Tłumacz

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą palestyna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą palestyna. Pokaż wszystkie posty

31 lipca 2026

Długa droga do domu cz. 2

    Ach. Zatrzymaliśmy się pod katedrą w Dubrowniku, której początki sięgają nieoczekiwanej wizyty Gandalfa w Bag End króla Ryszarda I Lwie Serce w czasie powrotu z Ziemi Świętej do swoich włości (w których coraz większe poparcie zyskiwali król Francji Filip II August i ryszardowy brat Jan).
Dubrownik
    Plantagenet (chciałem napisać: angielski władca, ale W. Sz. Czytelnik już wie, że Ryszard z Anglią – poza traktowaniem jej jak skarbonki – niewiele miał wspólnego) nie zabawił jednak w Dalmacji długo, ruszył dalej na północ, można by rzec, że niczym generał Douglas MacArthur metodą żabich skoków: następnym razem rozbił się gdzieś pod Akwileją. Stamtąd, wraz z niewielką świtą (jakże romantyczne podejście – obstawiam, że Ryszard był przekonany, że jego życie jest prawdziwym romansem rycerskim) postanowił dalej podróżować lądem. Po drodze miał co prawda niebotyczne Alpy, ale przecież istniały przez nie przeprawy pamiętające jeszcze czasy Imperium Romanum i (tu Autor nieco nagina fakty, ale taka jest konwencja dobrej opowieści) Szlaku Bursztynowego.
Współczesna droga przez Alpy
    Patrząc na góry przemyślałem sprawę: może niewielka królewska świta nie była li tylko efektem zamiłowania Ryszarda do brawury? Miał wszak do przebycia tereny należące do swojego znajomego z III krucjaty, jednego z jej wodzów – Leopolda V Cnótpełnego. Babenberg, książę, został wyznaczony przez cesarza na dowódcę niemieckiego kontyngentu, i razem z Ryszardem i Filipem Augustem zdobywał Akkę. Po zwycięstwie austriacka flaga zawisła na miejskich murach obok angielskich lwów i francuskich lilii. I wtedy zainterweniował Ryszard. Pewnie odezwały się kompleksy i przerośnięte ego władcy – wszak gdyby nie tron w niewielkim wyspiarskim królestwie byłby tylko lennikiem króla Francji. Ale przecież i on, i Filip (udający ryszardowego przyjaciela, ale przecież w skrytości ducha dążący do zajęcia Andegawenii i innych kontynentalnych posiadłości Plantagenetów, będących jak cierń w rzyci królestwu Francji) byli królami. A tu jakieś książątko Rzeszy, którego dziedziny leżą nie wiadomo gdzie, ośmiela się własny sztandar zatykać obok prawdziwych władców. Bulwers! Nakazuje Ryszard ściągnąć austriacką chorągiew (przedstawia ona pięć złotych orłów na błękitnym tle, ta dziś używana, czerwona ze srebrnym pasem, według legendy herbowej pochodzi właśnie z czasu bitwy pod Akką, w użycie wejdzie za panowania wnuka Leopolda V) i cisnąć ją na ziemię. Chwilę po tym tratują ją rycerskie konie. Leopold V na taką zniewagę nie ma słów. Blednie, chowa się w namiocie, mocno sprawę odchorowuje i przepełniony nienawiścią za ten wstyd i hańbę staje się dozgonnym wrogiem Ryszarda. Chwilę później obrażony wraca do Europy.
Wspomnienie rycerskich czasów
    Swoją drogą i tak nie zniósł tego tak źle. Bułgarski car Symeon po tym jak cesarz bizantyjski Bazyli II – nomen omen – Bułgarobójca rozbił jego armię a jeńców kazał oślepić (zostawił jedno oko na dziesięciu ludzi) i odesłać do Ochrydy, stolicy Symeona, zmarł ze wstydu. Znaczy, pewnie dostał wylewu, czy innej apopleksji, ale powodem był olbrzymi wstyd i hańba. Kiedyś ludzie umierali naprawdę ze wznioślejszych powodów.
Twierdza Samuela w Ochrydzie
    Lwie Serce wraz z grupką jeźdźców pokonuje Karyntię i wkracza do Austrii, domeny Babenbergów. Na razie wszystko idzie zgodnie z planem, choć Leopold już wie, że jego śmiertelny wróg będzie przez okolicę przejeżdżał. Stawia na baczność wszystkie swoje średniowieczne służby. Tymczasem Ryszard musi przecież coś jeść. Jest już w okolicy Wiednia, wysyła jednego ze swoich giermków po zaopatrzenie. Giermek za nic ma zasady konspiracji, za pas zatknięte ma bogato zdobione rękawiczki z herbem Ryszarda. Co nie uchodzi uwadze miejscowych. Lwie Serce zostaje wkrótce otoczony, ale odmawia złożenia broni, twierdząc, że podda się tylko przed Leopoldem. Władca Austrii wkrótce przybywa, król oddaje mu swój miecz i trafia na zamek w Dürnstein. Anglia zostaje bez władcy.
Ruiny zamku Dürstein
    Ryszard zostaje upokorzony, co bardzo cieszy Leopolda – choć zapewne bardziej raduje go myśl wysokiego okupu i poprawienie swojej pozycji w Rzeszy. Okup austriacki książę dostanie, postawi za niego miasto Wiener Neustadt (rzadko odwiedzane przez turystów, ale jakby W. Sz. Czytelnik tam zajrzał, niech pamięta, że jego powstanie to po części dziedzictwo Ryszarda Lwie Serce), ale mniejszy niż by przypuszczał. Łapę na dostojnym więźniu kładzie bowiem cesarz Henryk VI Hohenstauf (o początkach dynastii zdaje się na blogu wspominałem kiedyś). Syn Fryderyka I Barbarossy był – w przeciwieństwie do Ryszarda – świetnym politykiem. Wspaniale więc wykorzystał konflikt między dwoma krzyżowcami. Tym bardziej, że sam do Ryszarda też nie pałał miłością – nie dość, że Plantagenet wspierał konkurencyjną dynastię Welfów, to jeszcze, może pamięta W. Sz. Czytelnik, wspominałem, jadąc na krucjatę wmieszał się w sprawy sycylijskie. A Sycylię Henryk chciał zająć dla siebie. I dzięki pieniądzom z Anglii mógł to uczynić – a jego syn, Fryderyk II, w przeciwieństwie do Ryszarda, Jerozolimę odzyskał.
Zamek Fryderyka II w Syrakuzach
    Lwie Serce zaś zmuszono do hołdu lennego przed niemieckim władcą, co oczywiście nie miało żadnego znaczenia poza dalszym upokorzeniem awanturniczego władcy. Ironią losu jest fakt, że dziś w Anglii panuje potomek innej z niemieckich dynastii, Karol III Battenberg, dla niepoznaki zwany Windsorem. Ale to całkiem inna historia.
Siedziba obecnych władców Anglii

