Tłumacz

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rumunia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rumunia. Pokaż wszystkie posty

9 stycznia 2026

Tropem Osmanów cz. 1

    No tak. Jadąc do Bizancjum nie da się uniknąć przejazdu przez tereny zajmowane onegdaj przez Wysoką Portę Ottomańską – znaczy się Imperium Osmańskie. Można mówić Turcja, ale to oczywisty anachronizm (z ciekawostek: ostatnio w oficjalnych angielskich dokumentach zastąpiono Turkey nazwą Turkiye – żeby się Brytolom czy innym Amerykańcom z indykiem nie myliło). W zasadzie wystarczy jadąc z Polski na południe przekroczyć Dunaj – i już wjeżdża się do dawnych dziedzin Osmanów. Owszem, długo tak daleko na północy miejsca nie zagrzali, przegonił ich spod Wiednia i rozbił pod Parkanami (na dzisiejszej Słowacji) nasz król Jan III Sobieski, zresztą. Nie przeszkodziło to jednak tureckim architektom postawić w Jagierze (to staropolska nazwa miasta Eger, tego od Egri bikaver, jagierskiej byczej krwi, intensywnego czerwonego wina, którego nazwa powstała właśnie w wyniku jednego z osmańskich oblężeń – to wspaniała, acz dość powszechnie znana opowieść, więc tu jej nie będzie; pojawi się, jak skończą mi się tematy – albo gdy odwiedzę w końcu tamtejszą Dolinę Pięknej Pani) meczet – z którego do dziś zachował się ino minaret.

Eger - minaret, dziś obok protestanckiego zboru

    Meczetów zresztą na Bałkanach jest co niemiara – Turcy Osmańscy przynieśli bowiem ze sobą islam (oraz ulgi podatkowe dla wyznawców Allaha), a co za tym idzie dżamije – co jest słowiańską formą tureckiego słowa cami (słownictwo na Bałkanach to też element osmańskiego dziedzictwa – chociażby ciorba, czyli zupa, zwie się tak zarówno w Serbii, jak i Rumunii czy Bułgarii; niewiele można z tym zrobić, choć na przykład Grecy w drugiej połowie XX wieku próbowali urzędowo wprowadzić zamiast ludowej greki, demotyki, z naleciałościami, dialekt oparty bezpośrednio na klasycznej koinekatharewusa, język oczyszczony, mimo olbrzymich nakładów nie przyjął się en masse, choć do dziś w Grecji są ludzie dla których jest to pierwszy język; gdzieniegdzie na prowincji zachowały się też na przykład tablice z nazwami ulic czy miejscowości w tejże mowie). Pozostali też liczni muzułmanie.

Meczet w dobrudzkiej Konstancy

    Najwięcej w Albanii, Bośni i Hercegowinie, Północnej Macedonii i Serbii (wraz z Kosowem), ale przecież i Czarnogórze, Bułgarii i Rumunii ich znajdziemy. W Chorwacji raczej nie bardzo, a z Grecji zostali wypędzeni w ramach wymiany ludności po wojnach grecko-tureckich te sto lat temu. W zamian Grecja dostała nieco obcych kulturowo Greków Pontyjskich. Spora część meczetów w związku z wycofaniem się Ottomanów z Bałkanów zamieniła się w ruiny, część wróciła do swych pierwotnych funkcji – czyli cerkwi – a reszta służy pozostałym muzułmanom. Powstają też nowe – bardzo okazałe budowle – i wcale nie są sponsorowane przez Turków. Stawiają je głównie monarchie znad Zatoki Perskiej, w ramach ekspansji kulturowej i eksportu radykalnych odłamów islamu (nie oszukujmy się, tacy bektaszyci, żyjący głównie w Albanii, dla wahabity są odstępcami; na dodatek piją alkohol). Mudżahedini z krajów Zatoki czy Azji Centralnej walczyli już w czasie wojny w Bośni.

Minarety sarajewskiej starówki

    O meczetowym recyklingu jeszcze będzie, bo po Imperium Osmańskim zostały gdzieniegdzie na Bałkanach całe miasta i dzielnice. Zresztą na blogu kilka razy wspominałem już o czarszijach (jak z tureckiego zwą się owe kwartały) w Kruji, Sarajewie, Ochrydzie czy mojej ulubionej - w Skopju.

Islamska strona Ochrydy
Osmańska starówka w albańskim Beracie

    O tym, że jedna z większych postosmańskich dzielnic jest w Atenach chyba nie pisałem – Grecy zresztą chcieli by, żeby jej nie było. Z drugiej strony Plaka – położona u stóp Akropolu – jest olbrzymim magnesem dla zachodniego turysty. Ot, przecież pecunia non olet.

