Tłumacz

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kolumbia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kolumbia. Pokaż wszystkie posty

2 września 2024

Dziennik Adamasa de Orellany

    Jako, że właśnie – po 76 godzinach na łodzi (nie licząc tych kilkunastu z Iquitos na granicę; swoją drogą podróż z Tabatingi zwykłym statkiem, lento, trwa jakieś 10 dni) – dotarłem do Manaus to taka mała wprawka literacka na blogu.
Manaus nad Rio Negro
    Bo skoro pokonywałem trasę, którą te prawie pięćset lat temu płynęła pierwsza znana ekspedycja ze Starego Świata (plotki o tym, że dużo wcześniej w górę rzeki – niczym Tomek Wilmowski et consortes – wędrowali Kartagińczycy póki co wkłada się w akta i teorie miłośników Starożytnej Astronautyki; Thor Heyerdal uśmiecha się gdzieś tam – gdzie jest – pod nosem) postanowiłem zaktualizować nieco dziennik wyprawy Francesco de Orellany. Czy może raczej jego kapelana Gaspara de Carvajala sporządzającego notatki. Sam de Orellana, zgodnie ze standardami epoki, nie musiał być piśmienny. Mój wyczyn nie był może aż tak bohaterski jak przypadkowa w sumie (z dzisiejszego Ekwadoru wypłynął rzeką Napo po spyżę – a zawrócić już z powodu silnego prądu i wirów zawrócić nie mógł; wiry na Napo nadal utrudniają przemyt żeglugę) ekspedycja hiszpańskich konkwistadorów, ani tak doniosły w skutkach, ale był – cóż – mój. W Ekwadorze też byłem, choć przez chwilę tylko.

Rio Napo
    Od tamtego czasu wiele też się zmieniło, choćby technologia i tempo podróży (odkrycia XIX stulecia sprawiły, że nie musiałem machać wiosłem - ni brygantyny budować - przez kilka tysięcy kilometrów; to też jednak była pewna monotonia podróży). Nie ostrzeliwano już też statków z brzegów (aczkolwiek pełnej gwarancji na to dać nie mogę, zwłaszcza jeśli chodzi o tereny przygraniczne i uczęszczane szlaki przemytni... no, nieważne). Jedno pozostało bez zmian – wielka rzeka. No i to, że życie w dżungli jest parchate – czyli w sumie dwie rzeczy; zresztą selva to właściwie jedyne, co widzi się na brzegach.

Dżungla
    Ad rem. Zaczynajmy.

    Dziennik Orellany z peregrynacji po wielkiej rzece Roku Pańskiego dwa tysiące dwudziestego i trzeciego (we fragmentach znalezionych w żołądku kajmana).


