Tłumacz

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty

23 października 2026

Piwny książę

    Poprzedni wpis mógł wyglądać jak apoteoza spożywania alkoholu w warstwach rządzących, ale jest to oczywista nieprawda, wszak ustawa o zapobieganiu alkoholizmowi z roku 1982 jasno zakazuje takich działań (znaczy, ogólnie zakazuje, bo wtedy jeszcze nie było internetów, była zima i wojna polsko-jaruzelska Stan Wojenny). Niemniej Der Meistertrunk rzeczywiście ocalił miasto.
Der Meistertrunk z Rothenburga nad Trauerem
    W historii Polski mamy zresztą liczne przykłady rządzących, którym alkohol zdecydowanie nie wyszedł na zdrowie. O jednym z nich wspominałem przy okazji opowiastki o kanonizowaniu polskiego piwa przez Klemensa VIII. Chodzi oczywiście o Leszka Białego, udatnego Piasta, który namawiany przez papieża do udziału w krucjatach wymówił się twierdząc, że pija jedynie właśnie piwo (wtedy jeszcze niekanonizowane przecież), a tego w Ziemi Świętej nie uświadczysz (obecnie jest, i to nawet importowane z Polski, organoleptycznie sprawdziłem to kiedyś w gieesie w Tel Awiwie czy tam innej Jaffie). Zamiast więc odbijać Jerozolimę poczciwy książę konałby z pragnienia w gorącym klimacie pustyń Syro-Palestyny. Albo w cedrowych lasach gór Libanu. Nieistotne. W każdym razie Leszkowi odpuszczono i mógł zostać na ojcowiźnie, włączając się w wir walk o tron krakowski (który zresztą zdobył, kładąc definitywnie kres zasadom przejmowania władzy w Polsce wytyczonych przez Bolesława Krzywoustego). Swoją drogą leszkowy krewniak, Bolesław Wysoki, na krucjatę wyruszył. Może nie miał co innego do roboty, wszak czasowo z ojcowej dziedziny był wywłaszczony, niemniej wyprawa przyniosła mu sławę w oczach cesarza Konrada III, a rycerski mir w oczach następcy, Fryderyka Barbarossy, ugruntował wygrywając w imię władcy Świętego Cesarstwa Rzymskiego pojedynek rycerski pod murami Mediolanu.
Jerozolima
    Leszek Biały, jak pisałem, w kraju został, zdobył krakowski tron, aż w końcu drogi zawiodły go do Gąsawy. Zresztą nie tylko jego – na zjazd piastowskich książąt przybyli Konrad I mazowiecki czy syn Bolesława Wysokiego (niedługo po zwycięstwie w Mediolanie odzyskał dzielnicę ojca, Władysława Wygnańca) Henryk Brodaty. Piastowicze w serdecznej atmosferze mieli przysiąść i omawiając palące problemy radzić co dalej z tą Polską. Słowiańskim zwyczajem książęta przysiedli sobie w bani (czyli saunie), i chłostając się brzozowymi witkami rozpoczęli obrady. Koncepcja zjazdów władców istnieje od tysięcy lat, wymaga jednak pewnej bardzo ważnej rzeczy: odpowiedniego zabezpieczenia. W przeciwnym razie udany zamach terrorystyczny może dokonać naprawdę wiele złego. Na zjeździe w Gąsawie taka okazja nadarzyła się właśnie w czasie kąpieli książąt w saunie – byli tam właściwie bezbronni – ani miecza, ani tarczy. Brzozowa witka używana do chłosty w bani nie jest uznawana za szczególnie efektywną broń.
Kościół w Gąsawie - na tym miejscu świątynia stała już w czasach Leszka Białego
    Wbrew przewidywaniom tym razem to nie Niemcy napadli na polskich książąt (odbili to sobie kilkadziesiąt lat później mordując króla Przemysła II). Piastowicze mieli wrogów na Pomorzu (Świętopełk II Wielki wiele robił by zrzucić polską zwierzchność), morderców mógł nasłać też Władysław Odonic, książę na zjazd niezaproszony (albo każdy inny z Piastów tamtego czasu). W wyniku ataku Henryk Brodaty został ciężko ranny (nie zginął dzięki poświęceniu jednego z własnych rycerzy, książęcy bodyguard poniósł śmierć) a Leszek Biały, zapewne zawołany kawalkator, goły jak go Pan Bóg stworzył począł uciekać konno. Siepacze ruszyli za nim w pogoń. I, co wiemy z historii, dopadli go obok wioski Marcinkowo Górne, kilka kilometrów od Gąsawy. Każdy kto przejeżdża tamtędy – na przykład do Wenecji (tej koło Żnina, rzecz jasna, ale technicznie można tamtędy jechać do Włoch) lub do Biskupina – zobaczyć może wspaniały pomnik, przedstawiający moment śmierci księcia, gdy przeszyty kilkoma strzałami spada z konia.
Śmierć Leszka Białego
    Pomnik (nie dodałem, że kopia, oryginał zniszczyli Niemcy) jest jak najbardziej wzruszający, ale mało kto wie, że nie stoi on wcale w miejscu śmierci Leszka. To jest całkiem niedaleko, może półtora kilometra, może trochę więcej od okazałego monumentu. Mianowicie należy zjechać z głównej drogi, a wkrótce i z asfaltu. Znakiem rozpoznawczym będzie stojąca w środku pola aleja potężnych drzew.
Droga do pomnika
    W. Sz. Czytelnik domyśla się już, że prowadzi ona do prawdziwego miejsca tragedii z XIII wieku. Ba. Na końcu alei znajduje się nawet niewielki obelisk – trzeba mu przyznać, że nieco zaniedbany i kruszący się.
Miejsce śmierci Leszka Białego
    Ale jest. I jeszcze ten biały pomnik. W kraju w którym nie umiemy w pokazywanie historii (o promocji nawet nie wspominam, choć na blogu często nad tym jojczę) to naprawdę ładny głaz sprawa wspaniała.
Kopia przedwojennego pomnika w Marcinkowie - oryginał zniszczyli Niemcy, no bo kto
    Tak więc podsumowując ten i poprzedni wpis, to alkohol jednak – w ostatecznym rozrachunku szkodzi. Choć, z drugiej strony, jeśli opowieść o śmierci Leszka Białego czyta akurat ktoś niezbyt ortodoksyjnie traktujący sprawy higieny osobistej (nie mówię o hipisach, może to być na przykład Ludwik XIV, słynny Król Słońce, który – wliczając chrzest – w czasie swojego kilkudziesięcioletniego życia kontakt z wodą miał zaledwie 7 razy, dane mogą być przesadzone) może dojść do przekonania, że częste mycie skraca życie (Ludwik XIV żył 72 lata).

