Tłumacz

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą węgry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą węgry. Pokaż wszystkie posty

9 stycznia 2026

Tropem Osmanów cz. 1

    No tak. Jadąc do Bizancjum nie da się uniknąć przejazdu przez tereny zajmowane onegdaj przez Wysoką Portę Ottomańską – znaczy się Imperium Osmańskie. Można mówić Turcja, ale to oczywisty anachronizm (z ciekawostek: ostatnio w oficjalnych angielskich dokumentach zastąpiono Turkey nazwą Turkiye – żeby się Brytolom czy innym Amerykańcom z indykiem nie myliło). W zasadzie wystarczy jadąc z Polski na południe przekroczyć Dunaj – i już wjeżdża się do dawnych dziedzin Osmanów. Owszem, długo tak daleko na północy miejsca nie zagrzali, przegonił ich spod Wiednia i rozbił pod Parkanami (na dzisiejszej Słowacji) nasz król Jan III Sobieski, zresztą. Nie przeszkodziło to jednak tureckim architektom postawić w Jagierze (to staropolska nazwa miasta Eger, tego od Egri bikaver, jagierskiej byczej krwi, intensywnego czerwonego wina, którego nazwa powstała właśnie w wyniku jednego z osmańskich oblężeń – to wspaniała, acz dość powszechnie znana opowieść, więc tu jej nie będzie; pojawi się, jak skończą mi się tematy – albo gdy odwiedzę w końcu tamtejszą Dolinę Pięknej Pani) meczet – z którego do dziś zachował się ino minaret.

Eger - minaret, dziś obok protestanckiego zboru

    Meczetów zresztą na Bałkanach jest co niemiara – Turcy Osmańscy przynieśli bowiem ze sobą islam (oraz ulgi podatkowe dla wyznawców Allaha), a co za tym idzie dżamije – co jest słowiańską formą tureckiego słowa cami (słownictwo na Bałkanach to też element osmańskiego dziedzictwa – chociażby ciorba, czyli zupa, zwie się tak zarówno w Serbii, jak i Rumunii czy Bułgarii; niewiele można z tym zrobić, choć na przykład Grecy w drugiej połowie XX wieku próbowali urzędowo wprowadzić zamiast ludowej greki, demotyki, z naleciałościami, dialekt oparty bezpośrednio na klasycznej koinekatharewusa, język oczyszczony, mimo olbrzymich nakładów nie przyjął się en masse, choć do dziś w Grecji są ludzie dla których jest to pierwszy język; gdzieniegdzie na prowincji zachowały się też na przykład tablice z nazwami ulic czy miejscowości w tejże mowie). Pozostali też liczni muzułmanie.

Meczet w dobrudzkiej Konstancy

    Najwięcej w Albanii, Bośni i Hercegowinie, Północnej Macedonii i Serbii (wraz z Kosowem), ale przecież i Czarnogórze, Bułgarii i Rumunii ich znajdziemy. W Chorwacji raczej nie bardzo, a z Grecji zostali wypędzeni w ramach wymiany ludności po wojnach grecko-tureckich te sto lat temu. W zamian Grecja dostała nieco obcych kulturowo Greków Pontyjskich. Spora część meczetów w związku z wycofaniem się Ottomanów z Bałkanów zamieniła się w ruiny, część wróciła do swych pierwotnych funkcji – czyli cerkwi – a reszta służy pozostałym muzułmanom. Powstają też nowe – bardzo okazałe budowle – i wcale nie są sponsorowane przez Turków. Stawiają je głównie monarchie znad Zatoki Perskiej, w ramach ekspansji kulturowej i eksportu radykalnych odłamów islamu (nie oszukujmy się, tacy bektaszyci, żyjący głównie w Albanii, dla wahabity są odstępcami; na dodatek piją alkohol). Mudżahedini z krajów Zatoki czy Azji Centralnej walczyli już w czasie wojny w Bośni.

Minarety sarajewskiej starówki

    O meczetowym recyklingu jeszcze będzie, bo po Imperium Osmańskim zostały gdzieniegdzie na Bałkanach całe miasta i dzielnice. Zresztą na blogu kilka razy wspominałem już o czarszijach (jak z tureckiego zwą się owe kwartały) w Kruji, Sarajewie, Ochrydzie czy mojej ulubionej - w Skopju.

Islamska strona Ochrydy
Osmańska starówka w albańskim Beracie

    O tym, że jedna z większych postosmańskich dzielnic jest w Atenach chyba nie pisałem – Grecy zresztą chcieli by, żeby jej nie było. Z drugiej strony Plaka – położona u stóp Akropolu – jest olbrzymim magnesem dla zachodniego turysty. Ot, przecież pecunia non olet.

