Tłumacz

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą turystyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą turystyka. Pokaż wszystkie posty

14 sierpnia 2026

Papierosy i pająki

    Tylko skończyłem pisać jeremiadę o tym, że w pubach nie można palić papierosów (co, jak W. Sz. Czytelnik pamięta, wcale nie jest dla mnie taką tragedią jaką zaprezentowałem – naprawdę brak papierosianego smrodu jest czymś cudownym, ale...) trafiłem do miejsca, gdzie papierosy w lokalu się pali – i nikt nie ma z tym problemu. I wcale nie chodzi mi o Bałkany, gdzie dymek dalej jest częścią kultury (zdarzało mi się trafiać do pokojów hotelowych "pachnących" papierosami; bez kucia tynku tej aury chyba się zlikwidować nie da). Nie. Była to Szwajcaria – oaza wolności w Europie Zachodniej.
Szwajcaria
    Z tą wolnością to już kiedyś na blogu wspominałem, wcale nie ma tak różowo, ale faktycznie – palenie w barze nie jest zabronione. A jak nie jest zabronione, to jest dozwolone. Więc wkroczyłem do środka i zamówiłem piwo. Miejscowi pili raczej wino – byliśmy w niemieckojęzycznej części Szwajcarii, w Lucernie, ale ten drugi trunek także był tu popularny: w końcu jeden z placów starego miasta zwie się Weinmarkt, i na pamiątkę intratnego handlu który się tam niegdyś odbywał ozdobiony jest freskiem przedstawiającym Wesele w Kanie Galilejskiej.
Wesele w Kanie Galilejskiej
    Atmosfera była miła i serdeczna, z sali obok dobiegały wrzaskliwe nieco bawarskie zaśpiewy (jakaś grupa miała biesiadę połączoną z pokazami – niech będzie – artystycznymi). Dym papierosowy (i ubiór klientów) zdradzał, że szlugi były z tych lepszych, nie te przemycane ze Wschodu, składające się z tektury, końskiego włosia i smoły. Znaczy: mocno nie śmierdziało. Niemniej długo tam nie siedziałem – ruszyłem poszwendać się po mieście. Na blogu o Lucernie wspomniałem zdaje się pokazując pomnik Lwa Lucerny, projektu znanego nam z Warszawy Thorvaldsena, ale nie tam skierowałem swoje kroki.
Lew Lucerny
    Minąłem wąskie uliczki starego miasta na które z góry spoglądały średniowieczne mury miejskie, nie zatrzymałem się nad Jeziorem Czterech Kantonów by podziwiać panoramę lokalnych Alp, tylko udałem się nad Reuss, rzekę dzielącą miasto na dwie części. A jak rzeka – to i mosty. I to jest absolutny – najbardziej emblematyczny, jak powiedziałby pan Makłowicz – top lucerninanych landszaftów.
Most Kapliczny
    Z trzech drewnianych konstrukcji do naszych czasów zachowały się – choć zaraz powiem dlaczego to nieco problematyczne stwierdzenie – dwa. Starszy, Kapellbrücke, z połowy XIV wieku, i Spreuerbrücke, datowany na Rok Pański 1408 (czyli budowniczowie nieco wyprzedzili zbudowany na rozkaz Jagiełły most pontonowy na Wiśle, który umożliwił w czasie Wielkiej Wojny z Zakonem chwalebną wiktorię grunwaldzką). Dlaczego zaś stwierdzenie o dwóch zachowanych mostach jest nieco na wyrost? Oto bowiem Most Kapliczny na początku lat 90-tych XX wieku wziął był i spłonął. Nie cały co prawda, ale duża część drewnianej przecież konstrukcji poszła z dymem – w tym i zdobiące przejście liczne malowidła przedstawiające sceny zarówno biblijne, jak i świeckie z historii Szwajcarii. Całe szczęście dwa lata wcześniej wszystkie owe obrazy skatalogowano i obfotografowano, ale dziś, przekraczając rzekę Reuss większość miejsc po malowidłach świeci pustkami. To celowe działanie – kiedy olbrzymim kosztem odbudowano most mieszkańcy Lucerny w referendum zadecydowali, że tak ma pozostać, że nie chcą mieć na swej największej atrakcji turystycznej kopii. Zachowane oryginały wróciły na swoje miejsce.
Miejsca po spalonych obrazach
    Swoją drogą drewniane mosty były obiektem turystycznych wizyt już jakieś 200 lat temu, a kiedy w XIX wieku powstała plotka, że władze miejskie chcą przeprawy zburzyć z Wysp Brytyjskich (bo to angielscy dandysi pro maior pars atrakcję oglądali) popłynęły petycje z prośbą o zachowanie konstrukcji. Z tych petycji lokalsi dowiedzieli się też dopiero o planach wyburzenia mostów. Plotka ma ogromną siłę.
Most Plewny
    Równie ogromną siłę miał też niedopałek, od którego zajął się drewniany Most Kapliczny. Sprawę ułatwiły kilogramy pajęczej sieci, nie sprzątane zapewne od kilkuset lat. Jakąż wspaniałą patynę wieków musiały nadawać konstrukcji. Dziś niestety – na obu mostach – są regularnie zdejmowane. Bo stare pajęczyny – wraz ze starym, przesuszonym drewnem – to wspaniały materiał palny. Nic dziwnego, że pożar rozprzestrzenił się błyskawicznie. W tym wypadku powiedzenie, że szczęśliwy dom gdzie pająki są okazało się nie przedbobonem, a zabobonem.
Pocztówka z Lucerny
    Drugi most, Plewny, przetrwał, i dziś także jest przeciwpożarowo zabezpieczony. Jest też ozdobiony nieco bardziej mrocznym zestawem malowideł – przedstawiają one danse macabre, taniec ze śmiercią.
Danse macabre
Wszyscy równi wobec Śmierci
    Przecudowna rzecz. Kostucha odwiedza wszystkie stany społeczne, z każdym – bądźmy nowocześni – zbija piątkę. Pokazuje, że czeka na każdego. Straszne? Wbrew pozorom wcale nie. Śmierć czeka każdego, a ostatnie malowidło przedstawia tryumf Chrystusa nad nią. Czyż może być coś bardziej optymistycznego?
Zwycięzca Śmierci
    Mimo, że jestem w nieco turpistycznym nastroju, odpowiem: no nie może.

