Tłumacz

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą archeologia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą archeologia. Pokaż wszystkie posty

19 czerwca 2026

Autostopem do Vindolandy

    Jest kilka zasad ułatwiających podróżowanie autostopem. Na przykład należy wyglądać przyjacielsko, schludnie, uśmiechnięto, jednym słowem – wzbudzać zaufanie. Z wielkim tobołem na plecach, sporą liczbą mil w nogach, typowym polskim uśmiechem na twarzy i oczami zdradzającymi brak snu od grubo ponad doby dreptając w stronę ruin rzymskiego miasta Vindolandy nie spełniałem żadnego z powyższych warunków. Niemniej starałem się tak czy siak – może bez wielkiej swady - okazję złapać.
Typowy pogodny autostopowicz
    Imperatyw narracyjny podpowiada, że mimo obiektywnych przeciwności losu udało się, i ktoś się w końcu zatrzymał. Była to stateczna Brytyjka w średnim wieku w czymś, co dziś nazwalibyśmy SUV-em.
    - Dokąd? - zapytała.
    - Do Vindolandy – odparłem.
    - Tam nie jadę, ale mogę podwieźć się kilka mil w tamtą stronę.
    - Super.
    Wsiadłem, rozpoczęliśmy konwersację, jak to się mówi, small-talk (po polsku chyba będzie to "pogaduszki"). Średni w tym jestem, ale kpem jest ten, któren się nie stara.
    - Jestem hydrobiologiem – odparłem zapytany o zawód wyuczony.
    - O, ja też – ucieszyła się niewiasta.
    - Od makrozoobentosu – dodałem.
    - Ja też! Kocham wodne owady! - różnych zboczeńców można spotkać podróżując okazjami, fascynacja bezkręgowcami z zamulonego bajora jest wśród nich naprawdę niegroźna.
    - Tak – odparłem, całkiem zaskoczony – Świetne są. Choćby takie – i tu przydała się wiedza nabyta na studiach – Plecoptera.
    - Plecoptera? Moje ulubione!
Trudno mówić o moich ulubionych owadach, ale termity mają całkiem ciekawy posmak
    Plecoptera to oczywiście widelnice – starożytna i dość prymitywna grupa owadów (rząd, konkretnie); jak zowią się one po angielsku nie miałem pojęcia, na szczęście łacina nadal jest choć w części międzynarodowym językiem nauki, Reformacja nie zepsuła tego do końca. Czemu akurat one przyszły mi na myśl nie wiem, dużo bardziej fascynują mnie Trichoptera, chruściki, których larwy pro maior pars budują domki niczym kraby-pustelniki (czasem domki budują też poczwarki, a czasem nie budują, tylko przędą podwodne sieci jakich nie powstydziłby się pająk topik; w sieci te łowią zdobycz) a imago wygląda jak nocny motyl z długimi czułkami. Albo ważki, Odonata. Albo te zajadłe meszki, Simuliidae, które jako dorosłe gryzą do krwi, a jako larwy są czymś na kształt filtratorów, bliskie krewne równie znienawidzonych Culicidae, komarów, i niegroźnych Chironomidae, ochotek (wszystko to Diptera, muchówki). A tu widelnice. Podobnie jak jętki, Ephemeroptera, mają przeobrażenie niezupełne i stadium nimfy. Może dlatego o nich wypaliłem, że to duże owady? I lubią czyste wody, a ja pracowałem nad rzeką Ner – przez kilkadziesiąt lat odbiornikiem ścieków z aglomeracji łódzkiej (jeszcze w latach osiemdziesiątych przekraczając most w Lutomiersku trzeba było zamykać okno w aucie żeby nie podusić się od smrodu rzeki; w maluchu, muszę stwierdzić, niewiele to dawało, tak był szczelny) i spotykałem głównie ochotki i skąposzczety (Chironomidae i Oligocheta). Jak się jakaś błotniarka (ślimak – Lymnaea sp.) albo ośliczka (skorupiak - Asellus sp.) trafiły byłem szczęśliwy jakby Boże Narodzenie przyszło wcześniej.