Plac Monastiriaki i Plaka podle ateńskiego Akropolu
    Od czasu do czasu natknąć się też można na tureckie zajazdy. Imperium Osmańskiemu mocno zależało na rozwoju podbitych krain (podatki, głupcze!), a nie oszukujmy się: w Średniowieczu Bałkany (wtedy jeszcze się tak nie nazywające) pokryła sieć głównie słowiańskich cesarstw, królestw, księstw czy despotatów, które miast zachować spuściznę Imperium Romanum z uporem godnym lepszej sprawy tłukły się między sobą (i z pozabałkańskimi sąsiadami, od Wenecji i Królestwa Węgier poczynając na koczownikach znad Morza Czarnego kończąc).

Han w Skopje
Słynny Kryty Bazar w Stambule

    Osmanowie poczęli więc odbudowywać sieci handlowe i infrastrukturę drogową. O hanach, owych zajazdach przecież pisałem wielokrotnie, czy to zachwycając się skopską starówką, czy wspominając o Bukareszcie.

Bukareszt - turecki karawanseraj

    Zachwycałem się też nad starym mostem w Mostarze. A jeśli się nie zachwycałem to powinienem. Taka tylko uwaga dla każdego kto będzie przekraczał Neretwę przez ten przepiękny obiekt: to rekonstrukcja, oryginalny łuk spinający brzegi rzeki został w czasie wojny w Bośni (Mostar leży w Hercegowinie) wysadzony przez Chorwatów. Odbudowano go z oryginalnych resztek. A. Nie polecam przechodzić po nim w deszczu – może wtedy standardowy tłok będzie mniejszy, ale śliskie kamienie tylko czekają, aż dentysta odpali działkę.

Stary Most nad Neretwą

    I w sumie po tym postosmańskim – lichym dość – przeglądzie Bałkanów (o weneckich posiadłościach też kiedyś było) powinienem ruszyć przez Trację przez Adrianopol do Konstantynopola, ale że powiedziałem A w sprawie recyklingu meczetowego, to chwilę pociągnę ten temat – bo potem zapomnę. I jako, że wpis się kończy, to trzeba będzie zrobić to w drugiej jego części.

Najsłynniejszy zrecyklingowany meczet

    Co do zapominania – właśnie. Po Osmanach pozostały jeszcze dziesiątki konstrukcji zwanych kale. A kale po turecku to twierdza. No, zamek. Od Budapesztu przez Belgrad po Tiranę czy Skopje je znajdziemy. Cóż, podbój tych terenów nie był chyba tak ostateczny jak chcieliby Osmanowie.

Belgradzki Kalemegdan
Lezha w Albanii
Kruja - siedziba Skanderbega
Twierdza Samuela w Ochrydzie - osmańska w swoim wyglądzie

    Z drugiej strony – jak mi powiedział pewien Macedończyk w Ochrydzie w knajpie z typową bałkańską postosmańską kuchnią zerkając na lecący w telewizorze serial:
    - Przez 500 lat byliśmy pod jarzmem osmańskim, a teraz w telewizji tylko tureckie telenowele...