31 lipca 2026

Długa droga do domu cz. 2

    Ach. Zatrzymaliśmy się pod katedrą w Dubrowniku, której początki sięgają nieoczekiwanej wizyty Gandalfa w Bag End króla Ryszarda I Lwie Serce w czasie powrotu z Ziemi Świętej do swoich włości (w których coraz większe poparcie zyskiwali król Francji Filip II August i ryszardowy brat Jan).
Dubrownik
    Plantagenet (chciałem napisać: angielski władca, ale W. Sz. Czytelnik już wie, że Ryszard z Anglią – poza traktowaniem jej jak skarbonki – niewiele miał wspólnego) nie zabawił jednak w Dalmacji długo, ruszył dalej na północ, można by rzec, że niczym generał Douglas MacArthur metodą żabich skoków: następnym razem rozbił się gdzieś pod Akwileją. Stamtąd, wraz z niewielką świtą (jakże romantyczne podejście – obstawiam, że Ryszard był przekonany, że jego życie jest prawdziwym romansem rycerskim) postanowił dalej podróżować lądem. Po drodze miał co prawda niebotyczne Alpy, ale przecież istniały przez nie przeprawy pamiętające jeszcze czasy Imperium Romanum i (tu Autor nieco nagina fakty, ale taka jest konwencja dobrej opowieści) Szlaku Bursztynowego.
Współczesna droga przez Alpy
    Patrząc na góry przemyślałem sprawę: może niewielka królewska świta nie była li tylko efektem zamiłowania Ryszarda do brawury? Miał wszak do przebycia tereny należące do swojego znajomego z III krucjaty, jednego z jej wodzów – Leopolda V Cnótpełnego. Babenberg, książę, został wyznaczony przez cesarza na dowódcę niemieckiego kontyngentu, i razem z Ryszardem i Filipem Augustem zdobywał Akkę. Po zwycięstwie austriacka flaga zawisła na miejskich murach obok angielskich lwów i francuskich lilii. I wtedy zainterweniował Ryszard. Pewnie odezwały się kompleksy i przerośnięte ego władcy – wszak gdyby nie tron w niewielkim wyspiarskim królestwie byłby tylko lennikiem króla Francji. Ale przecież i on, i Filip (udający ryszardowego przyjaciela, ale przecież w skrytości ducha dążący do zajęcia Andegawenii i innych kontynentalnych posiadłości Plantagenetów, będących jak cierń w rzyci królestwu Francji) byli królami. A tu jakieś książątko Rzeszy, którego dziedziny leżą nie wiadomo gdzie, ośmiela się własny sztandar zatykać obok prawdziwych władców. Bulwers! Nakazuje Ryszard ściągnąć austriacką chorągiew (przedstawia ona pięć złotych orłów na błękitnym tle, ta dziś używana, czerwona ze srebrnym pasem, według legendy herbowej pochodzi właśnie z czasu bitwy pod Akką, w użycie wejdzie za panowania wnuka Leopolda V) i cisnąć ją na ziemię. Chwilę po tym tratują ją rycerskie konie. Leopold V na taką zniewagę nie ma słów. Blednie, chowa się w namiocie, mocno sprawę odchorowuje i przepełniony nienawiścią za ten wstyd i hańbę staje się dozgonnym wrogiem Ryszarda. Chwilę później obrażony wraca do Europy.
Wspomnienie rycerskich czasów
    Swoją drogą i tak nie zniósł tego tak źle. Bułgarski car Symeon po tym jak cesarz bizantyjski Bazyli II – nomen omen – Bułgarobójca rozbił jego armię a jeńców kazał oślepić (zostawił jedno oko na dziesięciu ludzi) i odesłać do Ochrydy, stolicy Symeona, zmarł ze wstydu. Znaczy, pewnie dostał wylewu, czy innej apopleksji, ale powodem był olbrzymi wstyd i hańba. Kiedyś ludzie umierali naprawdę ze wznioślejszych powodów.
Twierdza Samuela w Ochrydzie
    Lwie Serce wraz z grupką jeźdźców pokonuje Karyntię i wkracza do Austrii, domeny Babenbergów. Na razie wszystko idzie zgodnie z planem, choć Leopold już wie, że jego śmiertelny wróg będzie przez okolicę przejeżdżał. Stawia na baczność wszystkie swoje średniowieczne służby. Tymczasem Ryszard musi przecież coś jeść. Jest już w okolicy Wiednia, wysyła jednego ze swoich giermków po zaopatrzenie. Giermek za nic ma zasady konspiracji, za pas zatknięte ma bogato zdobione rękawiczki z herbem Ryszarda. Co nie uchodzi uwadze miejscowych. Lwie Serce zostaje wkrótce otoczony, ale odmawia złożenia broni, twierdząc, że podda się tylko przed Leopoldem. Władca Austrii wkrótce przybywa, król oddaje mu swój miecz i trafia na zamek w Dürnstein. Anglia zostaje bez władcy.
Ruiny zamku Dürstein
    Ryszard zostaje upokorzony, co bardzo cieszy Leopolda – choć zapewne bardziej raduje go myśl wysokiego okupu i poprawienie swojej pozycji w Rzeszy. Okup austriacki książę dostanie, postawi za niego miasto Wiener Neustadt (rzadko odwiedzane przez turystów, ale jakby W. Sz. Czytelnik tam zajrzał, niech pamięta, że jego powstanie to po części dziedzictwo Ryszarda Lwie Serce), ale mniejszy niż by przypuszczał. Łapę na dostojnym więźniu kładzie bowiem cesarz Henryk VI Hohenstauf (o początkach dynastii zdaje się na blogu wspominałem kiedyś). Syn Fryderyka I Barbarossy był – w przeciwieństwie do Ryszarda – świetnym politykiem. Wspaniale więc wykorzystał konflikt między dwoma krzyżowcami. Tym bardziej, że sam do Ryszarda też nie pałał miłością – nie dość, że Plantagenet wspierał konkurencyjną dynastię Welfów, to jeszcze, może pamięta W. Sz. Czytelnik, wspominałem, jadąc na krucjatę wmieszał się w sprawy sycylijskie. A Sycylię Henryk chciał zająć dla siebie. I dzięki pieniądzom z Anglii mógł to uczynić – a jego syn, Fryderyk II, w przeciwieństwie do Ryszarda, Jerozolimę odzyskał.
Zamek Fryderyka II w Syrakuzach
    Lwie Serce zaś zmuszono do hołdu lennego przed niemieckim władcą, co oczywiście nie miało żadnego znaczenia poza dalszym upokorzeniem awanturniczego władcy. Ironią losu jest fakt, że dziś w Anglii panuje potomek innej z niemieckich dynastii, Karol III Battenberg, dla niepoznaki zwany Windsorem. Ale to całkiem inna historia.
Siedziba obecnych władców Anglii