24 lipca 2026

Długa droga do domu cz. 1

    Kiedy tylko drugi syn Henryka II Ryszard (bo najstarszy, też Henryk, wziął był sczezł) objął angielski tron niemal od razu wyruszył na – trzecią już – krucjatę. Wspominałem na blogu zdaje się o tym, że Lwie Serce – bo o nim mowa – Anglię traktował tylko li jako donatora pieniędzy i korony królewskiej, dzięki której mógł stawać na równi z innymi koronowanymi władcami, pozostałymi zaś zwyczajnie gardzić. Bez Albionu ten najsłynniejszy z Plantagenetów byłby li tylko wasalem królów Francji.
Siedziba Plantagenetów w Londynie
    W każdym razie: Ryszard I ruszył do Ziemi Świętej. Po drodze kłóci się z sycylijskimi Normanami, w efekcie czego szturmuje i zdobywa Mesynę. Następnie król – nieco przypadkiem, bo to efekt złej pogody - zajął Cypr (pokonanemu władcy, Izaakowi Komnenowi dał rycerskie słowo, że nie zakuje go w żelazo – faktycznie, kajdany nakazał zrobić ze srebra, ludzki pan) na którym wziął ślub (z racji upicia się małżeństwo pozostało nieskonsumowane, swojej nie do końca w związku z tym ważnej żony Berengarii z Nawarry nie zobaczył już nigdy więcej; powodem królewskiej niemocy była prawdopodobnie zbyt duża ilość lokalnego wina, choć Ludzie Alfabetu chcą widzieć w tym dowód na homoseksualizm władcy – zresztą ich najzagorzalsi ideolodzy chcą takie nienormatywne zachowanie przypisać każdemu – który, jak wszyscy wiedzą, zdążył już dorobić się nieślubnego syna Filipa, zamordowanego potem w niejasnych okolicznościach podobno bez wiedzy ryszardowego brata i następcy Jana). Potem sprzedał wyspę templariuszom – ale to już wiecie.
Ślady krzyżowców na Cyprze
    Po przypłynięciu do Palestyny Ryszard od razu rzucił się w wir walki, dowodząc sporych w tym zakresie umiejętności. Na początek zajmuje Akkę (to kluczowe wydarzenie dla sytuacji opisanej przeze mnie w poprzednim wpisie, tym o musztardzie i brzoskwiniach Blondelu i zamku Dürnstein). Po tym zdarzeniu do Europy wracają pozostali przywódcy (i w sumie wrogowie Ryszarda): król Francji Filip II August (może teraz spokojnie knuć w kraju jak przejąć kontynentalne dziedzictwo Plantagenetów) oraz wódz kontyngentu cesarskiego Leopold V Cnótpełen z Austrii (śmiertelnie na Lwie Serce pogniewany). W końcu cel osiągnięty, ważny port zdobyty i myk pora na CS-a. Ryszard – przecież awanturnik – na tym poprzestać nie chce. Po Ziemi Świętej rozbija się jeszcze przez rok, a to mordując muzułmańskich jeńców z Akki, a to wygrywając z Saladynem Arsuf czy Jaffą, a to chorując.
Kościół św. Piotra w Jafie vel Jaffie
    Dwukrotnie próbuje też zająć Jerozolimę – finalnie, w przeciwieństwie do Autora bloga, nigdy do tego miasta nie wejdzie, obejrzy je tylko z daleka, według legendy z żalu roniąc łzę. W końcu w świeżo zdobytej i obronionej Jaffie podpisuje pokój z sułtanem Egiptu al-Malikiem an-Nasir Salahem ad-Dunja wa-ad-Din Abu al-Muzaffarem Jusufem ibn Ajjub ibn Szazi al-Kurdi (Saladynem, znaczy się; Józefem z chrztu) i kończy III krucjatę, która, jak to się mówi, odniosła sukces połowiczny.
Jerozolima
    Powrót do własnych dziedzin zajmie królowi dwa długie lata (w tym czasie Filip II August będzie knuł we Francji, a Jan Bez Ziemi w Anglii), też przez pogodę. Płynąc do Palestyny burze zagnały okręty Ryszarda na Cypr, tym razem flota rozbiła się na Adriatyku – przez Sycylię, z racji pozostawionego po sobie złego wrażenia, wracać nie mógł. Efektem pobytu angielskiego króla w Dubrowniku miała być lokalna katedra, ufundowana w podzięce za ocalenie życia. Choć dziś, po wielu pożarach i trzęsieniach ziemi po tamtym założeniu nie pozostał już niemal żaden ślad mieszkańcy dalej z dumą wspominają o sponsorze najważniejszego dubrownickiego kościoła. Tak się buduje własną legendę – hojnością i brawurowymi czynami.
Uważne oko dostrzeże kopułę barokowej katedry w Dubrowniku
    Oraz, oczywiście, szczęściem do kronikarzy i apologetów. Po kilkuset latach nikt nie pamięta o krwawej masakrze w Akce, wszyscy o łzie na widok Jerozolimy. Albo o podstępie Blondela szukającego króla po niemieckich zamkach, nie o tragicznej polityce fiskalnej i zagranicznej, która doprowadziła do upadku imperium Plantagenetów, utraty (poza Calais) posiadłości na kontynencie i podpisaniu przez Jana Bez Ziemi Magna Charta. Podatki, przeciwko którym buntowali się banici z Sherwood z Robinem Hoodem na czele szły w dużej mierze na utrzymanie płynności finansowej państwa, nadwątlonej olbrzymimi wydatkami Ryszarda na krucjatę. Oraz na okup za króla – bo gdy bowiem władca spokojnie siedział sobie w cesarskiej gościnie w Dürnstein, Ochsenfurt i finalnie w Trifels jego poddani wypruwali sobie żyły by zebrać złoto na uwolnienie władcy. Volens nolens trochę wstyd było mieć króla w ciupie, a w tamtych czasach owo uczucie – wstyd – było bardziej haniebne niż dziś. Ba, obecnie to już chyba nikt wstydu nie ma, jak to się mówi.
Miejsce wczasów Ryszarda Lwie Serce w Austrii
    Generalnie, jak W. Sz. Czytelnik pamięta, miałem w tym wpisie wyjaśnić czemu Ryszard I Lwie Serce znalazł się w niewoli u Leopolda V Babenberga – i jak W. Sz. Czytelnik widzi: idzie mi niesporo, bo się dygresjami zająłem. Oraz trasą powrotu władcy z krucjaty, którą fragmentami też przebywałem. W związku z tym zwieram szyki, i zapraszam za tydzień, na drugą część, gdzie dokończę historię.
Pamiątka po średniowiecznych podróżach do Jerozolimy