5 grudnia 2025

Mikołaj

    Akurat wpis wypada w wigilię wspomnienia świętego biskupa Mikołaja z Miry. Znaczy się: dzień przed Mikołajkami. W rodzinnej mojej Warcie dzień odpustu, wszak najstarszy kościół jest pod wezwaniem tego świętego (był to też dzień, kiedy za dzieciaka znajdowaliśmy z Bratem prezenty w butach; nie wiem czy w innych regionach Święty Mikołaj też na 6. grudnia chował tak prezenty, ale u nas jeszcze raz na Wigilię przychodził, tym razem z workiem na plecach; zarobiony koleś).
Gotycka warcka fara pw św Mikołaja
    Wiem, wiem, pora na odpusty niby dobra, bo Adwent, ale pogoda? No ja Was proszę. Opisywałem kiedyś na blogu, jak to na Malcie spotkałem rozwiązanie tego problemu (na tym śródziemnomorskim archipelagu w grudniu – przynajmniej dla nas – jest ciepło, ale potrafi srogo przypadać): otóż w uroczym miasteczku Siggiewi (kiedyś Citta Ferdinand) po prostu przeniesiono obchody święta patrona na lipiec. Czy tam inny sierpień. U nas nie. U nas nie ma miękkiej gry.
Kościół w Is-Siggiewi na Malcie
    Traf chciał, że dopiero co byłem w miejscu, gdzie znów spotkałem kościół pod takimż wezwaniem. Och, wcale nie jest to dziwne, przez wieki czcigodny biskup Miry był jednym z najbardziej popularnych świętych. Za patrona wzięli go marynarze, panny na wydaniu, bednarze, piwowarzy, cukiernicy, gorzelnicy, kupcy, kanceliści - et cetera, et cetera - oraz miasto Bari, gdzie spoczywa (relikwie wykradziono w czasie krucjat – handel lewantyński miał najróżniejsze oblicza; w Bari spoczywa też nasza Bona Zygmuntowa; wredne babsko z kondotierskiego rodu Sforzów). Był też święty Mikołaj za jednego z silniejszych orędowników uważany, wedle powszechnych plotek modlitwa doń robiła więcej krzywdy Złemu niźli do pozostałych wspomożycieli. Dlatego też kościołów mikołajskich jest cała chmara (także w Prawosławiu, które poczciwego biskupa darzy jeszcze większą estymą niż my, ale o tym za chwilę).
Cerkiew św Mikołaja w Chanii na Krecie
Cerkiew św Mikołaja w Schei w Braszowie
   
Tym razem była to Istria – a raczej jej słoweńska nadmorska część, tuż podle dawnej stolicy prowincji dziś zwanej Koperem (a ongiś Capodistria). Konkretnie niewielkie miasteczko Ankaran (już w czasach rzymskich był tu posterunek drogowy), a sam kościół kościołem już nie był. Tak, wiem, stworzyłem już jeremiadę na ten temat po wizycie w dawnym klasztornym kościele w Maastricht, zamienionym na księgarnię i kawiarnię, ale tu wracam trochę do tematu. A o tamtym kto chce sobie przeczyta.
Księgarnia w Maastricht
    Kościół w Ankaranie był dużo mniejszy niż ten w Niderlandach, i niezbyt się wyróżniał z kwadratowej bryły hotelu. Wyjątkiem była charakterystyczna wenecka wieża z XVI wieku (Istria bowiem przez stulecia była częścią Najjaśniejszej Republiki Świętego Marka).
Wenecka wieża w Ankaran albo Ancarano
    - Co to za wieża? - zapytałem meldując się na ośrodku (oprócz hotelu były tu też bungalowy, kemping, dwa baseny i plaża: olbrzymi kompleks rekreacyjny) – Wygląda na kościelną.
    - Taka jest – potwierdził recepcjonista – Jesteśmy w dawnym klasztorze.
    Rzeczywiście, zaraz za recepcją znajdował się klasyczny kwadratowy wirydarz.
Dawny klasztorny dziedziniec
    Cóż, jak W. Sz. Czytelnik jednak kliknął w link te dwa akapity wcześniej będzie znał mój stosunek do desakralizacji świątyń, ale tu sprawa sięga jeszcze XVIII wieku. Otóż wtedy ten istniejący od kilkuset lat benedyktyński klasztor władze Wenecji zwyczajnie zlikwidowały. Pewnie żeby przejąć klasztorne dobra. Taka była moda, vide działający po sąsiedzku cesarz Józef II; w nieodległym Ptuju – dziś także słoweńskim – ostał się ino klasztor minorytów, ponieważ ci prowadzili szkołę.
Klasztor minorytów w Ptuju
    Ankarańscy benedyktyni żyli z upraw wina i oliwek – mieli zresztą sporo przywilejów, a ich produkty trafiały na stoły możnych. Do dziś zresztą na Istrii wytwarza się doskonałą oliwę.
Tłocznia istriańskiej (czy tam istrockiej) oliwy
    Dwadzieścia lat później Republika Wenecka przestałą istnieć (ktoś powie: karma), a Ankaran wraz z całą Istrią wszedł w skład Prowincji Iliryjskich ze stolicą w – także dzisiaj słoweńską, a jakże – Ljubljaną. Pełni oświeceniowych haseł zarządzający tym terytorium Francuzi utworzyli w klasztornych budynkach lazaret. Następni właściciel, Habsburgowie, utrzymali ten stan. Z początkiem XX wieku obiekt przekształcono na hotel, a po II wojnie światowej, gdy tereny te zajęła komunistyczna Jugosławia powstał cały – istniejący do dziś – kompleks. Nazwy nie będę zdradzał, ale skoro wiemy, że jesteśmy w Ankaranie, to kto chce to sobie znajdzie. Miejsce jest całkiem urocze, benedyktyni wiedzieli gdzie się urządzić.
Widok na Adriatyk
    Nie będę ukrywał, że desakralizacja tego obiektu mniej mnie zabolała niż inne, te współczesne. Nawet Reformacja nie niszczyła obiektów kultu tak jak komunizm i będący jego forpocztą modernizm. Takie prawdziwe bezczeszczenie rozpoczęło się w czasach Wielkiej Rewolucji Francuskiej (ha tfu) i trwa do dzisiaj.
Efekty każdej modernistycznej rewolucji
    Ale z drugiej strony: czy to kogoś dziwi? Skoro Kościół, zamiast dać odpór zagrożeniom sam stał się miękki. Jak ten Zły ma się przejmować, jeśli mędrcy podczas Vaticanum II orzekli, że właściwie to nie wiadomo jak to z tym biskupem Mikołajem z Miry było – może istniał, może nie istniał (a kto na soborze w małoazjatyckiej Nicei z Ariuszem się po pysku prał, co?), skoro tyle lat się ludzie doń modlą, to niech się modlą, ale wycofujemy go z pierwszego szeregu (zdaje się, że i Krzysztofa spotkał podobny los). Takie tam, plwanie na tradycję, ku uciesze Złego. Cóż. Trwa Adwent. Mimo wszystko przygotowujmy drogę Panu.