10 lipca 2026

Książę Złodziei: Robin z Locksley

    We wpisie o Wale Hadriana (nie w tym o wale na wale, tylko o podróży z Newcastle do Carlisle) wspominałem o słynnym rosnącym podle muru klonie jaworze – i czas przeszły jest tu jak najbardziej uzasadniony, drzewo bowiem już nie istnieje, W przeciwieństwie do naszego – dużo starszego – dębu Bartka. Ów nielegalnie wycięty Acer pseudoplatanus wziął udział – kiedy jeszcze go nielegalnie nie wycięto – w produkcji filmowej z 1991, mianowicie Robin Hoodzie – Księciu Złodziei. Ale to już wiecie – dopiero co było, przy okazji wizyty w Yorku, o bohaterach owego filmu, zwłaszcza o Saracenie Apsiku Azeezie i Bryanie Adamsie.
Wał Hadriana
    To teraz czas na drugiego z banitów z Sherwood (no, raczej pierwszego), czyli Robina z Locksley. Robina Hooda. Znaczy się, trzeba udać się do położonego nad rzeką Trent (tak, to ta rzeka od makrozoobentosu, w niej opracowano po raz pierwszy skalę oceny jakości wody na podstawie bezkręgowych bioindykatorów; organizmów wskaźnikowych, znaczy się) Nottingham. Z jakiegoś powodu miasto nie słynie z wodnych bezkręgowców, a z drużyny piłkarskiej Forrest, dwukrotnego zdobywcy Pucharu Europejskich Mistrzów Krajowych (informacja dla młodszych czytelników – to rozgrywki które popsuto tworząc Ligę Mistrzów) i jednokrotnego mistrza Anglii oraz fikcyjnego bohatera walczącego w imieniu Anglosasów z Normanami, którzy starą, wesołą Anglię opanowali po roku 1066. Robin Hood oczywiście to szlachetny rozbójnik, taki brytyjski Janosik, który zabiera bogatym oficjelom ciemiężącym lud, i temu ludowi dobra oddaje (moralne dylematy – i społeczne konsekwencje takich czynów – wspaniale ukazuje jedyna chyba polska produkcja filmowo-telewizyjna o rozbójniku z Sherwood, Robin Hood – Czwarta Strzała).
Zamek w Nottingham
    W każdym razie anglosascy władcy zostali pokonani przez Wilhelma Bękarta – ninie Zwycięzcę – i rozpierzchli się po Europie, przybywając także do Polski, a władzę przejęli potomkowie Wikingów prosto z Francji. Po nich, tworząc olbrzymie imperium obejmujące oprócz Anglii i Normandii i pół Francji weszli Plantageneci. Warto dodać, że początkowo nie mówili nawet po angielsku (technicznie nikt nie mówił, bo ów dopiero się ze staroangielskiego kształtował, między innymi pod wpływem normańskiej francuszczyzny, ale co tam), a środek ciężkości imperium znajdował się na kontynencie. Zabawne, że z najsłynniejszego z Plantagenetów, Ryszarda Lwie Serce, apologeci zrobili Anglika z krwi i kości, obrońcę wyspiarskiej wolności. Król żyłował swoje królestwo do granic wytrzymałości (a kwota, jaką poddani musieli zapłacić z okazji okupu za uwięzienie władcy powracającego z bliskowschodnich awantur była wręcz horrendalna), nic więc dziwnego, że jego młodszy brat, Jan Bez Ziemi, utracił większość kontynentalnych posiadłości, i robi za szwarccharakter w popkulturze. No ale Jana nie grali Patrick Stewart (u Mela Brooksa) czy Sean Connery (w Księciu Złodziei; jako ciekawostkę można dodać, że jednym z Robinów w kultowym serialu Robin z Sherwood był Connery junior). Od XIII wieku nie było też w angielskiej historii żadnego innego króla Jana – pewnie przez to, że nadał Magna Charta, dokument ograniczający królewskie prerogatywy. Niemniej historia Robina Hooda i Ryszarda Lwie Serce mocno się ze sobą splotły. I widać to właśnie w Nottingham, gdzie pod zamkiem, obok wykutych w skale średniowiecznych piwnic, stoi sobie pomnik zakapturzonego łucznika – czyli właśnie legendarny Robin Hood.
Robin Hood
    A co to ma wspólnego z rzeczywiście istniejącym królem Ryszardem? Cóż. Alkohol, no bo co innego. I krucjaty. Oto bowiem na wieść o wyprawie do Ziemi Świętej w XI wieku i wzmożonym ruchem po zdobyciu Jerozolimy w Nottingham powstaje – na szlaku pielgrzymkowym, krucjaty można myślę za rodzaj pielgrzymki wziąć na upartego; poza tym ludzie Średniowiecza byli niezwykle mobilni, i pit-stopy na trasie były bardzo potrzebne i dochodowe dla właściciela – lokal z wyszynkiem. Ye Old Trip to Yerusalem. Oberża ta istnieje do dziś, i robi za kolejną wielką atrakcję miasta, posiada nawet te wspomniane chwilę wcześniej wykute w skałach piwnice (niestety, ostatni raz byłem w Nottingham bladym świtem, i pub otwierał dopiero swoje podwoje; niemniej zdarzyło się w innych brytyjskich pubach bywać, i jest to instytucja ze wszech miar zasługująca – kiedyś – na osobny wpis). Piękna sprawa.
Ye Old Trip To Yerusalem - podobno najstarszy pub w Anglii
    Z Ryszardem Lwie Serce związanych jest jeszcze wielu bohaterów literackich – weźmy takiego Ivenhoe pomysłu sir Waltera Scotta – ale i gros prawdziwych. No, albo półlegendarnych. Taki Blondel, który odkrył miejsce pobytu władcy w austriackim więzieniu, choć personalnie nie był nadwornym śpiewakiem Plantageneta, to jednak był truwerem, czy tam trubadurem. Znaczy się – autorem ballad i pieśni. Ciekawe, czy w takim razie za truwera można by uznać naszego Anonima zwanego Gallem? W końcu on też kilka przyśpiewek w swej kronice był stworzył. Ale to rozważania na inny raz, teraz postanowiłem razem z królem Ryszardem Lwie Serce wrócić z Ziemi Świętej do Europy. Znaczy, do Francji, gdzie czekały na niego różne ważne sprawy – jak waśnie z wasalami i zdobywanie zamków (które to finalnie przyniosły mu śmierć, a księciu Janowi koronę).
Tower - siedziba Plantagenetów

