Tłumacz

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty

24 lipca 2026

Długa droga do domu cz. 1

    Kiedy tylko drugi syn Henryka II Ryszard (bo najstarszy, też Henryk, wziął był sczezł) objął angielski tron niemal od razu wyruszył na – trzecią już – krucjatę. Wspominałem na blogu zdaje się o tym, że Lwie Serce – bo o nim mowa – Anglię traktował tylko li jako donatora pieniędzy i korony królewskiej, dzięki której mógł stawać na równi z innymi koronowanymi władcami, pozostałymi zaś zwyczajnie gardzić. Bez Albionu ten najsłynniejszy z Plantagenetów byłby li tylko wasalem królów Francji.
Siedziba Plantagenetów w Londynie
    W każdym razie: Ryszard I ruszył do Ziemi Świętej. Po drodze kłóci się z sycylijskimi Normanami, w efekcie czego szturmuje i zdobywa Mesynę. Następnie król – nieco przypadkiem, bo to efekt złej pogody - zajął Cypr (pokonanemu władcy, Izaakowi Komnenowi dał rycerskie słowo, że nie zakuje go w żelazo – faktycznie, kajdany nakazał zrobić ze srebra, ludzki pan) na którym wziął ślub (z racji upicia się małżeństwo pozostało nieskonsumowane, swojej nie do końca w związku z tym ważnej żony Berengarii z Nawarry nie zobaczył już nigdy więcej; powodem królewskiej niemocy była prawdopodobnie zbyt duża ilość lokalnego wina, choć Ludzie Alfabetu chcą widzieć w tym dowód na homoseksualizm władcy – zresztą ich najzagorzalsi ideolodzy chcą takie nienormatywne zachowanie przypisać każdemu – który, jak wszyscy wiedzą, zdążył już dorobić się nieślubnego syna Filipa, zamordowanego potem w niejasnych okolicznościach podobno bez wiedzy ryszardowego brata i następcy Jana). Potem sprzedał wyspę templariuszom – ale to już wiecie.
Ślady krzyżowców na Cyprze
    Po przypłynięciu do Palestyny Ryszard od razu rzucił się w wir walki, dowodząc sporych w tym zakresie umiejętności. Na początek zajmuje Akkę (to kluczowe wydarzenie dla sytuacji opisanej przeze mnie w poprzednim wpisie, tym o musztardzie i brzoskwiniach Blondelu i zamku Dürnstein). Po tym zdarzeniu do Europy wracają pozostali przywódcy (i w sumie wrogowie Ryszarda): król Francji Filip II August (może teraz spokojnie knuć w kraju jak przejąć kontynentalne dziedzictwo Plantagenetów) oraz wódz kontyngentu cesarskiego Leopold V Cnótpełen z Austrii (śmiertelnie na Lwie Serce pogniewany). W końcu cel osiągnięty, ważny port zdobyty i myk pora na CS-a. Ryszard – przecież awanturnik – na tym poprzestać nie chce. Po Ziemi Świętej rozbija się jeszcze przez rok, a to mordując muzułmańskich jeńców z Akki, a to wygrywając z Saladynem Arsuf czy Jaffą, a to chorując.
Kościół św. Piotra w Jafie vel Jaffie
    Dwukrotnie próbuje też zająć Jerozolimę – finalnie, w przeciwieństwie do Autora bloga, nigdy do tego miasta nie wejdzie, obejrzy je tylko z daleka, według legendy z żalu roniąc łzę. W końcu w świeżo zdobytej i obronionej Jaffie podpisuje pokój z sułtanem Egiptu al-Malikiem an-Nasir Salahem ad-Dunja wa-ad-Din Abu al-Muzaffarem Jusufem ibn Ajjub ibn Szazi al-Kurdi (Saladynem, znaczy się; Józefem z chrztu) i kończy III krucjatę, która, jak to się mówi, odniosła sukces połowiczny.
Jerozolima
    Powrót do własnych dziedzin zajmie królowi dwa długie lata (w tym czasie Filip II August będzie knuł we Francji, a Jan Bez Ziemi w Anglii), też przez pogodę. Płynąc do Palestyny burze zagnały okręty Ryszarda na Cypr, tym razem flota rozbiła się na Adriatyku – przez Sycylię, z racji pozostawionego po sobie złego wrażenia, wracać nie mógł. Efektem pobytu angielskiego króla w Dubrowniku miała być lokalna katedra, ufundowana w podzięce za ocalenie życia. Choć dziś, po wielu pożarach i trzęsieniach ziemi po tamtym założeniu nie pozostał już niemal żaden ślad mieszkańcy dalej z dumą wspominają o sponsorze najważniejszego dubrownickiego kościoła. Tak się buduje własną legendę – hojnością i brawurowymi czynami.
Uważne oko dostrzeże kopułę barokowej katedry w Dubrowniku
    Oraz, oczywiście, szczęściem do kronikarzy i apologetów. Po kilkuset latach nikt nie pamięta o krwawej masakrze w Akce, wszyscy o łzie na widok Jerozolimy. Albo o podstępie Blondela szukającego króla po niemieckich zamkach, nie o tragicznej polityce fiskalnej i zagranicznej, która doprowadziła do upadku imperium Plantagenetów, utraty (poza Calais) posiadłości na kontynencie i podpisaniu przez Jana Bez Ziemi Magna Charta. Podatki, przeciwko którym buntowali się banici z Sherwood z Robinem Hoodem na czele szły w dużej mierze na utrzymanie płynności finansowej państwa, nadwątlonej olbrzymimi wydatkami Ryszarda na krucjatę. Oraz na okup za króla – bo gdy bowiem władca spokojnie siedział sobie w cesarskiej gościnie w Dürnstein, Ochsenfurt i finalnie w Trifels jego poddani wypruwali sobie żyły by zebrać złoto na uwolnienie władcy. Volens nolens trochę wstyd było mieć króla w ciupie, a w tamtych czasach owo uczucie – wstyd – było bardziej haniebne niż dziś. Ba, obecnie to już chyba nikt wstydu nie ma, jak to się mówi.
Miejsce wczasów Ryszarda Lwie Serce w Austrii
    Generalnie, jak W. Sz. Czytelnik pamięta, miałem w tym wpisie wyjaśnić czemu Ryszard I Lwie Serce znalazł się w niewoli u Leopolda V Babenberga – i jak W. Sz. Czytelnik widzi: idzie mi niesporo, bo się dygresjami zająłem. Oraz trasą powrotu władcy z krucjaty, którą fragmentami też przebywałem. W związku z tym zwieram szyki, i zapraszam za tydzień, na drugą część, gdzie dokończę historię.
Pamiątka po średniowiecznych podróżach do Jerozolimy