25 września 2026

Góra Zyndrama

    Kolejny wpis jest w sumie o miejscu mniej więcej porównywalnym wiekowo z kurhanami w Łubnej-Jakusach (o których było przecież tydzień temu), ale by tam się dostać z centralnej Polski z trasy nie zbaczałem – trzeba było odbyć pełnoprawną, kilkugodzinną wyprawę.
Kurhany w Łubnej-Jakusach
    Chodzi o słynną – głównie wśród archeologów i Teoretyków Starożytnej Astronautyki – Górę Zyndrama, jedyny tej klasy znany obiekt z terenów dzisiejszej Polski. Czyli kamienny mur wprost z Epoki Brązu. W Śródziemnomorzu mówi się o takich mury cyklopowe (a o obwarowanych nimi grodziskach na wzgórzach akropole).
Mury cyklopowe Śródziemnomorza - Epoka Brązu w Knossos na Krecie
    Nasz nie jest tak imponujący, zresztą przez wieki łączony był przez miejscową ludność z postacią średniowiecznego rycerza Zyndrama z Maszkowic (herbu – nomen omen, o czym później – Słońce): miał być ów mur pozostałością po zamku możnowładcy. Służył też ów kamienny suchy (znaczy – bez zaprawy wznoszony) mur za rezerwuar materiałów budowlanych, co właściwie nie jest niczym niezwykłym. Kamienie z Góry Zyndrama posłużyć miały do konstrukcji kościoła parafialnego w pobliskim Łącku, miejscu ważnym na kulinarnej mapie kraju.
Kościół parafialny w Łącku, możliwe, że zawierający w swych murach fragmenty muru z Maszkowic
    Proboszcz łąckiej parafii miał – znów według podań, tak zbudowany jest cały świat przecież – w ramach pokuty kazać miejscowej młodzieży za grzeszki i grzechy sadzić śliwy i jabłonie. A że w górskiej kotlinie mikroklimat dla sadów okazał się idealny, drzewka rozwinęły się wspaniale, i galancie rok w rok obradzały owocami. Których przecież się nie przeje. Miejscowi, nauczeni darów Bożych nie marnować, przerabiali nadmiar owoców na bimber. I tak powstała łącka śliwowica, produkt regionalny, przez dziesiątki lat pędzona nielegalnie na pohybel państwowemu monopolowi spirytusowemu. Dziś już wolno (choć i tak jest masa obostrzeń – trudno powiedzieć czy to pozostałość po komunie, czy nadgorliwość nowej, e***pejskiej nomenklatury).
Łącka śliwowica in spe
    Ale zostawmy alkoholizm Autora lokalne trunki, tylko jedźmy z Łącka do Maszkowic – na Górę Zyndrama da się podjechać autem, choć jest wąsko i stromo. Na stanowisko archeologiczne na szczęście nie – trzeba się kawałek przejść po szczytowym plateau. Mija się niewielki pomnik, nieco usyfione miejsce na ognisko i wchodzi się na teren grodziska vel akropolu – dawnym wejściem północnym.
Góra Zyndrama
    Cyklopowy mur miał oryginalnie jakoś ćwierć kilometra, dziś zachowało się go nieco mniej, ale nie otaczał całej osady przybyszów z Południa. Archeolodzy bowiem przebadali już część stanowiska, i stwierdzili, że wioskę założyli goście z Panonii – wtedy jeszcze Panonią nie będącą – z kultury Otomani-Füzesabony. Domyślają się, że była to odległa placówka mająca kontrolować handel dalekobieżny z Północą. Chodziło pewnie o bursztyn, a może krzemień pasiasty. Wytwory ludu tej kultury znaleziono w kurhanach w Łubnej-Jakusach, ale także w Trzcinicy, słynnej Karpackiej Troi (jedna z faz konstrukcji tego grodziska ma być efektem pracy ludu Otomani-Füzesabony; śladu homeryckich pojedynków ani nolanowskich Negroidów nie stwierdzono).
Brama Północna
    Sam mur częściowo został zrekonstruowany, częściowo zaś tylko przez naukowców odkopany.
Pozostałości muru cyklopowego
    Najciekawszym punktem jest (ha, nie bez przyczyny wspominałem o Teoretykach Starożytnej Astronautyki) jest tak zwana Brama Wschodnia.
Brama Wschodnia
    Okazało się, że w sumie funkcjonowała ona tylko w najstarszej fazie istnienia osady, potem ją zamurowano (skoro mur suchy, bez zaprawy, to zastawiono kamieniami). Służyć też miała podobno nie do komunikacji, a obserwacjom astronomicznym. Konkretnie zaś wschodu Słońca. Zresztą niedaleko znaleziono różnego rodzaju artefakty, figurki, tradycyjnie przez archeologów klasyfikowane jako obiekty o znaczeniu kultowym.
Rekonstrukcja Bramy Wschodniej
    Zabawne, że Zyndram z Maszkowic – rodem z Niemiec, choć przecież rycerz polski, pod Grunwaldem walczył w pierwszej linii w chorągwi krakowskiej, na swym wiekopomnym obrazie umieścił do mistrz Jan Matejko – w herbie miał właśnie to ciało astralne. Nie ma przypadków, są znaki (między innymi tak wycyrklowałem, by wpis ukazał się na blogu w okolicach cyklicznego zjawiska astronomicznego jakim jest jesienne ekwinokcjum, w języku gminu znane jako równonoc; idzie jesień).
Zyndram z Maszkowic na robocie
    Po co górozyndramscy osadnicy zadali sobie tyle trudu by obserwować raz w roku – o ile mnie pamięć nie myli, w letnie solstycjum – wschód Słońca przez swoją furtkę? W sumie nie wiadomo – i raczej nigdy się tego nie dowiemy. Można ekstrapolować, że miało to jakiś związek z rzeczami eschatologicznymi, w końcu od tysięcy lat najsolidniejsze konstrukcje wznoszono ad maiorem gloria Dei.
Maszkowicki akropol
    A ruch ciał astralnych po niebie – i dziennym, i nocnym – interesował Ludzkość od zawsze, dopiero Galileusz popsuł przy pomocy lunety całą z obserwacji przyjemność, obdzierając ją z magicznej – boskiej – otoczki.
Zjawisko astronomiczne
    Czy natomiast na Górę Zyndrama warto się wybrać? Odpowiem tak: jazda przez całą Polskę do Maszkowic jest delikatnym przejawem fanatyzmu (ale czego się nie robi dla W. Sz. Czytelników, bułgarską Solnicatę też pro bono publico odwiedziłem, liczne przygody po drodze mając), ale jeśli się jest w okolicy (niekoniecznie li tylko by w Łącku kupić lokalny zajzajer) to warto. Jest to bowiem naprawdę ewenement jeśli chodzi o konstrukcje z Epoki Brązu na północ od Karpat. A w przesilenie letnie można sobie nawet poobserwować wschód Słońca przez zrekonstruowaną Bramę Wschodnią.
Prace archeologiczne