    (...) W dniu wspomnienia świętych Hipacego Paflagończyka i Alberyka z Utrechtu Roku Pańskiego 2023 stanęliśmy na brzegu Napo, podle ujścia do niej jakieś lokalnej rzeczki i odpoczęliśmy. Miejscowi mówią na to miejsce Mazan, i mamią nas opowieściami o drodze, która przedzierając się przez Andy niebotyczne w jedną, i nieprzebytą dżunglę w drugą spiąć ma oba brzegi Okeanu opasającego cały kontynent. Mówią na nią Transamazonica, i podobno w sąsiedniej wiosce jest ktoś, kto zna kogoś (...), kogo wuj widział ślady onej trasy. Nasz informator zdawał się być wiarygodny, na potwierdzenie swych wiadomości zdradził nam, że wuj ów ma pypeć na nosie (...)
    Święta Agnieszka z Asyżu w swoim dniu w Roku Pańskim 2023 sprawiła, iż dotarliśmy do naprawdę olbrzymiej rzeki. Jest tak szeroka, że ani chybi – blisko już być musi do Atlantyku, skoro z łodzi dostrzec się dają delfiny, które ponoć rozbitków potrafią uratować, jak mądrzy Autorzy łacińscy piszą (...).
    Okazuje się, że jednak wcale nie tak blisko do tego Oceanu, a miejscowe delfiny wcale do pomocy topielcom skore nie są. W dniu świętych Grzegorzy, Cudotwórcy i tego z Tours, Roku Pańskiego 2023 wczesnym rankiem dotarliśmy, umęczeni, do Santa Rosa de Ybycui. W panującym upale trudno się na czymś skupić.
    Wieczorem tegoż dnia (...) wreszcie znaleźliśmy spokojny kąt do spania. Jako, że był to piątek, miejscowi postną strawę przygotowali. Dziwna ta ryba, zębata strasznie, acz smaczna. Autochtoni o jeszcze innych cudach na rzece opowiadali, oprócz zębatych krwiożerczych ryb i delfinów także o olbrzymich wężach, syrenach i lewiatanach, zdolnych łódź całą połknąć. Zwą je tu – lewiatany owe – arapaimami. Sami też z gołym niemalże przyrodzeniem biegają i w robactwie, które to w gnijącym drewnie się rodzi, gustują (...). Czas jednak w dalszą drogę wyruszać, ku ziemiom Amazonek i Złotego Człowieka.
    (...) Nie wiemy, czy to Niedziela w listopadzie Roku Pańskiego 2023, czy nie – dni na rzece bowiem nic się od siebie nie różnią, ni podniosłością, ni długością. W oddali tylko błyska się, co zwiastuje burzę niechybną. Miejscowi mówią, że już kilka miesięcy na deszcz czekają, a rzeka przez to ledwo co płynie. Trochę nie chce nam się w to wierzyć, jakoby jeszcze większa być miała. Takoż plemion dzielnych wojowniczek Amazonkami zwanych ani widać, ani słychać. Choć trzeba przyznać, że kiedyśmy widzieli pogoń Indianki z klapkiem w dłoni za niewielkim złośliwym huncwocikiem, możemy przypuszczać, iż wśród przodkiń miała jakąś scytjską wojowniczkę (...) Co zaś się deszczy i burz tyczy, póki co szczęśliwie nas omijają. Ale gdyby przyszły, to święty Jacku od Pierogów, miej nas w swojej opiece (...).
    Święto Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny (prawdopodobnie) Roku Pańskiego 2023. Rankiem całą rzekę zasnuły dymy woniejące spalenizną. Ani chybi, po tylu dniach żmudnej podróży, teraz już na pewno zbliżamy się ku ujściu (...). Musi też tu znajdować się jakaś wielka osada, inaczej skąd tyle dymu, jak nie z sadyb ludzkich? Wciąż liczymy, że dotrzemy do kraju Złotego Człowieka. Leży on nad Czarną Rzeką i znajdować tam mają się nieprzebrane wręcz bogactwa, acz skoro niedaleko Ocean, to i może El Dorado szukać należy w innych rejonach tego bezkresnego kontynentu?
    Tegoż dnia, wieczorem. Jest i Rio Negro! Czarna Rzeka. Musimy być blisko. Może spróbujemy popłynąć w górę, wszak tam musi być El Dorado, Złoty Człowiek i jego bogate królestwo. Nasza ekscytacja sięga zenitu (...). Na skałach nad Rio Negro dostrzegliśmy tajemnicze rysunki ludzkich głów, co tylko utwierdza nas w przekonaniu, że chociaż ta z opowieści jest prawdziwa. Dopłynąć tam będzie jednak ciężko, gdyż ciemny nurt jest wartki. Rzeka ta też nie wpada od razu do naszej, tylko płyną obok siebie jednym korytem – żółto-brunatna i czarna. W to nikt nam nie uwierzy (...). Jest tu też dużo krokodyli, których miejscowi kajmanami zowią. Iście, olbrzymie są niczym smoki (...)