10 listopada 2025

Złe słowa

    Tytuł tego robionego w sumie na szybko wpisu nijak się ma do piosenki nieżyjącego już Jacka Skubikowskiego pod tym samym tytułem. Odnosi się raczej do szeroko pojętej wolności słowa, czy też może cenzury jaką w tej koncepcji czyni idea poprawności – ha tfu – politycznej. U nas – w porównaniu z Zachodem, bo w porównaniu z, powiedzmy, zeszłą dekadą to nie – ta koncepcja jeszcze mocno kuleje, ale w takiej Wielkiej Brytanii za nie takie słowo trafić można do ancla (i spokojnie robić sobie tatuaże; w innych wypadkach – chyba żeś marynarz albo Maorys – to bardzo wątpliwa ozdoba). Tak zwane społeczeństwa obywatelskie dążą nawet do tego, żeby nieprawomyślne słowa dławione były nie przez sądy, a już w głowie (autocenzura – cytując klasyka – bezboleśnie kastruje). Po co mają hulać po ulicach Berlina czy Brukseli.
Symbol końca Cywilizacji Europejskiej
    I tak razu pewnego pomyślałem sobie w głowie o polskich słowach, które niedługo pewnie trafią na indeks. Odnoszących się mianowicie do przywar innych nacji. Od razu zaznaczam: nie mam nic przeciw polish jokes – pracując za granicą zauważyłem, że poniekąd sami sobie zapracowaliśmy na takie postrzeganie (poniekąd – gdyż czasem wraże nam kraje specjalnie zohydzają wizerunek Polski, vide niemiecka – bo czyja – akcja pod hasłem pojedź do Polski, twój samochód już tam jest). Niejaki Wolter, persona oślizgła i pióro do wynajęcia, twierdził w tej swojej Francji, iż jeden Polak to istny czar, dwóch Polaków – to awantura, trzech Polaków – to już polski problem. Cóż.

Polski landszaft - na uspokojenie
    Wracając jednak do meritum: zadałem sobie pytanie czym się różnią czasowniki oszwabić i ocyganić. Miałem swoją koncepcję, ale popytałem kilka osób, ba, nawet zadałem je w mediach społecznościowych (większość odpowiedzi – bez zaskoczenia – była pomocna niczym szklanka wody podana tonącemu). Jedno i drugie słowo znaczy mniej więcej oszukać kogoś, ale to pierwsze ma zdecydowanie większą wagę. Opisuje działanie z premedytacją, zaplanowane (wiadomo: Ordnung must sein, a Szwabia to przecież kraina w Niemczech). Drugie to takie bardziej okłamywanie (cyganić można w trzy karty – stwierdził kolega), w tym słowie jest brzęk wytwarzanych kotłów, rżenie konia napojonego przez sprzedawcę alkoholem by miał większy wigor (i z pomalowanymi zębami, by nie było widać wieku). Ocyganiony możesz zostać też na własne życzenie, przez głupotę czy nadmierną pazerność. Przy oszwabieniu nie ma o tym mowy.