17 lipca 2026

Blondel

    Mon Dieu! - jak zawołałby pewnie Ryszard Lwie Serce (po francusku, Planatageneci dopiero od Edwarda II Długonogiego vel Młota Na Szkotów, dwa pokolenia później, nauczyli się angielskiego) na wieść, że pisząc o literackich bohaterach związanych z raubritterem legendarnym królem nie wspomniałem o Blondelu z Nesle.
Literacki bohater wiązany z Ryszardem Lwie Serce
    Nie wspomniałem, bo zapomniałem, ale ów minstrel, zwany Blondelem od koloru włosów był postacią równie prawdziwą jak słynny Wilhelm Marshall, dorobkiewicz, wspaniały rycerz i ważna persona z czasów Henryka Plantageneta i jego rozwydrzonych dzieciaków (oprócz Ryszarda i Jana Bez Ziemi byli jeszcze Henryk Młody Król i Gotfryd; sroga ferajna). Dobra, trochę ubarwiam, historycy nie są pewni czy owym Blondelem był Jan I de Nesle, czy jego syn, także Jan, drugi tego imienia – obaj związani byli z Plantagenetami, obaj brali udział w krucjatach, i obaj byli trubadurami, czy tam truwerami – czyli autorami różnorakich pieśni, które to później trafiały do do repertuarów wędrownych pieśniarzy (swoją drogą ciekawe, czy naszego Anonima Gallem zwanego też by za truwera uważać można, w końcu pieśni pisał). No i raczej między bajki należy włożyć opowieść o odnalezieniu uwięzionego Ryszarda Lwie Serce przez rzeczonego Blondela za pomocą pieśni truwerskiej, znanej i królowi, i minstrelowi. Oto śpiewak wędrował od zamku do zamku, i wyśpiewywał ową piosenkę. A gdy ktoś mu nagle zza murów odpowiedział – był to niechybnie uwięziony król Ryszard. Dzięki temu wieści o nieszczęściu władcy spłynęły do starej, szczęśliwej Anglii, i dobrzy obywatele zrobili zrzutkę i wykupili umiłowanego króla. Bajka, jak mówiłem, choć faktycznie za pieniądze Anglików wykupiono utracjusza.
Jerozolima - cel każdego krzyżowca
Londyńska Tower - cel każdego Plantageneta
    W sumie nigdy nie spodziewałem się, że trafię w miejsce, gdzie więziony był król Ryszard, i gdzie właśnie odnaleźć miał go Blondel z Nesle. Mianowicie do niewielkiego naddunajskiego miasteczka Dürnstein, nad którym górują pozostałości zamku, w którym Leopold V Babenberg (zwany Pełnym Cnót, der Tugendhafte - pseudonim prawie tak dobry jak Lwie Serce Ryszarda), pan Austrii, trzymał angielskiego monarchę (kiedy już przekazał go cesarzowi Ryszard trafił do Ochsenfurt, tak, że w sumie pewności co do Dürnsteinu nie ma, ale nie mówicie tego miejscowym: Löwenherze i Blondele lampią się na turystę z co drugiego szyldu).
Zamek Dürnstein
    Nie wiem, czy Dolina Wachau, w sercu której leży Dürnstein, była wtedy równie malownicza (a zasiedlona jest od dawien dawna, jedna z sąsiednich wiosek to Willendorf, ta od słynnej neolitycznej figurki Wenus), ale dziś to prawdziwy cymes – i pewnie dlatego odwiedzałem ją już kilka razy.
Miasteczko Dürnstein
    W czasach Ryszarda Lwie Serce Krems, stolica regionu, była dla austriackich władców ważniejsza niźli Wiedeń. Do dziś zresztą ma swoje miejsce w sercach smakoszy – miasto dało bowiem nazwę jednemu z gatunków kapusty – gorczycy kremskiej (odmiana gorczycy białej, Sinapis alba - ech ci botanicy systematycy) z której to wytwarza się musztardę kremską. Co to ma wspólnego z Lwim Sercem? Zapewne sam władca mógł znać smak musztardy – pierwszy przepis na papkę z ziaren gorczycy i octu podaje już Pliniusz