    Tu zapiski się kończą.
    Co prawda w okolicach Manaus raczej trudno kajmana spotkać, ale petroglify nad Rio Negro jak najbardziej. Na zakończenie warto dodać, że prawdziwy de Orellana dopłynął do Atlantyku (i faktycznie myślał, że koło Manaus jest już blisko do oceanu – dziś zresztą przypływają tu statki oceaniczne – a nad Rio Negro leży kraina El Dorado, królestwo Złotego Człowieka), ale wiedziony chęcią zdobycia skarbów wrócił do Amazonii – i został już na zawsze, umierając gdzieś w delcie Amazonki w końcu 1546 roku.

Amazonka, wcześniej Rio Orellana, tu na odcinku gdy zwie się Solimoes
    Gaspar de Carvajal zmarł w wieku około 80 lat w 1584 w klasztorze dominikanów w Limie.
Pacyfik w Limie i pomnik najsłynniejszego peruwiańskiego podróżnika

26 sierpnia 2024

Rejs po Amazonce cz. 2

    Po chybotliwej kładce weszliśmy na wysoki brzeg rzeki – Amazonki, która mniej więcej od tego miejsca zaczynała zwać się Solimoes – i po raz drugi w życiu znalazłem się w Brazylii. Przynajmniej nieoficjalnie, bo tu, w Tabatindze, podobnie jak w peruwiańskiej Santa Rosie, urząd migracyjny był dość daleko od portu.
Peke-peke z Peru do Brazylii
    Co ciekawe – nie było tu tak popularnych w Peru mototaksówek. To znaczy: sama nazwa funkcjonowała, ale oznaczała zwykły motor. Motocyklową taksówkę. Pomysł w mojej opinii taki sobie, ale skoro w Brazylii się sprawdzał, znaczy, że tu wystarczał. Nie ukrywam, że fanem motocykli nie jestem, choć w Dzikich Krajach zdarza mi się z jednośladów korzystać (o czym zresztą któregoś razu pisałem na blogu). Tym razem – po niezbyt przespanej nocy na łodzi i w tropikalnym upale – złapaliśmy taryfę. Miejscowi, jak to Latynosi, charakteryzowali się ogromną drogową brawurę, ale szczęśliwie dotarliśmy do punktu migracyjnego. Krótka rozmowa po angielsku (w Brazylii całkiem popularny jako język obcy, chyba bardziej od hiszpańskiego) i oficjalnie wjechaliśmy do największego kraju w Ameryce Południowej. Wiza ważna na 3 miesiące, czyli standardowy wpis w paszporcie.
    Stąd na szczęście niedaleko było do drugiego portu – z którego odpływały lanchas (duże statki pasażerskie kursujące po Amazonce) do Manaus. W przeciwieństwie do tradycyjnych portów nad rzeką, tych błotnistych i o pomostach ze spróchniałych desek ten miał niemal europejską infrastrukturę – choć oczywiście nabrzeże było pływające. A same statki w porównaniu z takimi rapido olbrzymie.

Lancha
    Okazało się, że rejs wcale nie jest tani (Brazylia jest generalnie dużo droższa od sąsiedniego Peru) i trwa cztery dni. Większość miejscowych spędza go na hamakach przywiązywanych do filarów czy innych elementów konstrukcyjnych statku.
    - O nie – zaprotestowałem – Jak to mają być cztery dni, bierzemy kajutę. Tak będzie wygodniej i bezpieczniej.
    Kolega pomarudził, ponarzekał – ale postawiłem na swoim. Mieliśmy płynąć kajutą – drożej. A najbliższy statek miał być następnego dnia. Cóż, był to dobry powód, by skoczyć do Kolumbii. Daleko nie było, w końcu znajdowaliśmy się na trójstyku granic.
    Przynajmniej na mapie. W upale, i po zarwanej nocy, droga się dłużyła. Do tego w okolicy tegoż portu nie było żadnych motocyklowych taksówek. W końcu jednak naszym oczom ukazał się baner obwieszczający, że wchodzimy na teren Kolumbii. Przez myśl przeszło nam nawet wjechać tam legalnie, ze stemplem w paszporcie, ale biuro imigracyjne było dopiero na miejscowym lotnisku – kawał drogi od centrum. Szybko też znaleźliśmy polecany przez Pawła hotel. Leżał z 50 metrów od granicy, był tańszy niż brazylijskie, nieco hipisowski (choć akceptowalny) i miał basen, co w tropikalnym skwarze było prawdziwym wybawieniem.

