Tłumacz

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bałtyk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bałtyk. Pokaż wszystkie posty

14 marca 2025

Polanie i wikingowie

    Właściwie nikt już nie bierze na poważnie skandynawskiego pochodzenia Piastów, acz jednak nie da się ukryć, że władcy Państwa Gnieźnieńskiego – jak chyba powinno się nazywać twór zarządzany przez Mieszka i Bolesława – z wikingami spotykali się praktycznie na każdym kroku. Nawet, jako król Burysław, trafili do skandynawskich sag (oraz, mniej więcej, do powieści Jerzego Cepika, takich sobie).
    Powód tych kontaktów był oczywisty – interesy. Na Wolinie, czyli wikińskim emporium handlowym Jomsborgu, znajdował się targ niewolników, a tych rozrastająca się domena Piastów miała w nadmiarze.

Widok na Wolin - na pierwszym planie replika wikińskiej łodzi
    Zresztą słowiańsko-nordycki Wolin też trafił do sag i legend, choćby jako Wineta. O czym zresztą już dawno temu na blogu wspominałem. Na bogate miasto łapy chcieli położyć zarówno Mieszko, jak i jego syn – w pewnych okresach się to udawało (stąd odkryte w mieście konstrukcje hakowe, charakterystyczne dla piastowskich grodów), czasem trzeba było odpuścić na rzecz Danii, ale polańska (polska) obecność musiała być znacząca (vide ów potężny król Burysław z legend). A czasem Wolinianie uzyskiwali całkowitą niezależność – można powiedzieć, że była to wtedy republika morska, pewnie tak słowiańska jak młodszy nieco śródziemnomorski Dubrownik.

Dubrownik
    Na stałe (no, też bez przesady, bo później tereny te utracono) udało się pierwszym Piastom opanować Szczecin – czyli konkurencję dla Wolina – i Kołobrzeg, posiadający oprócz portu także sól.

Solankowy zdrój w Kołobrzegu
    Do skandynawskich legend trafiła też potężna królowa Sygryda Storråda, trzęsąca całą Północą matka Kanuta Wielkiego. Prywatnie Świętosława, siostra Bolesława Chrobrego. Ale to, że Kanut, mieszkowy wnuk, zbudował imperium składające się z Danii, Norwegii i Anglii to inna historia. Zwłaszcza, że po śmierci władcy państwo rozpadło się, a efektem tego było spore zamieszanie, nie tylko w Skandynawii i Wyspach Brytyjskich, ale i w Normandii. Odpryski tej zawieruchy trafiły także i do nas.

Fiordy - naturalne środowisko życia Skandynawów (konkretnie Sognefjorden)
    I to wcale nie dlatego, że króla Mieszka II pomagał obalić Harald Hardrade, zwany Ostatnim Wikingiem najemnik i członek elitarnej cesarskiej Gwardii Wareskiej w Konstantynopolu, późniejszy król Norwegii i pretendent do tronu Anglii, usieczony przez króla Wessexu Harolda II Godwinsona w pamiętnym dla Albionu roku 1066. Wikingowie, najęci przez inny skandynawski ród, siedzących w Kijowie Rurykowiczów – a konkretnie Jarosława Mądrego – pomagali obalić Mieszka na rzecz jego starszego brata Bezpryma trochę w ramach zemsty: oto Bolesław Chrobry na kijowski tron wprowadził był swego szwagra, także Rurykowicza, Świętopełka, przez Rusinów zwanego Przeklętym. Przy okazji władca nasz sromotnie pogonił owego Jarosława Mądrego i czynu lubieżnego dokonał był na jarosławowej siostrze Przecławie. Nic dziwnego, że władca rusiński mógł się zdenerwować i po odzyskaniu wielkoksiążęcego tronu czekał okazji. Pretekstu dostarczył mu Bezprym.

Replika kijowskiej Złotej Bramy, nie istniejącej jednak w czasach Chrobrego
    W grobach z czasów Państwa Gnieźnieńskiego archeolodzy co i rusz znajdują jakieś wikińskie ślady. Czasem można je powiązać z ruskimi wojami – pewnie eskortą Świętopełka z czasów gdy wygnany ukrywał się u Bolesława. A czasem z najemnikami, którzy tworzyli zapewne element słynnej drużyny książęcej – o której z takim zachwytem wypowiadali się kronikarze z epoki. Nie ma co ukrywać – pierwsi Piastowie stworzyli sprawną, choć kosztochłonną, maszynkę do podbijania nowych ziem. I kiedy ziemie się skończyły, system musiał upaść – co zbiegło się w czasie z ambicjami Bezpryma, wcześniej wraz z Ottonem wypędzonego przez Mieszka II Lamberta (Bolesław Chrobry też przejmując władzę wygnał macochę Odę i przyrodnich braci; nic sobie nie zrobił z wystawionego przez ojca dokumentu znanego jako Dagome Iudex, a mającego zapewnić Odzie z rodziną dziedziczenie Państwa Gnieźnieńskiego).

