Tłumacz

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hiszpania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hiszpania. Pokaż wszystkie posty

10 stycznia 2025

Król włosingu

    W związku z okrągłą rocznicą ustanowienia w Polsce króla rok na blogu zaczynać się miał wpisami o Ojczyźnie – w szczególe o Małej Ojczyźnie – i ta opowieść też jest taka, choć zaczyna się, niech to Państwa nie zmyli, na Lazurowym Wybrzeżu.
Lazurowe Wybrzeże - jedna z miejscowych Małych Ojczyzn, właściwie niepodległa
    Oto bowiem dotarłem w tamte dzierżawy, a konkretnie do kurortu Saint Tropez, znanego u nas między innymi z serii filmów o pociesznym żandarmie, z niesamowitym Louisem de Funesem w roli głównej. Posterunek owej formacji policyjnej jest jedną z głównych atrakcji tego uroczego – i drogiego – miasteczka.

Saint Tropez
    A przed posterunkiem, na cokoliku, spoczywa sobie złota rzeźba nimfy czy innej Meluzyny. Niby nic w tym niezwykłego, ale figurka ma rysy niesamowitej Brigitte Bardot.

Bardotka w dwóch odsłonach
    Co zaś wspólnego ma Bardotka z terenami dawnego Księstwa Sieradzkiego, czyli mojej Małej Ojczyzny? A postać Antoniego Cierplikowskiego. Antoine'a. Twórcy nowoczesnego fryzjerstwa.

Jedna z atrakcji Sieradza - pomnik Antoine'a (tu w czasach paniki koronawirusowej)
    Damskiego oczywiście – bo męski fryzjer ma być konserwatywny, żeński – artystą, o czym zresztą wspominałem któregoś razu przy okazji podróży po Bałkanach.

Zakład fryzjerski męski w Skopje
    Otóż Antoine był właśnie takim artystą. Co nieco o nim było kiedy pisałem o atrakcjach Sieradza, miasta skąd pochodził, i w którym od jakiegoś czasu ma nawet pomnik, ale warto przypomnieć: niezabogaty chłopak zostaje wysłany do Łodzi, do wuja, do terminu fryzjerskiego. Wuj, widząc talent, wysyła młodziana do Paryża na dalsze nauki.
    Tam adepta sztuki fryzjerskiej zastaje Wystawa Światowa. Głów do ufryzowania jest zbyt wiele, więc za nożyczki zaczynają chwytać czeladnicy – i Antoine sprawdza się w boju. Zostaje wziętym fryzjerem, z biegiem czasu zdobywa sławę, zakłada własne studio, kupuje dom podle najbrzydszego budynku Paryża...

Paryska kratownica
    Razu pewnego do Antoine'a przychodzi pewna aktorka, o sławie i urodzie powoli gasnącej, niczym dobrobyt Polski pod rządami sprzedajnych polityków. Ma owa przebrzmiewająca diva zagrać podlotka – nie takie rzeczy widziały światowe sceny. Antoine robi coś, co dziś dla nas jest zwyczajne: obcina kobietę na krótko. Pamiętamy scenę z Ogniem i Mieczem gdy pan Zagłoba miał Helenie Kurcewiczównie włosy obciąć, jaka to była tragedia (albo, jeśli idziemy już według nowego, "oświeconego" programu nauczania w Polsce nie pamiętamy, ba, nie wiemy). Francuskie kolaborantki po wojnie też były golone na łyso, jako znak hańby. A tu fryzjer skraca włos. Artystom wolno więcej (na przykład jeździć po pijaku samochodem), więc nowa fryzura zostaje jakoś przez aktorkę przełknięta – mało tego, wzbudza furorę. I nie tylko w Europie, ale i w Stanach Zjednoczonych – pierwsza Murzynka na okładce Vouge'a, pani Backer, nosi fryzurę Antoine'a. Antoine – przy pomocy małżonki – otwiera sieć lokali na obu kontynentach, tworzy własną markę kosmetyków (znaczy, wymyśla dbanie o włosy, coś co dziś nazwać można włosingiem), zostaje milionerem i arbitrem elegancji całej zachodniej socjety.

Paryż - bulwary
    Zyskuje też przydomek Dalego fryzjerstwa. Jest bowiem równie ekscentryczny co kataloński mistrz. W swoim paryskim domu śpi w szklanej trumnie, a pobyt w kurortach południa Francji uświetnia spacerami z pomalowanym na niebiesko psem. Pudlem zdaje się, ale nie wiem, nie jestem rasistą, nie znam się na rasach.

Sypialnia Dalego w Figueres
    Spaceruje z nim, żeby sprawdzić trwałość barwników nakładanych na włosy – bowiem małpie kolory na głowie, dziś ostrzegawczy znak sygnalizujący niestabilną emocjonalnie feministkę, to także dzieło Antoine'a.
    Nie ogranicza się tylko do włosów – zaprzyjaźnia się z polskim rzeźbiarzem Xawerym Dunikowskim, i w jego pracowni w Cannes zaczyna praktykować rzeźbę. Ma ku temu, jak twierdzą postronni, spory talent. Podobno rzeźba Dunikowskiego "Dusza odrywająca się od ciała", której kopia zdobi sieradzki grobowiec Cierplikowskiego, jest projektu Antoine'a. Nie wiem, musieli by to zbadać znawcy sztuki nowoczesnej – do których ja, a priori, się nie zaliczam.