25 października 2024

Rzymska mamałyga

    Dawno nie było o Imperium Rzymskim (a nawet bardzo dawno), to warto coś o nim napisać – zwłaszcza, że znów na godnym polecenia portalu Imperium Romanum pojawił się mój artykuł (także w wersji angielskojęzycznej) – którego treść postanowiłem z kilkumiesięczną obsuwą (bo wiadomo, Ameryka Południowa) wrzucić także na blog.

Rzymski amfiteatr w Puli

    Tym razem o terytorium leżącym między Panonią (podobnie jak dwa ostatnie wpisy, ten też luźno o Węgrzech będzie) a Morzem Czarnym (o krainach nad nim leżących będzie kilka następnych wpisów) – a mianowicie o Rumunii, zresztą też nie pierwszy raz. A konkretniej o najbardziej znanym daniu tamtejszej kuchni, mogącym mieć rzymskie korzenie (może nawet bardziej niż sami Rumuni, o czym poniżej). Nie chodzi niestety o przesmaczną ciorba di burta, zupę z brzucha (ciorba to słowo pochodzenia tureckiego, na niemal Bałkanach znaczy "zupa"), rumuńską wersję flaków, ani o stek z karpackiego niedźwiedzia.

Ciorba di burta
    Tą potrawą jest mamałyga.

Rzymska mamałyga

    Jednym z mitów założycielskich narodu Rumunów jest pochodzenie go bezpośrednio od podbitych przez Rzymian w I wieku po Chr. Daków. Na ile jest to prawda – alternatywną teorią jest pochodzenie Wołochów, przodków Rumunów, od romańskojęzycznych społeczności z terenów dzisiejszej Albanii, którzy przed tureckim zagrożeniem uciekli na północ, w Karpaty (uczestnicząc w etnogenezie naszych Bojków, Łemków i Hucułów) i na naddunajskie niziny – niech rozstrzygają sobie specjaliści lingwiści czy genetycy. Fakt jest taki, że do dziś tylko w Rumunii przyjść może do głowy rodzicom dać dziecku na imię Decebal, Hadrian, Trajan czy Owidiusz (słynny poeta pochowany jest przecież w nadczarnomorskiej Konstancy).

Pomnik Owidiusza w Konstancy

    Będąc w Rumunii, poza zabytkami z czasów rzymskiej Dacji można natknąć się na jeszcze jeden – prawdopodobny – ślad rzymskiej obecności w tym rejonie Europy. Do poszukiwań go nie trzeba jednak wykrywaczy metali, georadarów i łopat – wystarczy restauracja serwująca najsłynniejsze rumuńskie danie, znane obecnie nie tylko w dawnej Dacji, ale i na terenie Panonii, Mezji czy Tracji (oraz w naszej Małopolsce) – mamałygę.