Kolumbijska Leticia
    Chociaż jak żeśmy się już do niego wgramolili akurat spadł rzęsisty deszcz. Padał może niezbyt długo, ale za to intensywnie. Zaczynała się powoli z dawna wyczekiwana pora deszczowa.
    - Lluvia buena – stwierdziłem, co znaczy prawdopodobnie "niezłyy deszcz".
    - Chimba – poprawił mnie jeden z pracowników hotelu – Tu w Kolumbii nie mówimy buena, tylko chimba. Lluvia chimba.
    Niechaj i tak będzie. Swoją drogą Leticia niegdyś należała do Peru, ale w wyniku jednej z licznych acz nieznanych nam południowoamerykańskich wojen trafiła pod skrzydła Kolumbii (poszło prawdopodobnie o kauczukodajną dżunglę, choć dostęp do Amazonki też mógł mieć wpływ).
    - Może i dobrze – stwierdził Paweł z Indiany, który nam o tym opowiadał – Bo wystarczy porównać Leticię z Santa Rosą...

Santa Rosa
    Faktycznie, z tych trzech sąsiadujących miasteczek to Leticia wyglądała na normalne miasto. Tabatinga była pełną sklepów strefą wolnocłową, a Santa Rosa de Ybycui to w tym towarzystwie parchata wioska.

Tabatinga
    Okazało się, że nasz hotelik miał także – oprócz sklepu z pamiątkami i agencji turystycznej organizującej wypady do dżungli – niewielką restaurację. Serwował średnie kolumbijskie piwo, jakąś regionalną berbeluchę i jedzenie.
    - Co macie? - zapytaliśmy kelnera.
    - No, na przykład piranię...
    - Już wiemy co będziemy jedli – przerwał mu mój towarzysz podróży – Pirania, dwa razy.
    Ryba okazała się nad podziw smaczna. Chociaż zębata.

Kuchnia
    I wbrew temu co się mówi pirania wcale nie jest taka krwiożercza. Owszem, jednym kłapnięciem odgryzie palec, nos czy co tam się do wody akurat wsadzi, ale tak naprawdę zjada wszystko. Jest takim trochę czyścicielem rzeki. I nie capi mułem jak karp.
    Co zaś do kolumbijskiej kuchni – rankiem załapaliśmy się na typowe miejscowe śniadanie. Arepa, czyli rachityczny blady naleśnik z podsmażoną kiełbasą (prawie jak naszą), podany oczywiście z kawą. Powiem tak: szału nie było, chociaż skoro wliczone w cenę... Jak za darmo to i ocet słodki (a w Kolumbii nikt nie przeprowadzał żadnych denominacji, i płaci się tysiącami; grubymi tysiącami).

Arepa z kiełbasą
    Po tak obfitym śniadaniu ruszyliśmy z powrotem do Brazylii – nikt nie robił nam jakichkolwiek przeszkód – na statek do Manaus. Zaczynało się już robić gorąco, poza tym w porcie trzeba było być minimum dwie godziny przed odpłynięciem. Na szczęście udało się złapać stopa – zatrzymał się pojazd zwany w Peru toro, byczek, taki trójkołowiec z kipą. W niewielkiej kabinie gnieździło się trzech Brazylijczyków, ale my – ku uciesze miejscowych – wskoczyliśmy na pakę. I ruszyliśmy w rytmie samby. Pierw do tego parchatego portu vis-a-vis Santa Rosy, a jak chłopaki się zorientowali, że płyniemy do Manaus, podrzucili nas i tam (nie chcąc za to żadnej gratyfikacji). Na terminal portowy wjechaliśmy więc z piskiem opon ku ogólnej radości.
    A potem ustawiliśmy się w długiej kolejce, pełnej ludzi i bagaży. Załadunek trochę trwał, ale w końcu wpuszczono i pasażerów. Większość rozłożyła się na otwartym pokładzie i zaczęła instalować hamaki, my zaś udaliśmy się do wskazanej kajuty.