Starszy w swojej Historii naturalnej. Co prawda wzmianki o słynnej musztardzie z Dijon są trochę późniejsze, ale w Italii i Francji musztarda była wytwarzana przez całe Średniowiecze, choć raczej jako marynata do mięs czy przyprawa, nie wynaleziono bowiem jeszcze ohydnych parówek których smak trzeba maskować właśnie musztardą. Senfem, jak by powiedziano w obszarze niemieckojęzycznym (stąd i zynf na naszym Śląsku; na Wschodzie ów sos zwie się gorczica, ale nie wiem czy ta nazwa jest i u nas używana – w końcu słowiańska jest).
Lokalne opactwo
    No teraz będzie gadał o musztardzie – pomyśli sobie W. Sz. Czytelnik – a Dolina Wachau taka piękna. Zgadza się, piękna, polecam, barok, winnice z grüner veltinerem, morele, królicze bobki...
Słodycze z Doliny Wachau
    Cóż, skoro przy Florencji mogłem skupić się na cudownych flaczkach zamiast na nudnej włoskiej kuchni sztuce, to tu mogę co nieco o musztardzie, prawda? Zwłaszcza, że wytwarzana jest z nasion kilku gatunków roślin z rodzaju kapusta. Tak, tak, gorczyca to nic innego jak Bassica sp., kapusta. Czy wspomniana kremska, czy sarepska B. juncea (Sarepa to wioska, dziś dzielnica Wołgogradu, przecież to właśnie tam, gdy miasto zwało się Stalingradem, toczyły się krwawe walki w czasie II wojny światowej; o ile mniej krwawe byłyby konflikty, gdyby zamiast o Lebensraum walczono o smak musztardy – ja osobiście od sarepskiej bardziej wolę słodką bawarską). Kapustą jest też przecież cudownie oleisty rzepak B. napus. Albo rzepa B. rapa – archetypowe warzywo, którym w formie podgniłej obrzucano, przynajmniej w filmach, średniowiecznych skazańców; kultywarem rzepy jest kapusta pekińska. A ile form ma kapusta liściasta B. oleracea? Głowiasta, brokuł, kalafior, brukselka, jarmuż...
Kapuściane pole
    Piękne. Jeden z moich ulubionych rodzajów roślin. Drugim jest Allium sp., czosnek (czyli też cebula albo por, albo wiele innych cudnych smakołyków). Ale to innym razem. Na razie niech W. Sz. Czytelnik przetrawi rewelacje o kapuście. A co do Ryszarda Lwie Serce i Doliny Wachau, to chyba wypadałoby wyjaśnić skąd się tu wziął jako braniec księcia Leopolda V Cnótpełnego. Ale to w następnym wpisie, bo to grubsza sprawa. Zaczyna się ona w Ziemi Świętej, gdzie Ryszard i Leopold przybywają z wojskami III krucjaty (po odbiciu z rąk Bizancjum Cypru). Do samej Jerozolimy, jak wszyscy wiemy, krzyżowcy nie docierają, sam Ryszard robi bardachę, zapada na zdrowiu, a egipski sułtan Saladyn, słynny muzułmański przeciwnik krzyżowców, przysyła Plantagenetowi, by szybciej do sprawności doszedł pełne witamin owoce z rodzaju Prunus – czyli śliwa. Mogły to być brzoskwinie (P. perscia) albo morele (P. armenica) – oba gatunki pochodzą z Dalekiego Wschodu, na Bliski trafiły już w Starożytności, do Europy (także do mojego ogrodu) dużo później. Fabularnie bardziej mi pasuje, żeby al-Malik an-Nasir Salah ad-Dunja wa-ad-Din Abu al-Muzaffar Jusuf ibn Ajjub ibn Szazi al-Kurdi (oryginalne miano Józefa a.ka Saladyna) przysłał morele, bo te na potęgę dziś uprawiane są w Wachau (po niemiecku morela to Aprocot, ale w miejscowym dialekcie Marille), a zużywane nie tylko na smaczne likiery, ale i – zgodnie z najlepszymi kulinarnymi tradycjami, znanymi także u nas – jako dodatek do mięs. Można też zjeść na surowo.
Morela. Albo brzoskwinia.