Grobowiec Antoine'a
    A gdzie tu Bardotka? Otóż miał Antoine przygotować pani Brigitte nową fryzurę. Ówczesne serwisy plotkarskie prześcigały się w domysłach jak oszpeci co uczyni aktorce i seksbombie na głowie. A Cierplikowski... Nie zrobił nic. Stwierdził, że naturalne piękno nie potrzebuje udziwniania czy tam upiększania.
    I za to chyba cenię owego artystę – że potrafił to dostrzec, mimo, że jak jeden z niewielu Polaków przyłożył rękę do tego, że współczesny świat wygląda jak wygląda. A, moim zdaniem, wygląda brzydko. Wiem, że nie ma powrotu do czasów gdy fryzura określała statut społeczny, jak choćby tonsura duchowieństwa, czepiec mężatki, dziewicza kosa panny na wydaniu czy rozpuszczone włosy polityka kokoty. Rewolucja umysłowa – i wizualna, której częścią był Antoine – na zawsze wprowadziła anarchię i stan niepokoju, w którym człowiek nie wie kim jest i gdzie należy (wspaniale ten lęk pokazuje Pascal – i ma rację, bo jak ktoś nie wie gdzie jest, to nie wie i kim jest, a potem to nawet nie potrafi określić swojej płci). Trochę to straszne.

Uliczny wizerunek jednego z XX-wiecznych rewolucjonistów - akurat zbrodniarza
    Co się stało z Cierplikowskim? Ano, tworząc nowy świat sprawił, że on sam stał się w nim zbędny. Liczni uczniowie okazali się tańsi, bardziej mobilni – sieć zakładów fryzjerskich została zamknięta, fabryka kosmetyków przegrała z produkcją masową, nie pomogło też rozstanie z zarządzającą finansami żoną. W przeciwieństwie do Dalego, który swoją Galę wielbił i nie wtrącał się w jej życie erotyczne Antoine po przyłapaniu małżonki na romansie z przyjacielem (który, swoją drogą, zdrowo doił kasę artysty) rozstał się z nią. I wrócił do Sieradza, gdzie zmarł pozbawiony milionów, ku rozczarowaniu wielu nadskakujących mu do końca życia akolitów liczących na schedę po artyście. Tak oto zakończyło się życie nieznanego człowieka który ukształtował (w sposób jaki mi wydaje się ohydny) współczesną estetykę (choć oczywiście największym artystą z dawnego Księstwa Sieradzkiego jest Stanisław Szukalski, Stach z Warty, równie co Antoine w Polsce nie znany; niestety ów przybrany dziadek Leonarda di Caprio nie ma grobu: prochy rzeźbiarza rozsypano na Wyspie Wielkanocnej).
Gala oczami Dalego
    Nie był to jedyny mieszkaniec Sieradza który zmienił Świat i wprowadził go w nowoczesność. Niejaki Ary Szternfeld, urodzony w Sieradzu, obliczył tory lotów na orbitę okołoziemską – i korzystali z tych wyliczeń zarówno Amerykanie jak i Ludzie Radzieccy. Nie wiem, jak to było z Gagarinem, ale Łajka na orbitę dostała się właśnie dzięki temu matematykowi. Swoją drogą nie był to jedyny Polak tworzący podwaliny kosmonautyki – Konstantyn Ciołkowski herbu Jastrzębiec (urodzony, jak i Szternfeld czy Cierplikowski na terenie Imperium Rosyjskiego, choć już nie w Kongresówce) opracował podstawy działania wszystkich stworzonych przez człowieka rakiet kosmicznych. Chwalmy się Polakami, bo wszyscy i tak pamiętają nazistowskiego aparatczyka Wernera von Brauna...
Sieradz - Krakowskie Przedmieście

26 sierpnia 2022

Powrót do Katalonii

    Z racji planów wyjazdowych na blogu wkrótce znów zagości Ameryka Łacińska, ale póki co jeszcze wpis o – romańskojęzycznym, rzecz jasna (prawem serii, wszak było trochę Rumunii, potem skrzyżowanie Włoch i Francji czyli Monako) – regionie, w którym onegdaj spędzałem bardzo dużo czasu. Znaczy się: o Katalonii.

Girona - jedno z najbardziej malowniczych miast Katalonii

    Ostatni raz byłem tu kilka lat przed paniką koronawirusową – więc z dużą ciekawością (i takimż niepokojem) przyjechałem w okolice Barcelony na te kilka dni. Okazało się, że parę rzeczy się zmieniło.
    Przede wszystkim do siebie nie wróciła jeszcze w pełni turystyka. Najeźdźców jest mniej, choć już powoli w barcelońskim porcie pojawiają się wielkie wycieczkowce – a nikt tak jak one nie zatłacza przybrzeżnych miast. Póki co jest jednak troszkę luźniej, a co za tym idzie: część hoteli czy knajp jeszcze (jeśli w ogóle) się nie otworzyła. W takiej atmosferze z prawdziwą duszą na ramieniu jechałem do tej przepięknej Tossy de Mar – wszak był tam mój ulubiony kataloński pub Josep...
    Okazało się, ku memu wielkiemu szczęściu, że panika koronawirusowa go nie zabiła – choć oczywiście piwo było (jak wszędzie) odrobinę droższe.