Kajuta
    Jeszcze tylko godzinka, i rozpoczęła się 76-godzinna podróż do Manaus.
Voyager V - nasz statek

15 stycznia 2024

Peregrynacje po Ameryce

    Cóż, obiecaną blogową podróż po Ameryce Południowej zaczynam od ze wszech miar niegościnnego Gran Chaco – ale oryginalna trwająca dwa miesiące wyprawa wcale się tam nie rozpoczynała, i przebiegała przez sześć południowoamerykańskich krajów – niektóre odwiedzałem po raz pierwszy (połowę), inne nie – a Peru to już nie pamiętam który (znaczy – właściwie pamiętam, ewentualnie musiałbym bym policzyć – ale nie chodzi przecież o buchalterię, tylko o zabieg literacki). Dlatego postanowiłem uczynić taki krótki wpis, w którym w porządku chronologicznym ułożę nowe (oraz stare, z poprzednich wyjazdów) opowiastki o nierzadko nieznanych i odkrywanych miejscach.
Najsłynniejszy południowoamerykański podróżnik
    Do Ameryki Południowej najłatwiej dostać się oczywiście samolotem (przypominam, że najmniejszy samolot jaki kiedykolwiek pokonał Atlantyk był konstrukcji polskiej – RWD-5bis – oraz przez Polaka był pilotowany; był to pochodzący jak ja z Warty pionier lotnictwa i żołnierz Stanisław Skarżyński) – skoro w Polsce nie ma wielkiego międzynarodowego lotniska musiałem udać się do Berlina a stamtąd do Nowego Jorku. Miałem chwilę czasu, więc pojechałem na Manhattan. Cóż, nie ma się co dziwić Woody'emu Allenowi – NYC jest bardzo przereklamowany (choć może zamiast robić kolejny film o tym, jak to się miasta nie lubi, łatwiej byłoby się po prostu wyprowadzić; widzę tu syndrom sztokholmski).
Panorama Brooklynu
    Z Nowego Jorku via Bogota polecieliśmy do La Paz – tonącej w smogu rzeczywistej stolicy Boliwii (konstytucyjną jest oczywiście Sucre).
La Paz
    Była to moja druga wizyta w tym śródlądowym państwie, dlatego będąc w La Paz nie musiałem odwiedzać nieodległych ruin Tiwananku. Stanowisko archeologiczne leżące nad brzegami Titicaca (no, prawie) wraz z sąsiednim Puma Punku doceniane jest przez UNESCO i Teoretyków Starożytnej Astronautyki.
Brama Słońca w Tiwanaku
    Z La Paz ruszyliśmy na niesamowity Salar de Uyuni – poprzednio byłem tam w porze deszczowej, i ogromna słona pustynia wyglądała jak jezioro – tym razem trwała pora sucha, więc przepiękne to miejsce wyglądało całkiem inaczej. Można też w końcu było dotrzeć do słynnej Isla Incahuasi, olbrzymiej skale porośniętej wiekowymi kaktusami.
Salar de Uyuni - Isla Incahuasi
    Oprócz Uyuni na Altiplano odwiedziłem też dwa górnicze miasteczka – dziś kopalnie są już pozamykane – znane z karnawału Oruro i dużo bardziej anonimowe Pulacayo.
Nieczynna kopalnia w Oruro
    Najsłynniejszym miastem górniczym Boliwii jest jednak Potosi i zamieszkała przez górnicze bóstwa Cerro Rico. Trasę Uyuni – Potosi – Sucre pokonywałem autobusem już kilka lat temu: nic się nie zmieniła, dalej wiedzie przez przepiękne Andy.
Panorama Potosi
    Właśnie w okolicach Sucre jedyny raz pohasałem po dzikich górach – krater w Maragua jest niewiadomego pochodzenia, i można doń dotrzeć inkaskimi Qhapac Ñan, królewskimi drogami. A jako bonus znaleźć ślady dinozaurów.