10 lipca 2026

Książę Złodziei: Robin z Locksley

    We wpisie o Wale Hadriana (nie w tym o wale na wale, tylko o podróży z Newcastle do Carlisle) wspominałem o słynnym rosnącym podle muru klonie jaworze – i czas przeszły jest tu jak najbardziej uzasadniony, drzewo bowiem już nie istnieje, W przeciwieństwie do naszego – dużo starszego – dębu Bartka. Ów nielegalnie wycięty Acer pseudoplatanus wziął udział – kiedy jeszcze go nielegalnie nie wycięto – w produkcji filmowej z 1991, mianowicie Robin Hoodzie – Księciu Złodziei. Ale to już wiecie – dopiero co było, przy okazji wizyty w Yorku, o bohaterach owego filmu, zwłaszcza o Saracenie Apsiku Azeezie i Bryanie Adamsie.
Wał Hadriana
    To teraz czas na drugiego z banitów z Sherwood (no, raczej pierwszego), czyli Robina z Locksley. Robina Hooda. Znaczy się, trzeba udać się do położonego nad rzeką Trent (tak, to ta rzeka od makrozoobentosu, w niej opracowano po raz pierwszy skalę oceny jakości wody na podstawie bezkręgowych bioindykatorów; organizmów wskaźnikowych, znaczy się) Nottingham. Z jakiegoś powodu miasto nie słynie z wodnych bezkręgowców, a z drużyny piłkarskiej Forrest, dwukrotnego zdobywcy Pucharu Europejskich Mistrzów Krajowych (informacja dla młodszych czytelników – to rozgrywki które popsuto tworząc Ligę Mistrzów) i jednokrotnego mistrza Anglii oraz fikcyjnego bohatera walczącego w imieniu Anglosasów z Normanami, którzy starą, wesołą Anglię opanowali po roku 1066. Robin Hood oczywiście to szlachetny rozbójnik, taki brytyjski Janosik, który zabiera bogatym oficjelom ciemiężącym lud, i temu ludowi dobra oddaje (moralne dylematy – i społeczne konsekwencje takich czynów – wspaniale ukazuje jedyna chyba polska produkcja filmowo-telewizyjna o rozbójniku z Sherwood, Robin Hood – Czwarta Strzała).
Zamek w Nottingham
    W każdym razie anglosascy władcy zostali pokonani przez Wilhelma Bękarta – ninie Zwycięzcę – i rozpierzchli się po Europie, przybywając także do Polski, a władzę przejęli potomkowie Wikingów prosto z Francji. Po nich, tworząc olbrzymie imperium obejmujące oprócz Anglii i Normandii i pół Francji weszli Plantageneci. Warto dodać, że początkowo nie mówili nawet po angielsku (technicznie nikt nie mówił, bo ów dopiero się ze staroangielskiego kształtował, między innymi pod wpływem normańskiej francuszczyzny, ale co tam), a środek ciężkości imperium znajdował się na kontynencie. Zabawne, że z najsłynniejszego z Plantagenetów, Ryszarda Lwie Serce, apologeci zrobili Anglika z krwi i kości, obrońcę wyspiarskiej wolności. Król żyłował swoje królestwo do granic wytrzymałości (a kwota, jaką poddani musieli zapłacić z okazji okupu za uwięzienie władcy powracającego z bliskowschodnich awantur była wręcz horrendalna), nic więc dziwnego, że jego młodszy brat, Jan Bez Ziemi, utracił większość kontynentalnych posiadłości, i robi za szwarccharakter w popkulturze. No ale Jana nie grali Patrick Stewart (u Mela Brooksa) czy Sean Connery (w Księciu Złodziei; jako ciekawostkę można dodać, że jednym z Robinów w kultowym serialu Robin z Sherwood był Connery junior). Od XIII wieku nie było też w angielskiej historii żadnego innego króla Jana – pewnie przez to, że nadał Magna Charta, dokument ograniczający królewskie prerogatywy. Niemniej historia Robina Hooda i Ryszarda Lwie Serce mocno się ze sobą splotły. I widać to właśnie w Nottingham, gdzie pod zamkiem, obok wykutych w skale średniowiecznych piwnic, stoi sobie pomnik zakapturzonego łucznika – czyli właśnie legendarny Robin Hood.
Robin Hood
    A co to ma wspólnego z rzeczywiście istniejącym królem Ryszardem? Cóż. Alkohol, no bo co innego. I krucjaty. Oto bowiem na wieść o wyprawie do Ziemi Świętej w XI wieku i wzmożonym ruchem po zdobyciu Jerozolimy w Nottingham powstaje – na szlaku pielgrzymkowym, krucjaty można myślę za rodzaj pielgrzymki wziąć na upartego; poza tym ludzie Średniowiecza byli niezwykle mobilni, i pit-stopy na trasie były bardzo potrzebne i dochodowe dla właściciela – lokal z wyszynkiem. Ye Old Trip to Yerusalem. Oberża ta istnieje do dziś, i robi za kolejną wielką atrakcję miasta, posiada nawet te wspomniane chwilę wcześniej wykute w skałach piwnice (niestety, ostatni raz byłem w Nottingham bladym świtem, i pub otwierał dopiero swoje podwoje; niemniej zdarzyło się w innych brytyjskich pubach bywać, i jest to instytucja ze wszech miar zasługująca – kiedyś – na osobny wpis). Piękna sprawa.
Ye Old Trip To Yerusalem - podobno najstarszy pub w Anglii
    Z Ryszardem Lwie Serce związanych jest jeszcze wielu bohaterów literackich – weźmy takiego Ivenhoe pomysłu sir Waltera Scotta – ale i gros prawdziwych. No, albo półlegendarnych. Taki Blondel, który odkrył miejsce pobytu władcy w austriackim więzieniu, choć personalnie nie był nadwornym śpiewakiem Plantageneta, to jednak był truwerem, czy tam trubadurem. Znaczy się – autorem ballad i pieśni. Ciekawe, czy w takim razie za truwera można by uznać naszego Anonima zwanego Gallem? W końcu on też kilka przyśpiewek w swej kronice był stworzył. Ale to rozważania na inny raz, teraz postanowiłem razem z królem Ryszardem Lwie Serce wrócić z Ziemi Świętej do Europy. Znaczy, do Francji, gdzie czekały na niego różne ważne sprawy – jak waśnie z wasalami i zdobywanie zamków (które to finalnie przyniosły mu śmierć, a księciu Janowi koronę).
Tower - siedziba Plantagenetów