Kawałki Akropolu w Londynie - wyjudzone czy wycyganione?
    Z Cyganami miałem do czynienia – już tymi osiadłymi, zajmującymi się poza uczciwymi działalnościami także okradaniem domów starych ludzi na wsi – więc dla mnie słowo ocyganić też w sumie nie jest pozytywne. Nie wzięło się znikąd. Niedaleko mojej wioski – póki jeszcze Cyganie byli w Polsce wolni – na zimę na polanie rozbijał się tabor. Któregoś razu zaproszono wszystkich okolicznych gospodarzy na cygańskie wesele. Zabawa podobno była przednia, były tańce, wódka, a po powrocie okradzione gospodarstwa. Kto poszedł, sam się dał ocyganić. Swoją drogą wędrownych Cyganów można spotkać jeszcze na Bałkanach. Któregoś razu – byłem z wycieczką w Bułgarii – zatrzymaliśmy się autokarem na przerwę fizjologiczną, podle Nesebyru. Jeden z podopiecznych stwierdził, że szybciej będzie iść w krzaki. Wrócił pogryziony – na szczęście lekko – przez psy, pilnujące nieodległego obozowiska owych współczesnych koczowników.

Cygańskie koczowisko
    Ale jak to – zapyta ktoś – na grupy Sinti czy Roma mówić Cyganie? A tak, Nie dajmy się ogłupić – i wykastrować przez autocenzurę. Nie wolno mówić Eskimos czy Murzyn (a to wspaniałe polskie słowa zawierające w sobie tajemniczą egzotykę), nie wolno używać słowa Żyd w jednym zdaniu z takimi wyrazami jak Gaza i ludobójstwo. No proszę ja Was. Co innego jest tradycyjne w tamtych rejonach Świata wzajemne się mordowanie, a co innego zaplanowana akcja eksterminacji ludności.

Typowy obrazek z Zachodniego Brzegu
    Ale wróćmy do tych słów. Oprócz oszwabienia czy ocyganienia jeszcze jedna grupa dała nam słowo oznaczające przywłaszczanie cudzego mienia. W tym wypadku to akurat kradzież bezczelna i hurtowa, bo słowo to to zaiwanić (nie mylić z zaiwaniać, co oznacza po prostu bardzo szybko się przemieszczać). Zapewne ma to związek z bratnią wizytą Armii Radzieckiej, w której co drugi był Iwan, a która wchodząc do Polski kradła wszystko jak leci (a może sięga to czasów carskich – w Kongresówce przecież Moskale też brali wszystko co im wpadło w łapy). O dziwo nie powstał taki czasownik dotyczący haniebnej wizyty Szwedów w XVII wieku.

Armia Czerwona i ślady jej przemarszu - Kostrzyn nad Odrą
    Jak chodzi o Wschód znam jeszcze dwa czasowniki dotyczące ludzkich zachowań. Są one chyba dużo mniej znane od wyżej wymienionych. Mianowicie bojarzyć i bisurmanić. Bojar, bojarzyn, to na Wschodzie odpowiednik szlachty. W Moskwie tworzyli dumę bojarską, coś na kształt sejmiku, byli zapewne dość swarliwym towarzystwem, bo co i rusz któryś car – zgodnie z odziedziczonymi po Mongołach tradycjami – robił im czystkę. W Wielkim Księstwie Litewskim był to później szlachcic-posensjonat, panosza taki. Stąd i słowo bojarzyć znaczy tyle co panoszyć się, także w tym nie najlepszym wydaniu. Bisurman z kolei to określenie mahometanina. Z wyznawcami Islamu mieliśmy do czynienia głównie poprzez sponsorowanych przez Turcję Tatarów. A jako, że nacja ta nieźle nam w Rzeczypospolitej łobuzowała, to i w końcu bisurmanić zamiast, jak turczyć, oznaczać przejście na wiarę Proroka znaczyć zaczęło rozrabiać. Rozbisurmaniony urwis będzie więc traktował zasady i ład społeczny z olbrzymią dezynwolturą.

Twierdza w Akermanie, gdzie spotkać się mogli bojarzy i bisurmani
    Takich - przez tych wszystkich nowocześniaków uważanych za brzydkie – słów jest jeszcze więcej, choć na tę chwilę nic nie przychodzi mi do głowy. Poza jednym używanym przez moją śp Babcię – umurzać, umurzyć się. To chyba najgorsze (dla owych ojkofobów) słowo – znaczy bowiem ubrudzić się na czarno, uczernić. Jako, że byłem szczęśliwym dzieckiem często używała onego czasownika i przymiotnika w stosunku do mnie (dzieci, jak wiadomo, dzielą się na czyste i szczęśliwe; umurzane, znaczy się).
    W przededniu Święta Niepodległości zwracam się do W. Sz. Czytelników, by nie dali się zbrukselizować i, w przeciwieństwie do wykastrowanych mentalnie kognitywnych immakulat, nie dali sobie odebrać bogactwa naszego niesamowicie trudnego języka.

Muzeum Narodowe w Warszawie 11. listopada

A. A. No tak. Jest jeszcze jedna grupa od której powstały takie tytułowe złe słowa. Zresztą już o nich wspominałem. I nie chodzi mi o czasownik żydzić, oznaczający bycie skąpym jeszcze bardziej niż krakowski Centuś czy statystyczny Poznaniak. Chodzi mi o czasownik judzić. Podjudzać. Oznacza on mniej więcej tyle co podpuszczać, jątrzyć (jątrew to żona brata lub siostra męża, względnie synowa; powstanie takiego czasownika wiązało się zapewne z jakąś jątrewką burzącą spokój w rodzinie i utworzone zostało przez jakąś teściową czy świekrę – bo co jej się będzie obca baba wtryniać w wychowanie syna? Aleśmy utracili słów związanych z pokrewieństwem; są ludzie, którzy nie znają już określenia brat stryjeczny; straszne), nakłaniać do złego. Wyjudzać z kolei bliższe jest znaczeniowo pierwszym z omawianych tu słówek. Stereotypy nie biorą się znikąd [EDIT: podobno słowo judzić ma znacznie starszy, jeszcze prasłowiański albo wcześniejszy rodowód, i to dopiero jest pożywka dla teorii spiskowych].
Sztełt w Tykocinie

16 czerwca 2025

Coś ważniejszego

    Trener Bill Shankly zwykł mawiać, że piłka nożna nie jest kwestią życia i śmierci – że chodzi o coś więcej.