Boliwijskie Andy
    Co do przedpotopowych gadów – w Parku Narodowym Amboro podle Samaipaty znajduje się równie przedpotopowy las paproci drzewiastych.
Paprocie drzewiaste w mglistych lasach deszczowych Boliwii
    Nie jednak lasy mgliste były moim celem w tamtym rejonie. Nad Samaipatą góruje bowiem inkaskie miasto wpisane na Listę Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Dotrzeć tam z miasteczka można właściwie tylko taksówką – a do samej Samaipaty z Sucre dojechałem okrężną drogą: z Sucre samolotem do Santa Cruz, a stamtąd marszrutką w góry.
Inkaski fort Samaipata
    Do Santa Cruz wróciłem także marszrutką (tu zwaną truffi; w Peru to colectivos) – a stąd ruszyłem na Gran Chaco. Pierwszy etap autobusem do Villamontes był urzekający – autokar wygodny, a firma zwała się Trans Juan Pablo II, więc jako rodacy papieża dostaliśmy zniżkę. Z Villamontes na granicę kursowały truffis, a w Paragwaju...
Gran Chaco
    No a w Paragwaju na Chaco to właściwie tylko autostop. Dopiero w Filadelfii złapaliśmy autobus do stołecznego Asuncion, miasta, które nie porywało.
Asuncion - stolica Paragwaju
    Sieć komunikacyjna Paragwaju nie jest zbyt rozwinięta, na szczęście miejscowi o tym wiedzą i zabierają autostopowiczów. Po wschodniej części kraju podróżowaliśmy właśnie w ten sposób (choć, podobnie jak w Chaco, buty też były w użyciu) – Asuncion – Santa Angela – La Rosada – Salto Guarani – Carapegua – Quindy – Encarnacion.
Ruiny zakładów zbrojeniowych w La Rosada
    W okolicach Encarnacion znajdują się ruiny redukcji misyjnych dla Guaranich. Doceniło je UNESCO, więc i my odwiedziliśmy. Po czym przekroczyliśmy Paranę i ruszyliśmy do Argentyny.
Redukcje misyjne w Paragwaju
    W Argentynie widziałem tylko jedną prowincję – Misiones. Nazwa nie wzięła się znikąd: tu też są jezuickie redukcje misyjne.
San Ignacio Mini
    A także leżące na granicy z Brazylią olbrzymie wodospady Iguazu – do których dojechaliśmy autobusami firmy Horanski. Cóż, ten region Ameryki Południowej w XIX wieku przyjął bardzo wielu europejskich emigrantów. Zarówno w Misiones, jak i w brazylijskiej Paranie żyje sporo naszych rodaków, nie tylko biznesmenów, ale także na przykład plantatorów ostrokrzewu paragwajskiego.
Wodospady Iguazu - największa atrakcja prowincji Misiones
    Z Argentyny wróciliśmy do Paragwaju – via Brazylia. Tu zaskoczyła nas pora deszczowa – ale zdążyliśmy umknąć do Asuncion, skąd mieliśmy lot do Limy.
Pora deszczowa na zaporze Itaipu: granica brazylijsko-paragwajska
    Lima, stolica Peru, na blogu już gościła, ale tym razem oprócz zjedzenia ceviche ruszyłem zwiedzać lokalne piramidy – jest ich tu kilkanaście, a było pewnie kilkadziesiąt.
Lima - nadoceaniczne klify
    Oprócz tego w końcu zajrzałem do Callao, głównego portu Peru, i sporej mordowni. W czasie jednej z południowoamerykańskich wojen port został obroniony między innymi dzięki wysiłkom naszego rodaka, Ernesta Malinowskiego.
Hiszpański fort w Callao