Plac Monastiriaki i Plaka podle ateńskiego Akropolu
    Od czasu do czasu natknąć się też można na tureckie zajazdy. Imperium Osmańskiemu mocno zależało na rozwoju podbitych krain (podatki, głupcze!), a nie oszukujmy się: w Średniowieczu Bałkany (wtedy jeszcze się tak nie nazywające) pokryła sieć głównie słowiańskich cesarstw, królestw, księstw czy despotatów, które miast zachować spuściznę Imperium Romanum z uporem godnym lepszej sprawy tłukły się między sobą (i z pozabałkańskimi sąsiadami, od Wenecji i Królestwa Węgier poczynając na koczownikach znad Morza Czarnego kończąc).

Han w Skopje
Słynny Kryty Bazar w Stambule

    Osmanowie poczęli więc odbudowywać sieci handlowe i infrastrukturę drogową. O hanach, owych zajazdach przecież pisałem wielokrotnie, czy to zachwycając się skopską starówką, czy wspominając o Bukareszcie.

Bukareszt - turecki karawanseraj

    Zachwycałem się też nad starym mostem w Mostarze. A jeśli się nie zachwycałem to powinienem. Taka tylko uwaga dla każdego kto będzie przekraczał Neretwę przez ten przepiękny obiekt: to rekonstrukcja, oryginalny łuk spinający brzegi rzeki został w czasie wojny w Bośni (Mostar leży w Hercegowinie) wysadzony przez Chorwatów. Odbudowano go z oryginalnych resztek. A. Nie polecam przechodzić po nim w deszczu – może wtedy standardowy tłok będzie mniejszy, ale śliskie kamienie tylko czekają, aż dentysta odpali działkę.

Stary Most nad Neretwą

    I w sumie po tym postosmańskim – lichym dość – przeglądzie Bałkanów (o weneckich posiadłościach też kiedyś było) powinienem ruszyć przez Trację przez Adrianopol do Konstantynopola, ale że powiedziałem A w sprawie recyklingu meczetowego, to chwilę pociągnę ten temat – bo potem zapomnę. I jako, że wpis się kończy, to trzeba będzie zrobić to w drugiej jego części.

Najsłynniejszy zrecyklingowany meczet

    Co do zapominania – właśnie. Po Osmanach pozostały jeszcze dziesiątki konstrukcji zwanych kale. A kale po turecku to twierdza. No, zamek. Od Budapesztu przez Belgrad po Tiranę czy Skopje je znajdziemy. Cóż, podbój tych terenów nie był chyba tak ostateczny jak chcieliby Osmanowie.

Belgradzki Kalemegdan
Lezha w Albanii
Kruja - siedziba Skanderbega
Twierdza Samuela w Ochrydzie - osmańska w swoim wyglądzie

    Z drugiej strony – jak mi powiedział pewien Macedończyk w Ochrydzie w knajpie z typową bałkańską postosmańską kuchnią zerkając na lecący w telewizorze serial:
    - Przez 500 lat byliśmy pod jarzmem osmańskim, a teraz w telewizji tylko tureckie telenowele...

14 listopada 2025

Przedmurze

    No i minęło kolejne Święto Niepodległości, oby ich było jak najwięcej (choć oczywiście geopolityka i miejscowe – nie chcę napisać nasze, bo to pro maior pars potomkowie przywiezionych na radzieckich tankach politurków i zwykli jurgieltnicy; nie chcę myśleć o współobywatelach jako idiotach - elity kompradorskie chciałyby, by było ich jak najmniej).
Marsz Niepodległości
    Szkoda, że – poza imprezami sportowymi – jest to jedna z niewielu okazji by zobaczyć Polaków w barwach narodowych. To tak trochę wygląda, jakbyśmy się ich wstydzili. Bo co? Bo to jakiś nacjonalizm? A wmówiono nam, że jak nacjonalizm to faszyzm czy nazizm, z którymi przecież – jako socjalizmami – walczył komunizm (czyli socjalizm internacjonalistyczny). 50 lat sowieckiej okupacji pozostawiło trwałe ślady na duszach i umysłach Polaków niestety.

Mecz reprezentacji
    Bo inne nacjonalizmy nas nie rażą aż tak, w szkole peruwiańskiej dzień zaczyna się od odśpiewania hymnu i modlitwy, turysta powie, jaka fajna tradycja. Albo amerykańska cześć dla flagi – jakie to podniosłe (o fladze i nacjonalizmie planuję zrobić wpis, ale w przyszłym roku – znaczy po Nowym Roku). A u nas? Wywieszenie flagi na majówkę to taki trochę obciach. Straszna tresura w ojkofobii. Do tego jak ktoś odwołuje się do naszej imperialnej przeszłości od razu spotyka go atak ze strony – najczęściej niezbyt dobrych z historii – fajnopolaków czczących Unię E***pejską. Bo niedobrze się chwalić swoimi tryumfami i zasługami. Dlaczego? Tego jeszcze nie odkryłem, może żeby nie robić przykrości dzikim barbarzyńskim ludom przed którymi broniliśmy Europę – a które to ludy w zamian za to – przy absolutnym braku sprzeciwu owych bronionych – zafundowały nam, Polakom, kilka ładnych ludobójstw.