Stadion Narodowy w Warszawie

    Może dlatego kilka dni temu taką dyskusję w kraju wywołała decyzja największej gwiazdy reprezentacji o rezygnacji z gry dla Polski po tym, jak narodowy selekcjoner pozbawił go opaski kapitańskiej.
    O piłce nożnej (i o tym, co mi się w niej podoba i nie podoba) na blogu było już kilkukrotnie – wszak to najbardziej egalitarna z gier. A sam Robert Lewandowski to jeden z najlepszych graczy w historii tej dyscypliny. Duma.

Piłka nożna - gra egalitarna

    Jak wielka to jest postać, niech zaświadczy historyjka, kiedy pewnego razu poruszaliśmy się po bezdrożach wyżyn Paragwaju. Celem była – wspominana przecież na blogu – La Rosada, ruiny dawnego centrum przemysłowego tego dziś zapomnianego kraju, zniszczonego w wyniku krwawych południowoamerykańskich wojen (a konkretnie Wojny Trójprzymierza).

Ruiny zakładów przemysłowych La Rosady

    Niedaleko La Rosady znajdować się miały przepiękne wodospady (ogólnie progi rzeczne są często bardzo ładne – choć Paragwaj swoje najpiękniejsze zalał wodami zbiornika zaporowego Itaipu), więc ruszyliśmy w tamtą stronę. Próbowaliśmy na piechotę, ale w końcu złapaliśmy stopa – nie pierwszego tego dnia: po Paragwaju to częsty sposób podróżowania, aut jest mało, odległości spore, a transport publiczny, zwłaszcza lokalny, niezbyt mocno rozwinięty. Tym razem byli to pracownicy lokalnego parku narodowego (Parque Nacional Ybycui).

Droga przez Wschodni Paragwaj

    Nie byliśmy jedynymi ludźmi podróżującymi do owych wodospadów (w paragwajskiej odmianie hiszpańskiego zwanych salto - Salto Guarani). Przed nami po błotnistej, pokrytej rdzawym błotem gleb laterytowych toczył się autobus. Gimbus właściwie. Pełen paragwajskich dzieciaków wrzeszczących do siebie głównie języku guarani, w którym porozumiewa się większość mieszkańców.
   Jakie było nasze zaskoczenie – i radość – gdy któryś z dzieciaków (dziewczynka) biegała w koszulce FC Barcelona z nazwiskiem Lewandowski. W paragwajskiej głuszy. Wielka sprawa.

Salto Guarani w porze suchej
    Przypominam – w Ameryce Południowej, gdzie futbol ma zdecydowanie wyższy status niż w Europie – bo potrafi wyciągać z biedy. Kiedy później tego dnia łapaliśmy powrotny autostop zatrzymał się właśnie ów gimbus – i rozmowa w końcu zejść musiała na tematy piłki nożnej (oczywiście nie tylko – byliśmy taką samą atrakcją dla miejscowych, jak oni dla nas).
    - Jose Luis Chilavert – chciałem zabłysnąć znajomością paragwajskich piłkarzy, a do tego bramkostrzelnego golkipera miałem wielki sentyment, skoro oni znali Lewandowskiego.
    - Roque Santa Cruz! - dodał szybko jakiś chłystek, i rzeczywiście, ten genialny drybler do dziś cieszy się w kraju ogromnym mirem.
    Z klubami sportowymi nie poszło już tak dobrze – znałem tylko Olimpię Asuncion, ale szybko zostałem doinformowany, że Olimpia to w sumie jest be, i należy kibicować innemu stołecznemu zespołowi, Libertad (a jest jeszcze Guarani, też ze stolicy). Miejscowi nie znali niestety żadnego z polskich klubów, ani Legii, ani Lecha, ani nawet Jutrzenki Warta.

Stolica Paragwaju

    A Lewandowskiego znali. Zresztą gdzie bym się ostatnio nie odwrócił, to – zwłaszcza od czasu przejścia do FC Barcelony – na trykoty naszej gwiazdy i chyba najwybitniejszego piłkarza, natknąć się można wszędzie. Szkoda więc, że tak wielki zawodnik, u krańca przebogatej kariery, stroi fochy niczym jakaś pryszczata nastolatka z krzywymi zębami. Straszna rzecz się stała, trener pozbawia go opaski kapitańskiej (umiejętności przywódcze pana Roberta są równie miałkie jak stricte piłkarskie olbrzymie), a ten się obraża na reprezentację Polski. Polski! Tym bardziej pokazując, że na lidera nie daje się niczym dowolni przedstawiciele obecnego rządu na ministerialne stanowiska.

Camp Nou w Barcelonie

    Cóż, trener pewnie wybroniłby się ze swej słusznej decyzji, gdyby nie to, że w następnym meczu reprezentacja poległa z kretesem ze średniej jakości przeciwnikiem, a poziom gry przypominał te straszne dla Polski (we wszystkich dziedzinach) lata 90-te zeszłego stulecia. Różnica jest taka, że teraz mamy graczy klasy co najmniej europejskiej, którzy jakoś w kadrze wyłączają tryb "ambicja", a wtedy po prostu była bieda.
    Przez ten tydzień okazało się też, że trener Shankly nie miał racji. Oto bowiem Niemcy (jeden z urodzonych w Polsce Niemców podobno kandyduje na opróżnione po porażce z Finlandią stanowisko selekcjonera; nie wiem, czy mieszkańcy Wielunia, celnie zbombardowanego w 1939 dzięki pomocy miejscowych Niemców byliby zadowoleni) w ramach zadośćuczynienia za zbrodnie i wielomiliardowe grabieże stawiają w Berlinie ku pamięci pomordowanych Polaków... kamień z napisem loff. Cóż, widać nie zasługujemy na reperacje.