18 września 2026

Kurhany

    Jadąc drogą krajową numer 12 ze starożytnego Kalisza do Sieradza (albo, jak to się mówi, curyk z powrotem) zbliżając się już do stolicy dawnego Księstwa Sieradzkiego pojawiać się zaczynają turystyczne drogowskazy informujące, że hej, drogi kierowco, kilka kilometrów stąd znajdują się kurhany sprzed 3,5 tysiąca lat. Napis jest, że tak powiem, nieznaczny, niezbyt też zachęca, więc raczej trudno się spodziewać, że jakieś mknące szosą auto zwolni i skręci w interior. Bo też – poza historykami i archeologami, którzy o owych grobowcach kultury trzcinieckiej z epoki brązu wiedzą i szanują – miejsce to nie istnieje w ogólnej świadomości. Ale skoro niewiele osób słyszało o neolitycznych kopcach kujawskich, tak zwanych żalkach sprzed 5,5 tysiąca lat, to nie ma się co dziwić.
Jeden z żalków kujawskich
    O jedynym w Polsce dolmenie nawet nie wspominam (nie no, wspominam, przecież było na blogu).
Grobowiec korytarzowy w Borkowicach
    W każdym razie miejsce – mimo nawet niezłych oznaczeń (po prostu: mimo oznaczeń) – jest niezbyt znane. A, bo to trzeba wyjaśnić, chodzi o największy zachowany kompleks grobowców z tamtego okresu (konkretnie kultura trzciniecka, trwająca od 1700 do 1300 lat przed narodzeniem Chrystusa, dla niepoznaki zwana też kulturą ceramiki pasmowej) w Polsce podle wioski Łubna-Jakusy (Łubna, choć nie wiem która jej część, jest gniazdem rodowym Łubieńskich, dość ważnego rodu swego czasu w Wielkopolsce). W opowieści o kopcach kujawskich narzekałem nieco na dojazd do niektórych stanowisk, tu jest w sumie podobnie. Pokonać trzeba typową polną drogę, nie zawsze równą – po deszczu błotnistą, w suszę mocno kurzącą. Zimą nie byłem, ale mniemam, że nie bywa odśnieżana.
Droga na Niżu Polskim - w zagajniku kurhany
    Same zaś kurhany – porośnięte niezbyt zadbanym lasem – są niczym więcej niż starożytnymi tumulusami. Jakby człowiek nie zachęcał – nie wyglądają imponująco. Niemniej oprócz połamanej ławeczki, kosza na śmieci i tablicy informacyjnej aż prosi się wytyczyć po porastającym cmentarzysko lasku jakąś ścieżkę. Nie wiem, drewnianą kładkę? I tak, zdaję sobie sprawę, że to licha atrakcja, ale na Zachodzie potrafią gorsze (młodsze) rzeczy bardziej promować.
Infrastruktura na stanowisku archeologicznym
    Grodzisko Peel Ring of Lumphanan jest ogrodzone i zadbane, masa informacji, obrazki, późne rokokoko, to w Małkowie podle Warty leży w szczerym polu, nie ma żadnej informacji co to (tu w Łubnej-Jakusach jest przynajmniej tablica). Nie jest to li tylko kwestia niedoinwestowania polskiej historii.
Grodzisko koło Lumphanan
    Kurhany w Łubnej-Jakusach są o tyle ciekawe, że znalezione w nich artefakty (także złoto) wskazują na to, że w epoce brązu lokalsi z kultury trzcinieckiej mieli kontakty z ludami odległej Kotliny Panońskiej (naukowcy by powiedzieli, że ze społecznościami kultury Otomani-Füzsabony). Swoją drogą z racji używania w naszej części Europy ino drewna i ziemi do konstrukcji budowli na powierzchni zachowały się zaledwie promile nieruchomych zabytków. Reszta tkwi w ziemi (weźmy takie rondele – okrągłe konstrukcje starsze jeszcze od żalków kujawskich, mogące być genetycznym przodkiem angielskich henge, ze Stonehenge na czele – odkryto ich u nas kilka, znaczy: śladów po nich; w Niemczech postawiono replikę, my nie robimy – stety niestety – takich akcji). Albo i nie – ile takich kurhanów rozorano (żalków kujawskich było kilkaset, zostało kilkanaście), ile pól popielicowych zniszczono? Już w czasach Władysława Jagiełły – pisze Paweł Jasienica za Janem Długoszem – odkryto pole, które garnki rodzi. Jako kuriozum pokazywano to zagranicznym posłom. Król rozkazał nawet przebadać miejsce, ale przyczyny z jakiej ziemia wydaje gliniane dzbany nie odnaleziono. Dziś wiemy, że było to prehistoryczne cmentarzysko popielnicowe, a owe garnki były pojemnikami na spopielone szczątki ludzkie. Po wiekach mogły – i pewnie tak było – te urny służyć do kiszenia ogórków czy przechowywania ziarna.
Kurhan w Łubnej-Jakusach
Także kurhan, ale inny, kilkaset metrów dalej, a w tle jeszcze jeden
    Ale nie trzeba aż tak daleko zaglądać w przeszłość. Przecież druga połowa XX wieku to prawdziwa hekatomba drewnianych szlacheckich dworków. Osłabione po rozbiorach i dwóch wojnach konstrukcje za okupacyjnej władzy ludowej zwyczajnie zgniły i rozpadły się ze starości. Po dworach murowanych zostały chociaż sypiące się mury – po drewnianych, najczęściej modrzewiowych – nie.
Pozostałości murowanego dworu w Brodni
    Przejechałem się ostatnio – odwiedzając kurhany w Łubnej-Jakusach – po okolicy. Plusem jest, że murowane dworki i pałacyki odzyskują powoli drugie życie.
Dwór Kobierzyckich w Kobierzycku
    Ba, nawet opisywany przeze mnie dworek w Zadzimiu jest obecnie w remoncie (dopytywałem się znajomych, nie wiedzieli jednak na co zostanie przeznaczony). To miłe.
Dwór w Zadzimiu przed remontem
    Inne zabytki nie mają niestety tyle szczęścia.
Pałac w Krąkowie - widok sprzed kilku(nastu) lat
    Kurhany zaś w Łubnej-Jakusach pozostały nierozorane. To naprawdę wielkie szczęście. Nawet jeśli nie są zbyt imponującą atrakcją to jadąc DK12 można na chwilę zboczyć, to tylko kilka minut w jedną stronę. Ogólnie warto jest zbaczać ze szlaku żeby zobaczyć coś nowego (nie dotyczy parków narodowych czy innych ścisłych rezerwatów, tam jak wiadomo ze szlaku zbaczać nie wolno).