Bar Josep w Tossie

     W samej Tossie za to znalazłem pewną zmianę, chyba trochę in minus. Oto w ruinach kościoła św. Wincenta na starym mieście rozpoczęto budować scenę – coś na kształt amfiteatru. Przez to pozabezpieczali ściany betonem i od razu zrobiło się tak jakoś niegościnnie i sterylnie. Szkoda.

Pozostałości zamku i ruiny kościoła św. Wincenta

    Zaskoczyła mnie też sama Barcelona – i nie chodzi tu o gradobicie czy kilka potężnych oberwań chmury uświetniających tegoroczne święto na cześć św. Jerzego (patron Katalonii) – połączone jak zwykle z Dniem Cervantesa – a o brak flag skrajnych katalońskich nacjonalistów. Nie pamiętam czy tłumaczyłem: oryginalna flaga Katalonii to cztery czerwone pasy na złotym tle (wedle legendy Karol Wielki umaczał palce w ranie umierającego hrabiego Katalonii, karolowego lennika i pociągnął okrwawione smugi po złotej tarczy dzielnego woja). Flaga nacjonalistów (głównie socjalistów) ma dodany niebieski trójkąt (w heraldyce zwany czeskim) z białą pięcioramienną gwiazdą. Ultranacjonaliści zaś ów trójkąt mają żółty, a gwiazdę czerwoną. Przed paniką koronwirusową bardzo mocno odżył w Katalonii ruch independystów – to i te ultraskie flagi pojawiły się bardzo licznie. Po aresztowaniu przez rząd federalny z Madrytu katalońskich polityków którzy przeprowadzili referendum niepodległościowe wszędzie widać też było żółte kokardki – symbol prześladowania czy też gest nawołujący do uwolnienia więźniów, możliwe, że politycznych. Obecnie kokardki zostały, choć nie w takiej liczbie, są flagi katalońskie, są nacjonalistyczne – ale ultrasów independystycznych brak. Nie wiem, czy po prostu ich spacyfikowali, czy w wyniku strat gospodarczych związanych z upadkiem turystyki ruch niepodległościowy stracił swój impet. Prawda może być też całkiem gdzie indziej.

Barcelona przed burzą
    Co do katalońskich landszaftów – to niebywale urzekł mnie Montserrat. Bywałem tam gdy zalegał śnieg, bywałem w pełnym słońcu – teraz trafiło się wjechać wprost w chmurę okalającą masyw, i co za tym idzie, opactwo.
Montserrat w chmurach
    Naprawdę, bardzo mistyczne wrażenie, takiego zamglenia, zamroczenia zmysłów. Ciekawe, czy św. Ignacy Loyola (nawrócony na Montserrat przecież) zakładając Towarzystwo Jezusowe myślał o takich zamgleniach u jego następców (taki wtręt, bo skoro o miejscu ważnym dla katolików piszę, a sam żem katolik, to martwię się o stan Kościoła)? Mam nadzieję, że nie – bo wszak zawsze po takich chmurach, mgłach, burzach wychodzi słońce.

Opactwo na Montserrat

    Poza tym odwiedziłem też inne – standardowe dla turystyki – znane mi miejsca w Katalonii, no może poza osławionym i przereklamowanym Lloret de Mar (ma iberyjskie osady sprzed podboju Rzymian, ale przecież żaden turysta tam nie zajrzy). Muzeum Salwadora Dalego w Figueres nadal działa, a w Gironie koło katedry dalej jest niezwykle wietrznie. Most Eiffel'a też stoi. Tyle, że usunięto stołek spod jednej z atrakcji miasta.

Most Eiffel'a w Gironie

  Otóż ma Girona rzeźbę – późnoantyczną, czy wczesnośredniowieczną, nieistotne – lwa. Czy też lwicy, wspinającej się po kolumnie. Oto, głosi legenda, kto rzeczone zwierzę pocałuje tam, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę będzie miał szczęście. Lwica siedzi na wysokości dobrych 2,5 metra (albo i lepiej), więc standardowo taki buzi... no, dupiak, wymaga od delikwenta wielkiej ekwilibrystyki. A że szczęściu trzeba sprzyjać – władze miasta podstawiły pod kolumnę schodki: trzeba było po nich wejść, rzeźbę cmoknąć i można lecieć puszczać totolotka.
    Jakież było moje zdziwienie, gdy w tym roku... Schodów nie było. Do tego jeszcze informacja, że w związku z paniką koronawirusową zabrania się cmokać lwa w tyłek. Bo zagrożenie epidemiologiczne. No cóż, zagrożenie czy nie, na pewno władze Girony unieszczęśliwiły w ten sposób masę ludzi, zwłaszcza tych wierzących w różnego rodzaju zabobony.

Lwica bez stołka



EDIT: No i w FC Barcelona gra teraz inny najlepszy piłkarz Świata.
Camp Nou

30 lipca 2021

Banany

    We wpisie o jedzeniu owadów wspominałem o tacacho, regionalnym daniu z peruwiańskiej części Amazonii, składającym się głównie z bananów (z niewielkim dodatkiem innych składników, w tym – jakżeby inaczej – mięsa). Czyli – jakby nie patrzeć – o daniu z tropików.