Prawdopodobne grobowce Mieszka I i Bolesława Chrobrego w poznańskiej katedrze
    Wychodzi więc, że z Północą mamy więcej wspólnego niż myślimy (i wcale nie jest potrzebne do tego skandynawskie pochodzenie Piastów), a XI-wieczne elity były bardziej internacjonalne niż ktokolwiek chciałby przyznać. Nie zmieniło się to też po upadku Państwa Gnieźnieńskiego w latach 1034-8 i restauracji Kazimierza Odnowiciela. Kilka akapitów wcześniej wspominałem rok 1066 i bitwę pod Stamford Bridge, w której poległ Ostatni Wiking, Harald Hardrade. Zwycięski władca anglosaski, Harold Godwinson, zbyt szybko osiadł na laurach – na schedę po dynastii z Wessex (i po Kanucie Wielkim z ową wojującym) czyhał bowiem jeszcze jeden Skandynaw z pochodzenia, Wilhelm Bękart, czy też Guillaume le Batard, z Normandii. Pod Hastings zabłąkana strzała trafiła w haroldowe oko, Edgar Aetheling z Wessex (urodzony na Węgrzech ostatni przedstawiciel dynastii) nie zyskał poparcia na królewskim stolcu w Londynie i wyjechał być najemnikiem na Wschodzie (acz miano Wygnańca historycy i kronikarze zastrzegają dla Edwarda, jego ojca), a Wilhelm został Zdobywcą – i pierwszym królem nowej Anglii; numeracja zresztą zachowana jest do dzisiaj, mimo powstania Zjednoczonego Królestwa na początku XVIII wieku. Najciekawszy los przypadł jednak rodowi Godwina.

Londyńska Tower, której budowę rozpoczął Wilhelm Zdobywca
    Otóż synowie Harolda uciekli z Anglii i rozpierzchli się po Europie. Najmłodszy z nich trafił do... Polski Bolesława Śmiałego i jego brata Władysława Hermana. I w tym odbudowanym przez bolesławowego ojca państwie zajął dość eksponowane stanowiska, zarządcy Śląska i Mazowsza. Pozostałością po owym anglosaskim królewiczu może być pochówek odnaleziony na zamku w Czersku na Mazowszu, przypisywany właśnie anglosaskiemu możnowładcy.

Pozostałości czerskiego zamku
    Oraz dedykacja dla komesa Magnusa, człowieka nomen ducatus, rodu książęcego (a według jednych syna Magnusa Haroldsona), jaką Anonim zwany Gallem (choć pewnie rodem z Wenecji) umieszcza w swojej słynnej kronice, technicznie będącej chanson de geste o trzecim z wielkich piastowskich Bolesławów, Krzywoustym. I jak tu zrozumieć odmawianie Polsce miejsca w Europie, jak czynią niektórzy ojkofobiczni fajnopolacy? Brak wiedzy, czy kompleksy? Ech.
Gołąb skalny - także obcy - na zamku w Czersku