19 czerwca 2026

Autostopem do Vindolandy

    Jest kilka zasad ułatwiających podróżowanie autostopem. Na przykład należy wyglądać przyjacielsko, schludnie, uśmiechnięto, jednym słowem – wzbudzać zaufanie. Z wielkim tobołem na plecach, sporą liczbą mil w nogach, typowym polskim uśmiechem na twarzy i oczami zdradzającymi brak snu od grubo ponad doby dreptając w stronę ruin rzymskiego miasta Vindolandy nie spełniałem żadnego z powyższych warunków. Niemniej starałem się tak czy siak – może bez wielkiej swady - okazję złapać.
Typowy pogodny autostopowicz
    Imperatyw narracyjny podpowiada, że mimo obiektywnych przeciwności losu udało się, i ktoś się w końcu zatrzymał. Była to stateczna Brytyjka w średnim wieku w czymś, co dziś nazwalibyśmy SUV-em.
    - Dokąd? - zapytała.
    - Do Vindolandy – odparłem.
    - Tam nie jadę, ale mogę podwieźć się kilka mil w tamtą stronę.
    - Super.
    Wsiadłem, rozpoczęliśmy konwersację, jak to się mówi, small-talk (po polsku chyba będzie to "pogaduszki"). Średni w tym jestem, ale kpem jest ten, któren się nie stara.
    - Jestem hydrobiologiem – odparłem zapytany o zawód wyuczony.
    - O, ja też – ucieszyła się niewiasta.
    - Od makrozoobentosu – dodałem.
    - Ja też! Kocham wodne owady! - różnych zboczeńców można spotkać podróżując okazjami, fascynacja bezkręgowcami z zamulonego bajora jest wśród nich naprawdę niegroźna.
    - Tak – odparłem, całkiem zaskoczony – Świetne są. Choćby takie – i tu przydała się wiedza nabyta na studiach – Plecoptera.
    - Plecoptera? Moje ulubione!
Trudno mówić o moich ulubionych owadach, ale termity mają całkiem ciekawy posmak
    Plecoptera to oczywiście widelnice – starożytna i dość prymitywna grupa owadów (rząd, konkretnie); jak zowią się one po angielsku nie miałem pojęcia, na szczęście łacina nadal jest choć w części międzynarodowym językiem nauki, Reformacja nie zepsuła tego do końca. Czemu akurat one przyszły mi na myśl nie wiem, dużo bardziej fascynują mnie Trichoptera, chruściki, których larwy pro maior pars budują domki niczym kraby-pustelniki (czasem domki budują też poczwarki, a czasem nie budują, tylko przędą podwodne sieci jakich nie powstydziłby się pająk topik; w sieci te łowią zdobycz) a imago wygląda jak nocny motyl z długimi czułkami. Albo ważki, Odonata. Albo te zajadłe meszki, Simuliidae, które jako dorosłe gryzą do krwi, a jako larwy są czymś na kształt filtratorów, bliskie krewne równie znienawidzonych Culicidae, komarów, i niegroźnych Chironomidae, ochotek (wszystko to Diptera, muchówki). A tu widelnice. Podobnie jak jętki, Ephemeroptera, mają przeobrażenie niezupełne i stadium nimfy. Może dlatego o nich wypaliłem, że to duże owady? I lubią czyste wody, a ja pracowałem nad rzeką Ner – przez kilkadziesiąt lat odbiornikiem ścieków z aglomeracji łódzkiej (jeszcze w latach osiemdziesiątych przekraczając most w Lutomiersku trzeba było zamykać okno w aucie żeby nie podusić się od smrodu rzeki; w maluchu, muszę stwierdzić, niewiele to dawało, tak był szczelny) i spotykałem głównie ochotki i skąposzczety (Chironomidae i Oligocheta). Jak się jakaś błotniarka (ślimak – Lymnaea sp.) albo ośliczka (skorupiak - Asellus sp.) trafiły byłem szczęśliwy jakby Boże Narodzenie przyszło wcześniej.