Mamałyga z bałkańskimi gołąbkami
    Nazwa nie brzmi rzymsko, pierwsze wzmianki o niej pochodzą ze Średniowiecza (do Małopolski przynieśli ją prawdopodobnie wołoscy pasterze – bądź jest efektem późniejszych wpływów austro-węgierskich), ale jest niemal dokładnie tym samym, czym włoska polenta, wywodząca swą nazwę z łacińskiej pollenta: kaszka (dziś najczęściej kukurydziana), gotowana w mleku rozcieńczonym wodą na jednolitą papkę (i tu nie wiem – kuchnia włoska opiera się głównie na makaronie, możliwe, że pochodzącym z Azji, podobnie jak i pierogi; generalnie te italskie kluski są nudne, ale chyba ciekawsze od polenty).
    Straciliśmy przez te setki lat najważniejszą rzymską przyprawę – garum (wróciło do Europy wraz z dalekowschodnimi fermentowanymi sosami rybnymi), czy tradycję fast-foodu ulicznego (amerykanizacja stylu życia sprawia, że znów możemy korzystać z barów szybkiej obsługi), a polenta przetrwała. Nie był to jednak rdzennie rzymski wynalazek. Danie to jedzono w całym Śródziemiomorzu. Pliniusz Starszy, nim zginął u stóp Wezuwiusza, pisał o wielkiej popularności tej potrawy w jego czasach, lecz przodkom pisarza nieznanej. Jak owe danie przygotowywano? Niezastąpiony Apicjusz pisze o tym. Z kasz wszelakich. Kukurydzianej oczywiście nie znano, ale była prażona kasza jęczmienna, było proso, siemię lniane i wciąż popularne w śródziemnomorskiej kuchni nasiona kolendry (i oczywiście sól). Pliniusz był bogatym człowiekiem, stąd może te różnorodne składniki – ale najważniejszy był oczywiście prażony i tłuczony bądź grubo mielony jęczmień. Wszystko to smażono, ucierano i zalewano wodą. I redukowano.

Fabryka garum w Barcino - czyli współczesnej Barcelonie

    Pliniusz zaznacza w swoich dziełach, że Grecy w nieco inny niż Rzymianie przygotowywali potrawę. Na przykład słodowali jęczmień – grecka wersja polenty była więc słodsza niż italska, i rzadziej zawierała proso.
    Dzisiejsza włoska polenta przez setki lat nieco się spauperyzowała – w czasach głodu i nieurodzaju mąki i kasze ze zbóż zastąpiono chociażby mąką kasztanową – a dziś, jak w mamałydze, używana jest kukurydza. I podobnie jak jej bałkański odpowiednik została, z racji łatwości w przygotowaniu i taniości, potrawą biedniejszych warstw społecznych.
    Pozostaje też pytanie czy mamałyga i polenta muszą być kulinarnym potomkiem pollenty. Niekoniecznie – obie te znane w Średniowieczu potrawy mogły powstać całkowicie od nowa, jako, że nie są skomplikowane. Niemniej skoro spożywane są tam, gdzie dwa tysiące lat temu pollenta, mogą być rzeczywistym rzymskim wkładem w kulturę kulinarną Włoch, Rumunii, Węgier czy Bułgarii. Temat musieliby zbadać historycy sztuki kulinarnej.

Rzymski talizman - niech przyniesie szczęście w poszukiwaniach


Link do artykułu na stronie Imperium Romanum znaleźć można TUTAJ. Or HERE.