24 lipca 2023

Prom

    Był 14. stycznia 1993 roku, czwartek, a więc u mnie w miasteczku dzień targowy. Akurat wyjątkowo ponury. To znaczy: oczywiście aura mogła być słoneczna, tego nie jestem pewny (ale zdaje się, że była to dosyć pluchowata zima, więc słońce przez wiele dni nie smyrało powierzchni ziemi swoimi bezpośrednimi promieniami), bo byłem kajtkiem, ale ogólnie było ponuro w całym kraju. Tłumy usiłujące kupić na targu wszystko co się dało (albo się nie dało – były to czasy gdy tłumnie odwiedzali targowisko przybysze ze Wschodu – z terenów byłego ZSRS; jeden z handlarzy mojemu śp Dziadkowi oferował któregoś razu nawet automat Kałasznikowa; transakcja nie doszła do skutku, wkroczyła policja, więc bliższy kontakt z AK-47 miałem dopiero wiele lat później w Peru) były szare i ponure. Raczkujący kapitalizm wywołany tak zwaną reformą Wilczka akurat był tłamszony kolejnymi reformami związanymi z tak zwanym Planem Balcerowicza, gdyż stara komunistyczna nomenklatura jakoś nie radziła sobie w warunkach gospodarki wolnorynkowej. Może zresztą to był powód, że tak łatwo owi komunistyczni kolaboranci za bezcen pozbywali się polskiego majątku narodowego (który otrzymali w ramach układów w podwarszawskiej Magdalence) – interesował ich zysk, a uczciwie osiągnąć go nie mogli. Do tego pół roku wcześniej agent komunistycznej bezpieki obalił legalnie wybrany rząd premiera Jana Olszewskiego, pragnący dokonać dekomunizacji w przestrzeni publicznej. Jedynym chyba plusem tamtego ponurego czasu była galopująca inflacja – po kilku jej miesiącach wszyscy Polacy byli już milionerami.
Warcki targ z lat 90-tych XX i z przełomu wieków
    Ja tymczasem, zamiast iść na targ, szykowałem się do szkoły. Odpaliłem przy okazji stojący na meblościance telewizor – czarno-biały, polskiej produkcji, firma niedługo miała zostać rozkradziona; kolorowy, azjatycki, kupiliśmy chyba nieco później, za to razem z wideo – a tam: katastrofa promu "Jan Heweliusz". Sam fakt takiej tragedii, i akcja ratunkowa w trudnych warunkach, zrobił na mnie jako na dzieciaku wielkie wrażenie. Było to pierwsze takie wydarzenie medialne które jakoś mnie ruszyło – ani relacjonowana kilka lat wcześniej Wojna w Zatoce, ani trwająca właśnie Wojna w Bośni.
Ślady po kulach w Sarajewie
    A właśnie – na blogu Bałkany, a tu nagle wstawka o trudnych latach 90-tych XX wieku w Polsce i o katastrofie promu, który miał płynąć ze Świnoujścia do Szwecji? Po co? Ano, okazuje się bowiem, że – według niektórych źródeł – Bałtyk odgrywał niepoślednią, i niezbyt chwalebną dodajmy, rolę w tym krwawym konflikcie.
Panorama Sarajewa
    Ale do rzeczy – "Jan Heweliusz" wypłynął ze Świnoujścia i w okolicach niemieckiej wyspy Rugia obrócił się do góry dnem i zatonął grzebiąc – prawdopodobnie – 55 osób. Większość ciał nadal leży we wraku, stąd ma on status morskiego grobu i zaordynowany jest – restrykcyjnie przestrzegany – zakaz nurkowania. Uniemożliwia to też nie tylko penetrację wraku, ale i dokładne badanie przyczyn katastrofy. Podobnie zresztą sprawa wygląda z bliźniaczą jednostką "Heweliusza:, promem "Estonia", który jakieś półtora roku później, pod koniec września 1994 roku wypłynął z Tallinna do Szwecji i zatonąłwszy u wybrzeży Finlandii pogrzebał ponad 800 osób.
Plaża w Świnoujściu w części wolińskiej miasta
    Izby Morskie w Szczecinie i Gdyni orzekły, że przyczyną zatonięcia "Heweliusza" były wady konstrukcyjne, niedokładne remonty po poprzednich usterkach promu, niesprzyjające warunki atmosferyczne i błędy załogi. Europejski Trybunał Praw Człowieka jakiś czas później orzekł, że śledztwa te przeprowadzone były bardzo nierzetelnie (za to bardzo szybko) – między innymi nie przesłuchano części świadków. Podobnie sprawa ma się z "Estonią". Wrak jest mocno chroniony, więc trudno zweryfikować hipotezę, że statek zatonął w wyniku wybuchu. Co prawda na "Estonii" oficjalnie nie było żadnych środków mogących wywołać eksplozję, ale jakiś czas później rząd Szwecji przyznał, że po Bałtyku w tamtym okresie pływała przemycana broń z terenów byłego ZSRS. Co prawda zarzeka się, że na "Estonii" kontrabandy nie było, ale zbadać tego nie wolno.
Zbrojownia w opuszczonych koszarach Armii Radzieckiej
    A po co broń? Ano, społeczność międzynarodowa – tu wracamy na Bałkany – nałożyła embargo na broń na wszystkie walczące w Bośni strony. Nie spotkało się to zapewne z aprobatą w Belgradzie i Zagrzebiu (oraz niektórych stolicach krajów arabskich), ale cóż było robić. Otóż kombinować. Jeśli człowiek będzie chciał zamordować drugiego, stanie się naprawdę bardzo kreatywny. Zwłaszcza, że były ku temu okoliczności. Oto Europę Środkową opuszczały właśnie (no, robiły to powoli – w Polsce siedziały jeszcze kilka miesięcy, do, nomen omen, 17. września 1993) okupacyjne jednostki dawnej Armii Radzieckiej. I miały całą masę niepotrzebnego już sprzętu. Może nieco przestarzały, ale nadal sprawny. Po co brać go ze sobą gdzieś za Ural, do Azji? Post-radzieccy dowódcy nie są głupi: jest popyt, bo embargo (każda prohibicja stwarza czarny rynek, pamiętajmy), to czemu nie zarobić? Zwłaszcza, że w krajach środkowoeuropejskich u władzy albo za jej kulisami są ludzie z tej samej, jak to się mówi, parafii: to wyszkoleni w Moskwie dawni ubecy czy inni bezpieczniacy. Dogadać się jest bez problemowo. Do tego mają ci tajniacy kontakty na Zachodzie czy w takiej neutralnej Szwecji, więc kanały przerzutowe zbudować jest bardzo prosto. I voila! Interes się kręci i wszyscy są zadowoleni. No, może poza mieszkańcami Sarajewa cierpiącymi i ginącymi w oblężeniu. Ale przecież postkomuniści czymś takim jak moralność przejmować się nie będą – materialistyczna quasi-religia marksistów wyrugowała Boga czy sumienie, a także i diabła – a skoro piekła nie ma to hulaj dusza.
Mapa Europy w byłych koszarach radzieckich w dawnym NRD
    Jeden z trójmiejskich dziennikarzy śledczych pod koniec XX wieku skonstruował zatem teorię, jakoby na "Janie Heweliuszu" przemycano właśnie broń z Rumunii do Bośni. Jako dowód – poszlakę właściwie – podaje on szybkość i niechlujność śledztwa oraz skutecznie egzekwowany zakaz zbliżania się do wraku, tłumaczony całkiem też słusznie szacunkiem dla pogrzebanych tam ofiar. A właściwie podawał – na przełomie wieków dostał bowiem sądowy zakaz powielania tych informacji.
    Czy rzeczywiście prom "Jan Heweliusz" przewoził na swoim pokładzie paliwo do masakr w Bośni – prawdopodobnie jeszcze długo się nie dowiemy. Jeden plus – jeśli można tak powiedzieć – katastrof "Jana Heweliusza" i "Estonii" to zaostrzenie przepisów dotyczących przewozów promowych. Wprowadzono także zmiany konstrukcyjne statków.
Mural sławiący jednego z krwawych dowódców Wojny Bośniackiej we współczesnym Belgradzie
    Tym też smutnym wpisem kończę na tą chwilę opowieść o Bałkanach – no, może jeszcze jeden krótki wpis będzie o pewnej ciekawej grupie etnicznej stamtąd.