Obóz koncentracyjny założony dla Polaków
    Chodzi mi tu chociażby o mit Przedmurza Chrześcijaństwa (czy szerzej: Przedmurza Europy). Dla kognitywnych immakulat didaskalia: chodziło o to, że Polska – głównie we własnym mniemaniu – postrzegana była jako rubieże zachodniego chrześcijaństwa (czyli zachodniej cywilizacji) i jako taka była puklerzem przed atakami ze Wschodu i Południa czynione przez muzułmanów oraz prawosławnych. Podobną rolę odgrywały chociażby państwa zakonne w basenie Bałtyku czy Królestwo Węgier, ale te pierwsze zostały zsekularyzowane, a to drugie znieśli Turcy osmańscy. Czy był to tylko li nasz własny mit (powiązany z sarmatyzmem)? Chyba niekoniecznie. Wszak umocnienia twierdzy w Kamieńcu Podolskim, broniącej Rzeczpospolitą przed hordami Tatarów i Osmanów fundował nuncjusz apostolski. A turecki napór na Zachód powstrzymał – błagany przez o to przez Habsburgów – pod Wiedniem i zwłaszcza Parkanami nie kto inny jak Jan III Sobieski. Wspominałem, że za ocalenie cni Wiedeńczycy do dziś nie postawili królowi pomnika, a sto lat później Rzeczypospolitej już nie było – między innymi dzięki działalności Habsburgów.

Osmański minaret w Egerze - pozostałość po upadku Królestwa Węgier
    Unia Brzeska i męczeństwo św Jozafata Kuncewicza, albo wspominane już przeze mnie na blogu powstanie kościoła ormiańskokatolickiego wpisują się w narrację o ochronę katolicyzmu.

Dawna katedra ormiańskokatolicka we Lwowie
    Co nie znaczy, że polska kultura nie była podatna na wschodnie (i południowe) wpływy. Wystarczy chociażby pojechać na Podlasie, gdzie obok siebie stoją kościoły, cerkwie, meczety czy synagogi. O innych świątyniach (ok, synagoga nie jest technicznie świątynią) czy budowlach sakralnych kolejnych denominacji nawet nie wspominam. No, albo zapalić jakiś produkt tytoniowy – sama roślina co prawda pochodzi z Ameryki Południowej, ale jej polska nazwa jest turecka.

Podlaski meczet
    Ojkofoby chciałyby naszą – diametralnie różną od zachodniej – historię na siłę wepchnąć w schemat zachodnioeuropejski. A zwyczajnie się nie da – szkoda, że reszta obywateli jakoś nie chce/nie umie się nią chwalić.

Zespół synagog w Tykocinie
    Koncepcja Przedmurza Chrześcijaństwa upadła wraz z upadkiem Rzeczypospolitej – wspomniani Habsburgowie skumali się z mentalnymi potomkami mongolskich niewolników z Petersburga i zakompleksionym nuworyszami z Berlina. Upadek zaborców sprawił, że Polska powstała – a wraz z nią i mit Przedmurza. Tym razem musieliśmy stawić czoło najstraszniejszej z dotychczasowych hord – komunistom.

Dzikie hordy
    I oczywiście, jak na Przedmurze przystało, robiliśmy to całkiem sami (oczywiście są chwalebne wyjątki: Węgrzy dosłali amunicję, Amerykanie-ochotnicy bronili nieba nad Lwowem) – Niemcy blokowali dostawy sprzętu, Czesi napadli na Zaolzie, a Ententa... Ruszyła się dopiero, gdy było to w jej interesie (nasi politycy powinni się uczyć, by działać w interesie Polski; chyba, że są to tylko polskojęzyczni notable). Bez tego nie byłoby Błękitnej Armii czy tytułu Marszałka Polski dla Ferdynanda Focha. 20 lat później interes Francji i Anglii zadecydował, żeby zostawić Polskę na łasce powracającej ze Wschodu bolszewickiej dziczy (no i, oczywiście Niemców nazistów nie wiadomo kogo).

Okopy z czasów wojny polsko-bolszewickiej
    Nie wiem, czemu nie podnosimy na arenie międzynarodowej tej przedmurzastej historii Polski. A jak już chcemy pokazać to w popkulturze (którą wygrywa się takie sprawy) to wychodzą nieoglądalne gnioty jak 1920 Bitwa Warszawska czy ten film o Odsieczy Wiedeńskiej z tym kolesiem co to zabił Mozarta. A już wcale nie potrafimy sprzedać tego, że wygląd współczesnego Świata to w dużej mierze zasługa właśnie naszych rodaków. I o tym będzie następny wpis.
Mury Lwowa, wielokrotnie chroniące Rzeczpospolitą przed wschodnimi hordami.