Wieluńska fara pw św. Michała Archanioła - stan obecny

    Na te z kolei – i to żądane od Polski i Polaków – chrapkę ma pewne leżące w Azji państwo, powstałe kilka lat po wojnie, które całe swoje jestestwo opiera na rasizmie, ksenofobii i polityce historycznej. O czym, zdaje się, niedawno na blogu pisałem. Teraz też: zadarli z silniejszym, i już zgrywają poszkodowanych, podczas gdy ofiary ich własnych zbrodni jeszcze nie ostygły.

Bliskowschodnia pustynia

    "Obyś żył w ciekawych czasach" głosi stara, chińska klątwa. I rzeczywiście – są ciekawe. Także u nas w kraju, i malizna reprezentacji Polski w piłkę nożną nie jest spośród nich najgorsza (kto mnie zna i czyta czasem bloga domyśla się o co mi chodzi, a kto nie – to nie, mam tu dużo więcej apolitycznych treści). Oczywiście – piłkę nożną męską, bo żeńska, trudna w odbiorze, żeby nie rzec nudna, właśnie awansowała po raz pierwszy na Mistrzostwa Europy, a gwiazda, Ewa Pajor (także rozkwitająca w FC Barcelonie) nie obraża się na nikogo tylko robi swoje.

Zegar Kwiatowy w Genewie przystrojony z okazji kobiecych ME w piłkę nożną
    Generalnie nie jest za ciekawie. Trzeba też pamiętać, że z fizyką jeszcze nikt nie wygrał, a każda akcja powoduje reakcję.
Fontanna Wielkoluda w Bernie
    O co chodzi z tą fontanną na zdjęciu będzie na blogu, ale za jakiś czas, bo teraz udaję się (blogowo) na ziemie dawnego Lotharii Regni, dziś – nieco gnijącego - jądra Unii E***pejskiej.