14 sierpnia 2026

Papierosy i pająki

    Tylko skończyłem pisać jeremiadę o tym, że w pubach nie można palić papierosów (co, jak W. Sz. Czytelnik pamięta, wcale nie jest dla mnie taką tragedią jaką zaprezentowałem – naprawdę brak papierosianego smrodu jest czymś cudownym, ale...) trafiłem do miejsca, gdzie papierosy w lokalu się pali – i nikt nie ma z tym problemu. I wcale nie chodzi mi o Bałkany, gdzie dymek dalej jest częścią kultury (zdarzało mi się trafiać do pokojów hotelowych "pachnących" papierosami; bez kucia tynku tej aury chyba się zlikwidować nie da). Nie. Była to Szwajcaria – oaza wolności w Europie Zachodniej.
Szwajcaria
    Z tą wolnością to już kiedyś na blogu wspominałem, wcale nie ma tak różowo, ale faktycznie – palenie w barze nie jest zabronione. A jak nie jest zabronione, to jest dozwolone. Więc wkroczyłem do środka i zamówiłem piwo. Miejscowi pili raczej wino – byliśmy w niemieckojęzycznej części Szwajcarii, w Lucernie, ale ten drugi trunek także był tu popularny: w końcu jeden z placów starego miasta zwie się Weinmarkt, i na pamiątkę intratnego handlu który się tam niegdyś odbywał ozdobiony jest freskiem przedstawiającym Wesele w Kanie Galilejskiej.
Wesele w Kanie Galilejskiej
    Atmosfera była miła i serdeczna, z sali obok dobiegały wrzaskliwe nieco bawarskie zaśpiewy (jakaś grupa miała biesiadę połączoną z pokazami – niech będzie – artystycznymi). Dym papierosowy (i ubiór klientów) zdradzał, że szlugi były z tych lepszych, nie te przemycane ze Wschodu, składające się z tektury, końskiego włosia i smoły. Znaczy: mocno nie śmierdziało. Niemniej długo tam nie siedziałem – ruszyłem poszwendać się po mieście. Na blogu o Lucernie wspomniałem zdaje się pokazując pomnik Lwa Lucerny, projektu znanego nam z Warszawy Thorvaldsena, ale nie tam skierowałem swoje kroki.
Lew Lucerny
    Minąłem wąskie uliczki starego miasta na które z góry spoglądały średniowieczne mury miejskie, nie zatrzymałem się nad Jeziorem Czterech Kantonów by podziwiać panoramę lokalnych Alp, tylko udałem się nad Reuss, rzekę dzielącą miasto na dwie części. A jak rzeka – to i mosty. I to jest absolutny – najbardziej emblematyczny, jak powiedziałby pan Makłowicz – top lucerninanych landszaftów.
Most Kapliczny
    Z trzech drewnianych konstrukcji do naszych czasów zachowały się – choć zaraz powiem dlaczego to nieco problematyczne stwierdzenie – dwa. Starszy, Kapellbrücke, z połowy XIV wieku, i Spreuerbrücke, datowany na Rok Pański 1408 (czyli budowniczowie nieco wyprzedzili zbudowany na rozkaz Jagiełły most pontonowy na Wiśle, który umożliwił w czasie Wielkiej Wojny z Zakonem chwalebną wiktorię grunwaldzką). Dlaczego zaś stwierdzenie o dwóch zachowanych mostach jest nieco na wyrost? Oto bowiem Most Kapliczny na początku lat 90-tych XX wieku wziął był i spłonął. Nie cały co prawda, ale duża część drewnianej przecież konstrukcji poszła z dymem – w tym i zdobiące przejście liczne malowidła przedstawiające sceny zarówno biblijne, jak i świeckie z historii Szwajcarii. Całe szczęście dwa lata wcześniej wszystkie owe obrazy skatalogowano i obfotografowano, ale dziś, przekraczając rzekę Reuss większość miejsc po malowidłach świeci pustkami. To celowe działanie – kiedy olbrzymim kosztem odbudowano most mieszkańcy Lucerny w referendum zadecydowali, że tak ma pozostać, że nie chcą mieć na swej największej atrakcji turystycznej kopii. Zachowane oryginały wróciły na swoje miejsce.
Miejsca po spalonych obrazach
    Swoją drogą drewniane mosty były obiektem turystycznych wizyt już jakieś 200 lat temu, a kiedy w XIX wieku powstała plotka, że władze miejskie chcą przeprawy zburzyć z Wysp Brytyjskich (bo to angielscy dandysi pro maior pars atrakcję oglądali) popłynęły petycje z prośbą o zachowanie konstrukcji. Z tych petycji lokalsi dowiedzieli się też dopiero o planach wyburzenia mostów. Plotka ma ogromną siłę.
Most Plewny
    Równie ogromną siłę miał też niedopałek, od którego zajął się drewniany Most Kapliczny. Sprawę ułatwiły kilogramy pajęczej sieci, nie sprzątane zapewne od kilkuset lat. Jakąż wspaniałą patynę wieków musiały nadawać konstrukcji. Dziś niestety – na obu mostach – są regularnie zdejmowane. Bo stare pajęczyny – wraz ze starym, przesuszonym drewnem – to wspaniały materiał palny. Nic dziwnego, że pożar rozprzestrzenił się błyskawicznie. W tym wypadku powiedzenie, że szczęśliwy dom gdzie pająki są okazało się nie przedbobonem, a zabobonem.
Pocztówka z Lucerny
    Drugi most, Plewny, przetrwał, i dziś także jest przeciwpożarowo zabezpieczony. Jest też ozdobiony nieco bardziej mrocznym zestawem malowideł – przedstawiają one danse macabre, taniec ze śmiercią.
Danse macabre
Wszyscy równi wobec Śmierci
    Przecudowna rzecz. Kostucha odwiedza wszystkie stany społeczne, z każdym – bądźmy nowocześni – zbija piątkę. Pokazuje, że czeka na każdego. Straszne? Wbrew pozorom wcale nie. Śmierć czeka każdego, a ostatnie malowidło przedstawia tryumf Chrystusa nad nią. Czyż może być coś bardziej optymistycznego?
Zwycięzca Śmierci
    Mimo, że jestem w nieco turpistycznym nastroju, odpowiem: no nie może.