Banany

    A jakby (ponownie) nie patrzeć – banany są tym owocem, który chyba najbardziej kojarzy się z tropikami. Słyszysz banan – widzisz Dzikie Kraje o gorącym klimacie.
    Wielka szkoda, że w naszych sklepach dostępny jest tylko jeden rodzaj (no, odmiana) tej jagody, choć muszę przyznać, że ostatnio się to zmienia i oprócz tych typowych bananów można dostać także te przeznaczone do obróbki termicznej (to te czerwone).

Dostawa świeżych bananów

    Właśnie – jako, że to blog edukacyjno-podróżniczy – banan, owoc bananowca to jagoda, a sam bananowiec nie jest drzewem. Ba, nie jest nawet palmą: z botanicznego punktu widzenia to bylina – jak, dajmy na to, krokus. Albo żonkil.
    A teraz drobne didaskalia: jagodami oprócz bananów są też pomidor, dynia, ogórek, papryka, bakłażan – czyli coś, co zwykliśmy nazywać warzywami. Z biologicznego punktu widzenia sałatkę z pomidorów i ogórków możemy nazwać owocową. Kiedy nauczałem w (nieistniejącym już, na szczęście) gimnazjum takie stwierdzenie wywoływało mętlik w młodych głowach:
    - Panie, co pan? Pomidor to warzywo, nie owoc!
    A już kompletny zamęt powodowało stwierdzenie, że jabłko i truskawka nie są owocami.

Kwiaty jabłoni

    Bo – z punktu widzenia nauki – nie są. Owoc powstaje z owocni, części słupka (to żeńska część kwiatu), wewnątrz której znajduje się zalążnia z zalążkami – po zapłodnieniu przekształcającymi się w nasiono. Jeśli zalążek jest jeden – mamy pestkowca (śliwka) czy orzeszki (te kropki na powierzchni truskawki), jeśli kilka – powstaje jagoda (klasyczny przykład to przekrojony pomidor, ale także owoc ziemniaka), strąk (orzeszki ziemne, fasola); jest wiele typów owoców. Nie jest nim jabłko – to szupinka, owoc rzekomy, gdyż u jabłoni, jarzębiny, gruszy w wytworzeniu "owocu" bierze udział także inny element kwiatu – dno kwiatowe (u truskawki to ta czerwona część).
    - A warzywo? Jak pomidor to owoc, to co jest warzywem?
    Ano: nic. Z punktu widzenia nauki, oczywiście (tak, tak, tej samej, która twierdziła kiedyś, że nic cięższego od powietrza nie jest w stanie latać, a koronawirus powstał dzięki jedzeniu nietoperzy).
    Ja prywatnie oczywiście stosuję to nienaukowe rozróżnienie na owoce i warzywa – "owocem" jest dla mnie to, z czego można zrobić kompot – a więc na przykład mak rabarbar; pozostałe owoce (pomidor, ogórek, dynia) zaliczam do warzyw – razem z bulwami, korzeniami i innymi cudami natury.
    Z tego wniosek, że banan jedzony na surowo, słodki (suszony nada się pewnie na wigilijny kompot z suszu) jest owocem, a ten pieczony, używany na przykład w tacacho, będzie warzywem. Faktycznie, pieczony, gotowany, smażony banan jest w swojej konsystencji podobny do ziemniaka, kłączy juki czy batatów – choć delikatniejszy w konsystencji.

Tacacho i suri
Anticuchos (wołowe serca) z bananami

    Oprócz owoców w krajach tropikalnych nagminnie używa się liści bananowca – zastępują one na przykład talerze, opakowania (w liście zawijane są chociażby tamale – tamales – to temat na jeszcze inną historię), elementy budowlane (dachy), garderoba (tylko wśród naprawdę Dzikich Plemion i w hollywodzkich produkcjach) – generalnie jest to niezwykle ważna roślina, występująca wszędzie w szeroko pojętych tropikach. Przez tą kosmopolityczność nie wiemy dokładnie, skąd się bananowiec wywodzi.

Ryż z kurczakiem pakowany w liście bananowca
Bananowy dach
Banany i piranie

    Wiemy za to, gdzie rośnie go najwięcej – w Ekwadorze. Ten niewielki południowoamerykański kraj jest największym producentem bananów na Świecie. Rzeczywiście, jadąc przez ekwadorskie niziny plantacje bananowców ciągną się po horyzont i za horyzont. No, właściwie po Andy – te najwyższe, ponieważ bananowce w niższych (tak do, bo ja wiem, 2000 metrów, może lepiej) partiach gór radzą sobie doskonale. Mogę to organoleptycznie potwierdzić – choć w związku z ewakuacją z Ekwadoru w ramach paniki koronawirusowej (o czym pisałem) spacer po miejscowych plantacjach zostawiłem sobie na kolejną wizytę.

Ekwador - bananowce po horyzont i za horyzont

    A jak rosną? No, wiadomo: w ziemi, zielonym do góry.
    Na wielkich plantacjach, w przydomowych ogródkach, w dżungli.
    Sporo tego jest – nie trzeba jechać do Ameryki Południowej, żeby zobaczyć je na żywo: Wyspy Kanaryjskie, geograficznie leżące w Afryce, są największym producentem bananów w Unii E***pejskiej – a dostać się tam jest bardzo łatwo (zwłaszcza, że na dzień dzisiejszy panika koronawirusowa mija powoli) i zobaczyć. Na Teneryfie mówią, że najlepsze są z Teneryfy (wytwarza się z nich także bananowy likier, całkiem słodki).