3 lipca 2026

Książę Złodziei: Azeez

    We wpisie o Wale Hadriana (nie w tym o wale na wale, tylko o podróży z Newcastle do Carlisle) wspominałem o słynnym rosnącym podle muru klonie jaworze – i czas przeszły jest tu jak najbardziej uzasadniony, drzewo bowiem już nie istnieje, W przeciwieństwie do naszego – dużo starszego – dębu Bartka.
Dąb Bartek
    Ów nielegalnie wycięty Acer pseudoplatanus wziął udział – kiedy jeszcze go nielegalnie nie wycięto – w całkiem niedawnej produkcji filmowej z 1991, mianowicie Robin Hoodzie – Księciu Złodziei. Tak, to ten film (wspaniale sparodiowany przez pochodzącego - po rodzicach - z terenów dawnej Rzeczypospolitej Melvina Kaminsky'ego vel Mela Brooksa) z Kevinem Costnerem, Morganem Freemanem i mdłymi pościelówkami Bryana Adamsa. Pod tym drzewem Robin z Locksley (Costner) sprawia łomot żołdakom szeryfa z Nottingham (przypominam, genialny Alan Rickmann), podczas gdy Apsik Azeez (Freeman) oddaje się charakterystycznej muzułmańskiej modlitwie. To chyba zresztą jedyny raz, gdy się w filmie modli, potem jakoś uznano sprawę wiary i religii za dość nieistotną, bo przecież parodia ślubu pod koniec filmu właściwie się nie liczy. Ktoś powie, że postać Murzyna (wolę to przepiękne polskie określenie, niż bardziej opisowe "czarnoskóry") w średniowiecznej Anglii jest strasznym przegięciem, ale przy tym, co się dziś od...lemparca w filmach i serialach to jest to całkiem niewinna sprawa. Do tego postać jest całkiem logicznie wprowadzona, ot przybywa z Bliskiego Wschodu. Co z kolei jest możliwe. Jeszcze sto lat wcześniej Normanowie regularnie pływali od Afryki po Morze Kaspijskie (zahaczając o – tribute dla Bryana Adamsa – Kanadę). Podobno Bagdad pełen był słowiańskich niewolników. Na Wyspy Brytyjskie Murzyni w Średniowieczu mogli trafić także z Półwyspu Iberyjskiego, który to wspólnie z Berberami i Arabami zajmowali jakieś 700 lat. Palomides, jeden z rycerzy Okrągłego Stołu był wszak czarnym Maurem (i królem, i pogromcą bestii, i chrześcijańskim neofitą – jak twierdzą legendy). Tak więc postać Azeeza broni się, w przeciwieństwie do obecnych nagięć historii. Zwłaszcza, że w Anglii – wiele lat po premierze filmu – odnaleziono (pewnie robiąc miejsce pod parking, jak było z Ryszardem III; przypomniało mi się – jednak deweloper osiedle stawiał) nieźle zachowany szkielet mężczyzny o wyraźnie negroidalnych cechach. Tak, bowiem badając szkielet sprawny antropolog jest w stanie określić nie tylko jedną z dwóch płci, rasę, wiek, przyczynę zgonu, zawód... Kształtu nosa i uszu się nie da, bo chrząstki rzadko się zachowują. Gdzie odnaleziono owego – dobrze sytuowanego – Murzyna? Otóż w jednym z najważniejszych dawnym miast Anglii – przepięknym Yorku, A raczej w Eboracum, bo szkielet pochodził z czasów późnorzymskich. Są więc szanse, że był ów pan zacnym przedstawicielem chrześcijańskiej społeczności w północnej Anglii, w tym ważnym rzymskim mieście. Na tyle ważnym, że (wedle średniowiecznych przekazów, więc trudno brać to za aksjomat) stąd pochodziła święta Helena (Turboceltowie powiedzą Elaine), matka Konstantyna Wielkiego, tu też zmarł jego ojciec, cesarz Konstancjusz I Chlorus.
Pozostałości Eboracum i katedra w Yorku
    Niestety, regres Imperium Romanum na zachodzie Europy sprawiły, że dziś w USA mamy Nowy York, a nie Eboracum Novum.