17 października 2025

Horda

    Oprócz pierogów pierwszy najazd mongolski na Polskę przyniósł generalnie pożogę, śmierć i zniszczenie. Możliwe, że dla smakosza to niewielka cena, ale warto pamiętać, że wojska azjatyckich hord wybitnie przeszkodziły w dziele jednoczenia ziem polskich szybkim cięciem szabli kończąc żywot tak zwanej monarchii Henryków Śląskich.
Głowa Mongoła - rzeźba na kościele w dolnośląskim Miłkowie
    Zdarzyło się to – co wiedzą prawdopodobnie wszyscy poza ojkofobicznymi fajnopolakami – w roku 1241 w czasie bitwy (lub krótko po niej) pod Legnicą – gdzie konkretnie owo miejsce się znajdowało do dziś nie ma pewności, ale pewnie nie była to współczesna wieś Legnickie Pole.
    O samej Legnicy tym razem nie będzie, choć to gród starożytny, jeszcze z Lugiami łączony, siedziba główna Bolesława Kędzierzawego i Jerzego Wilhelma (jakby miał przydomek, brzmiałby on Ostatni) oraz matecznik niejakiego Witelona, twórcy podstaw nauki o optyce i perspektywie. W każdym razie efektem potyczki była dekapitacja księcia Henryka Pobożnego, kontynuatora dzieła Henryka Brodatego i szczęśliwego ojca pięciu synów, pośród których rozdzielono henrykowe władztwo. Pech chciał, że najstarszym z nich był Bolesław Łysy, zwany też Cudakiem czy Rogatką, który nadawał się może na błędnego rycerza, ale do rządzenia plenipotencji miał nawet mniej niż nasi współcześni politycy.

Wrocław - główny ośrodek państwa Henryków śląskich
    W każdym razie mongolska inwazja na Polskę (i, o czym zapominamy, na Węgry; właściwie to głównie na Węgry) Roku Pańskiego 1241 była pierwszą w naszych dziejach pełnoskalową inwazją ze Wschodu. Wcześniejszych najeźdźców, Hunów, Gotów, Bułgarów, Awarów, Węgrów z uporem godnym lepszej sprawy plądrujących Europę nie mieliśmy jak doświadczyć (a Goci to nawet z naszych in spe ziem wzięli byli ruszyli). Ze wszystkimi następnymi falami radziliśmy sobie nadspodziewanie dobrze, chroniąc przez kilkaset lat Europę przed hordami.

Gockie cmentarzysko na Pomorzu
    W zamian za to oczywiście Europa miała nas głęboko w nosie, a jak przyszło co do czego oddała nas za bezcen ostatniej do tej pory fali wschodnich najeźdźców (i do tej pory odbija nam się to czkawką).

Symbol sowieckiej okupacji Polski
    Ale zostawmy zdradę jałtańską (przynajmniej na chwilę), i wróćmy do tych hord. Przed pierwszym najazdem mongolskim Europy nie obroniliśmy. Zresztą trzeba pamiętać, że główne zagony ordyńców pojechały na Węgry i wyrżnęły tam madziarską elitę w czasie bitwy na równinie Mohi. Król Bela IV tak zwiewał, że zatrzymał się dopiero w dalmatyńskim Trogirze. Uderzenie na polskie księstwa miało tylko zabezpieczyć mongolską flankę i zablokować pomoc polskich i czeskich władców dla Węgier (pod Legnicę Czesi nie dotarli, król Wacław I wstrzymał swoje zagony i zrejterował, pozwalając Mongołom spalić Morawy). Europę uratował zgon Wielkiego Chana – mongolska elita tłumnie zawróciła do Karakorum na kurułtaj – mongolski sejm mający wybrać następnego władcę.

Trogir, gdzie przed Mongołami umknął król Bela IV
    Potem Mongołowie wracali jeszcze kilkukrotnie, ale bez takiej swady jak w latach 40-tych XIII wieku. Energii starczyło im tylko na zajęcie Rusi. Zresztą przy wpisach o Kijowie coś tam o tym wspominałem. Miasto puszczono z dymem w 1240, a ziemie Słowian wschodnich wpadło w tak zwane jarzmo tatarskie. Ich samych zamieniono w niewolników. Kiedy już Azjatów przegoniono system został: chanów zastąpili władcy Moskwy, co sporo nam mówi o psychicznej kondycji dzisiejszych Rosjan. History matters.