Bananowce na Teneryfie
Uprawa w dżungli

    Co może zaskakiwać – kanaryjskie plantacje bananowców, niewielkie w porównaniu z ekwadorskimi hektarami, rosną w cieniu: są przykryte włókniną. Dziwne, niby roślina tropikalna, a słońca się boi. No, właściwie to tak. Młode bananowce, odbijające od korzenia starszej rośliny, są dość wrażliwe na światło. W naturalnych warunkach ta niewielka bylina była ocieniana przez wyższe drzewa – tak do dziś rośnie w dżungli, często na niewielkich poletkach – jeśli można tak powiedzieć – lub starsze osobniki. Na dużych plantacjach dalej tak jest, ale na mniejszych stare bananowce wycina się, a na ich miejscu wyrastają nowe – choć z tego samego korzenia. Tak więc na plantacji znajdują się bananowce w różnym wieku – część dorasta, część kwitnie, część owocuje, część obumiera.

Tunele z bananowcami

    Bananowe kwiaty i kiście potrafią być przeogromne, czasem wielkości całej rośliny. I – co pewnie ktoś już słyszał – banany rosną do góry nogami. To znaczy – wyginają się w rogalika do góry.

Kwiatostan

    I na koniec jeszcze kilka słów o odmianach bananowca. Faktycznie, te które kupujemy w naszych sklepach, zrywane jeszcze zielone, dojrzewające w czasie podróży (najsmaczniejsze są takie o brązowiejącej już skórce – nie dajcie się zwieść, że w sklepach są w promocji: najsłodsze, rozpływają się w ustach, a bywa, że już w dłoni) są w krajach pochodzenia niezbyt poważane. Ba, czasem uznawane za pastewne. Cóż z tego, skoro najlepiej znoszą transport – i mogą być sprzedawane za granicę.
    Tam, gdzie bananowce rosną permanentnie najczęściej używa się odmian zdatnych do obróbki termicznej. Oraz specyficznych, krótkich bananów, znanych w Ameryce Południowej jako manzanillas, jabłuszka, a w Australii queen's fingers, palcami królowej. Faktycznie są bowiem całkiem twarde w konsystencji, lekko kwaskowate – niczym jabłko (które, jak wiemy, nie jest owocem) – oraz kluseczkowate, jak palce dobrze usytuowanej kobiety o rubensowskich kształtach i pyknicznym typie budowy (jak na przykład Wiktoria Hanowerska, władczyni Australii i połowy Świata).

Manzanilki na straganie

    I takie manzanilki kupuję zawsze gdy tylko je zobaczę, na każdym bazarze, targu, sklepie (o ile mam czas i pieniądze oczywiście). Najsympatyczniejszym miejscem, w jakim je znalazłem była niewielka budka stojąca przy drodze gdzieś w Nowej Południowej Walii (albo Queenslandzie – w każdym razie w Australii). Dookoła nie było żywego ducha – choć możliwe, że gdzieś czaiły się, jak to na tym kontynencie, jakieś kangury owce – a kiosk był otwarty, towar wyłożony na ladę.

Budka z owocami

    Budkę ozdabiała tabliczka informująca, że to produkty miejscowego farmera, i miło by było, jakbyś zapłacił za płody rolne jeśli chcesz je wziąć. No worries, mate. Wspomożesz tym lokalnego rolnika.
    Nie będę ukrywał, że razem z Koleżanką wspomogliśmy owego lokalsa – i z bananem na buzi – dalszą część drogi do Sydney zajadaliśmy się właśnie australijskimi manzanilkami. Zaufanie to świetna sprawa.