Nowy Jork
    Murzynów do Yorku – Jorvika – mogli też przywieźć z łupieżczych wypraw na Hiszpanię Normanowie, którzy w Średniowieczu zajęli sporą część Brytanii – było to duńskie Danelaw. Co prawda anglosaski król Alfred Wielki z Wessexu nieco ich pogonił, i nie stworzyli tu drugiej Normandii, ale związki z macierzą były na tyle silne, że wnuk siostry Mieszka I Świętosławy, Kanut Wielki Anglię wziął i opanował był (królowi Haraldowi Haaradraa z Norwegii to się nie udało, Wilhelmowi Bękartowi z Normandii już tak).
Pozostałości normańskiego domu w Jorviku
    Ja do Yorku wkraczałem przez wspaniałą średniowieczną bramę – ma bowiem miasto nie tylko wspaniale zachowane mury miejskie, ale i – co nieczęste w Brytanii – stare miasto.
Brama Yorku
    Wiadomo, góruje nad nim wspaniała gotycka katedra, którą trzeba odwiedzić.
Angielski gotyk
    A także The Shambles, po naszemu ulica Rzeźnicka, podobno jedyna całkowicie średniowieczna (zachowana) uliczka w całej Anglii. Pojawia się - taka mała ciekawostka - na jednej z plansz w niesamowitej grze komputerowej Age of Empires II.
Średniowieczna uliczka
    Nie będę ukrywał, że miasto mnie właśnie tym Średniowieczem urzekło – nawet jeśli ów negroidalny szkielet pochodził ze Starożytności. Polecam odwiedzić każdemu – chyba, że akurat, W. Sz. Czytelniku, jesteś Szkotem. I wkraczając w obręb murów miejskich masz ze sobą łuk. Wtedy bowiem – jak chce dawne prawo (mam nadzieję, że ci ohydni moderniści, nowocześniacy psujący na wszystko co piękne, go nie odwołali) – takiegoż Szkota w łuk uzbrojonego w obrębie starówki można bezkarnie zabić. To zapewne efekt najazdów na miasto w czasach – skoro już jesteśmy przy kinematografii – ukazanych w fimie Braveheart z Melem Gibsonem. Cóż, skoro Amerykanin gra Anglika, to Australijczyk może Szkota.
Stare miasto w Yorku
    A może to próba utrzymania przez średniowiecznych Anglików monopolu na wyspiarskie łucznictwo? Wszak już w Średniowieczu każdy Anglik miał co tydzień praktykować łucznictwo (nic dziwnego, że Robin Hood właśnie tą bronią włada najlepiej). Hitem były słynne długie łuki, zbudowane z drewna cisowego. Siały one prawdziwe spustoszenie na polach bitew Wojny Stuletniej, choć miały pewną wadę: oto długotrwałe używanie tej zabójczej broni powodowało trwałe zmiany w budowie szkieletu, i wytrawny archeolog od razu rozpozna pośród innych szkieletów ten należący onegdaj do Anglika czy Walijczyka szyjącego z łuków do Francuzów czy Szkotów.
Typowy angielski łucznik z okolic Nottingham
    Sam cis, Taxus baccata, to długowieczne drzewo (w Polsce są osobniki mające ponad 1000 lat), rosnące jednak niezwykle wolno (dzięki temu drewno nadaje się na łuki), stąd już w Średniowieczu traktowano je jako zasób strategiczny. W Polsce na przykład oficjalnie jest chroniony od 1425 roku – przebywając w mojej rodzinnej Warcie Władysław Jagiełło (lubiący po okolicy się włóczyć) wydał stosowny dekret.
Pozostałości dworu w Brodni, powstałego na reliktach jednej z ulubionych siedzib Władysława Jagiełły
    Na koniec uwaga. Cis jest rośliną niezwykle silnie trującą, choć osnówki – te czerwone otoczki nasionek, cis, jako roślina nagonasienna nie wytwarza przecież owoców – są słodkie i jadalne. Nie należy jednak połykać nasion. Ani żuć igliwia.
Toksyczne cisy na cmentarzu wojsk okupacyjnych w Polsce