7 sierpnia 2026

Pub

    Był całkiem pogodny – jak na Szkocję – dzień (wszak Dundee reklamowało się jako najbardziej słoneczne miasto całej krainy) a ja akurat zdobywałem wdrapywałem się wchodziłem szedłem na górujące nad miastem wzgórze zwane Dundee Law.
Dundee Law
    Po drodze mijałem różne chynchy, RODOS-y (zgadza się, Rodzinne – czy tam Robotnicze – Ogródki Działkowe Otoczone Siatką to nie tylko polska specjalność; te szkockie są równie parchate co nasza i nic wspólnego, poza nazwą, nie mają z ową śródziemnomorską wyspą swego czasu zdobytą na Bizantyjczykach przez piratów joannitów operujących wtedy z Cypru), przedmieścia czy puby. Zgadza się, o tej ostatniej ostoi brytyjskości zapowiadałem kiedyś osobny wpis (a jak nie zapowiadałem, to miałem zamiar; obiecać to prawie jak zrobić, tu działa podobny mechanizm) i oto jest. Przynajmniej trochę. Więc kroczyłem ku szczytowi Dundee Law, gdy wtem:
    - Wejdź do nas, stary przyjacielu! - rozległ się skrzekliwy głos.
    Rozejrzałem się – nie Gandalf mnie nawoływał, a miejscowy stary Szkot. Stał oparty o framugę mijanego pubu, i zamiast fajkowego ziela palił zwykłego szluga (zdaje się, że poprawnie powinno być: i palił zwykły szlug; ech, ta nasza cudowna mowa).
    - Jak będę wracał! - obiecałem, i rzeczywiście, skoro obiecałem to na powrocie wstąpiłem na jedno piwo. Czy inne ale. Nie pamiętam, szczerze mówiąc, było to jakieś dwadzieścia lat temu.
    Pamiętam, że pub nazywał się The High Corner. Od czasu bowiem zdaje się ohydnego bufona wielkiego reformatora Henryka VIII angielskie – i szkockie potem, za Stuartów – lokale z wyszynkiem musiały mieć nie tylko nazwę, ale i widoczny szyld. Znając chciwego Tudora chodziło zapewne o jakieś podatki.
The High Corner i lokalny Szkot
    W każdym razie lokal wyglądał w środku jak typowy brytyjski pub. W tym akurat – sądząc po przekroju wiekowym klientów i wczesnej popołudniowej godzinie zwykli przesiadywać lokalni właściciele wspomnianych wyżej RODOS-ów. W prawdziwym bowiem pubie zawsze przesiadują tylko lokalsi – choć oczywiście bona fide wędrowiec zawsze jest miło przywitany, jak ja tamtego dnia. Spełnia bowiem nie tylko pub rolę miejsca do spożywania alkoholu czy zakąsek, ale jest również spoiwem lokalnej społeczności. Któregoś razu trafiłem do lokalu, w którym gromadzili się członkowie (wraz z przyjaciółmi) amatorskiego klubu sportowego. W innym pubie obok pili – i wymieniali informacje – filateliści. W kolejnym – kolejarze. Może to efekt stratyfikacji społecznej w Wielkiej Brytanii, może przywiązanie do swojego małego zakątka. U nas w Polsce raczej tak nie ma. Bary osiedlowe już wymierały kiedy dobiła je panika koronawirusowa, na wsi zaś powoli do lamusa odchodzą typowe gieesy. U mnie sklep spożywczy też już upadł – a spełniał przecież taką samą funkcję socjalizującą jak brytyjskie puby. Oto zawsze w Niedzielę po Mszy Świętej lokalni gospodarze spotykali się przy symbolicznym kieliszku wódki (kto by się tam piwem zamulał) i omawiane były najnowsze decyzje władz samorządowych, wymieniano lokalne plotki informacje oraz politykowano. Tak, wiem, w czasach telefonów komórkowych i internetów takie magle czy spelunki tracą niby rację bytu, ale – by Jove – czyż nie lepiej jest porozmawiać twarzą w twarz? Zwłaszcza, że gros informacji i emocji przekazujemy sobie w sposób niewerbalny. Koniec świata.