12 sierpnia 2022

Prusy - na końcu Świata

    Tak więc po wypędzeniu Krzyżaków z Burzenlandu w węgierskim Siedmiogrodzie dzielni mnisi-wojownicy znaleźli sobie protektora w osobie księcia mazowieckiego Konrada – ale to wszyscy wiemy. Książę nadał zakonnikom w dzierżawę Ziemię Chełmińską, w zamian za co mieli oni nawrócić najeżdżających Mazowsze Prusów. Nawrócić i spacyfikować, oczywiście.
    Walki z tymi bałtyckimi plemionami trwały od wieluset lat, wszak to właśnie niedaleko dzisiejszego Elbląga męczeńską śmierć poniósł w Roku Pańskim 997 św. Wojciech, do rozprawy z Prusami Bolesław Chrobry zaczął wznosić potężny gród w Kołdunie (okolice dzisiejszego Chełmna) – który prawdopodobnie był jakiś czas siedzibą najbardziej tajemniczego władcy Polski Bezpryma – to wreszcie w walkach z którymś z plemion pruskich śmierć poniósł Henryk, syn Bolesława Krzywoustego i władca Ziemi Sandomierskiej (AD 1166).

Chełmno - pierwsza krzyżacka stolica na północy

    Na początku XIII wieku sytuacja dojrzała już do ostatecznego rozwiązania kwestii pruskiej. Powołano biskupa misyjnego, cystersa Chrystiana, zakon rycerski Braci Dobrzyńskich i zaczęto podbijać nawracać Prusów. Bez większych efektów, trzeba przyznać. Potrzeba było dopiero geniuszu i bezwzględności wojowników Zakonu NMP Domu Niemieckiego w Jerozolimie by wojownicze i dość dzikie plemiona się ugięły. I to ugięły tak, że dziś nie ma już nikogo, kto potrafiłby w dialektach pruskich się porozumiewać (mimo, że w czasie Reformacji przetłumaczono na ich język Biblię i katechizm Marcina Lutra) a z kultury materialnej pozostała zaledwie garstka tzw. Bab Pruskich – prawdopodobnie pogańskich idoli eksponowanych przed Muzeum Archeologicznym w Gdańsku.

Baby Pruskie

Rekonstrukcja pruskiej chaty

    W każdym razie – Krzyżacy przybywają na Ziemię Chełmińską i po jakimś czasie zaczynają rzeczywiście likwidować pruskie zagrożenie. Mają świetny PR, wspaniałą dyplomację, kontakty międzynarodowe (w szeregach krzyżowców z Prusami a potem Litwinami walczą takie tuzy jak potężny król czeski Przemysł Ottokar II – fundator Królewca – czy Henryk Bolingbroke, przyszły władca Anglii jako Henryk IV Lancaster) i mają sukcesy. Pewnie dlatego też międzynarodowa opinia publiczna przymyka oko na niezbyt pochlebne działania zakonu na tym Końcu Świata. Tak naprawdę bowiem Krzyżacy niezbyt chętnie chrzczą swoich przeciwników – chrześcijan nie mogliby bezkarnie najeżdżać i łupić. Do tego zaczynają działać przeciwko ościennym państwom chrześcijańskim – no, właściwie to przeciwko księstwom polskim (szczytem agresji jest zajęcie Pomorza Gdańskiego w 1309 roku). Kto wie, czy potajemnie nie wspomagali pogańskiej opozycji przeciwko pierwszemu chrześcijańskiemu królowi Litwy (nie Wielkiemu Księciu: królowi; na następnego krótkotrwałego króla Litwini musieli czekać do 1918 roku) Mendogowi.