Tymczasem Boże Narodzenie wcześniej:
    Pogadaliśmy jeszcze chwilę – o owadach wodnych – i dotarliśmy do skrzyżowania, na którym miałem wysiąść.
    - Wiesz co? - stwierdziła moja dobrodziejka, pani hydrobiolog (nie jakaś hydrobiolożka, nie obdzierajmy zawodów z estymy; zresztą wtedy jeszcze nie było hydrobiolożek, to była końcówka czasów gdy mężczyźni byli męscy a kobiety kobiece, nie to co teraz) – Fajnie się gada, podrzucę się do Vindolandy. To tylko kilka mil.
Fragment klucza do oznaczania larw Plecoptera - czyli żyjących w wodzie dzieci widelnic
    I niech mi ktoś teraz powie, że nauka o makrozoobentosie nie przydaje się w podróży. Ha! Dobrze, malkontent powie, że dzięki kilku latom studiów zyskałem kilkanaście kilometrów, ale co tam. Tym bardziej, że po przybyciu na miejsce zostałem jeszcze poinformowany gdzie jest kasa biletowa, skąd odjeżdżają busy w stronę Carlisle i Newcastle, i tak dalej. Super sprawa, dziękuję wam, widelnice.
Vindolanda
    A sama Vindolanda? Wspaniała sprawa. Dobra, na pierwszy rzut oka wygląda jak typowe rzymskie pozostałości – a jako, że Rzymianie wszędzie budowali tak samo, to wszystkie są identyczne. Albo niezwykle podobne, i kto jedne zobaczył, widział wszystkie.
Łaźnie Vindolandy
Rzymskie forum na Cyprze
Późnoantyczny kościół nad Morzem Czerwonym w Jordanii
Rzymskie miasto w Konstancy
Rzymska willa w Katalonii
    Technicznie tacy psuje zabawy mają trochę racji. Ale z drugiej strony każde z takich miejsc ma swoją historię – tu w Vindolandzie trwała ona tylko jakieś 350-400 lat, i była tylko rzymska. No, może z jakimś ino niewielkim miejscowym sznytem. Ale taki Londyn powstał na wcześniejszych celtyckich oppidiach, York w Średniowieczu został wikińską twierdzą, a tu – tylko Imperium Romanum. A kiedy archeolodzy dorwali się do miejscowych latryn i wysypisk śmieci... Archeolog, trzeba bowiem to jasno powiedzieć, zajmuje się nie tylko rabunkiem grobowców (choć właśnie przez to każdy chciał zostać Indianą Jonesem). Dużo ciekawsze jest babranie się w antycznych śmieciach i odchodach. Poznajemy wtedy nie tylko dietę dawnych mieszkańców, ale i inne aspekty codziennego życia. W Vindolandzie wydarzyły się do tego dwa procesy – pierwszy to wspomniana pustać osadnicza. Druga to kwaśna, torfowa gleba (obie mogą być ze sobą powiązane). Dzięki temu zachowało się tu cała masa materiału organicznego. Jakieś buty z epoki, stroje, pierdoły – i korespondencja. To najzabawniejsza część. Oto bowiem zesłani na odległą imperialną placówkę żołnierze – i ich rodziny – może i mieszkają w rzymskim mieście (razem z Brytami), ale ewidentnie brakuje im śródziemnomorskiego słońca. Narzekają więc na typową brytyjską pogodę (a trzeba powiedzieć, że wtedy w Europie mamy tak zwane rzymskie optimum klimatyczne, niektórym nigdy się nie dogodzi), czy ohydne miejscowe wino (dziś chyba w Brytanii winorośl nie jest uprawiana, nie jestem pewien; rzeczywiście, lepiej tam smakuje cydr czy inne piwo albo ale).
    - Kochani rodzice, przyślijcie bukłaczka.
    Piękna sprawa.
Uroczy zakątek rekonstrukcyjny w Vindolandzie