Tymczasem Boże Narodzenie wcześniej:
    Pogadaliśmy jeszcze chwilę – o owadach wodnych – i dotarliśmy do skrzyżowania, na którym miałem wysiąść.
    - Wiesz co? - stwierdziła moja dobrodziejka, pani hydrobiolog (nie jakaś hydrobiolożka, nie obdzierajmy zawodów z estymy; zresztą wtedy jeszcze nie było hydrobiolożek, to była końcówka czasów gdy mężczyźni byli męscy a kobiety kobiece, nie to co teraz) – Fajnie się gada, podrzucę się do Vindolandy. To tylko kilka mil.
Fragment klucza do oznaczania larw Plecoptera - czyli żyjących w wodzie dzieci widelnic
    I niech mi ktoś teraz powie, że nauka o makrozoobentosie nie przydaje się w podróży. Ha! Dobrze, malkontent powie, że dzięki kilku latom studiów zyskałem kilkanaście kilometrów, ale co tam. Tym bardziej, że po przybyciu na miejsce zostałem jeszcze poinformowany gdzie jest kasa biletowa, skąd odjeżdżają busy w stronę Carlisle i Newcastle, i tak dalej. Super sprawa, dziękuję wam, widelnice.
Vindolanda
    A sama Vindolanda? Wspaniała sprawa. Dobra, na pierwszy rzut oka wygląda jak typowe rzymskie pozostałości – a jako, że Rzymianie wszędzie budowali tak samo, to wszystkie są identyczne. Albo niezwykle podobne, i kto jedne zobaczył, widział wszystkie.
Łaźnie Vindolandy
Rzymskie forum na Cyprze
Późnoantyczny kościół nad Morzem Czerwonym w Jordanii
Rzymskie miasto w Konstancy
Rzymska willa w Katalonii
    Technicznie tacy psuje zabawy mają trochę racji. Ale z drugiej strony każde z takich miejsc ma swoją historię – tu w Vindolandzie trwała ona tylko jakieś 350-400 lat, i była tylko rzymska. No, może z jakimś ino niewielkim miejscowym sznytem. Ale taki Londyn powstał na wcześniejszych celtyckich oppidiach, York w Średniowieczu został wikińską twierdzą, a tu – tylko Imperium Romanum. A kiedy archeolodzy dorwali się do miejscowych latryn i wysypisk śmieci... Archeolog, trzeba bowiem to jasno powiedzieć, zajmuje się nie tylko rabunkiem grobowców (choć właśnie przez to każdy chciał zostać Indianą Jonesem). Dużo ciekawsze jest babranie się w antycznych śmieciach i odchodach. Poznajemy wtedy nie tylko dietę dawnych mieszkańców, ale i inne aspekty codziennego życia. W Vindolandzie wydarzyły się do tego dwa procesy – pierwszy to wspomniana pustać osadnicza. Druga to kwaśna, torfowa gleba (obie mogą być ze sobą powiązane). Dzięki temu zachowało się tu cała masa materiału organicznego. Jakieś buty z epoki, stroje, pierdoły – i korespondencja. To najzabawniejsza część. Oto bowiem zesłani na odległą imperialną placówkę żołnierze – i ich rodziny – może i mieszkają w rzymskim mieście (razem z Brytami), ale ewidentnie brakuje im śródziemnomorskiego słońca. Narzekają więc na typową brytyjską pogodę (a trzeba powiedzieć, że wtedy w Europie mamy tak zwane rzymskie optimum klimatyczne, niektórym nigdy się nie dogodzi), czy ohydne miejscowe wino (dziś chyba w Brytanii winorośl nie jest uprawiana, nie jestem pewien; rzeczywiście, lepiej tam smakuje cydr czy inne piwo albo ale).
    - Kochani rodzice, przyślijcie bukłaczka.
    Piękna sprawa.
Uroczy zakątek rekonstrukcyjny w Vindolandzie