Spora bananowa kiść

10 sierpnia 2020

Laurisilva

  Trzeciorzęd. Okres geologiczny trwający przez 3 miliony lat od wyginięcia dinozaurów do, mniej więcej, pojawienia się Człowieka (tym stwierdzeniem narażę się zapewne wielbicielom pewnej byłej pani Premier oraz fanom tzw. Kamieni z Iki na których są wyryci ludzie latający na pterodaktylach, ale co tam). Generalnie dość długo i dość dawno to było (i w sumie okazuje się, że nieprawda, bo trzeciorzędu już nie ma – podzielono go na dwie inne jednostki, ale ja nadal będę używał dawnej nazwy; starych drzew się nie przesadza).
   Współcześnie mamy bardzo niewiele możliwości zerknięcia jak wyglądała ta epoka, zasiedlona przez olbrzymie gatunki ptaków i ssaków – tak zwaną trzeciorzędową megafaunę. Oczywiście, mamy słynne Rancho La Brea w Stanach Zjednoczonych, gdzie wydobyto z ropy naftowej tony szczątków zwierzęcych, gdzieniegdzie w muzeach – także w Polsce – zerkniemy na mamuta (swoją drogą na wyspach Oceanu Arktycznego mamuty przetrwały niemal do naszych czasów – przy okazji: swego czasu Syberia słynęła z eksportu kości słoniowej, mamuciej właściwie; co jakiś czas zresztą w wiecznej zmarzlinie znajdujemy zamrożonego, włochatego trąbowca – któryś car rozkazał nawet tegoż zwierza przyrządzić i podać gościom; nie smakowało, albo dla tego, że mięso zbyt długo leżało w zamrażarce, albo też, że ostatni kucharz umiejący mamuta przyrządzić wyginął razem z nimi). Nosorożce włochate, czy inne gliptodony właściwie się z nami minęły, ale tak naprawdę megafauna skończyła się wraz z trzeciorzędem i nadejściem czwartorzędu wraz z jego zlodowaceniami (przypominam, że w Instytucie Badań Czwartorzędu zlokalizowana była słynna filmowa Szuflandia, hejkum-kejkum). Resztki owej megafauny przetrwały w Afryce, więc jakimś wglądem będzie zapewne safari w Parku Narodowym Serengeti, ale klimat od tamtego czasu trochę się zmienił, więc będzie to tylko namiastka Trzeciorzędu – a poza tym miejscowe słonie czy nosorożce też są na krawędzi zagłady.
   Cały trzeciorzęd więc wziął i przeminął. Cały? Nie! Została niewielka enklawa, otoczona rzymskimi obozami Delirium... Została niewielka enklawa – lasy wawrzynolistne, rosnące po dziś dzień na Wyspach Szczęśliwych.
Epifity lasów wawrzynolistnych
   Kilka atlantyckich archipelagów, gdzie w związku z odpowiednim klimatem przetrwały jeszcze w szczątkowej formie zbiorowiska leśne porastające onegdaj to, co kiedyś miało stać się Europą. Na kontynencie nie przetrwały. Kolaps afrykańskiej i europejskiej płyty kontynentalnej wraz z orogenezą alpejską czy plejstoceńskie zlodowacenia skutecznie zmieniły szatę roślinną (no, w czasie zlodowaceń to nawet ją usunęły – dopiero potem wróciła) naszej części Świata.
Laurisilva
   A tu zostały. Na Maderze (nazwa z języka portugalskiego znaczy "drewno") i kanaryjskiej La Gomerze laurisilva, lasy wawrzynolistne zostały nawet wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO, choć gdy powstawały nasi przodkowie nie odkryli jeszcze, że można kamieniem rozbić głowę sąsiadowi (a odkryli to dosyć wcześnie).
   Mało widziałem równie ponurych lasów. Owszem, w dżungli wszystko chce Cię zabić, eukaliptusy lubią co jakiś czas spłonąć, w monokulturze sosnowej możesz dostać mandat od leśniczego (a w Sherwood strzałę od banitów) – ale laurisilva są po prostu mocno depresyjne. Mgliste. Mroczne. Tak, jak gdyby nie były przystosowane dla Człowieka (i w sumie nie są).
Las wawrzynolistny
  Guanczowie, prawdopodobnie pierwsi mieszkańcy Wysp Kanaryjskich nie mieli w tych leśnych ostępach zbyt wesołego życia. Nic dziwnego, że swoje sanktuaria budowali na bezleśnych szczytach wzgórz.
Garajonay
  Czemu więc stworzyłem wpis o czymś, co zdaje się być nie do końca atrakcyjne? Raz, bo jako biolog (i miłośnik Wysp Kanaryjskich) uważam Laurisilva za coś naprawdę niezwykłego. Dwa, bo lasy te, mimo ich niegościnności potrafią być przepiękne.
La Gomera
   Wszechobecna wilgoć – głównym źródłem owej w Makaronezji są mgły; stąd lasy wawrzynolistne bywają bardzo zamglone – sprawia, że poskręcane gałęzie drzew wręcz oblepione są epifitami (czyli roślinami żyjącymi na innych roślinach i nie przynoszącymi im strat) – mchy i porosty są tu po prostu wszędzie. Zgoda, nie będą to porośla takie jak w dżungli czy równie wiekowych australijskich lasów deszczowych Gondwany (też UNESCO), ale jak ktoś zachwycał się naszymi brodaczkami w Puszczy Białowieskiej, będzie pod wrażeniem (ja się nie zachwycałem, ale prawie metrowe porosty z rodzaju brodaczka zwisające z drzew naprawdę robią wrażenie – tylko potrzebują bardzo czystego powietrza, stąd u nas chyba tylko na Podlasiu).
   Do tego jeśli już wysuniemy głowę spomiędzy drzew – na przykład wdrapując się Garajonay, najwyższy szczy La Gomery (z sanktuarium Gunaczów) to – jeśli będzie słońce – poczujemy się jak Bilbo Baggins, kiedy wdrapał się na drzewo w Mrocznej Puszczy i ujrzał ją z góry. Będzie ładnie.
Mgła
   Chyba, że będzie mglisto. Wtedy to się nic nie zobaczy, ale za to będzie bardzo mistycznie. Któregoś razu siedziałem sobie na tarasie knajpki pośrodku lasów wawrzynolistnych i spijałem gomeron – miejscowy przysmak (z La Gomery, jak się można domyślać po nazwie) zrobiony z tzw miodu palmowego (syrop taki, słodki bardzo) i podziwiałem widoki, gdy – nagle, bez ostrzeżenia, cały Świat pogrążył się w otchłani mgły (ależ grafomańskie zdanie, wypisz-wymaluj z jakiejś słabej książki fantasy). Od razu też zrobiło się chłodniej – i wilgotniej. Dopiłem kieliszek i niemal po omacku (bo była mgła, a nie dlatego, że gomeron zawiera alkohol metylowy, nie) dotarłem na swoją kwaterę. Tego dnia nie pozwiedzałem okolicy.
   Reasumując – podróż na Wyspy Szczęśliwe to trochę też (ale nie tylko, oczywiście) podróż w przeszłość. Nawet do czasów tak odległych jak trzeciorzęd. Ja ze swojej strony mogę tylko polecić – i zachęcić do odwiedzenia tych lasów. Z niezbyt jasnych dla mnie przyczyn jakoś nie są one głównym celem turystów odwiedzających Makaronezję...
Laurisilva