10 lutego 2023

Dziwna królowa

    Każdy kto odwiedza rumuński zamek Bran (zwany kiedyś Torzburgiem bądź Torcsvarem) jest zaskoczony, że zamiast śladów słynnego Drakuli (Wlad Tepes, późnośredniowieczny władca Wołoszczyzny był pierwowzorem słynnego hrabiego wampira z powiastki Brama Stokera; pono pisarz siedzibę władcy wzorował właśnie na owym siedmiogrodzkim czyli transylwańskim zamku, ale historyczny Palownik, bo to znaczy pseudonim Wlada, prawdopodobnie nigdy tu nie był – chyba, że dzień czy dwa przesiedział jako więzień) napotyka na wszechobecne pamiątki po rumuńskiej królowej z początku XX wieku, Marii; nic w tym dziwnego, po roku 1919 kiedy Siedmiogród stał się częścią Królestwa Rumunii braszowscy mieszczanie do których zamek należał podarowali niszczejącą budowlę swej nowej władczyni – a ta przebudowała wnętrza na swoją letnią rezydencję.
Zamek w Bran
    Sama Maria należała do dobrej niemieckiej rodziny, Sachsen-Gotha-Coburg, bocznej linii dynastii Wettynów, przypadkowo akurat zdobywających władzę w Wielkiej Brytanii (w wyniku ślubu niejakiego Alberta z inną Niemką, Wiktorią Hannowerską) – i w przeciwieństwie do wspomnianego wołoskiego hospodara nijak nie mogła zdobyć mojej sympatii. Co prawdopodobnie oznacza, że była w swoich czasach czymś, co moglibyśmy określić dziś jako patocelebryta.
Dawna siedziba dynastii Sachsen-Gotha-Coburg, obecnie Battenbergów
    Cóż, jako niemiecka księżniczka wyszła za mąż za przyszłego władcę Rumunii Ferdynanda z – a jakże – niemieckiej dynastii Hohenzollern-Sigmaringen (XIX wiek to istna epidemia niemieckich władców – po zjednoczeniu Rzeszy przez wielkiego Bismarcka bezrobotnych władców niemal narzucono nowopowstającym krajom, nieraz usuwając miejscowych, tak jak miało to miejsce w Rumunii gdy odwołano Aleksandra Cuzę; tylko Ahmedowi Zogu w Albanii się udało; no i serbskim Karadziordziewiczom). Tęskniąc do rodzinnych Alp czy tam innych gór Harzu ojciec pana młodego, król Karol I wzniósł własny zamek Peles. Leży on w przepięknej okolicy po wołoskiej stronie Bucegów w miejscowości Sinaia. Jest, trzeba przyznać, troszkę zbyt cukierkowy, ale mimo to komponuje się z krajobrazem. Kompleks ten królowa Maria także przebudowała – a dziś jest własnością jej potomków (mieszkał tu zmarły niedawno mariowy wnuk Michał I, ostatni król Rumunii), wygnanych z kraju przez komunistów, a dziś, po powrocie w XXI wieku (kiedy odsunięto ostatecznie od władzy czerwonych) cenionych i szanowanych przez Rumunów.
Zamek Peles w Karpatach Południowych
    Maria na taki szacunek także sobie zasłużyła – w czasie wojny pracowała jako pielęgniarka w wojskowych szpitalach. Ach, gdyby tak była znana tylko z tego...
    Niestety, królowa okazała się kobietą tak zwaną wyzwoloną. Oczywiście, jest to określenie przyjęte tylko dla wyższych warstw społeczeństwa. Można określić ją też zgoła inaczej. Ale przecież nie będzie w takim zachowaniu nic dziwnego, jeśli zauważymy, że Maria porzuca chrześcijaństwo na rzecz modnej wtedy wśród wyższych sfer konfesji zwanej bahaizmem (nie, nie jest to coś takiego jak scjentologia; nie jest aż tak głupie). Bahaizm wywodzi się z babizmu, który wychodzi się z islamu – i stawia sobie za cel to, by na świecie zapanował pokój i dobro. Bardzo to przypomina postulaty ruchu hippisowskiego – więc pewnie gdyby królowa była te kilkadziesiąt lat młodsza skończyłaby jako podstarzała narkomanka czekająca na nadejście ery Wodnika (tak, są tacy ludzie, spotkałem kiedyś całą wioskę, ale to inna historia).