12 czerwca 2026

Wał Hadriana

    Pomiędzy Newcastle a Carlisle (Njukastl i Ka'ajl – po co używać tylu liter, skoro ich się nie czyta? Takie rzeczy pozwalają tylko docenić geniusz świętego Cyryla, Konstantyna z chrztu, twórcy fonetycznej głagolicy) rozciągał się, co W. Sz. Czytelnik już wie, Wał Hadriana, czyli rzymskie limes w najdoskonalszej formie.
Panorama Wału Hadriana
    W. Sz. Czytelnik wie też, że od kilku wpisów podążam ku miejscu, w którym udowodnię, że studia dzięki którym mogłem zostać ekspertem od makrozoobentosu były niezwykle potrzebne. I miejscem tym są okolice właśnie Wału Hadriana, więc epopeja niedługo się skończy. Ale jeszcze chwilka. Bo Wał Hadriana warty jest szerszej o nim opowieści. Albo – co bardzo polecam – odwiedzenia. I spaceru przez kilkadziesiąt kilometrów od Morza Północnego po Irlandzkie. Albo w drugą stronę. Szlak, jak to na Wyspach Brytyjskich, oznaczony jest nieźle, choć czasem trzeba pokonywać płotki i murki oddzielające poszczególne pastwiska.
Szlak turystyczny
    Same umocnienia powstały na rozkaz Hadriana, jednego z Pięciu Dobrych Cesarzy (w rzeczywistości było ich trochę więcej, nie wszyscy się też jakoś dobrze zasłużyli), jednego z najwybitniejszych władców w historii całego Imperium Romanum – w piku owego świetności. Chodziło tu nie tyle o odgrodzenie ziem opanowanych przez Rzym od dzikiej Kaledonii (którą Rzymianie pod dowództwem Agricoli podbili, popatrzyli, i z braku perspektyw bogactw zostawili) zamieszkałej przez Brytów i Piktów co o unormowanie stosunków międzynarodowych. Stąd oprócz milecastle (czyli wież milowych) czy fortów w których stacjonowali legioniści w fortyfikacjach były też bramy (o jednej z najdziwniejszych już kiedyś na blogu wspominałem). Wzdłuż muru powstało też prawdziwe rzymskie miasto – ośrodek handlowy dla barbarzyńców zza Muru.
Jedna z bram Wału Hadriana
    Napisałem Mur z wielkiej litery, i od razu przypominała mi się powieść fantasy Niela Gaimana Gwiezdny Pył, gdzie Mur jest jedną z osi fabularnych (w ekranizacji – sympatycznej, acz od książki słabszej – De Niro biega w kiecce, ale wbrew pozorom to jedna z lepszych jego późnych ról) – tak, Wał Hadriana trafił do popkultury. I do Hollywood – o jednej z ekranizacji legendy Króla Artura pisałem przy okazji odkryć archeologicznych w okolicach Bydgoszczy.
Typowy rzymski wisior
    Wkrótce Rzymianie przesunęli swoje władztwo trochę na północ, gdzie między Edynburgiem a Glasgow Antoninus Pius (inny z Dobrych Cesarzy – jego panowanie było tak spokojne, że właściwie niewiele o nim wiadomo) wybudował kolejną linię limes. Mniej imponująca nie zachowała się w całości, ale jej resztki też wpisano na Listę Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Wkrótce jednak wrócono na silne fortyfikacje pierwotnego Wału, i aż do połowy V wieku po Chrystusie, gdy legiony na dobre opuściły Brytanię, mur spełniał swoją rolę. A potem, mówiąc kolokwialnie, zarósł. Trochę go rozebrano, trochę zburzono, ale w dużej mierze okolice pozostały bezludne – co niezwykle cieszy archeologów: mogą sobie kopać i nie muszą niczego przy okazji wyburzać.
Efekty prac archeologicznych w Vindolandzie
    Swoją przygodę z Wałem Hadriana zacząłem właśnie od stanowiska archeologicznego – dawnego rzymskiego fortu Vercovicum, dziś zwanego Housesteads. Takich ufortyfikowanych obozów było wzdłuż muru kilka, i kiedy jacyś nielegalni emigranci Piktowie za bardzo zaczynali hałłakować podle którejś z bram czy wież warownych z fortu dosyłano posiłki by nauczyć barbarzyńców moresu. Głównie za pomocą pilum i gladiusa, acz rzymscy inżynierowie stosowali całe masy maszyn balistycznych, wobec których mieszkańcy Kaledonii byli mniej więcej – raczej więcej – bezradni. Trzeba przyznać, że taki system ochrony granic do dziś się sprawdza – pytaniem otwartym pozostaje dlaczego Unia E***pejska zakazuje stosowania tegoż.
Pozostałości fortu Housesteads
    Po obejrzeniu fortu poprawiłem ciężki plecak i radośnie ruszyłem wzdłuż Wału. Okazało się, że ta część Brytanii jest nieźle pofałdowana (miejscowi twierdzą, że są to Góry Pennińskie; góry! - zakrzyknę niczym Gimili opowiadający o Morii) – choć i tak najtrudniejsze z wielkim plecakiem były ustawiane gdzieniegdzie drabinki do pokonywania wspominanych już płotów i murków.
Mury, murki, góry, lasy
    Owce nie były takie groźne, acz dużo bardziej liczne niż ludzie. Pastwiska pojawiły się tu później niż rzymskie limes, w I i II wieku po Chrystusie w okolicy dominowały lasy, finalnie wytrzebione w czasie rewolucji przemysłowej. Drzew pozostało niewiele – a najsłynniejszym bez wątpienia jest ów klon jawor – sykamora, jak chcą Brytole – nasadzona podle muru gdzieś z końcem XIX wieku, na której gałęziach chronił się syn Małego Johna, a gdzie Robin z Locksley w hollywoodzkim Księciu Złodziei pierwszy raz złoił skórę ludziom szeryfa. To znaczy: był. Kilka lat temu (zdaje się AD 2023) dwójka ziomeczków, Kumbryjczyków (to ci z okolic Carlisle), bezprawnie drzewo ścięła, wywołując przy tym niemały – choć raczej lokalny – skandal. Tak, że już nie zobaczycie.
Chlip!
    Spotkać można za to kilka zamków czy wiosek – owszem, teren przez kilkaset lat był pusty, ale nie bezludny.
Ruiny zamku Thirlwall i owce
    Jadąc do Carlisle – bo nie całą drogę pokonałem na własnych stopach – minąłem nawet jakieś opactwo. Jako, że byłem mocno zmęczony po nieprzespanej w Newcastle nocy to nie pamiętam, czy było całe, czy tradycyjnie, jak to na w Anglii, zniszczone przez Henryka VIII (przechodząc na protestantyzm Tudorowi chodziło nie tylko o możliwość ciurlania się, ale i przejęcie kościelnych majątków; w Szkocji opactwa burzyli kalwiniści Johna Knoxa). Mógłbym sprawdzić na mapie, ale byłoby to niesportowe – skoro zapomniałem, trudno.
Dom Johna Knoxa w Edynburgu
    Nie będę też ukrywał, że przemieszczając się wzdłuż Wału Hadriana koniecznie chciałem odwiedzić najbardziej na północ położone rzymskie miasto. No, ruiny tegoż, czyli Vindolandę. Kursująca wzdłuż fortyfikacji komunikacja publiczna – z której dwukrotnie skorzystałem i tak – jakoś czasowo mi nie podpasowywała, więc ruszyłem, coraz bardziej zmęczony, metodą palce-pięta. Po drodze starając się złapać autostop.