Replika kijowskiej Złotej Bramy, zniszczonej w 1240 roku
    Tak na marginesie, po drodze spustoszyli Kaukaz, kończąc Złoty Wiek w historii Gruzji (i zostawiając im pierogi w spadku). Oczywiście Mongołowie nie robili tego na złość. Ot po prostu na Kaukazie ukryli się pokonani wcześniej przeciwnicy Mongołów z Azji Środkowej. Władca Gruzji nie chciał ich wydać – w ramach reperkusji zamiast noty dyplomatycznej wysłali armię. Ocaleni Gruzini schowali się na Rusi. Rusini wydać ich nie chcieli, więc zamiast noty dyplomatycznej... I tak dalej. Kniaziowie po bitwie nad rzeką Sit (w tymże Roku Pańskim 1238 z dymem poszła też Moskwa) przekroczyli Karpaty i schronili się w Panonii w Królestwie Arpadów...

Brama do klasztoru Gelati, kulturowego centrum Gruzji Złotego Wieku, zniszczonego znacznie przez Mongołów
    Poza tym we wschodniej Europie powstało kilka państw koczowniczych – już niekoniecznie mongolskich, wszak do armii Wielkich Chanów poprzyłączało się wiele innych plemion, czy tureckich czy tam jeszcze innych. Na naszej historii najsilniejsze piętno wywarli Tatarzy Krymscy – z którymi, sponsorowanymi przez Osmanów, przez kilkaset lat barowaliśmy się na Dzikich Polach – tej części średniowiecznej Rusi która odbita została spod opresyjnych mongolskich rządów przez litewskich Giedyminowiczów. Potem ziemie te przypadły Koronie Królestwa Polskiego. Najważniejszym tam miastem okazał się relokowany przez Kazimierza Wielkiego Lwów, wielokrotnie stawiający opór wschodnim hordom. Nieraz przy pomocy nadprzyrodzonej: wedle legendy święty Jacek Odrowąż (na Zachodzie zwany, słusznie, Hiacyntem), który w owym 1240 roku uratował z Kijowa słynny maryjny posąg, wyżywił głodujących obrońców Rusi Czerwonej pierogami. Jacek od Pierogów jest jedynym Polakiem stojącym na kolumnadzie otaczającej Plac Świętego Piotra w Rzymie.

Fragment watykańskiej kolumnady otaczającej Plac św. Piotra
    Co zaś się tyczy Tatarów – nim Moskwa zlikwidowała Chanat Krymski nie tylko się z nimi nawojowaliśmy (o Dzikich Polach opowiada wspaniale Henryk Sienkiewicz w Panu Wołodyjowskim – a i inne części Trylogii nie są wątków tatarskich pozbawione; ulubiona żona Sulejmana Wspaniałego Hürem/Roksolana, była tatarską branką znad Dniepru). Rzeczpospolita była także miejscem azylu dla członków tatarskich elit, które przegrywały krwawą nieraz walkę o tron w Bachczysaraju, Ich potomkowie do dziś zresztą żyją na Podlasiu, stanowiąc dowód na nieznaną na Zachodzie tolerancję i multikulturowość. Są też wspomnieniem czasów imperialnej świetności Rzeczypospolitej.
Tatarski meczet na Podlasiu

18 października 2024

Tunera

    Skoro już zawitaliśmy na blogu do Panonii i na tereny dawnego Księstwa Błatneńskiego to głupio by było nie wspomnieć o Jeziorze Błatneńskim – czyli Balatonie. Co prawda tuńczyków, które pośrednio dały swą nazwę temu wpisowi tu nie ma, ale są inne ryby – oraz słowiańskie ślady, a po tym rejonie Europy teraz się blogowo poruszam.

Słowiańskie grodzisko nad Balatonem

    Jest Balaton, zwany Węgierskim Morzem (do 1918 Królestwo Węgier miało dostęp do prawdziwego morza, główny port znajdował się w Puli – chyba; na pewno wojenny, nie wiem, czy Fiume/Rijeka nie była większa - o ile nie pomyliłem, i Pola/Pula należała do części austriackiej habsburskiego państwa) całkiem udatnym akwenem, otoczonym polami lawendy, papryki i licznymi uzdrowiskami.
    O węgierskiej lawendzie zresztą już na blogu kiedyś było – oraz o lawendowych lodach, których nie polecam jeszcze bardziej niż także nad Balatonem spotykanym lawendowym piwem. Mydlina, ot co. Zresztą i tak nikt mi nie wierzy, póki sam nie spróbuje.

Lawendowe lody

    Gdzie takie cuda można nabyć? Na tym jedynym balatońskim cyplu – Półwyspie Tihany. Nazwa, jak widać, słowiańska – Cichań (nawet bardziej niż myślimy – ortografia węgierska głoskę ń zapisuje jako ny; najsłynniejszy węgierski rockowy utwór, Dziewczyna o perłowych włosach, Gyöngyháju lány, czyta się dziuńdźhaju lań – przynajmniej mniej więcej, języki ugryjskie mają zbyt dużo samogłosek o różnych brzmieniach i długościach). Nad wioską o tej samej nazwie, pełnej domów na których ścianach suszy się papryka, do dziś góruje średniowieczne opactwo (mocno przebudowane).