    Następny etap podróży odbyłem samemu – towarzysze polecieli do Cuzco, a ja zostałem na wybrzeżu: w końcu miałem chwilę czasu by odwiedzić najciekawsze miejsca tej części kraju. Oczywiście, nie wszystkie, choć niektóre bardzo nieznane (co oznacza, że nie odwiedziłem najbardziej znanej atrakcji kraju - Patallaqty; no ale ileż można).
Inkaskie akwedukty z lotu ptaka - atrakcja dość nieznana
    Jedne, tak jak Linie w Nazca czy Półwysep Paracas są znane, popularne i oblegane przez turystów.
Pingwiny Magellana - turystyczni gwiazdorzy w Paracas
    Inne, jak Tambo Colorado, inkaskie miasto, odwiedzają głównie podmuchy wiatru.
Tambo Coloredo
    Także na północ od Limy turystów było jak na lekarstwo. Zacząłem od rejonu Trujillo, gdzie, według miejscowych, wynaleziono surfing.
Port i plaża w Huanchaco
    Bardziej niż trzcinowe łodzie interesowały mnie jednak miejscowe stanowiska archeologiczne, takie jak Chan Chan czy Moche. Oraz składane tam krwawe ofiary.
Chan Chan
    Jak wspominałem, trafiłem też na miejsca nieznane, mimo, że wpisane na Listę Dziedzictwa ludzkości UNESCO – takie jak Chankilo obok Casmy. Dzięki brakowi infrastruktury turystycznej pierwszy raz jechałem mototaksówką przez wydmy oraz wspinałem się po wzgórzu z pirytu. Bardzo polecam, nawet się mocno nie pokaleczyłem.
Trzynaście Kamieni - obserwatorium słoneczne w Chankilo
    Tuż przed powrotem do Limy dotarłem jeszcze do Doliny Supe i do Świętego Miasta Caral. Stanowisko archeologiczne robi wielkie wrażenie, a na dodatek uznawane jest za najstarszą cywilizację Ameryki Południowej.
Święte miasto Caral
    Z Limy – już nie solo – poleciałem do Iquitos: innej drogi tam nie ma (chyba, że wiele dni w łódce).
Pałac Fitzcaraldo w Iquitos
    Dzięki uprzejmości miejscowego Polaka zwiedziliśmy też okolice miasta – czyli amazońską dżunglę.
Dżungla amazońska - stacja benzynowa w Mazan
    A potem ruszyliśmy w dół Amazonki do Manaus. Tu nie będę spojlował jak wygląda życie na wielkiej rzece. Powiem tylko, że miło było wejść na chwilę w buty Franciszka de Orellany.
Amazonka
    Samo Manaus – dokąd w końcu dotarliśmy – to olbrzymie miasto w dżungli. Wyrosło na kauczukowej gorączce w XIX wieku i mimo ogromu jest, trudno ująć to inaczej, typowym dżunglowym miastem – a o takich już na blogu pisałem.
Manaus
    Na szczęście ma Manaus lotnisko, rozbudowane jeszcze na niedawny futbolowy Mundial, więc bez problemu – choć drogo – dolecieliśmy do Rio de Janeiro. Miasta znanego, wielkiego i całkiem fascynującego. Tudzież drogiego, więc stamtąd wróciliśmy już do Europy – do Berlina via Madryt.
Rio de Janeiro - ostatni przystanek na trasie podróży
    Wpis miał być krótki, po to tylko, żeby powrzucał linki do konkretnych opisów miejsc... Ale mnie poniosło, zwłaszcza we wstępie. Potem się trochę ogarnąłem. Cóż. Pozostaje mi tylko zaprosić na blogową podróż po Ameryce Łacińskiej, niemniej tylko dla wytrwałych, bo potrwa kilka miesięcy.

Najchętniej czytane

Piwny książę

     Poprzedni wpis mógł wyglądać jak apoteoza spożywania alkoholu w warstwach rządzących, ale jest to oczywista nieprawda, wszak ustawa o...