3 kwietnia 2024

Współczesne barbarzyństwo

    Nie lubię na blogu pisać o wojnie – no chyba, że w ujęciu historycznym, wszak wiadomo, że konflikt pomiędzy populacjami jest czymś normalnym z punktu widzenia biologii; jest też wojna niesamowitym stymulantem do rozwoju cywilizacji – ale czasem się zdarza, zwłaszcza, że żyjemy w okresie starcia cywilizacji, gdy Kultura Zachodu (gnijąca, bo gnijąca) pada pod ciosami nie tylko zewnętrznych najeźdźców, ale i socjalistycznego wroga wewnętrznego.
Niszczenie korzeni cywilizacji w Europie
    Ale czasem się zdarza, choć nie ukrywam, że chodzi tu raczej o tą romantyczną, wyidealizowaną wizję konfliktu – taką, która bezpowrotnie minęła przy okazji Wielkiej Wojny, gdy honor, rycerskość i człowieczeństwo zastąpione zostało – między innymi dzięki rozwojowi technicznemu Ludzkości (i spowodowanego Wielką Rewolucją Francuską moralnemu upadkowi Człowieka) – bezduszną i krwawą hekatombą.
Cmentarz w Ulejowie k. Szadku - miejsce spoczynku żołnierzy obu stron Wielkiej Wojny
    Tak, w czasach Wielkiej Wojny jeszcze chowano poległych na wspólnych cmentarzach – wszak w życiu doczesnym połączyła ich wspólna potrzeba.
    Ale był to ostatni akord. Chwilę później Europa pokryła się skorupą krwi (piszę bowiem z perspektywy stricte europejskiej – może z innej ten romantyzm wojenny przemijał trochę inaczej, ale w końcu prysł; automat Kałasznikowa jest dziś w kilku państwowych herbach Dzikich Krajów), a kontynent opanowały – bądź opanować próbowały – różnego rodzaju zbrodnicze ideologie. Z jakichś względów były one socjalistyczne, i stawiały w centrum Świata nie Boga (religia była wrogiem najgorszym, zwłaszcza chrześcijańska) a Człowieka.
Okopy z czasów Bitwy Warszawskiej - Marki k. Warszawy
    W przededniu zaś II Wojny Światowej Niemcy pokazały zaś, że mocno do serca wzięły sobie słynną "mowę huńską" cesarza Wilhelma z początków Wielkiej Wojny. I zbombardowały z powietrza niebronioną baskijską Guernikę. Nie było ku temu żadnych przesłanek – poza propagandowo-psychologicznymi. Zginęło kilkuset cywilów, zniszczeniu uległo 70% zabudowy. Oczywiście nie był to pierwszy w historii taki akt (choćby ostrzał Kalisza w 1914, przez Niemców, bo przez kogo), ale premierowy tak gwałtowny, śmiercionośny i z wykorzystaniem nowoczesnych środków i lotnictwa.
    Guernica stała się przy okazji mimowolnym symbolem nowoczesnych wojennych zbrodni – przyczynił się do tego monumentalny i przejmujący fresk Pabla Picassa – ale sprzeciw przeciw tragedii był głównie artystyczny. Inne Guerniki nawet tego nie doświadczyły.
    Bo kto – nie tylko na Świecie, do niedawna nawet w Polsce nie była to powszechna wiedza – wie, słyszał, o bombardowaniu Wielunia nad ranem pierwszego września '39?
    No właśnie. Tu nikt fresku nie namalował, a winnych – zdaje się – nie ukarano. Życie straciło kilkaset osób, zniszczeniu uległo 75% tkanki miejskiej. A nie było to jedyne zniszczone przez Niemców polskie miasto – podkreślmy, że nie bronione. Możliwe, że był to też pierwszy akt II Wojny Światowej – bomby spaść miały na śpiące miasto wcześniej niż atak na Westerplatte (i te dwie pozycje nie wyczerpują listy potencjalnych początków wojny).
Zbombardowana i rozebrana w 1940 synagoga we Warcie (foto z arch. J. Ślipka)
    W Wieluniu, położonym w dawnej Ziemi Rudzkiej, byłem kilka razy – wszak nie mam daleko. To już pas wyżyn, niedaleko Załęczański Park Krajobrazowy z jaskiniami, ostańcami wapiennymi i malowniczym przełomem Warty, więc i krajobrazy, i kamienna architektura bliższa Krakowowi niż Sieradzowi. Zabytków niestety zbyt dużo nie pozostało – Luftwaffe było niezwykle skuteczne – ot, kolegium pijarskie i resztki miejskich murów, z bramą udającą ratusz.
Brama Krakowska z ratuszem i resztki murów obronnych
    Zamek podobnie jak w Sieradzu nie zachował się, choć na fundamentach chwacko wznosi się klasycystyczny pałacyk. Przy rynku kiedyś stał gotycki kościół św. Michała Archanioła – resztki pozostałe po wrześniowych bombardowaniach rozebrano rok później. Dziś można zobaczyć tylko zarys murów zniszczonej świątyni. W tym roku jeśli dobrze liczę będzie 75. rocznica zniszczenia miasta – nadal nieodbudowanego [EDIT: oczywiście, źle policzyłem, to już 85 lat].
Fundamenty wieluńskiej fary pw św. Michała Archanioła
    Pierwszym celem dzielnych niemieckich lotników (armia niemiecka była tak dzielna, że większość kronik filmowych z Września '39 powstało kilka tygodni później; dla celów propagandowych podpalono nawet leżący między Wieluniem a Sieradzem Złoczew – by uwiecznić na taśmie filmowej marsz wspaniałego Wermachtu; oczywiście nikt nie poniósł konsekwencji tego czynu – poza pozbawionymi mienia mieszkańcami oczywiście) był – i tu nawiązanie do tragicznych wydarzeń z pierwszych dni kwietnia 2024 roku ze Strefy Gazy – jeden z największych budynków w mieście, oznaczony czerwonym krzyżem szpital. Był to atak całkowicie świadomy – wśród atakujących był chociażby miejscowy Niemiec, absolwent wieluńskiego gimnazjum. Tak miała przebiegać nowa, totalna wojna – pełna zbrodni na cywilach i ludobójstw. Barbarzyńska i całkowicie obca Cywilizacji Europejskiej. Ot, Niemcy okazali się prawdziwymi trendsetterami Narodów (choć możliwe, że czerpali z pomysłów sowieckich – choć trudno stwierdzić, czy wojna domowa w Rosji, albo tureckie ludobójstwo Greków i Ormian, odbywały się w europejskim kręgu kulturowym) – ale znaleźli licznych naśladowców, choćby w czasie niedawnego (ha, to już ponad 30 lat) konfliktu w byłej Jugosławii (właściwie: serii wojen, do dziś niezakończonych).
Sarajewo - ślady po ostrzale
    Podobnie jak na Bliskim Wschodzie – tam bowiem też wojna trwa, raz w większym, innym razem w mniejszym natężeniu.
Zwykły dzień na Zachodnim Brzegu
    Obecnie w większym. I tak w wyniku celowego ataku rakietowego wojska izraelskiego w niszczonej Strefie Gazy na oznaczony i bezbronny konwój humanitarny zginęli ludzie. W tym i Polak, niosący bezinteresownie pomoc napadniętym i mordowanym, jak to już w naszej narodowej tradycji jest – i nie ważne kto jest agresorem, a kto ofiarą: pomagamy także naszym wrogom. To szlachetne – głupie, ale szlachetne (zwłaszcza widząc jak zachowują się wobec Polski i Polaków ci, którym kiedyś i teraz pomagamy). Najgorsze w tym wszystkim, że teraz Świat trochę pokrzyczy (o dziwo, polskie władze jakoś tak nieskore do jakiejś reakcji są, nie po raz pierwszy zresztą) i za tydzień wszyscy zapomną. Może tylko wolontariuszy chcących pomagać ginącym Palestyńczykom będzie mniej. Barbarzyństwo znowu wygra.
Tryumf barbarzyństwa

25 lipca 2022

Krzyżacy cz. 2

    Początki Zakonu Najświętszej Maryi Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie sięgają czasu krucjat. Przypomnę tylko: na synodzie w Clermont Roku Pańskiego 1095 papież Urban II rzucił hasło odbicia Ziemi Świętej z rąk niewiernych – a konkretnie Turków Seldżuckich. Zgromadzeni tam dostojnicy, świeccy i duchowni, przyklasnęli z zapałem, zaśpiewali chóralnie Te Deum i rozpoczęli przygotowania krucjaty. Sam papież nie dożył co prawda wyprawy, ale stał się cud: Gotfryd de Bouillon et consores w 1099 zdobyli Jerozolimę i utworzyli kilka katolickich państewek w Ziemi Świętej.