The World's End i Autor (foto: P. Strzelczyk)
    W Wielkiej Brytanii te małe społeczności nadal mają swoje centra integracji – powstałe oddolnie, więc nie trzeba budować jakichś świetlic czy czegoś. Z racji obecności alkoholu czy bekonu puby też skutecznie bronią się przed tym, przed czym Zjednoczonemu Królestwu pro maior pars obronić się nie udało – przed inwazją obcych kulturowo imigrantów, pochodzących głównie z dawnych brytyjskich kolonii. Cóż, przegrali imperium, to teraz mają. Nam, jak straciliśmy mocarstwową pozycję los zgotował rozbiory, Brytyjskie superpaństwo było odrobinę większe od RON, więc i dekonstrukcja musi trochę potrwać. Ot, jak mawiał angielski dramaturg z czasów przed powstaniem Imperium, to są zwyczajne dzieje.
Ye Olde Watling - zbudowany przez Sir Christophera Wrena
Ye Olde Trip To Jerusalem - podobno najstarszy pub w Anglii
    Póki co jedyną rzeczą jaka wpłynęła na funkcjonowanie brytyjskich pubów jest zakaz palenia. Moda te przyszła też do Polski, i obecnie w gastronomi nie pali się papierosów. Z jednej strony jest to ograniczenie wolności i zubożenie kultury (wystarczy sobie poczytać książki, pooglądać filmy – papieros był obecny przez kilkadziesiąt lat, do tego w okresie gwałtownego rozwoju popkultury), z drugiej... Nie, nie będzie tu epistoły o tym, że palenie tytoniu szkodzi. Jeden śp Dziadek palił kilkadziesiąt lat, dożył prawie setki, inna śp Babcia też paliła, zmarła na raka płuc (pracownik służby zdrowia – nie chcę powiedzieć, że lekarz – nie zauważył był początków nowotworu, a później było – nomen omen – za późno). Na pewno substancje wdychane nie pomagają. O tytoniu zresztą na blogu było (każdy sobie zobaczy, czy wspominałem tam także o tym, że z racji trujących właściwości papierosa nasi genialni himalaiści z Jerzym Kukuczką na czele w czasie wysokogórskich ekspedycji jarali jeden za drugim; kwestia podtrucia czadem, opowieść na inny raz).
Andy, nie Himalaje, zdobywane przez Autora bez papierosa - i bez liści koki
    Kiedy zamieszkałem w Łodzi zakaz palenia w lokalach jeszcze nie obowiązywał, i w całym mieście było tylko jedno miejsce w którym w środku się nie paliło. Był to słynny bar Anna (lokal powstał tam w 1912 roku), gdzie pili żule, studenci i pracownicy urzędu miasta (co oczywiste, nie należałem do tej trzeciej grupy). Swego czasu w pubie bytowała bowiem papuga, i dym papierosiany niezwykle ptaka drażnił, w związku z tym palący musieli opuścić główną salę. Gromadzili się w niewielkim przedsionku, gdzie – z racji dymu – słońce nigdy nie zaglądało. Przed wejściem należało więc wziąć głęboki wdech i przedrzeć się przez błękitny tuman. Oznaczało to, że i tak po wizycie w Annie człowiek śmierdział jak popielniczka. I to w sumie jest powód, dla którego, mimo żalu, zaakceptowałem zakaz palenia. Młodzież nie zdaje sobie sprawy, jak – w latach 70-tych, 80-tych czy 90-tych wszystko śmierdziało. Od mieszkań przez restauracje po środki komunikacji publicznej (przecież w pekaesach w siedzeniach były spiołki montowane). Dla węchowca, jakim jestem, była to straszna spawa (mimo, że przecież od małego człowiek wzrastał w takim środowisku). Ale to już przeszłość. Pub Anna też nie przeżył paniki koronawirusowej (i pewnie wzrostu kosztów utrzymania). Ciekawe, jaka dziś jest kondycja brytyjskich lokali. Po pandemii nie byłem.
Strefa dla palaczy na jednym ze współczesnych łódzkich dworców