29 maja 2026

Edinbra is a krejt taun

    Następnym przystankiem po wyruszeniu z Dundee miał być Edynburg, ninie stolica Szkocji. Przyznam się szczerze, że to akurat takie miasto w Wielkiej Brytanii, które lubię odwiedzać. Przede wszystkim dla tego, że ma starówkę. Stare i Nowe Miasto wpisane zostały na Listę Dziedzictwa Ludzkości UNESCO, choć są zupełnie inne. Najlepiej Edynburg odwiedzać w sierpniu – wtedy w centrum tętni tam życie (a poza centrum... a poza centrum to obejrzyjcie sobie Trainspotting, albo przeczytajcie; swoją drogą oryginalna książka została napisana po szkocku), odbywa się multum różnych festiwali.
Royal Mile w czasie sierpniowych festiwali
Royal Mile gdy festiwali brak
    Akurat gdy wracałem nie było sierpnia. Co oznaczało, że Edynburg stawał się nieco sennym, acz nadal całkiem ładnym miasteczkiem. Usiadłem więc sobie na ławeczce, zdaje się, że niedaleko pomnika sir Waltera Scotta (to inny Scott niż ten odkrywca z Dundee; ten był pisarzem, twórcą Ivenhoe'a) – w przyszłości miała niedaleko powstać statua upamiętniająca Niedźwiedzia Wojtka – i tak se siedziałem. Gdy wtem! W pole widzenia weszły dwie – bo ja wiem – jedenastolatki. Był biały dzień, nieco słoneczne popołudnie, a dziewczynki były kompletnie pijane. Może wśród zachodnich społeczeństw i celebrytów jest to coś normalnego, ale mnie napełniło szokiem, zażenowaniem i odrazą (a było to jakieś naście, raczej nie dziesiąt, lat temu; nadal mnie to zresztą owymi uczuciami napełnia). Jedno z dzieci podeszło do mnie i coś zabełkotało – wypity alkohol nie pomagał, ale mówiła ze szkockim akcentem (na przykład Edinbra is a krejt tałn miast Edynboł is a głej tałEdinburgh is a great town). Przyznam się szczerze, że nie wiedziałem jak zareagować. Całe szczęście na horyzoncie pojawił się radiowóz. Na widok policjantów dziewczynki jęły uciekać. Jedna wybrała losowy kierunek i przydzowniła w pobliski słup, druga, ta gadająca, z wielką butlą coli w ręce zrobiła dwa kroki, nogi jej się rozjechały i upadła.
    - Znasz je? - zapytał policjant zbierając nieco wyrywające się dzieci.
    - Nie – odparłem zgodnie z prawdą, acz z pewną nutką niepokoju; wiadomo co to sobie wymyślą tacy szkoccy stróże prawa?
    W tym czasie drugi policjant podniósł butelkę z colą, otworzył, powąchał, i wylał zapewne oktanową substancję za pobliskie ogrodzenie. Po chwili dziewczynki siedziały w samochodzie, a ja zostałem na ławeczce sam z myślami o upadku zachodniej cywilizacji. Przechodzące obok hinduskie dzieci były trzeźwe.
Monument Sir Waltera Scotta i edynburskie planty
    Może zresztą przemawia przeze mnie zaścianek, może po prostu nie nadążam za trendami? Dawno nie byłem u nas w stolicy, może pod Prąciem Stalina dziś też takie rzeczy się dzieją, i dogoniliśmy Zachód? Ale chyba nie, na Sylwestra u nas ciągle płoną fajerwerki a nie samochody. Nie ważne zresztą, wróćmy do tego Edynburga. W języku gaelickim – szkockim celtyckim – to Dun Edin, Gród Edwina (książka Trainspotting napisana została po szkocku germańsku; ów dialekt różni się od angielskiego bardziej niż serbski od chorwackiego, ot, polityka językowa). Miasto leży na terenie Lothian, kolejnego z piktyjsko-celtyckich królestw z wczesnego średniowiecza – to wyjaśnia czemu jeden z czołowych klubów piłkarskich nazywa się Hearts of Midlothian (druga edynburska drużyna to Hibernians – na cześć przybyszów z katolickiej Irlandii; protestancko-katolickie walki między kibicami w Edynburgu nie są tak znane jak między Rangers i Celtic w Glasgow, acz uznawane za bardziej krwawe). Związki z Celtami – głównie historyczne – pozostają jednak dość silne. Charakterystyczne pochyłe wzgórze górujące nad miastem zwie się Arthur's Seat, Krzesło Artura. Tak, chodzi o tego legendarnego króla, który miał stąd spoglądać na jakąś batalię czy na to, na co legendarni władcy spoglądają. Postać ta wiązana jest najczęściej z południem Brytanii, ale jest też koncepcja, że cała arturiańska epopeja dzieje się