Półwysep Tihany

    Kiedyś górowały także wieże obserwacyjne służące do wypatrywania ławic miejscowych ryb. Zapewne obserwowano ruchy ptactwa – i tam mieszkańcy Tihany kierowali swe łodzie. Była to spora przewaga nad pozostałymi nadbalatońskimi rybakami, tak duża, że pojawiały się głosy, że pewnie tihańczykom ciemne moce pomagają.
    No ale jak ciemne moce, jak obok opactwo? Ot, doskonałe wykorzystanie warunków terenowych.

Opactwo Tihany

    Nad Balatonem stawiano także specjalne konstrukcje by jeszcze dokładniej ryb wypatrywać, ale na półwyspie ich nie widziałem. Musiałem pojechać do Dalmacji, wyspiarskiej krainy na obrzeżach Słowiańszczyzny, dziś należącej do trzech państw – oprócz Chorwacji jest to też kilka kilometrów Bośni i Hercegowiny (w Średniowieczu Republika Dubrownicka, czyli Raguza, sprzedała ten fragment wybrzeża z miejscowością Neum banowi Bośni, by odgrodzić się od posiadłości agresywnej Najjaśniejszej Republiki Świętego Marka – znaczy Wenecji) i Boka Kotorska, ten udający fjord przyrodniczy cud w dzisiejszej Czarnogórze.

Boka Kotorska

    Przez wieki co prawda Dalmacja była bliżej Półwyspu Apenińskiego niż bałkańskiego kotła, i choć romański język dalmatyński wymarł (kosztem włoskiego i chorwackiego), to w okolicy, zwłaszcza na Istrii, dalej mówi się po swojemu. W przeciwieństwie do interioru, prawosławno-muzułmańskiego, wybrzeże pozostało katolickie. Jako ciekawostkę mogę jeszcze dorzucić, że miejscowi Słowianie, Chorwaci, w XIII wieku dostali od papieża niezwykły prezent – oto biskup Rzymu zezwolił dwóm narodom na korzystanie w liturgii z własnego pisma i języka. Jednym z nich byli Chińczycy ze swoimi piktogramami, a drugim właśnie Chorwaci, z wynalezioną przez św. Konstantyna-Cyryla głagolicą (czy też usprawnioną przez św. Klemensa cyrylicą). Pisma tego używano na dalmackich wyspach aż do czasów nowożytnych, kiedy to przyjęto łacinkę (a prawosławni Serbowie grażdankę, pochodzącą od głagolicy).

Chorwacka głagolica w Vrbniku
    Dobra, ale w sumie o setkach chorwackich wysp, zabytkach z czasów rzymskich czy średniowiecznych można przeczytać w każdym bedekerze albo na setkach stron internetowych czy blogów. A skoro nie spotkały mnie tam jakieś mrożące krew w żyłach przygody, to bez sensu jest przepiękną Dalmację opisywać. No, chyba, że skończą mi się tematy – to Trogir, Split, Dubrownik czy Kotor tylko czekają.

Podziemia pałacu Dioklecjana w Splicie

    Szkoda tylko, że Chorwacja zrezygnowała ostatnio z własnej waluty na rzecz tych śmiesznych pieniędzy z oknami – wszystko poszło tam bardzo w górę, nic więc dziwnego, że miejscowe riwiery przegrywają z Albanią, posiadającą plaże piaszczyste, w Chorwacji rzadsze niż uczciwy polityk w Unii E***pejskiej.

Albańska plaża

    Ale wróćmy do ryb – będących obok owoców morza kulinarnym wyznacznikiem Dalmacji. Któregoś razu – wiele lat temu, nawet na blogu się opowieść pojawiła, przy okazji soli i wiatru bora – wylądowałem na wyspie Krk. W jednej z wiosek, Šilo, poza wyżartymi przez słony wiatr jałowymi skałami moją uwagę zwróciła dziwna metalowa konstrukcja. Za nic mając padający deszcz (alternatywą była lampka miejscowego wina w lokalnej restauracji – to miara mojego zaciekawienia, prawda?) udałem się na cypel ozdobiony tą wieżą.

Tajemnicza konstrukcja
Šilo na Krku
   
- To tunera – wyjaśnił mi znajomy Chorwat.
    - Tunera?
    - Tak. Obserwator właził do tego gniazda na szczycie i wypatrywał ławic tuńczyków. Dzisiaj jest już nie czynna. Mamy radary.
    - Można wejść?
    - Jest w słabej kondycji – pokręcił głową Chorwat – Nikt się nią nie zajmuje, a sól swoje robi...