12 czerwca 2026

Wał Hadriana

    Pomiędzy Newcastle a Carlisle (Njukastl i Ka'ajl – po co używać tylu liter, skoro ich się nie czyta? Takie rzeczy pozwalają tylko docenić geniusz świętego Cyryla, Konstantyna z chrztu, twórcy fonetycznej głagolicy) rozciągał się, co W. Sz. Czytelnik już wie, Wał Hadriana, czyli rzymskie limes w najdoskonalszej formie.
Panorama Wału Hadriana
    W. Sz. Czytelnik wie też, że od kilku wpisów podążam ku miejscu, w którym udowodnię, że studia dzięki którym mogłem zostać ekspertem od makrozoobentosu były niezwykle potrzebne. I miejscem tym są okolice właśnie Wału Hadriana, więc epopeja niedługo się skończy. Ale jeszcze chwilka. Bo Wał Hadriana warty jest szerszej o nim opowieści. Albo – co bardzo polecam – odwiedzenia. I spaceru przez kilkadziesiąt kilometrów od Morza Północnego po Irlandzkie. Albo w drugą stronę. Szlak, jak to na Wyspach Brytyjskich, oznaczony jest nieźle, choć czasem trzeba pokonywać płotki i murki oddzielające poszczególne pastwiska.
Szlak turystyczny
    Same umocnienia powstały na rozkaz Hadriana, jednego z Pięciu Dobrych Cesarzy (w rzeczywistości było ich trochę więcej, nie wszyscy się też jakoś dobrze zasłużyli), jednego z najwybitniejszych władców w historii całego Imperium Romanum – w piku owego świetności. Chodziło tu nie tyle o odgrodzenie ziem opanowanych przez Rzym od dzikiej Kaledonii (którą Rzymianie pod dowództwem Agricoli podbili, popatrzyli, i z braku perspektyw bogactw zostawili) zamieszkałej przez Brytów i Piktów co o unormowanie stosunków międzynarodowych. Stąd oprócz milecastle (czyli wież milowych) czy fortów w których stacjonowali legioniści w fortyfikacjach były też bramy (o jednej z najdziwniejszych już kiedyś na blogu wspominałem). Wzdłuż muru powstało też prawdziwe rzymskie miasto – ośrodek handlowy dla barbarzyńców zza Muru.
Jedna z bram Wału Hadriana
    Napisałem Mur z wielkiej litery, i od razu przypominała mi się powieść fantasy Niela Gaimana Gwiezdny Pył, gdzie Mur jest jedną z osi fabularnych (w ekranizacji – sympatycznej, acz od książki słabszej – De Niro biega w kiecce, ale wbrew pozorom to jedna z lepszych jego późnych ról) – tak, Wał Hadriana trafił do popkultury. I do Hollywood – o jednej z ekranizacji legendy Króla Artura pisałem przy okazji odkryć archeologicznych w okolicach Bydgoszczy.
Typowy rzymski wisior
    Wkrótce Rzymianie przesunęli swoje władztwo trochę na północ, gdzie między Edynburgiem a Glasgow Antoninus Pius (inny z Dobrych Cesarzy – jego panowanie było tak spokojne, że właściwie niewiele o nim wiadomo) wybudował kolejną linię limes. Mniej imponująca nie zachowała się w całości, ale jej resztki też wpisano na Listę Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Wkrótce jednak wrócono na silne fortyfikacje pierwotnego Wału, i aż do połowy V wieku po Chrystusie, gdy legiony na dobre opuściły Brytanię, mur spełniał swoją rolę. A potem, mówiąc kolokwialnie, zarósł. Trochę go rozebrano, trochę zburzono, ale w dużej mierze okolice pozostały bezludne – co niezwykle cieszy archeologów: mogą sobie kopać i nie muszą niczego przy okazji wyburzać.