na północy, w Szkocji, gdzie Brytowie z Ait Clud (Strathclyde, kolejne z przedszkockich królestw, ze stolicą w Dunbarton koło Glasgow) również walczyli z anglosaskimi najeźdźcami (w tej teorii Artur jest jednym z celtyckich królów). Generalnie wczesne Średniowiecze w Szkocji to cała karuzela wojen, najazdów i interesujących postaci, wielka szkoda, że wżeniony w wschodnich Piktów Kenneth MacAlpin z Dalriady (zachodnie królestwo założone przez pochodzących z Irlandii Szkotów) zjednoczył całe to towarzystwo. A. Właśnie. W jednej z jaskiń w wulkanicznym masywie Arthur's Seat znaleziono w XIX wieku tajemniczy cmentarz karłów (znaczy, 17 niewielkich trumienek z drewnianymi figurkami). Hobbici, Krasnoludowie i Teoretycy Starożytnej Astronautyki nie wzięli się znikąd.
Arthur's Seat i szkocka pogoda
    Arthur's Seat i leżące obok Sailsbury Crags to nie jedyne pozostałości po prehistorycznych wulkanach w Edynburgu. Calton Hill z kopią ateńskiego Partenonu (oryginalne fragmenty znajdują się w Londynie) to dawna wulkaniczna wychodnia, a samo Stare Miasto z ową Royal Mile leży na pochylonym przez lądolód wulkanicznym kominie.
Calton Hill i replika Partenonu
    Royal Mile – główna ulica miasta, coś jak Piotrkowska w Łodzi – ma, nomen omen, długość mili. Ciągnie się od edynburskiego zamku (dziś przechowywane są tam zwrócone przez Anglików szkockie insygnia królewskie) po ruiny opactwa Holyrood, do którego przylega tak samo zwący się pałac, rezydencja władców Szkocji (dziś jest nim Niemiec o imieniu Karol). Całkiem niedawno vis-a-vis pałacu, na fali szkockiego independyzmu wybudowano ohydnej urody modernistyczny gmach szkockiego parlamentu. Przeprowadzono nawet referendum niepodległościowe, ale minimalną większością Szkoci opowiedzieli się za pozostaniem w Zjednoczonym Królestwie. Było to jednak przed tak zwanym Brexitem, a dziś rząd centralny jakoś nie kwapi się przeprowadzać następnego plebiscytu. Co ciekawe, w przeciwieństwie do Katalonii, za referendum niepodległościowe nikt nie poszedł siedzieć.
Zamek w Edynburgu - jeden koniec Royal Mile
Katedra św Idziego przy Royal Mile
Dom Johna Knoxa, szkockiego Kalwina
Parlament podle Pałacu Holyrood - drugi koniec Royal Mile
    Swoją drogą szkoccy lojaliści jakoś swojej szkockości się nie wstydzą, i z zapałem pałaszują haggisa przepijając go whisky. Ten nadziewany kaszą i podrobami barani żołądek – uboższy krewny naszej bezkrwistej kaszanki (z krwią mają tu black pudding, ale szału nie ma) – to niewielki jaśniejszy punkt w gwiazdozbiorze smutnej brytyjskiej kuchni – brytyjskiej, bo Anglicy twierdzą, że haggis to ich wynalazek; whisky pochodzi z Irlandii, gdzie jest nieco smaczniejsza. Nie wali tak torfem i trociną; w Szkocji są trzy destylarnie robiące lowlands whisky – zamiast torfu używa się tam węgla kamiennego – i to chociaż trochę nadaje się do picia.
Destylarnia Glenkinchie - produkująca lowlandy
    Kiedyś w Edynburgu był lokal serwujący haggisa jako fast-food i nie ukrywam, że pomysł ten wspaniale przypadł mi do gustu. Kilka lat później usiłowałem go odnaleźć, ale okazało się, że upadł. Przegrał z jakimiś tandoori czy innymi masalami (swoją drogą kurczak tikka masala powstał w... Glasgow). Koniec świata.
Koniec Świata i Autor, mniej więcej w połowie Royal Mile (foto: P. Strzelczyk)
    Tak zwie się pub na Royal Mile, w miejscu gdzie kończyły się mury miejskie, mniej więcej w połowie traktu. W szczęśliwych czasach przed bramą miejską odbywały się publiczne egzekucje, więc dla wychodzącego skazańca rzeczywiście kończył się świat. Choć to oczywiście przenośnia, prawdziwy Koniec Świata znajduje się nieopodal Kalisza. Więc i ja ruszam w dalszą drogę do Polski, wszak muszę udowodnić W. Sz. Czytelnikowi, że w podróży przydał mi się makrozoobentos.
Prawdziwy Koniec Świata

Najchętniej czytane

Bunkry

     Skoro poprzedni wpis zakończyłem opowiastką o pubie i historii , a tych pierwszych, jak wcześniej wspomniałem w okolicy nie ma za wiel...