Zamek w Malborku

    W końcu państwo tak się rozrasta, że zakon przenosi siedzibę Wielkiego Mistrza do nowo zbudowanego Grodu Maryi – Marienburga, czyli Malborka. Po II pokoju toruńskim Wielki Mistrz wędruje do Królewca i tam pozostaje aż do sekularyzacji państwa zakonnego – gdy Albrecht Hohenzollern (siostrzeniec władcy Rzeczypospolitej Zygmunta Starego) przechodzi na protestantyzm likwidując tym samym pruską gałąź zakonu. Z kronikarskiego obowiązku dodam, że po jakimś czasie zakon rezygnuje ze statusu orderu militarnego i staje się zgromadzeniem kanoników regularnych – dziś ma siedzibę w Wiedniu.

Katedra w Królewcu

    My kojarzymy Krzyżaków głównie jako szwarccharaketrów – ma to związek nie tylko ze wspaniałą powieścią Henryka Sienkiewicza, ale także z tym, że – protestanccy przecież – Prusacy (nie Prusowie – Prusacy) ten katolicki zakon zaczęli używać w swojej propagandzie antysłowiańskiej. Oto teutońscy rycerze udali się na Koniec Świata by zaprowadzić ład i porządek, by zbudować cywilizację. I teraz my, Prusacy, z kajzerem i Bismarckiem, zgodnie z dziejowym obowiązkiem, także niesiemy kaganiec oświaty wschodnim dzikusom – Polakom i innym takim (didaskalia: nadal część polityków tak uważa, nie tylko tych niemieckich), by zbudować cywilizację. Zresztą już o tym nieszczęsnym Drang nach Osten wspominałem w którymś z poprzednich wpisów o Krzyżakach.

Krajobraz pojezierny Ziemi Chełmińsko-Dobrzyńskiej

    Tak więc – i pomogli w tym sowieccy okupanci – został Krzyżak kolejną odsłoną niemieckiego imperializmu i niemieckiej buty. Sęk w tym, że nie do końca słusznie. Owszem, Państwo Zakonne na śmierć i życie walczyło z Polską i Litwą. Owszem, sprowadzało na Mazury niemieckojęzycznych osadników (polskojęzycznych z Mazowsza też) i, mimochodem, germanizowało Prusów – ale faktycznie z tej krainy jezior i zalesionych pagórków, leżącej na Końcu Świata z dala od szlaków handlowych, pozbawionej surowców stworzyła kwitnącą krainę (do 1945 roku i wkroczenia sowietów, oczywiście). Dość powiedzieć, że – podobno – angielskie słowo spruce (świerk) pochodzi od – polskiego – określenia "z Prus", bo właśnie stamtąd via Gdańsk sprowadzano to cenne drewno na Wyspy Brytyjskie.

Wielki Młyn w Gdańsku, dzieło krzyżackie

Kanał Elbląski - pruski cud techniki
    No i stworzyli Krzyżacy genialny wręcz model ceglanego zamku nizinnego (dlaczego – już o tym wspominałem, dzięki regule zakonnej), i jeżeli miałbym wskazać najbardziej gotyckie zamki w Europie – to wskazałbym właśnie te krzyżackie (oraz inspirowane nimi zamki kapituły warmińskiej czy pomezańskiej, albo jakieś nasze, kazimierzowskie). I to chyba jest najtrwalszy materialny ślad po zakonnikach którzy z Outremer via Siedmiogród dotarli nad zimny Bałtyk.

Zamek w Świeciu
Zamek w Łęczycy
Zamek w Rydze
Zamek w Narwie

3 czerwca 2022

Bursztynowa komnata

    Dawny Królewiec ma wiele wspólnego z Dreznem. Oba te miasta były przez wieki niemieckimi stolicami – Prus i Saksonii, oba przez jakiś czas należały do Polski, oba zostały doszczętnie zniszczone przez bombowce zachodnich Aliantów, oba też dostały się po 1945 roku pod sowiecką okupację. Tu dopiero pojawia się niewielka różnica: Drezno pozostawiono w quasi-niepodległym DDR, a Królewiec, przemianowany na Kaliningrad, wcielono bezpośrednio do ZSRS. Może dlatego drezdeńska starówka została odbudowana, a z królewieckiej pozostałą tylko przerobiona na salę koncertową gotycka katedra. Na szczęście zachował się w niej grób najsłynniejszego mieszkańca Królewca, ponurego filozofa Immanuela Kanta.

Miejsce spoczynku Kanta

    Niemcy pytani, czy Kaliningrad im się podoba odpowiadają, że jedyną ładną rzeczą jest tylko to, co udaje niemieckie – i rzeczywiście, obecnie próbuje się stworzyć coś na kształt starówki mającej nawiązywać wyglądem do przedwojennego Królewca. Efekt jest raczej niepowalający.

Centrum Kaliningradu

    Pozostałe atrakcje miasta to radziecki okręt podwodny i Muzeum Bursztynu, o którym zresztą już pisałem.