Efekty prac archeologicznych w Vindolandzie
    Swoją przygodę z Wałem Hadriana zacząłem właśnie od stanowiska archeologicznego – dawnego rzymskiego fortu Vercovicum, dziś zwanego Housesteads. Takich ufortyfikowanych obozów było wzdłuż muru kilka, i kiedy jacyś nielegalni emigranci Piktowie za bardzo zaczynali hałłakować podle którejś z bram czy wież warownych z fortu dosyłano posiłki by nauczyć barbarzyńców moresu. Głównie za pomocą pilum i gladiusa, acz rzymscy inżynierowie stosowali całe masy maszyn balistycznych, wobec których mieszkańcy Kaledonii byli mniej więcej – raczej więcej – bezradni. Trzeba przyznać, że taki system ochrony granic do dziś się sprawdza – pytaniem otwartym pozostaje dlaczego Unia E***pejska zakazuje stosowania tegoż.
Pozostałości fortu Housesteads
    Po obejrzeniu fortu poprawiłem ciężki plecak i radośnie ruszyłem wzdłuż Wału. Okazało się, że ta część Brytanii jest nieźle pofałdowana (miejscowi twierdzą, że są to Góry Pennińskie; góry! - zakrzyknę niczym Gimili opowiadający o Morii) – choć i tak najtrudniejsze z wielkim plecakiem były ustawiane gdzieniegdzie drabinki do pokonywania wspominanych już płotów i murków.
Mury, murki, góry, lasy
    Owce nie były takie groźne, acz dużo bardziej liczne niż ludzie. Pastwiska pojawiły się tu później niż rzymskie limes, w I i II wieku po Chrystusie w okolicy dominowały lasy, finalnie wytrzebione w czasie rewolucji przemysłowej. Drzew pozostało niewiele – a najsłynniejszym bez wątpienia jest ów klon jawor – sykamora, jak chcą Brytole – nasadzona podle muru gdzieś z końcem XIX wieku, na której gałęziach chronił się syn Małego Johna, a gdzie Robin z Locksley w hollywoodzkim Księciu Złodziei pierwszy raz złoił skórę ludziom szeryfa. To znaczy: był. Kilka lat temu (zdaje się AD 2023) dwójka ziomeczków, Kumbryjczyków (to ci z okolic Carlisle), bezprawnie drzewo ścięła, wywołując przy tym niemały – choć raczej lokalny – skandal. Tak, że już nie zobaczycie.
Chlip!
    Spotkać można za to kilka zamków czy wiosek – owszem, teren przez kilkaset lat był pusty, ale nie bezludny.
Ruiny zamku Thirlwall i owce
    Jadąc do Carlisle – bo nie całą drogę pokonałem na własnych stopach – minąłem nawet jakieś opactwo. Jako, że byłem mocno zmęczony po nieprzespanej w Newcastle nocy to nie pamiętam, czy było całe, czy tradycyjnie, jak to na w Anglii, zniszczone przez Henryka VIII (przechodząc na protestantyzm Tudorowi chodziło nie tylko o możliwość ciurlania się, ale i przejęcie kościelnych majątków; w Szkocji opactwa burzyli kalwiniści Johna Knoxa). Mógłbym sprawdzić na mapie, ale byłoby to niesportowe – skoro zapomniałem, trudno.
Dom Johna Knoxa w Edynburgu
    Nie będę też ukrywał, że przemieszczając się wzdłuż Wału Hadriana koniecznie chciałem odwiedzić najbardziej na północ położone rzymskie miasto. No, ruiny tegoż, czyli Vindolandę. Kursująca wzdłuż fortyfikacji komunikacja publiczna – z której dwukrotnie skorzystałem i tak – jakoś czasowo mi nie podpasowywała, więc ruszyłem, coraz bardziej zmęczony, metodą palce-pięta. Po drodze starając się złapać autostop.