Bałczik
    Tak więc bahaistka Maria puszcza się na prawo i lewo – większość jej dzieci, nawet uznanych, nie będzie potomkami Ferdynanda – i zakłada w Dobrudży nad Morzem Czarnym wspaniałą (przynajmniej ówcześnie) rezydencję otoczoną olbrzymim ogrodem. Muszę przyznać, że władczyni miała jednak gust, bo miejsce, Bałczik, jest znakomite. Znaną już w Starożytności zatokę otaczają wysokie wapienne klify, a klimat jest łagodny i ciepły. Sam pałac to niewielka budowla ozdobiona nie spełniającym żadnej funkcji minaretem (no, może z tym gustem to trochę przesadziłem – jako, że bahaizm jest mocno eklektyczny to i królowa strasznie mieszała style architektoniczne) przypominająca typowe dla dawnych terenów osmańskich domy. Mimo wielokrotnego przechodzenia Dobrudży z rąk do rąk pozostało też tu co nieco pamiątek po Marii – ona sama zresztą też została tu pochowana, ale wycofujące się rumuńskie wojska zabrały zwłoki do Bukaresztu.
Pałac królowej Marii
    Dziś bowiem Bałczik leży w Bułgarii i jest niewielkim kurortem żyjącym właśnie z legendy rumuńskiej królowej (ot, kolejny element multikulturowego kolorytu Dobrudży). Dla turystów udostąpniony jest zarówno pałac jak i spory ogród na klifie (działa tam sklep z całkiem fajnymi bułgarskimi winami) – choć jak to bywa w krajach skorumpowanych niemal tak jak władze Unii E***pejskiej – kupno biletu może nastręczyć pewne trudności: właściciele pałacu i ogrodu nie mogą się dogadać i trzeba kupować osobne kwitki do każdej z tych atrakcji. A czy warto? Jak ktoś lubi landszafty i wino to ogród wystarczy mu w zupełności, a sam pałac jest niewielki.
Fragment ogrodów królowej Marii
    W ogrodach znajduje się też niewielka średniowieczna cerkiew – na życzenie Marii przywieziono ją tu z Krety i zdesakralizowano. Królowa po prostu dobrze się w niej czuła i lubiła medytować. Obok zaś postawić kazała wzorowany na prawosławnych wołoskich krzyżach monument z symbolami bahaizmu.
    Czyli – w moim odczuciu – ów krzyż sprofanowała. Zresztą przyglądając się płaskorzeźbom mającym ukazywać tolerancyjny charakter bahaizmu (mamy tam symbole kilku religii) główna figura przypomina coś, co na piedestale stawiają dziś tak zwane artystki feministyczne. Zapewne wpadłoby im to w oko gdyby nie to, że muszą krzyczeć, nawoływać do mordowania niewinnych i eksponować narządy płciowe. Ciekawe, czy Maria odnalazła by się w tym nurcie.
Bahaistyczna rzeźba
    Na pewno nie odnalazła się w życiu rodzinnym – choć robiła wiele, by taką koncepcję skutecznie ośmieszyć – podobno jej nowocześnie wychowani synowie w ramach walki o kobietę postanowili się pozabijać we wspomnianym już zamku Peles. Legenda mówi, że dowiedziawszy się o tym Maria przyjechała chcąc pogodzić zwaśnionych mężczyzn – i została trafiona zabłąkaną kulą, po kilku dniach ciężkiej agonii zmarła. Prawda bywa jednak bardziej prozaiczna, choć równie bolesna. Królowa zmarła w zamku Pelinor – leżącym jakieś kilkaset metrów od Peles – na marskość wątroby. Sęk w tym, że mimo rozwiązłego stylu życia nie piła alkoholu.
    Karma, powie ktoś, kto wierzy w takie rzeczy.