7 sierpnia 2020

Piramidy i jaskiniowcy

   Güímar to niewielkie miasteczko na Teneryfie na Wyspach Kanaryjskich, o czym już zresztą miałem okazję wspominać. Leży ono we wschodniej (czyli tam padają deszcze) części wyspy u stóp wulkanicznego masywu Pico del Teide (właściwie można przyjąć też założenie, że cała Teneryfa jest jednym wielkim masywem wulkanicznym, ale to nie prawda – jest ich tu co najmniej cztery) pomiędzy plantacjami bananowców oraz nielicznymi (w tej części wyspy) winnicami.
   Znajdują się tu tajemnicze piramidy, czy może nawet Piramidy. Jest ich sześć i przywodzą na myśl zagubione w jukatańskiej dżungli sakralne budowle Majów.
Piramidy w Guimar
   Na szerokie wody nauki i popkultury guimarskie budowle wypłynęły na początku lat 90-tych XX wieku, kiedy zajął się nimi niezwykły Thor Heyerdal. Już o nim wspominałem, kto chce sobie doczyta, na tą chwilę wystarczy, że powiem iż norweski badacz zajmował się (między innymi) paralelami pomiędzy cywilizacjami Starego i Nowego Świata. Głęboko był bowiem przekonany, że wczesne kultury ludzkie (to znaczy takie, które zaczęły już tworzyć cywilizację – albo i organizmy państwowe) potrafiły dość swobodnie przemieszczać się po kuli ziemskiej. Prawdopodobnie tak było, choć skala kontaktów między poszczególnymi rejonami Świata pozostaje niezbadana.
   Informacja dla niedowiarków – Fenicjanie, na rozkaz egipskiego faraona opłynęli Afrykę. Nikt im jednak nie uwierzył, bo zanotowali, że słońce pokazuje się na niebie po północnej stronie. Za takie bluźnierstwo Hannon, dowódca wyprawy mógł spokojnie stracić głowę. Kto wie zresztą, czy nie stracił. Sam Thor Heyerdal przepłynął Atlantyk na łodzi z papirusu (albo totory, to właściwie to samo, ale jedno rośnie w Egipcie, drugie w Andach – i na Wyspie Wielkanocnej) a Pacyfik na tratwie z drzewa balsy – i to mimo braku doświadczenia. Antyczni, mający w kościach wiele lat żeglowania poruszali się po morzach i oceanach zapewne z większą dezynwolturą niż norweski badacz.
Totora w Andach
   W każdym razie Heyerdal uważał, że antyczne cywilizacje kontaktowały się między sobą, a piramidy są jednym z dowodów na wymianę myśli i technologii. Innym jest na przykład sposób budowy trzcinowych łodzi – w muzeum nieopodal Piramid w Güímar znajdują się całe listy międzycywilizacyjnych paraleli – chociażby mapa rozmieszczenia piramid – w Afryce, Azji, Amerykach i Europie. Jako ciekawostkę mogę podać – nie ma tego w muzeum – iż ludowa, etniczna muzyka andyjskich Indian Ajmara oparta jest na pentatonice i bardzo zbliżona do chińskiej (czyli ciężka w odbiorze dla Europejczyków); podobnie zresztą jak i tradycyjne stroje.
Muzeum w Guimar - analogie
   Albo więc antyczni podróżnicy roznosili po całym Świecie idee i technologie, albo... Albo Człowiek w każdym zakątku Ziemi zbudowany jest podobnie, ten sam mózg, te same ręce, wpada na te same pomysły, stosując te same techniki. Obie te teorie nie muszą się oczywiście wykluczać.
   Jest jeszcze trzecia, związana z jakąś pradawną rasą, która albo rozprzestrzeniła się z jednego miejsca na Ziemi (ani chybi z Atlantydy, nie?) ucząc barbarzyńców swojej dziś już zapomnianej zaawansowanej technologii, no albo (AAS, Ancient Astronauts Society, nie?) owe zdobycze technologiczne zostały nam dane przez kosmitów – w sobie tylko wiadomym celu dbających o rozwój Ludzkości.
   No właśnie.
  Atlantyda – Wyspy Kanaryjskie, leżące na Atlantyku, muszą oczywiście znaleźć się na liście potencjalnych Atlantyd. 
   Czy wraz z innymi archipelagami Makaronezji (Wyspy Zielonego Przylądka, Azory, Madera) są szczytami tego zatopionego kontynentu? Raczej nie, odkrycie dryfu kontynentalnego na początku XX stulecia obaliło tą hipotezę (ale oczywiście zawsze znajdzie się ktoś kto to zaneguje).
Piramida w Guimar