Radziecki okręt podwodny B-413

    Trudno o lepsze miejsce dla takiej instytucji, skoro właśnie Królewiec jest ostatnim znanym miejscem przechowywania jednego z najciekawszych dzieł stworzonych z bursztynu, słynnej Bursztynowej Komnaty.

Muzeum Bursztynu
Ekspozycja bursztynu

    Powstała w wyniku kaprysu pierwszego "króla w Prusach", Fryderyka I Hohenzollerna – władca zażyczył sobie, by ozdobić bursztynem ściany jego pracowni w podberlińskim Charlottenburgu. Gdańskim mistrzom bursztyniarstwa stworzenie dzieła zajęło kilka lat (i ton jantaru). W Berlinie niewykończony jeszcze pokój obejrzał car Piotr I Wielki – o tym ekscentrycznym władcy już było na blogu – i pokochał go. Kolejny władca Prus, Fryderyk Wilhelm bardziej cenił sobie armię niż poojcowskie pięknotki i podarował komnatę Piotrowi. Tony bursztynu zdemontowano i przewieziono do Sankt Petersburga. Ta – jak chcą Rosjanie – pierwsza Bursztynowa Komnata przeleżała w skrzyniach kilka ładnych lat – bowiem w Rosji nie było nikogo, kto mógłby złożyć ją z powrotem. Córka Piotra, Elżbieta I wyjęła dzieło z pudełek i wraz z Franciszkiem Rastrellim, największym architektem czasu baroku w Rosji, zamontowała komnatę w Pałacu Zimowym (była to – jak chcą Rosjanie – druga odsłona pomieszczenia). W końcu jednak caryca rozkazała przenieść skarb do pałacu w Carskim Siole w 1755 roku. Tam Bursztynową Komnatę zainstalowano ponownie, znacznie ją przebudowując – a raczej rozbudowując: pokój w którym ją rozłożono był bowiem większy niż te w Berlinie i Sankt Petersburgu. Dołożono więc kilka ton jantaru, kandelabry, lustra, oklejane bursztynem meble... W rozbudowie pomieszczenia gustowała zwłaszcza caryca Katarzyna II Wielka (Zofia von Anhalt ze Szczecina) i stworzyła zeń prawdziwą wizytówkę Imperium Rosyjskiego. Tą właśnie, Trzecią Bursztynową Komnatę, w 1941 roku zwinęli Niemcy naziści i przewieźli w skrzyniach na królewiecki zamek. Ta dawna krzyżacka twierdza spłonęła w czasie alianckich nalotów na miasto kilka lat później.

Berlin - pomnik św Jerzego, znak dobrych stosunków z Moskwą
Pałac Zimowy w Sankt Petersburgu

    Dziś na miejscu zbombardowanego przez Amerykanów zamku stoi – dziś pusty – ohydny dawny Dom Partii, zaś parking dookoła niego skrywa fundamenty dawnej krzyżackiej budowli oraz wypalone resztki piwnic, w których znajdować się miały skrzynie z łatwopalnymi przecież elementami Bursztynowej Komnaty.

Dom Sowietów

    No, przynajmniej tyle wiemy oficjalnie: Bursztynowa Komnata, zwana Ósmym Cudem Świata, spłonęła wraz z królewieckim zamkiem, God bless America. Jednak nie wszyscy się z tym zgadzają. Spora część poszukiwaczy skarbów czy innych Turbosłowian twierdzi, że skrzynie w porę wywieziono z zamku – albo na Dolny Śląsk, albo statkami do Niemiec. Tam mogły zostać ukryte (bądź zniszczone w trakcie walk chociażby o Wrocław lub ataków torpedowych podobnych do zatopienia "Wilhelma Gustloffa"; była to katastrofa morska z największą liczbą ofiar w historii) i możliwe, że leżą tam do dzisiaj. Dowodami w sprawie mają być znajdowane co jakiś czas elementy owej oryginalnej Komnaty – z których jeden znajduje się w najsłynniejszej kopii Komnaty – w pałacu w Carskim Siole podle Sankt Petersburga.

Typowy pałac na Dolnym Śląsku (tu: Kamienna Góra)

    Sam pałac jest oczywiście wspaniały – ale główną atrakcją jest właśnie Bursztynowa Komnata. Czy też jej kopia – choć pojawiają się głosy, że to może być oryginał, który albo przetrwał pożar Królewca, albo później został przejęty przez Sowietów na Dolnym Śląsku. W każdym razie – wewnątrz Bursztynowej Komnaty nie wolno robić zdjęć (stąd umieszczona na blogu fotka musiała powstać całkowitym przypadkiem, bez wiedzy Autora). Cóż, może mieć to też wymiar czysto marketingowy, ponieważ sama Bursztynowa Komnata (pomijając ogrom pracy i bursztynu włożonych w jej wykonanie i kunszt dawnych gdańskich i/lub obecnych rosyjskich mistrzów bursztyniarstwa) mówiąc kolokwialnie przyprawia o tzw. syndrom paryski. Ów Ósmy Cud Świata delikatnie widza może rozczarować.