27 stycznia 2023

Przedsmak Bałkanów

    Jak wspomniałem w poprzednich (albo i nie, sprawdzam czujność Czytelników) wpisach Konstanca to największe miasto w rumuńskiej części Dobrudży (a jeśli przyjąć, że Warna nie leży w tej krainie – bo są takie głosy, choć należała do średniowiecznego Despotatu – to jedyne większe miasto w ogóle), i choć z czasów początków osady zachowało się niewiele, albo zgoła nic (podobnie jak z czasów Owidiusza), to jest to najstarsze miasto w Rumunii.
Kopia rzymskiej Wilczycy Kapitolińskiej
    Albo jedno z najstarszych: wszak na czarnomorskim wybrzeżu w okresie Wielkiej Kolonizacji mieszkańcy greckich polis założyli całkiem sporo osad – i większa ich część zamieszkana jest do dzisiaj. Może nie wszędzie zachowano ciągłość osadniczą, ale fakt jest faktem: gros miast leżących nad Morzem Czarnym ma greckie korzenie – i prawie trzy tysiące lat historii.
Grecka Tira niedaleko Odessy
    Tomi/Tomis podobnie. Oryginalnie grecka kolonia założona w VI wieku AC przez obywateli Miletu w Starożytności była ważnym miastem portowym tworzącym czarnomorskie Pentapolis – zresztą takim jest do dzisiaj: nie dość, że to największy port Rumunii (nie tylko morski, podle miasta swoje ujście ma ważna śródlądowa droga handlowa, kanał Dunaj – Morze Czarne) to najważniejszym zabytkiem miasta są pozostałości rzymskich hal targowych. A nowożytna latarnia zwana genueńską przypomina, że w Średniowieczu była to ważna baza dla włoskich (no, właściwie genueńskich) statków zmierzających do tamtejszych kolonii na Krymie (ciekawostka: tędy też musiały wracać do macierzystego portu statki ewakuujące obrońców genueńskiej Teodozji – oblegający ją Tatarzy użyli wtedy broni biologicznej i w obręb murów wrzucali zwłoki zakażone dżumą dymieniczą; uchodźcy przywieźli ją do Europy – był Rok Pański 1348 i zaczynała się Czarna Śmierć; zaraza ominęła właściwie jedynie Polskę).
Mury dawnej Tomis
    Współczesna nazwa miasta także pochodzi z czasów starożytnych, choć już po Chrystusie – niedaleko Tomis założono osiedle nazwane na cześć siostry cesarza Konstantyna Konstantyną (ruiny wciąż są widoczne, obok prawosławnej katedry) – i jako, że rozwinęło się ono bardziej, miasto przyjęło to miano. Konstanca.
Ruiny Konstancy
    Pytanie tylko – bo miała być przecież seria wpisów o Bałkanach – Konstanca, i Dobrudża, leżą na Bałkanach. Cóż, tu zdania są podzielone, ale zarówno Dobrudża jak i Wołoszczyzna mają zaprawdę więcej wspólnego chociażby z Bośnią niż z leżącymi bliżej Siedmiogrodem czy Besarabią (zwaną też Mołdawią). Ot, w centrum dzisiejszej Konstancy spokojnie stoją sobie meczety przypominające o wielowiekowej obecności w regionie Turków oraz o zachowanej – mniej lub bardziej, raczej mniej – mozaice kultur tak charakterystycznej dla Bałkanów. Warto dodać, że Bukareszt, kiedy stał się już stolicą nowopowstałej Rumunii szybko zyskał miano Paryża Bałkanów. Choć oczywiście nim nie zniszczył go Nicolae Caucescu był ładniejszy – do dziś zresztą w resztce starego miasta zachowały się ślady Orientu (znaczy, tureckie hany, karawanseraje), no i nie ma takiej ohydnej wieży wyglądającej jak pospawana z gazrurek.
Centrum miasta
    A skoro Bukareszt robił za Paryż to Konstanca chciała być czarnomorskim Monte Carlo (choć bez udzielnego księcia). I dziś najsłynniejszym budynkiem miasta – a także najbardziej znanym landszaftem – jest przepiękne secesyjne (tak, art noveau można spotkać na całych Bałkanach – traf chciał, że ów styl architektoniczny pojawił się, gdy bałkańskie narody odzyskiwały niepodległość – albo chociaż zrzucały jarzmo tureckie na rzecz austrowęgierskiego, a przecież Wiedeń był jedną ze stolic secesji) kasyno.
Nabrzeża Konstancy
    Na dodatek nazywa się ono Paris – wszak twórcy współczesnej Rumunii tak dalece zapatrzeni byli we Francję, że nawet flaga – choć odwołuje się do historycznych barw Mołdawii i Wołoszczyzny – jest podobna. O języku nie wspominam. Ba, sam Nicolae Caucescu niszcząc Bukareszt główną aleję swojego miasta pragnął był uczynić na wzór Pól Elizejskich – tylko szerszą. I oczywiście zrobił to, choć otaczająca ją architektura inspirowana jest raczej osiągnięciami Kim Ir Sena w Korei Północnej. W każdym razie – kasyno Paris jest najbardziej charakterystycznym punktem miasta. Oraz najbardziej widocznym przykładem upadku Konstancy. Jest bowiem ono od wielu lat nieczynne – i niszczeje, zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz. Teraz nawet miłośnicy urbexu zapuszczają się doń coraz rzadziej – nie dlatego, że jest jakoś lepiej pilnowane (a jest, bo – od kilku lat chodzą niepotwierdzone plotki, że ktoś ma się wziąć za remont; ale na razie cisza): po prostu coraz bardziej się kruszy.
Secesyjne kasyno Paris
    Podobnie zresztą jak i sporo innych kamienic – także secesyjnych – na starówce. To trochę smutne, bo przecież Rumunia ma jedną z najszybciej rosnących gospodarek Unii E***pejskiej (a przynajmniej miała – do czasu obecnego kryzysu), obok są licznie odwiedzane kurorty takie jak Mamaja czy Mangalia (kolejne greckie miasto z czasów Wielkiej Kolonizacji, Callatis), dogodne połączenie ze stolicą – a wkrótce i z Europą, bo sporo autostrad powstaje, podobnie jak w Polsce – a Konstanca... Konstanca niszczeje. Niestety, kiedy koniunktura była nic nie zrobiono, potem przyszła panika koronawirusa, kryzys, teraz wojna właściwie po sąsiedzku...
Kurort Jupiter pod Mangalią
    To jeszcze jeden powód, żeby zaliczyć Dobrudżę do Bałkanów – jest pięknie, ale wszystko tak jakby na słowo honoru się trzyma.
Wielki Meczet w Konstancy

Najchętniej czytane

Kłujki

     Na koniec opowieści o Cykladach powrót na Ios . O wyspie tej wspominałem zdaje się przy okazji pożarów w rejonie Morza Śródziemnego i...