31 lipca 2026

Długa droga do domu cz. 2

    Ach. Zatrzymaliśmy się pod katedrą w Dubrowniku, której początki sięgają nieoczekiwanej wizyty Gandalfa w Bag End króla Ryszarda I Lwie Serce w czasie powrotu z Ziemi Świętej do swoich włości (w których coraz większe poparcie zyskiwali król Francji Filip II August i ryszardowy brat Jan).
Dubrownik
    Plantagenet (chciałem napisać: angielski władca, ale W. Sz. Czytelnik już wie, że Ryszard z Anglią – poza traktowaniem jej jak skarbonki – niewiele miał wspólnego) nie zabawił jednak w Dalmacji długo, ruszył dalej na północ, można by rzec, że niczym generał Douglas MacArthur metodą żabich skoków: następnym razem rozbił się gdzieś pod Akwileją. Stamtąd, wraz z niewielką świtą (jakże romantyczne podejście – obstawiam, że Ryszard był przekonany, że jego życie jest prawdziwym romansem rycerskim) postanowił dalej podróżować lądem. Po drodze miał co prawda niebotyczne Alpy, ale przecież istniały przez nie przeprawy pamiętające jeszcze czasy Imperium Romanum i (tu Autor nieco nagina fakty, ale taka jest konwencja dobrej opowieści) Szlaku Bursztynowego.
Współczesna droga przez Alpy
    Patrząc na góry przemyślałem sprawę: może niewielka królewska świta nie była li tylko efektem zamiłowania Ryszarda do brawury? Miał wszak do przebycia tereny należące do swojego znajomego z III krucjaty, jednego z jej wodzów – Leopolda V Cnótpełnego. Babenberg, książę, został wyznaczony przez cesarza na dowódcę niemieckiego kontyngentu, i razem z Ryszardem i Filipem Augustem zdobywał Akkę. Po zwycięstwie austriacka flaga zawisła na miejskich murach obok angielskich lwów i francuskich lilii. I wtedy zainterweniował Ryszard. Pewnie odezwały się kompleksy i przerośnięte ego władcy – wszak gdyby nie tron w niewielkim wyspiarskim królestwie byłby tylko lennikiem króla Francji. Ale przecież i on, i Filip (udający ryszardowego przyjaciela, ale przecież w skrytości ducha dążący do zajęcia Andegawenii i innych kontynentalnych posiadłości Plantagenetów, będących jak cierń w rzyci królestwu Francji) byli królami. A tu jakieś książątko Rzeszy, którego dziedziny leżą nie wiadomo gdzie, ośmiela się własny sztandar zatykać obok prawdziwych władców. Bulwers! Nakazuje Ryszard ściągnąć austriacką chorągiew (przedstawia ona pięć złotych orłów na błękitnym tle, ta dziś używana, czerwona ze srebrnym pasem, według legendy herbowej pochodzi właśnie z czasu bitwy pod Akką, w użycie wejdzie za panowania wnuka Leopolda V) i cisnąć ją na ziemię. Chwilę po tym tratują ją rycerskie konie. Leopold V na taką zniewagę nie ma słów. Blednie, chowa się w namiocie, mocno sprawę odchorowuje i przepełniony nienawiścią za ten wstyd i hańbę staje się dozgonnym wrogiem Ryszarda. Chwilę później obrażony wraca do Europy.
Wspomnienie rycerskich czasów