Pałac w Carskim Siole
Przypadkowe zdjęcie Bursztynowej Komnaty

    Z ciekawostek: w Polsce także znajduje się kopia Bursztynowej Komnaty. Na Śląsku, na zamku w Niemodlinie – upamiętniać ma ona jedną z nitek Szlaku Bursztynowego, biegnącą onegdaj w okolicy. Cóż, prawdziwy paranoik zwolennik teorii spiskowych mógłby stwierdzić, że to ta śląska może być oryginalna.
    Mieszkająca w Petersburgu pół-Polka zajmująca się obsługą ruchu turystycznego zwykła komentować temat Bursztynowej Komnaty takimi słowami:
    - Nie jest ważne, czy Komnata spłonęła, czy nie. Ta w Carskim Siole, Czwarta Bursztynowa Komnata, jest oryginalna, podobnie jak te wcześniejsze. Kropka.
    Cóż.

Zamek Książ

    A tak na koniec jeszcze jedna myśl przyszła mi do głowy – w Zamku Książ znajduje się pokój odpowiadająca rozmiarom właśnie Bursztynowej Komnacie. Podobno kiedy Sowieci zajęli zamek była ona pusta – czy więc czekała na bursztynowe panele? A może tam właśnie były, i zdążono je zdemontować i wywieźć jakimś "Złotym Pociągiem"? Albo nie była pusta?

Podziemia zamkowe, element kompleksu "Riese"

    The truth is out there, jak to mówią.

Mające wywoływać wrażenie tajemniczości zdjęcie bunkra w Jeleniu

27 maja 2022

Sambijskie złoto

    Dawno, bardzo dawno temu – tak dawno, że nawet najstarsi górale nie pamiętają – tereny obecnego Bałtyku porastały potężne lasy iglaste (zdanie to, rzecz jasna, nie dotyczy zwolenników teorii kreacjonistycznych – w myśl większości z nich wtedy, tj. bardzo dawno temu, Ziemia jeszcze nie istniała). Co prawda nie wiemy dokładnie jakie drzewa konkretnie w tych lasach rosły, niemniej – choć też nie wiemy dlaczego – wiemy, że produkowały niezwykłe wręcz ilości żywicy. Żywica ta po wielu milionach lat zamieniła się w jeden z najdziwniejszych kamieni na Świecie, w Grecji znanym jako elektron, w Rzymie sucinum, a w języku pokoju i miłości der Bernstein, "Płonący Kamień". Względnie amber albo jantar.
    Bursztyn.

Bursztyn w Królewcu

    Od tysiącleci ta skamieniała żywica fascynowała Człowieka, bo nie dość, że się paliła (phi – powiedzieliby na Górnym Śląsku – każdy węgiel to potrafi!), to aromatycznie przy tym pachniała. Oraz – może przed wszystkim – intrygująco wyglądała, mało tego, potrafiła zawierać w sobie inkluzje z żywych organizmów (głównie bezkręgowce, ale zdarzają się na przykład małe gady czy płazy, nieraz zaskoczone w bardzo intymnych pozach). Skąd w kamieniu wzięły się zwierzęta pozostawało dla Starożytnych wielką tajemnicą (dziwne, że Atlanci ani kosmici im nie powiedzieli). Cenę bursztynu podnosił fakt, że kamień ten nie występował masowo. W Starożytności (a głównym odbiorcą bursztynu był Świat Śródziemnomorski) spotykano go jedynie na dwóch półwyspach: w Jutlandii i na Sambii. Łatwiej dostępne były zasoby z tego pierwszego miejsca, ale szybko się wyczerpały – i pozostała tylko odległa Sambia. Oczywiście, nie nazywała się tak wtedy, gdyż Sambiowie, plemię pruskie, jeszcze tam nie dotarło (swoją drogą prawdopodobnie tam właśnie najdłużej przetrwał język pruski – aż do XVIII wieku), ale wiemy o jaką krainę chodzi. Wiemy? Sambia/Samland z leżącym u jej wrót Królewcem/Konigsbergiem to dziś Obwód Kaliningradzki – po zniszczeniach drugowojennych i sowieckich właściwie już pozbawiony swoich historycznych korzeni (prosta sprawa: większość nazw miejscowych została poprzekręcana i zsowietyzowana; ech, byle tylko zniszczyć kulturę, historię i tradycję). Jedno, co na Sambii pozostało niezmienne – to bursztyn.

Dom Sowietów stojący na miejscu królewieckiego zamku
Katedra królewiecka, obecnie sala koncertowa

    Dziś – w przeciwieństwie do polskiej części wybrzeża – bursztyn na Sambii pozyskiwany jest na skalę przemysłową w kopalniach odkrywkowych, a w samym Królewcu znajduje się całkiem sympatyczne Muzeum Bursztynu (sympatyczne, bo mające swą siedzibę w jednym z nielicznych pozostałych po 1945 zabytków miasta – Konigsberg został zniszczony w znacznej mierze przez naloty bombowe zachodnich Aliantów, Sowieci tylko dopełnili dzieła zniszczenia) – podobnie zresztą jak w Gdańsku.