   A piramidy? Przecież są. Na początku uważano je za sterty kamieni – rolnicy na Teneryfie oczyszczając pola układali kamienie w pryzmy – i używano do, na przykład, budowy domów. Podobno takich konstrukcji na całej wyspie było multum – w samym Güímarze oprócz sześciu zachowanych jeszcze trzy inne. Po zbadaniu sprawy przez Heyerdala okazało się, że nie – że zbudowane są nie z miejscowego kamienia tylko ze skał wulkanicznych (no ale przecież cała wyspa jest pochodzenia wulkanicznego... może na miejscu są innego typu skały wulkaniczne?) i na dodatek kamienie narożne nosiły ślady obróbki.
   Ani chybi – prawdziwe piramidy. Do tego w jaskini pod jedną z piramid mieszkali Guanczowie – kanaryjscy aborygeni.
Sztuka Guanczów
Dziedzictwo neolitu
  Igwanciyen, Guanczowie to rdzenni mieszkańcy Wysp Kanaryjskich – dziś już wymarli (choć zapewne jakiś procent genów Kanaryjczyków jest guanczowy – swoją drogą czasem na Teneryfie można spotkać napisy: "Goci do domu" – chodzi tu oczywiście o przybyszów z kontynentu, mających w części wizygockie korzenie lub "Teneryfa Guanczowa i Niepodległa" – gdzieś tam się dziedzictwo aborygenów tli w świadomości mieszkańców). Kiedy Hiszpanie przypłynęli na wyspy spotkali prymitywną kulturę – neolityczną, więc istniało pasterstwo i wczesne rolnictwo – jaskiniowców. Nie przeszkodziło to przybyszom dostać bęcki na Teneryfie i Gomerze – wyspach, gdzie Guanczowie tworzyli dość zgrane państewka. Finalnie jednak miejscowi przegrali i zostali w większości eksterminowani. Nie zachował się język – istnieją pewne przesłanki, że był to jeden z języków berberyjskich (pozdrawiam znajomych Berberów z Maroka), do dziś używanych, mimo agresywnej arabizacji, w Zachodniej Afryce – głównie na Saharze i w Górach Atlas – choć na La Gomerze przetrwał "el silbo", język gwizdów; dziś jest nauczany w szkołach. Niewiele pozostało po kulturze materialnej Guanczów – trochę ceramiki, obsydianowych narzędzi, parę mumii (to kolejna paralela między Starym i Nowym Światem) kilka ośrodków kultowych – najlepiej zachowany widziałem na Gomerze, we wpisanym na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO Parku Narodowym Garajonay – na najwyższym wzniesieniu wyspy – Garajonay właśnie.
   Nie wyglądał imponująco.
Garajonay
  Widząc wytwory kultury Guanczów trudno przypuszczać, że mogliby być potomkami jakiejś wysoko zaawansowanej cywilizacji – choć nie oznacza to, że kiedyś nie mogli wznieść piramid, prawda? W końcu każda szanująca się antyczna cywilizacja wznosiła wielkie budowle – czy to kamienne, czy to ziemne, czy to drewniane.
   Antyczni podróżnicy i pisarze znali wyspy Makaronezji (na Azorach odkryto fenickie monety) – Teneryfę nazywano w czasach rzymskich Nivaria – w związku z ośnieżonym szczytem Teide. Na części wysp znaleziono pismo o libijskiej proweniencji. Co do piramid – greko-rzymscy autorzy piszą, że na można tu było znaleźć ruiny starożytnych (już wtedy) budowli. Jednak, piszą też, że wyspy były bezludne. Albo więc zmyślają, albo Guanczowie musieli przybyć z Afryki – bo raczej są spokrewnieni z Berberami (Berberzy których spotkałem nie mają zbyt dużo fenotypowych cech semickich; trafiają się rudowłosi i jasnoocy niemal kromaniończycy, ale także ciemnoskórzy choć nie typowi negroidzi) – po czasach rzymskich (a przed nadejściem islamu, ponieważ nie znali Allaha). Pytanie, czy wtedy możliwe by było, żeby stali na tak niskim poziomie rozwoju?
Mumia - rekonstrukcja
   Trudno odpowiedzieć na to pytanie – może być przecież tak, że wyspy nie były bezludne, ale też nie było na nich starożytnych ruin. Jak było naprawdę nie dowiemy się chyba nigdy.
   I na zakończenie powrót do Güímaru – swoją drogą przed konkwistą była to stolica jednego z dziesięciu królestw na Teneryfie – i jego piramid. Badając jakiś czas po Heyerdalu budowle potwierdzono odkrycia Norwega – rzeczywiście, schodkowe konstrukcje zbudowano celowo, wcześniej plantując i przygotowując teren pod budowę, ale...
   W warstwie gleby pod piramidami znaleziono narzędzia z XIX wieku.

Najchętniej czytane

Kłujki

     Na koniec opowieści o Cykladach powrót na Ios . O wyspie tej wspominałem zdaje się przy okazji pożarów w rejonie Morza Śródziemnego i...