    Właściwie znając miłość założyciela miasta do Niderlandów Petersburg powinno się zwać Amsterdamem Wschodu (część miasta zwie się Nową Holandią), ale jakoś nikt tak nie robi. Może dlatego, że Nowy Amsterdam (gdzie nomen omen dziś jest dzielnica zwana Małą Italią) leży w kraju, który przez większość XX darł koty z ZSRS i Rosją?

Nowy Amsterdam dziś Nowym Jorkiem zwany

    Co do Ameryki zaś – to tam widziałem jedyną swoją pozaeuropejską Wenecję. Mianowicie dzielnicę Iquitos o biblijnie brzmiącej nazwie Belen. Miejsce to – jakże charakterystyczny dla podtapianych wiosek Amazonii palafit, osada na palach – Wenecją jest przez jakieś pół roku. W porze suchej jest fawelą, slumsem, nie śniącym o imperialnej potędze (chociaż nie, śnić to sobie może; na pewno nie ma potęgi którą może wspominać; chociaż...) organizmem miejskim.

Belen w porze suchej

    Wracając do Europy – przypomniało mi się, że widziałem jeszcze Małą Francuską Wenecję – czyli alzacki Colmar. Więcej Wenecji nie pamiętam (chyba, żeby liczyć Trogir, zwany Chorwacką Wenecją, należący kiedyś, jak i większość Dalmacji, do posiadłości Najjaśniejszej Republiki Świętego Marka).

Colmar
Trogir

    No, chyba, że w Polsce, to widziałem. Z racji ilości mostów, położeniu na (kiedyś) pięciu wyspach oraz węzłowi hydrologicznemu Wenecją Północy zwany jest Wrocław. W przeciwieństwie do innych tego typu miast nie jest regularnie zalewany – choć osobiście pamiętam Powódź Tysiąclecia w 1997, kiedy praktycznie całe miasto znalazło się pod wodą. Tutaj jednak na tragedię złożyły się – oprócz olbrzymich opadów – także warunki pozasportowe, m.in Czesi zrzucający bez ostrzeżenia wodę z własnych zbiorników zaporowych, lata zaniedbań infrastruktury hydrologicznej oraz – charakterystyczne dla komunistów ignorujących prawa przyrody (nie tylko jeśli chodzi o płcie) – gęsta zabudowa podwrocławskich polderów, przez setki lat służących do przyjmowania wód powodziowych niesionych przez Odrę. Nie wiem czemu: zawsze socjalizm doprowadza do ludzkiej tragedii, a jakieś kognitywne immakulaty i tak weń wierzą. Ot, siła propagandy.

Ostrów Tumski we Wrocławiu
    Poza Wrocławiem Wenecji w Polsce jest pewnie bez liku, ja osobiście kojarzę trzy takie dzielnice: w Szczecinie, Bydgoszczy i – tu pewnie będzie zaskoczenie dla W. Sz. Czytelników – w Pabianicach. Największa z nich, mocno zaniedbana (obecnie coś tam grzebią) to ta leżąca nad Odrą szczecińska.
Szczecińska Wenecja
Bydgoska Wenecja
Pabianicka, hm, Wenecja
   
I mamy przecież jeszcze Wenecję – Wenecję. Na Pałukach. Dawne miasteczko powstało pod koniec XIV wieku jako Mościska (wszak leży nad trzema jeziorami, most był niezbędny), ale właściciel dóbr pojechał na studia do oryginalnej Wenecji (cóż, Polacy robili Grand Tour i Erasmusa zanim było to modne), i tak mu się spodobała, że swoje dobra nazwał tak samo. Mało tego, postawił tu zamek obronny, jakiego w Mieście na Jeziorze mieście na Lagunie próżno szukać.

Ruiny weneckiego zamku
    Oprócz ruin gotyckiej warowni atrakcją wioski jest Żnińska Kolejka Wąskotorowa, która tu właśnie, oprócz stacyjki, ma też niewielkie muzeum.
Stacja Wenecja
Kolekcja wąskotorowych ciuchci
   
A po drugiej stronie jeziora znajduje się osada, podobnie jak oryginalna Wenecja, leżąca (kiedyś) na wyspie, której budowle także umacniane były palami wbitymi w ziemię – Biskupin.

Brama osady w Biskupinie
    Powstała w czasie, kiedy kilka niewielkich osad nad Tybrem zamieszkałych było przez półdzikich pasterzy i rolników nie wiedzących jeszcze, że staną się Rzymianami. Kto zbudował protomiasto w Biskupinie właściwie nie wiemy – choć niektórzy utożsamiają ludność kultury łużyckiej z ludem Wenedów (od którego – lub którym był – miano miał wziąć jeden z odłamów Słowian). A ów tajemniczy lud wiążą owi, w związku z podobieństwem nazw, z Wenetami pojawiającymi się później nad Adriatykiem (inni Wenetowie znani są z Bretonii). Od których to italskich Wenetów pochodzić ma nie tylko miejscowy dialekt (technicznie nie jest to część języka włoskiego), ale i nazwa Wenecja. Logicznie było by więc nazywać w bedekerach Wenecję Biskupinem Południa.
Biskupin Południa - Pałac Dożów i dzwonnica katedry
    Nim jednak w następnych wpisach rozpierzchnę się po Półwyspie Apenińskim coś mi się jeszcze przypomniało. Przecież południowoamerykańska Wenezuela to nic więcej, jak Mała Wenecja (nazwę tę nadali niemieccy osadnicy). Ale nad tym rozwodzić się nie będę, w tym zniszczonym przez komunistów leżącym na ropie naftowej kraju jeszcze nie byłem, choć w czasie peregrynacji po Latynoameryce nie raz zdarzało się mi spotykać uchodźców z tego państwa. O czym zresztą na blogu wspominałem zdaje się. Udanej majówki.

Najchętniej czytane

Kłujki

     Na koniec opowieści o Cykladach powrót na Ios . O wyspie tej wspominałem zdaje się przy okazji pożarów w rejonie Morza Śródziemnego i...