Jerozolima
    Tyle wstępu, bo historia Outremeru i kolejnych krucjat jest tak bogata w wydarzenia i postacie, że w życiu nie doszedłbym do clue wpisu (to już przecież druga część), czyli do krzyżaków. Więc do sedna. W Królestwie Jerozolimskim i sąsiednich państwach, na fali religijnego uniesienia i sukcesów militarnych poczęły się formować nowego typu organizacje – zakony rycerskie. Oprócz typowych mniszych święceń członkowie tych zgromadzeń przyrzekali zbrojnie walczyć z niewiernymi i bronić chrześcijan (jak to się miało do założeń św. Benedykta z Nursji albo do późniejszych koncepcji św. Franciszka nie mnie dochodzić). Te milicje anielskie pod swoje skrzydła wzięli cystersi od św. Bernarda z Clairvaux, nadali regułę i ukonstytuowali nowe zakony – Zakon Ubogich Świątyni Salomona (templariusze) i Zakon Św. Jana z Jerozolimy (joannici). Członkowie tych zgromadzeń rychło zasłynęli w walce z Saracenami, co spowodowało dalszy napływ rekruta. Także z krajów Świętego Cesarstwa Rzymskiego – czyli najogólniej mówiąc: niemieckojęzycznych. Co stanowiło pewien problem – zarówno joannici, jak i templariusze byli zakonami romańskojęzycznymi. Dlatego też dla Niemców stworzono – na bazie reguły templariuszowej – odrębną organizację.
Pozostałości szpitala NMP Domu Niemieckiego
    Czy Zakon Najświętszej Maryi Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie ukonstytuował się na dobre w Świętym Mieście, czy dopiero w dziś zniszczonej Akce trudno powiedzieć. Na pewno spacerując po Starym Mieście Jerozolimy można natknąć się na niedawno odkryte ruiny konstrukcji owego Domu Niemieckiego (niedaleko Zachodniego Muru, czyli Ściany Płaczu). Obstawiam, że skrzydła rozwinął dopiero w ostatnim punkcie oporu krzyżowców, w Akce właśnie. Rozwinął – i już musiał szukać sobie nowego miejsca, podobnie jak templariusze i joannici. Outremer upadł, a dzielni mnisi - rycerze rozpierzchli się po Śródziemnomorzu. Joannici zajęli bizantyjskie wyspy, templariusze otworzyli sieć kantorów w Europie Zachodniej, a Wielki Mistrz krzyżacki zaszył się w Wenecji.
Krajobraz Malty - wieża obserwacyjna joannitów
Kaplica templariuszy w Chwarszczanach

Wielki Kanał w Wenecji

    Już wcześniej jednak, domyślając się nieuchronnej kapitulacji Akki, rozpoczęli Krzyżacy poszukiwania swojego miejsca na Ziemi. Wybór padł na węgierskie pogranicze – miejscowi władcy na rubieżach swojego królestwa zakładali nowe wsie i miasteczka, osadnikom zaś – głównie niemieckojęzycznym Sasom – zagrażały koczownicze plemiona Wielkiego Stepu i karpaccy górale. Dla zaprawionych w bojach z Saracenami mnichów – rycerzy ochrona chrześcijan przed tym zagrożeniem powinna być jak bułka z masłem. I była: Krzyżacy przybyli do Siedmiogrodu, rozpoczęli wznosić warownie, miasta – słowem: zaczęli budować swoje własne władztwo terytorialne. Król Węgier Andrzej II szybko się zorientował w czym rzecz i podziękował Zakonowi, zapewne w niewybrednych słowach. Krzyżacy przełknęli gorzką pigułkę, ale nauczyli się, że następnym razem muszą być bardziej bezwzględni w zajmowaniu nowych ziem. A te trafiły im się już lada moment: książę mazowiecki Konrad, uwikłany w walki pomiędzy Piastami miał już dość najazdów pogańskich Prusów i Litwinów. Postanowił więc połączyć przyjemne z pożytecznym: wspomóc wojskowym zakonem akcję chrystianizacyjną plemion pruskich prowadzoną przez cystersa Chrystiana i zabezpieczyć granice Mazowsza przed najazdami pogan. Nadał więc krzyżakom w dzierżawę Ziemię Chełmińską (pomni doświadczeń z Siedmiogrodu zakonnicy rychło podrobili kwity dopisując słowo "wieczystą") i zadowolony niedługo potem zmarł. Tymczasem zakonnicy rozpoczęli mozolny podbój Prus – który przybrał na sile po upadku Akki.

Zamek Torzburg w Siedmiogrodzie, pierwotnie krzyżacki kasztel
Zamek krzyżacki w Świeciu
Stolica Ziemi Chełmińskiej - Chełmno
    Sama koncepcja zajmowania nowych ziem była genialna: reguła zakonna nakazywała, by mnich sypiał w zamku – więc warownie w Prusach (pierw drewniane, potem ceglane) wznoszono w odległości dnia drogi jedną od drugiej. Pozwalało to trzymać w ryzach miejscową ludność, niezdolną do zdobycia zamku, oraz szybko przerzucać wojska z miejsca na miejsce. Właśnie te zamki okazały się być największym wkładem krzyżaków w krajobraz Europy Północno-Wschodniej. Stanowiły wzór zarówno dla warowni w Inflantach jak i na Warmii, Litwie czy w Polsce. Sama zaś struktura zakonna, korporacyjna w sumie, która tak wspaniale sprawdziła się przy budowie państw zakonnych w Prusach i Inflantach stała się także przyczynkiem do upadku ich potęgi – ale to zupełnie inna historia, podobnie jak walki Krzyżaków przeciwko Polsce – których punktem zwrotnym była niedawno wspominana Bitwa Grunwaldzka.
Jeden z najpotężniejszych zamków Europy - Malbork
    Nie prawdą jest też, że historia Zakonu Krzyżackiego skończyła się w 1525 roku. Zakon przetrwał, choć już nie jako stowarzyszenie militarne, i istnieje do dzisiaj. Swoją siedzibę ma w Wiedniu, a w szeregach współczesnych zakonników jest także kilku Polaków.
Bitwa pod Grunwaldem

Najchętniej czytane

Piwny książę

     Poprzedni wpis mógł wyglądać jak apoteoza spożywania alkoholu w warstwach rządzących, ale jest to oczywista nieprawda, wszak ustawa o...