Muzeum Bursztynu w Kaliningradzie

    Zresztą spora część sambijskiego złota trafia właśnie do Gdańska. Tu bowiem znajduje się światowe centrum obróbki tego półszlachetnego kamienia – i to, jak dowodzą badania archeologiczne, od kilku tysięcy lat. To znaczy w okolicy. Muszę bowiem rozczarować Turbosłowian wierzących, że miasto Gdańsk, zwane Kodan, ma wiele tysięcy lat; nie ma – funkcjonuje od około tysiąca, a i to się kwestionuje. Niedaleko Malborka, w Niedźwiedziówce, znaleziono pozostałości kilkuset neolitycznych warsztatów bursztynników, a także liczne ślady z okresu intensywnego handlu bursztynem z czasów rzymskich – tu bowiem kończył się (bądź zaczynał) słynny szlak bursztynowy – sieć dróg, ścieżek, duktów łączących Morze Sarmackie (Bałtyk) z Akwileją w Italii (gdzie także kwitła obróbka bursztynu). Przez setki lat był ów trakt jednym z ważniejszych szlaków handlowych Europy – dzięki niemu na północ kontynentu trafiały zdobycze rzymskiej cywilizacji a cesarz Neron mógł w swoim Złotym Domu palić bursztynowe kadzidła (dobra – na północ trafiało srebro, a Neron organizował igrzyska z większym przepychem, ozdabiając wszystko jantarem – poczytajcie u Pliniusza Starszego, tego co to go Wezuwiusz zabił). I tylko dzięki temu mamy jakiekolwiek informacje o terenach dzisiejszej Polski. Leżąca na szlaku Calisia, dość powszechnie, choć niekoniecznie trafnie utożsamiana z Kaliszem, czy Askaukalis (ninie Bydgoszcz albo okolice) mogły być rzeczywistymi barbarzyńskimi miastami, celtyckimi bądź germańskimi oppidiami. Lugiowie, plemię nieznanej proweniencji (najczęściej widzi się w nich Celtów), walczące o wpływy nad Dolną Wisłą z germańskimi Gotami czy Wandalami posłużyło Henrykowi Sienkiewiczowi do kreacji postaci Ligii i Ursusa z noblowskiego (w czasach, kiedy Nagroda Nobla miała jakąś wartość, oczywiście) "Quo Vadis?".

Gdańsk współcześnie
Gdański barbakan (Katownia) - Muzeum Bursztynu

    Przebieg szlaku bursztynowego na "polskim" odcinku, od Bramy Morawskiej do Zatoki Gdańskiej potwierdzają też badania archeologiczne – od olbrzymiego bursztynowego skarbu z wrocławskich Partynic, przez rzymskie monety znajdowane w dolinie Prosny, ostatnie odkrycia w Bydgoszczy po wspomniane już znajdźki na Pomorzu. Świadczy to o tym, że – wbrew wierzeniom niektórych, często prominentnych i znanych, ojkofobów euroentuzjastów – tereny Polski zawsze były częścią europejskiej ekumeny (a co najmniej dwa razy – w neolicie i u zarania czasów nowożytnych – stanowiły prawdziwe centrum cywilizacyjne).
    Ale wracając do bursztynu – oprócz właściwości wizualnych czy kadzidlanych używany jest także w medycynie i kosmetologii (oraz w tzw. medycynie alternatywnej; wiecie, napary z kupy konia i inne takie) – także w domu można przyrządzić sobie nalewkę bursztynową: do picia nadaje się średnio, ale pomaga na obolałe stawy.

Zatoka Ryska
    Poza wybrzeżem Morza Bałtyckiego złoża bursztynu znajdują się także na Kurpiach (były eksploatowane na niewielką skalę przez kilkaset lat – elementami ludowych strojów kurpiowskich nie bez przyczyny są bursztynowe naszyjniki) oraz na współczesnej Ukrainie. Również poza Europą występują złoża kopanych żywic – najliczniej chyba w Kolumbii, ale wszyscy zgodnie przyznają, że konkurencyjne substancje, zwane kopal, nie mają ani uroku, ani leczniczych właściwości bursztynu – choć są sporo tańsze (może właśnie dlatego).
    I jeszcze na koniec ciekawostka: na całym Świecie z bursztynem kojarzy się właściwie głównie jedna rzecz. I to prawdopodobnie nieistniejąca: Bursztynowa Komnata.
    Tak, widziałem ją. I o tym następny wpis.
Bałtycki zachód słońca - w kolorze bursztynu

Najchętniej czytane

Kłujki

     Na koniec opowieści o Cykladach powrót na Ios . O wyspie tej wspominałem zdaje się przy okazji pożarów w rejonie Morza Śródziemnego i...