19 czerwca 2026

Autostopem do Vindolandy

    Jest kilka zasad ułatwiających podróżowanie autostopem. Na przykład należy wyglądać przyjacielsko, schludnie, uśmiechnięto, jednym słowem – wzbudzać zaufanie. Z wielkim tobołem na plecach, sporą liczbą mil w nogach, typowym polskim uśmiechem na twarzy i oczami zdradzającymi brak snu od grubo ponad doby dreptając w stronę ruin rzymskiego miasta Vindolandy nie spełniałem żadnego z powyższych warunków. Niemniej starałem się tak czy siak – może bez wielkiej swady - okazję złapać.
Typowy pogodny autostopowicz
    Imperatyw narracyjny podpowiada, że mimo obiektywnych przeciwności losu udało się, i ktoś się w końcu zatrzymał. Była to stateczna Brytyjka w średnim wieku w czymś, co dziś nazwalibyśmy SUV-em.
    - Dokąd? - zapytała.
    - Do Vindolandy – odparłem.
    - Tam nie jadę, ale mogę podwieźć się kilka mil w tamtą stronę.
    - Super.
    Wsiadłem, rozpoczęliśmy konwersację, jak to się mówi, small-talk (po polsku chyba będzie to "pogaduszki"). Średni w tym jestem, ale kpem jest ten, któren się nie stara.
    - Jestem hydrobiologiem – odparłem zapytany o zawód wyuczony.
    - O, ja też – ucieszyła się niewiasta.
    - Od makrozoobentosu – dodałem.
    - Ja też! Kocham wodne owady! - różnych zboczeńców można spotkać podróżując okazjami, fascynacja bezkręgowcami z zamulonego bajora jest wśród nich naprawdę niegroźna.
    - Tak – odparłem, całkiem zaskoczony – Świetne są. Choćby takie – i tu przydała się wiedza nabyta na studiach – Plecoptera.
    - Plecoptera? Moje ulubione!
Trudno mówić o moich ulubionych owadach, ale termity mają całkiem ciekawy posmak
    Plecoptera to oczywiście widelnice – starożytna i dość prymitywna grupa owadów (rząd, konkretnie); jak zowią się one po angielsku nie miałem pojęcia, na szczęście łacina nadal jest choć w części międzynarodowym językiem nauki, Reformacja nie zepsuła tego do końca. Czemu akurat one przyszły mi na myśl nie wiem, dużo bardziej fascynują mnie Trichoptera, chruściki, których larwy pro maior pars budują domki niczym kraby-pustelniki (czasem domki budują też poczwarki, a czasem nie budują, tylko przędą podwodne sieci jakich nie powstydziłby się pająk topik; w sieci te łowią zdobycz) a imago wygląda jak nocny motyl z długimi czułkami. Albo ważki, Odonata. Albo te zajadłe meszki, Simuliidae, które jako dorosłe gryzą do krwi, a jako larwy są czymś na kształt filtratorów, bliskie krewne równie znienawidzonych Culicidae, komarów, i niegroźnych Chironomidae, ochotek (wszystko to Diptera, muchówki). A tu widelnice. Podobnie jak jętki, Ephemeroptera, mają przeobrażenie niezupełne i stadium nimfy. Może dlatego o nich wypaliłem, że to duże owady? I lubią czyste wody, a ja pracowałem nad rzeką Ner – przez kilkadziesiąt lat odbiornikiem ścieków z aglomeracji łódzkiej (jeszcze w latach osiemdziesiątych przekraczając most w Lutomiersku trzeba było zamykać okno w aucie żeby nie podusić się od smrodu rzeki; w maluchu, muszę stwierdzić, niewiele to dawało, tak był szczelny) i spotykałem głównie ochotki i skąposzczety (Chironomidae i Oligocheta). Jak się jakaś błotniarka (ślimak – Lymnaea sp.) albo ośliczka (skorupiak - Asellus sp.) trafiły byłem szczęśliwy jakby Boże Narodzenie przyszło wcześniej.
Tymczasem Boże Narodzenie wcześniej:
    Pogadaliśmy jeszcze chwilę – o owadach wodnych – i dotarliśmy do skrzyżowania, na którym miałem wysiąść.
    - Wiesz co? - stwierdziła moja dobrodziejka, pani hydrobiolog (nie jakaś hydrobiolożka, nie obdzierajmy zawodów z estymy; zresztą wtedy jeszcze nie było hydrobiolożek, to była końcówka czasów gdy mężczyźni byli męscy a kobiety kobiece, nie to co teraz) – Fajnie się gada, podrzucę się do Vindolandy. To tylko kilka mil.
    I niech mi ktoś teraz powie, że nauka o makrozoobentosie nie przydaje się w podróży. Ha! Dobrze, malkontent powie, że dzięki kilku latom studiów zyskałem kilkanaście kilometrów, ale co tam. Tym bardziej, że po przybyciu na miejsce zostałem jeszcze poinformowany gdzie jest kasa biletowa, skąd odjeżdżają busy w stronę Carlisle i Newcastle, i tak dalej. Super sprawa, dziękuję wam, widelnice.
Vindolanda
    A sama Vindolanda? Wspaniała sprawa. Dobra, na pierwszy rzut oka wygląda jak typowe rzymskie pozostałości – a jako, że Rzymianie wszędzie budowali tak samo, to wszystkie są identyczne. Albo niezwykle podobne, i kto jedne zobaczył, widział wszystkie.
Łaźnie Vindolandy
Rzymskie forum na Cyprze
Późnoantyczny kościół nad Morzem Czerwonym w Jordanii
Rzymskie miasto w Konstancy
Rzymska willa w Katalonii
    Technicznie tacy psuje zabawy mają trochę racji. Ale z drugiej strony każde z takich miejsc ma swoją historię – tu w Vindolandzie trwała ona tylko jakieś 350-400 lat, i była tylko rzymska. No, może z jakimś ino niewielkim miejscowym sznytem. Ale taki Londyn powstał na wcześniejszych celtyckich oppidiach, York w Średniowieczu został wikińską twierdzą, a tu – tylko Imperium Romanum. A kiedy archeolodzy dorwali się do miejscowych latryn i wysypisk śmieci... Archeolog, trzeba bowiem to jasno powiedzieć, zajmuje się nie tylko rabunkiem grobowców (choć właśnie przez to każdy chciał zostać Indianą Jonesem). Dużo ciekawsze jest babranie się w antycznych śmieciach i odchodach. Poznajemy wtedy nie tylko dietę dawnych mieszkańców, ale i inne aspekty codziennego życia. W Vindolandzie wydarzyły się do tego dwa procesy – pierwszy to wspomniana pustać osadnicza. Druga to kwaśna, torfowa gleba (obie mogą być ze sobą powiązane). Dzięki temu zachowało się tu cała masa materiału organicznego. Jakieś buty z epoki, stroje, pierdoły – i korespondencja. To najzabawniejsza część. Oto bowiem zesłani na odległą imperialną placówkę żołnierze – i ich rodziny – może i mieszkają w rzymskim mieście (razem z Brytami), ale ewidentnie brakuje im śródziemnomorskiego słońca. Narzekają więc na typową brytyjską pogodę (a trzeba powiedzieć, że wtedy w Europie mamy tak zwane rzymskie optimum klimatyczne, niektórym nigdy się nie dogodzi), czy ohydne miejscowe wino (dziś chyba w Brytanii winorośl nie jest uprawiana, nie jestem pewien; rzeczywiście, lepiej tam smakuje cydr czy inne piwo albo ale).
    - Kochani rodzice, przyślijcie bukłaczka.
    Piękna sprawa.
Uroczy zakątek rekonstrukcyjny w Vindolandzie