27 marca 2026

Wyspa Afrodyty

    Seria wpisów o Cyprze, a niemal nic nie było o najsłynniejszej Kyprydzie, Wenerze? Otóż trochę było – zwłaszcza w kontekście bogactw na wyspie występujących, które, jak wiadomo miłości sprzyjają.
Ruda jak miedź cypryjska ziemia
    Z miłością związane są – także etymologicznie – choroby weneryczne, te same, które jednej ze stolic Unii E***pejskiej, Strasburgowi mianowicie, dały atrakcję turystyczną w postaci tak zwanej Małej Francji. Ale o tym na blogu - jak i o innych nieprzyjemnych rzeczachbyło (o przyjemnych też, pono i słowo wino ma pokrewne pochodzenie). Teraz Cypr.
Strasburska Mała Francja vel Mała Franca
    Wenera, Wenus, to oczywiście zajumana przez Rzymian grecka Afrodyta, bogini miłości, Miała ona narodzić się właśnie u wybrzeży wyspy, w sposób jak najbardziej magiczny. Oto bowiem rodzina pośród greckich bóstw nigdy nie cieszyła się przesadną estymą. Oto Uranos – Niebo, napłodził był z Gają – Ziemią Tytanów, z których najsilniejszy, Kronos, wziął był swojego ojca obalił i strącił z tronu w czeluści Tartaru. O tym wiedzą zapewne nawet absolwenci gimnazjów (a wiedzieć nie będą obecni uczniowie, okaleczani przez "nowoczesne" podstawy programowe, mające skutecznie odciąć kolejne pokolenia od korzeni kultury europejskiej). Niektórzy może nawet kojarzą, że Kronos zranił Uranosa sierpem. O tym, że zranienie to polegało na ucięciu kurze złotych jajec ojcu genitaliów słyszeli jednak nieliczni (swoją drogą polecam pozycję Mity greckie Roberta Gravesa, kiedyś zresztą na blogu wspominanego). A szkoda, bo to nadaje opowieści niemal współczesnej pikanterii. W każdym razie krew brocząca z ran lecącego ku wiecznemu tartarowemu przebytowi Uranosa nakapała do pobliskiego oceanu, zapładniając go. W efekcie z powstającej u wybrzeży Cypru morskiej piany narodziła się właśnie Afrodyta. Świat zawirował, rozległy się hymny pochwalne, a Botticelli mógł namalować swoje słynne dzieło, Narodziny Wenus, gdzie nienachalnej urody panna odziewana jest w zdobne szaty stojąc na muszli perłopława, niczym perła powstająca z cierpienia małża. Jak wygląda ów obraz wie każdy (a jak nie wie, niech sobie poszuka), na Cyprze jego fragmenty ozdabiają wiele pamiątek dla turystów. Podobnie jak i skała, przez miejscowych zwana Petra tou Romani, Skałą Rzymianina, a przez bedekery Skałą Afrodyty. Mająca być jakoby miejscem pojawienia się bogini. Rzeczywiście, Morze Śródziemne malowniczo rozbryzguje się o owe ostańce.
Skała Afrodyty
    Fakt, że proces narodzenia Afrodyty przebiegał jak przebiegał (krwawiące genitalia wchluptane do morza) mówi nam, że o prokreacji starożytni Grecy wiedzieli odrobinę więcej od tych jakże nowoczesnych Ludzi Alfabetu.
    I tak, będąc na Cyprze widziałem Afrodytę. Prawdziwą – taką, jaka ze Wschodu przybyła na wyspę i do Grecji. Nie było to jedyne bóstwo, które do Europy trafiło ze wschodnich rejonów Morza Śródziemnego. Przy okazji: Europa była fenicką księżniczką (siostrą Kadmosa, który nie dość, że przyniósł Grekom alfabet, to jeszcze zbudował akropol w siedmiobarmnych Tebach beockich; kiedyś takie rzeczy się działy, dziś już się nie dzieją), którą zdybał sam Zeus. Dopadł ją na Krecie, miejscu własnych narodzin. Także jeden z zeusowych synów, Dionizos, przybył w swym pijackim orszaku z Azji Mniejszej.
Jaskinia Dikte na Krecie, jedno z mitologicznych miejsc narodzin Zeusa
    Gdziem ową Afrodytę widział? W Starym Pafos. Docenione przez UNESCO stanowisko archeologiczne leży kilka kilometrów zaledwie od Skały Afrodyty. I kilkadziesiąt od Nowego Pafos (także wpisanego na listę UNESCO) – ta jedna z dawnych stolic wyspy zmieniała swoje położenie kilkakrotnie, i dziś też leży całkiem gdzie indziej. W każdym razie w Palepaphos (w wiosce Kuklia) zachowały się ruiny sanktuarium Afrodyty.
Ruiny sanktuarium Afrodyty
    To, co zostało pochodzi oczywiście z czasów rzymskich, ale miejsce było używane jeszcze przez kolonizujących wyspę Fenicjan i Greków (a może i miejscowych Eteocypryjczyków). Sama zaś bogini, czy też jej posąg, obecnie zamknięta jest w nieodległym średniowiecznym dworze Luzynianów (choć oczywiście obiekt rozbudowano za Turka) robiącym za muzeum.
Zamek Luzynianów
    A wygląda tak:
Afrodyta z Pafos
    Zgadza się, ten wcięty w boku bezkształtny głaz to właśnie Afrodyta. No, nie głaz, a betyl. Symbol bogini. Standardowa rzecz na Bliskim Wschodzie, gdzie plemiona semickie, z racji tabu, tak właśnie przedstawiały swe bóstwa.
Betyle w stolicy semickich Nabatejczyków, Petrze
    Niektóre z nich do dziś wzdrygają się przed personifikacją, wizerunkiem bóstwa. Inne z tych ludów, te tworzące cywilizację, jak Egipcjanie, szybko porzucili te wierzenia. Pozostałe skłoniło ku temu światło bijące z cywilizacji greckiej (i rzymskiej), i w takiej Petrze czy Kartaginie bóstwa dostają ludzkich kształtów. Tak też stało się z Asztarte, która trafiła na Cypr za pośrednictwem jej kanaanejskich, fenickich wyznawców. Tu wzięli ją w leasing równie politeistyczni Grecy, i jako Afrodytę wciągnęli do własnego panteonu. I uczłowieczyli ją.
Wenus Taurydzka - rzeźba z okresu hellenistycznego
    Najsłynniejszym wizerunkiem takiej Afrodyty jest oczywiście rzeźba (z czasów hellenistycznych) znaleziona na jednej z cykladzkich wysp – dziś eksponowana w paryskim Luwrze. Po tej niekształtnej Asztarte pozostały biblijne wzmianki o aszerach, jakie do Świątyni wstawiać kazał między innymi sam Salomon. Hebrajczycy, zatwardziali zwolennicy monolatrii (monoteizm wymyślili później), mocno zwalczali niezwykle żywotny kult owej bogini.
Źródło zwane Łaźniami Afrodyty w swej mroczniejszej odsłonie