Wypalone solą brzegi Krku

    Szkoda, że rozwój technologii niszczy takie rzeczy (i pewnie powoduje przełowienie, i kwoty połowowe, i inne restrykcje; socjalistom w to graj). Nie, żebym był jakimś luddystą (informacja dla młodszych Czytelników bloga: oddolny ruch ludowy w Wielkiej Brytanii na początku rewolucji przemysłowej – byli to rzemieślnicy wywaleni na bruk i niszczący nowoczesne maszyny, które pozbawiły ich zarobków; miano od niejakiego Ludda, pierwszego, bądź najbardziej znanego, psuja), ale jakiś taki żal pozostaje. Pewnie zresztą tunery niedługo całkiem znikną z dalmatyńskiego krajobrazu, i zostaną tam tylko cudowne wyspy, świetna kuchnia i światowej klasy zabytki.

Tunera
    Zresztą może już ich nie ma. Był ktoś ostatnio na Krku? Widział? Niech da znać.

11 października 2024

Panońscy Słowianie

    Przed Nowym Rokiem było o wizycie w pierwszej stolicy (no, właściwie to w stołecznym koczowisku) bułgarskich chanów (no, właściwie to protobułgarskich kaganów) – i wspominałem tam o dawnej słowiańskiej stolicy leżącej u wrót Bałkanów. Obiecałem też zrobić o tym wpis – więc i jest. Owszem, z delikatną, kilkumiesięczną, obsuwą – ale tylko dlatego, że akurat wpadło kilka wpisów o podróży po Ameryce Południowej.
    Więc wracamy do Europy.
    Oto ruszyliśmy na wyprawę do dawnej Jugosławii, celem były głownie zimnowojenne pozostałości po marszałku Tito – opisywane zresztą na blogu podziemna baza lotnicza Żeljawa i jedna z willi Józefa Broza (oczywiście, nie dało się przy tym nie wspominać o wojnach z końca XX wieku, lecz to inna historia), ale po drodze mieliśmy Węgry z Niziną Panońską i dawnym sowieckim lotniskiem podle Balatonu, gdzie zrobiliśmy sobie urbexowy nocleg tranzytowy. Dość deszczowy, trzeba przyznać, ale udało się natrafić na nieprzeciekający budynek.