12 czerwca 2026

Wał Hadriana

    Pomiędzy Newcastle a Carlisle (Njukastl i Ka'ajl – po co używać tylu liter, skoro ich się nie czyta? Takie rzeczy pozwalają tylko docenić geniusz świętego Cyryla, Konstantyna z chrztu, twórcy fonetycznej głagolicy) rozciągał się, co W. Sz. Czytelnik już wie, Wał Hadriana, czyli rzymskie limes w najdoskonalszej formie.
Panorama Wału Hadriana
    W. Sz. Czytelnik wie też, że od kilku wpisów podążam ku miejscu, w którym udowodnię, że studia dzięki którym mogłem zostać ekspertem od makrozoobentosu były niezwykle potrzebne. I miejscem tym są okolice właśnie Wału Hadriana, więc epopeja niedługo się skończy. Ale jeszcze chwilka. Bo Wał Hadriana warty jest szerszej o nim opowieści. Albo – co bardzo polecam – odwiedzenia. I spaceru przez kilkadziesiąt kilometrów od Morza Północnego po Irlandzkie. Albo w drugą stronę. Szlak, jak to na Wyspach Brytyjskich, oznaczony jest nieźle, choć czasem trzeba pokonywać płotki i murki oddzielające poszczególne pastwiska.
Szlak turystyczny
    Same umocnienia powstały na rozkaz Hadriana, jednego z Pięciu Dobrych Cesarzy (w rzeczywistości było ich trochę więcej, nie wszyscy się też jakoś dobrze zasłużyli), jednego z najwybitniejszych władców w historii całego Imperium Romanum – w piku owego świetności. Chodziło tu nie tyle o odgrodzenie ziem opanowanych przez Rzym od dzikiej Kaledonii (którą Rzymianie pod dowództwem Agricoli podbili, popatrzyli, i z braku perspektyw bogactw zostawili) zamieszkałej przez Brytów i Piktów co o unormowanie stosunków międzynarodowych. Stąd oprócz milecastle (czyli wież milowych) czy fortów w których stacjonowali legioniści w fortyfikacjach były też bramy (o jednej z najdziwniejszych już kiedyś na blogu wspominałem). Wzdłuż muru powstało też prawdziwe rzymskie miasto – ośrodek handlowy dla barbarzyńców zza Muru.
Jedna z bram Wału Hadriana
    Napisałem Mur z wielkiej litery, i od razu przypominała mi się powieść fantasy Niela Gaimana Gwiezdny Pył, gdzie Mur jest jedną z osi fabularnych (w ekranizacji – sympatycznej, acz od książki słabszej – De Niro biega w kiecce, ale wbrew pozorom to jedna z lepszych jego późnych ról) – tak, Wał Hadriana trafił do popkultury. I do Hollywood – o jednej z ekranizacji legendy Króla Artura pisałem przy okazji odkryć archeologicznych w okolicach Bydgoszczy.
Typowy rzymski wisior
    Wkrótce Rzymianie przesunęli swoje władztwo trochę na północ, gdzie między Edynburgiem a Glasgow Antoninus Pius (inny z Dobrych Cesarzy – jego panowanie było tak spokojne, że właściwie niewiele o nim wiadomo) wybudował kolejną linię limes. Mniej imponująca nie zachowała się w całości, ale jej resztki też wpisano na Listę Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Wkrótce jednak wrócono na silne fortyfikacje pierwotnego Wału, i aż do połowy V wieku po Chrystusie, gdy legiony na dobre opuściły Brytanię, mur spełniał swoją rolę. A potem, mówiąc kolokwialnie, zarósł. Trochę go rozebrano, trochę zburzono, ale w dużej mierze okolice pozostały bezludne – co niezwykle cieszy archeologów: mogą sobie kopać i nie muszą niczego przy okazji wyburzać.
Efekty prac archeologicznych w Vindolandzie
    Swoją przygodę z Wałem Hadriana zacząłem właśnie od stanowiska archeologicznego – dawnego rzymskiego fortu Vercovicum, dziś zwanego Housesteads. Takich ufortyfikowanych obozów było wzdłuż muru kilka, i kiedy jacyś nielegalni emigranci Piktowie za bardzo zaczynali hałłakować podle którejś z bram czy wież warownych z fortu dosyłano posiłki by nauczyć barbarzyńców moresu. Głównie za pomocą pilum i gladiusa, acz rzymscy inżynierowie stosowali całe masy maszyn balistycznych, wobec których mieszkańcy Kaledonii byli mniej więcej – raczej więcej – bezradni. Trzeba przyznać, że taki system ochrony granic do dziś się sprawdza – pytaniem otwartym pozostaje dlaczego Unia E***pejska zakazuje stosowania tegoż.
Pozostałości fortu Housesteads
    Po obejrzeniu fortu poprawiłem ciężki plecak i radośnie ruszyłem wzdłuż Wału. Okazało się, że ta część Brytanii jest nieźle pofałdowana (miejscowi twierdzą, że są to Góry Pennińskie; góry! - zakrzyknę niczym Gimili opowiadający o Morii) – choć i tak najtrudniejsze z wielkim plecakiem były ustawiane gdzieniegdzie drabinki do pokonywania wspominanych już płotów i murków.
Mury, murki, góry, lasy
    Owce nie były takie groźne, acz dużo bardziej liczne niż ludzie. Pastwiska pojawiły się tu później niż rzymskie limes, w I i II wieku po Chrystusie w okolicy dominowały lasy, finalnie wytrzebione w czasie rewolucji przemysłowej. Drzew pozostało niewiele – a najsłynniejszym bez wątpienia jest ów klon jawor – sykamora, jak chcą Brytole – nasadzona podle muru gdzieś z końcem XIX wieku, na której gałęziach chronił się syn Małego Johna, a gdzie Robin z Locksley w hollywoodzkim Księciu Złodziei pierwszy raz złoił skórę ludziom szeryfa. To znaczy: był. Kilka lat temu (zdaje się AD 2023) dwójka ziomeczków, Kumbryjczyków (to ci z okolic Carlisle), bezprawnie drzewo ścięła, wywołując przy tym niemały – choć raczej lokalny – skandal. Tak, że już nie zobaczycie.
Chlip!
    Spotkać można za to kilka zamków czy wiosek – owszem, teren przez kilkaset lat był pusty, ale nie bezludny.
Ruiny zamku Thirlwall i owce
    Jadąc do Carlisle – bo nie całą drogę pokonałem na własnych stopach – minąłem nawet jakieś opactwo. Jako, że byłem mocno zmęczony po nieprzespanej w Newcastle nocy to nie pamiętam, czy było całe, czy tradycyjnie, jak to na w Anglii, zniszczone przez Henryka VIII (przechodząc na protestantyzm Tudorowi chodziło nie tylko o możliwość ciurlania się, ale i przejęcie kościelnych majątków; w Szkocji opactwa burzyli kalwiniści Johna Knoxa). Mógłbym sprawdzić na mapie, ale byłoby to niesportowe – skoro zapomniałem, trudno.
Dom Johna Knoxa w Edynburgu
    Nie będę też ukrywał, że przemieszczając się wzdłuż Wału Hadriana koniecznie chciałem odwiedzić najbardziej na północ położone rzymskie miasto. No, ruiny tegoż, czyli Vindolandę. Kursująca wzdłuż fortyfikacji komunikacja publiczna – z której dwukrotnie skorzystałem i tak – jakoś czasowo mi nie podpasowywała, więc ruszyłem, coraz bardziej zmęczony, metodą palce-pięta. Po drodze starając się złapać autostop.

Najchętniej czytane

Długa droga do domu cz. 1

     Kiedy tylko drugi syn Henryka II Ryszard (bo najstarszy, też Henryk, wziął był sczezł) objął angielski tron niemal od razu wyruszył na ...