13 marca 2026

Cypr podzielony

    Dopiero co było o Nikozji, znanej jako ostatnia podzielona stolica na Świecie, więc bezsensownie jest jeszcze raz pisać o tym, że 37% wyspy w odpowiedzi na koncepcję enosis, zjednoczenia z Grecją, opanowali Turcy i od 1974 jest osobnym bytem jako Turecka Republika Cypru Północnego (każdy powie, że to państwo nieuznawane na arenie międzynarodowej, ale skoro Turcja uznaje – no to jest uznawane). W poprzednim wpisie wspominałem jeszcze o brytyjskich bazach wojskowych (kontrola nad szlakami morskimi biegnącymi w stronę Kanału Sueskiego było jednym z powodów przejęcia Cypru przez Zjednoczone Królestwo w drugiej połowie XIX wieku) w Akrotiri (tak samo się nazywa wioska i stanowisko archeologiczne na Santorynie) i Dhekelii.
Ulice podzielonej Nikozji
Brytyjskie flamingi na Cyprze
    Tak więc Cypr jest podzielony – co w sumie nie jest niczym nowym, gdy tylko wyspa była niepodległa zawsze (no prawie – wyjątkiem jest panowanie Lusignanów (Luzynianów po naszemu); w sumie na upartego można by je jednak potraktować jako okupację wyspy przez krzyżowców) dzieliła się na wiele mniejszych państewek.
Obronny dwór Luzynianów
Zamek joannitów w Kolossi
    A zamieszkana jest od dawna. Od bardzo dawna. Pierwsi mieszkańcy przybyli tu w czasach sprzed wynalezienia rolnictwa – i przywieźli dziki, w zamian wybijając miejscowe karłowate słonie i inne hipopotamy. Jakieś 10 tysięcy lat temu. Ich śladów nie odwiedziłem, za to mającą 7 000 lat wioskę w Chirokitii jak najbardziej. Miejscowi zrobili nawet rekonstrukcję zabudowań używając technik z epoki, ale wygląda to trochę jak betonowe silosy. Wychodzi, że już w neolicie żyto (w znaczeniu, że żyło się, a nie jako jedno ze zbóż, wtedy tam nie znane) w kawalerkach w domach z betonu nie ma wolnej miłości.
Zrekonstruowane domki neolitycznej wioski...
...i zachowane pozostałości
    Potem nadeszła epoka brązu (a ten, jak wiadomo, składa się z miedzi, obficie na Cyprze występującej – i do dziś w śladowych ilościach tu wydobywanej) i ważne miejsce na mapie ówczesnego Świata jako Alaszija. Wyspę w orbitę swoich wpływów wciągali Egipcjanie, Hetyci, Asyryjczycy... Nie wierzę też, że nie zaglądali tu Minojczycy i Mykeńczycy. W końcu znalezione na Cyprze pismo pochodzi od pisma linearnego z Krety (niektórzy mówią o piśmie linearnym C). A przynajmniej jedno z pism.
Cypryjskie pismo
    W epoce Wielkiej Kolonizacji przypłynęli tu Grecy i Fenicjanie – wraz z miejscowymi, Eteocypryjczykami, utworzono wtedy kilka królestw, które zajął dopiero Aleksander Macedoński. Dziś pozostały po nich tylko ruiny, choć na przykład w miejscu takiego Kitionu, miasta Zenona, słynnego stoika, wyrosła dziś Larnaka.
Współczesna Larnaka - tu cerkiew i klasztor wzniesione na grobie świętego Łazarza (na jego drugim grobie, oczywiście)