    Swoją drogą i tak nie zniósł tego tak źle. Bułgarski car Symeon po tym jak cesarz bizantyjski Bazyli II – nomen omen – Bułgarobójca rozbił jego armię a jeńców kazał oślepić (zostawił jedno oko na dziesięciu ludzi) i odesłać do Ochrydy, stolicy Symeona, zmarł ze wstydu. Znaczy, pewnie dostał wylewu, czy innej apopleksji, ale powodem był olbrzymi wstyd i hańba. Kiedyś ludzie umierali naprawdę ze wznioślejszych powodów.
Twierdza Samuela w Ochrydzie
    Lwie Serce wraz z grupką jeźdźców pokonuje Karyntię i wkracza do Austrii, domeny Babenbergów. Na razie wszystko idzie zgodnie z planem, choć Leopold już wie, że jego śmiertelny wróg będzie przez okolicę przejeżdżał. Stawia na baczność wszystkie swoje średniowieczne służby. Tymczasem Ryszard musi przecież coś jeść. Jest już w okolicy Wiednia, wysyła jednego ze swoich giermków po zaopatrzenie. Giermek za nic ma zasady konspiracji, za pas zatknięte ma bogato zdobione rękawiczki z herbem Ryszarda. Co nie uchodzi uwadze miejscowych. Lwie Serce zostaje wkrótce otoczony, ale odmawia złożenia broni, twierdząc, że podda się tylko przed Leopoldem. Władca Austrii wkrótce przybywa, król oddaje mu swój miecz i trafia na zamek w Dürnstein. Anglia zostaje bez władcy.
Ruiny zamku Dürstein
    Ryszard zostaje upokorzony, co bardzo cieszy Leopolda – choć zapewne bardziej raduje go myśl wysokiego okupu i poprawienie swojej pozycji w Rzeszy. Okup austriacki książę dostanie, postawi za niego miasto Wiener Neustadt (rzadko odwiedzane przez turystów, ale jakby W. Sz. Czytelnik tam zajrzał, niech pamięta, że jego powstanie to po części dziedzictwo Ryszarda Lwie Serce), ale mniejszy niż by przypuszczał. Łapę na dostojnym więźniu kładzie bowiem cesarz Henryk VI Hohenstauf (o początkach dynastii zdaje się na blogu wspominałem kiedyś). Syn Fryderyka I Barbarossy był – w przeciwieństwie do Ryszarda – świetnym politykiem. Wspaniale więc wykorzystał konflikt między dwoma krzyżowcami. Tym bardziej, że sam do Ryszarda też nie pałał miłością – nie dość, że Plantagenet wspierał konkurencyjną dynastię Welfów, to jeszcze, może pamięta W. Sz. Czytelnik, wspominałem, jadąc na krucjatę wmieszał się w sprawy sycylijskie. A Sycylię Henryk chciał zająć dla siebie. I dzięki pieniądzom z Anglii mógł to uczynić – a jego syn, Fryderyk II, w przeciwieństwie do Ryszarda, Jerozolimę odzyskał.
Zamek Fryderyka II w Syrakuzach
    Lwie Serce zaś zmuszono do hołdu lennego przed niemieckim władcą, co oczywiście nie miało żadnego znaczenia poza dalszym upokorzeniem awanturniczego władcy. Ironią losu jest fakt, że dziś w Anglii panuje potomek innej z niemieckich dynastii, Karol III Battenberg, dla niepoznaki zwany Windsorem. Ale to całkiem inna historia.
Siedziba obecnych władców Anglii

Najchętniej czytane

Piwny książę

     Poprzedni wpis mógł wyglądać jak apoteoza spożywania alkoholu w warstwach rządzących, ale jest to oczywista nieprawda, wszak ustawa o...