    Nie na wszystkich jednak, ja odwiedziłem dwa stanowiska archeologiczne (no, trzy, bo jedno podwójne, za to wpisane na Listę UNESCO, podobnie jak neolityczna Chirokitia i kilka średniowiecznych cerkwi w górach Troodos) dawnych stolic cypryjskich królestw. Na tyle dawnych, że w czasach rzymskich były to już normalne miasta. No, właściwie kto widział jakieś rzymskie ruiny w jednym miejscu, ten widział je w każdym.
Odessos - czyli bułgarska Warna
Ruiny rzymskiej wilii w katalońskiej Tossie
    Tu jednak – oprócz malowniczego położenia - swoje zrobiły wspaniale zachowane mozaiki. W Kurionie był to ledwie przedsmak.
Antyczny Kurion
    Nea Paphos – Nowa Pafos (przeniesiona tam w Starożytności, Palea Paphos też jest, i też byłem; współczesne Pafos ma centrum jeszcze gdzie indziej) za to oczarowywuje misternymi podłogowymi mozaikami (restaurowali je także nasi archeolodzy, są na stanowisku odpowiednie adnotacje), pokazując w jakim przepychu żyło się w Starożytnym Rzymie.
Stanowisko archeologiczne Nea Paphos
Mozaiki Nea Paphos
    Oczywiście jak się miało pieniądze, biedni w każdej epoce mieli pod górkę. W każdym razie przepych przepych przepychem poganiał. Wielka szkoda, że nie zachowały się ściany domostw, bo były one zapewne pięknie malowane – zapewne równie frywolnymi wzorami co mozaiki.
Typowa podłoga u rzymskiego bogacza - odkrywana przez polskich archeologów
    O samych królach Cypru z epoki Antyku w sumie nie wiemy zbyt wiele, dalej najpopularniejszym władcą jest mityczny Pigmalion (imię raczej fenickie, Pumajaton), który od Afrodyty dostał w darze ożywioną z marmuru Galateę. W Pafos znajdują się liczne Grobowce Królewskie – ale powstały one w czasach panowania na wyspie greckich Lagidów z Egiptu (Ptolemeuszy, znaczy się), i zapewne są mauzoleami miejscowych i przyjezdnych elit. Wykute w skale w późniejszych wiekach robiły za kamieniołomy, i podejrzewam, że większość z nich się nie zachowała. Pierwszy miejscowy grobowiec jaki spotkałem – niezbyt zachwycający – znajdował się na nieużytku robiącym za wysypisko. U nas nie do pomyślenia.
Ellinospilios - antyczny grobowiec
    Te najznaczniejsze jednak, chronione także przez UNESCO, faktycznie zrobiły na mnie wrażenie.
Hellenistyczno-rzymskie dziedzictwo
Patio jednego z grobowców
Grobowce królewskie
    Owszem, widziałem piękniejsze cmentarze - wszak na blogu opisywałem nabatejską stolicę Petrę, mimo iż semicką w swej istocie to jednak silnie zhellenizowaną, tak jak Cypr, i tak jak on w końcu zajętą przez Rzymian (kilkadziesiąt lat później).
Petra - widok z grobowca na grobowiec
Wnętrze jednego z grobowców w Petrze
    Nie da się ukryć, że Cypr leży nie tylko geograficznie w Azji. W Lewancie. Chociaż przecież jest także europejski, takie Outremer. Piękne pogranicze.
Gotycki meczet na skrzyżowaniu kultur

Najchętniej czytane

Bunkry

     Skoro poprzedni wpis zakończyłem opowiastką o pubie i historii , a tych pierwszych, jak wcześniej wspomniałem w okolicy nie ma za wiel...