Urbex po węgiersku
    Rankiem droga do Chorwacji biegła przez miejscowość Zalavar, leżącą pomiędzy Małym a normalnym Balatonem. Dziś to niewielka wioska nad rzeką Zala (nazwa po węgiersku, Zalavar, znaczy właściwie Gród nad Zalą, Zalawski Gród, coś takiego) – ale dla wtajemniczonych była to właśnie dawna stolica Słowian pannońskich – Blatnohrad (Błotny Gród; rzeka Zala w IX i X wieku zwała się Błotna, całkiem słusznie, ale o tym później; po węgiersku błoto to sar). Władało z niej kilku władców będących zasadniczo lennikami Państwa Wschodniofrankijskiego (właściwie to cesarstwa Karolingów), z których najbardziej znany jest pierwszy, Pribina, uznawany za twórcę Księstwa Błatneńskiego.
Blatnohrad
    Jesteśmy w IX wieku, więc niewiele wiemy o tym władcy. Słowacy uważają, że przybył do Panonii z Nitry, gdzie wcześniej był udzielnym księciem pokonanym przez Wielkie Morawy, ale inni historycy i archeolodzy nie potwierdzają istnienia Księstwa Nitrzańskiego, czyniąc tym Słowakom wielki despekt – bo ci budują na tym tworze politycznym podstawy swojego bytu narodowego (po Wielkich Morawach i Czechach tereny te opanowali Piastowie, a potem Węgrzy – i siedzieli tam do początków XX wieku). W każdym razie Pribina lawirował między sąsiednimi potęgami, przekazał swe władztwo (cesarskie lenno) synowi, ale potem Frankowie zajęli księstwo. Na chwilę jeszcze uzyskuje niepodległość, by zostać podbite przez Węgrów. Ot, jedno z wielu efemerycznych państw w Europie Środkowej, powstających i ginących jeszcze w XX wieku. Wszak niedaleko Banat, usiłujący wybić się na niepodległość w 1918 roku (moje ulubione to Republika Świętnańska, dziś w Polsce – była jednym z najmniejszych państw uznawanych na arenie międzynarodowej).
    A Zalavar był właśnie stolicą Księstwa Błatneńskiego. Byliśmy w pobliżu, grzechem byłoby więc nie odwiedzić pozostałości Blatnohradu. Zdołałem namówić kilku współtowarzyszy podróży – i w padającym deszczu ruszyliśmy ku przygodzie: to znaczy podjechaliśmy nad rzeczkę Zala, po wielu dniach wiosennych opadów mocno przybrałej i ruszyliśmy przez łąkę ku grodzisku.
    Ha. Nie bez przyczyny Słowianie zwać musieli ją Błotna. Łąka okazała się być podmokłą młaką z wodą po kolana. Gdy rzeka była jeszcze nieuregulowana – dziś to właściwie smutny kanał – gród (prawdopodobnie wyspa przerobiona na obronne wzgórze; takie konstrukcje stawiano przez kilkaset lat, poszukiwanie jednej z nich, tożsamej z zamkiem w mojej rodzinnej Warcie na blogu już opisywałem) musiał być naprawdę trudny do zdobycia, choć zapewne także niemiły do zamieszkania. Kiedy znowu spłonął przeniesiono osadę dalej od rzeki i komarów.
Grodzisko i młaka
    Nam się jednak udało. Brodząc niczym czaple w zimnej, sięgającej kolan wodzie, oczywiście. Wiosna tamecznego roku była bowiem na południu Węgier dość chłodna i bardzo deszczowa (a jechaliśmy w rewir dużo brutalniejszego klimatu Góry Dynarskie przecież). Po przebrnięciu przez młakę (to podmokła łąka, terminologia biologiczna) pozostało nam jeszcze wdrapać się na całkiem strome zbocza fortyfikacji. Gdy była to siedziba księcia Pribiny musiało być jeszcze bardziej strome, dodatkowo wzmocnione drewnianą palisadą – zresztą doskonale znamy to z naszego podwórka (a kto nie zna, bo chodził do gimnazjum czy coś, to niech jedzie do Poznania na Ostrów Tumski i zobaczy pozostałości najpotężniejszej twierdzy X-wiecznej Europy).
Podziemna baza lotnicza w Górach Dynarskich
    W każdym razie – zdobyliśmy Blatnohrad, dzielnie walcząc z zarastającymi powoli stanowisko pokrzywami. Dla kogoś, kto nie wiedział, gdzie się znalazł grodzisko mogło być lekko rozczarowujące – choć w centralnym punkcie znajdowały się pozostałości całkiem sporego kościoła – także średniowiecznego, choć już z czasów gdy tereny te włączono do Węgier. Ale była to ostatnia faza zasiedlenia grodziska (podobnie jak kaliskie Zawodzie – spłonęło, i pozostały resztki grodowego kościoła – też polecam odwiedzić).
Resztki kościoła
    Kościół w Zalavarze był jednakowoż dużo potężniejszą konstrukcją niż ten na Zawodziu. A wybudowany został dokładnie w miejscu, gdzie stało kamienne palatium książąt błatneńskich – tak jak na poznańskim Ostrowie Tumskim, gdzie pod kościołem Wniebowzięcia NMP odkryto pozostałości piastowskiego pałacu (właściwie to palatium, ale nie chcę używać tego słowa w kolejnych zdaniach; ot, jest to niegodne stylistycznie, a poza tym w Poznaniu znaleziono szczątki bogato, po bizantyjsku, zdobionej kaplicy i resztki warsztatów jubilerskich, więc nie przekreślajmy słowa pałac).
Kaliskie Zawodzie współcześnie
    Kiedy już nacieszyliśmy się Blatnohrodem okazało się, że na teren grodziska wiodła dużo lepsza – i niezbyt mocno podtopiona – droga. I właściwie głupotą było przedzieranie się przez młakę. Cóż, może i tak, ale co to za przyjemność iść łatwiejszą drogą. I tak zresztą bylibyśmy przemoczeni, bo deszcz nie ustawał, a tak, to zawsze jakaś przygoda, rekompensująca może trochę niedostatki siedziby księcia Prbiny. Buty wysuszyliśmy na samochodowym silniku.
    A co zostało po Słowianach pannońskich? Ano, wraz z Awarami (od słowa Awar podobno pochodzi nasze określenie "olbrzym") zostawili współczesnym Węgrom trochę DNA (są więc Madziarzy w jakimś procencie Słowianami, choć słynne Lengyel as Magyar ket jo barat powstało dużo później). Do dziś w Panonii istnieje też sporo słowiańskich toponimów – chociażby najważniejszy węgierski dopływ Dunaju Cisa czy nieodległy od Zalavaru Balaton.

Balaton

    Także wioska Tihany, o której wspominałem przy okazji ohydnych lawendowych lodów to przecież słowiańskie Cichań, miejsce gdzie jest cicho.

Tihany i jego paprykowe domy

   Taka to historia – ale przypomnę, że nasze wczesnopiastowskie grodziska bardziej imponujące są. Giecz, Grzybowo, Ostrów Lednicki. Ba, nawet wspaniały rezerwat archeologiczny w Poznaniu. Szkoda tylko, że na miejscu grodu na Górze Lecha w Gnieźnie wyrosło współczesne miasto.

Giecz - fundamenty wczesnopiastowskiego palatium
    Szkoda dla archeologów, oczywiście.
Widok na Górę Lecha w Gnieźnie

Najchętniej czytane

Bunkry

     Skoro poprzedni wpis zakończyłem opowiastką o pubie i historii , a tych pierwszych, jak wcześniej wspomniałem w okolicy nie ma za wiel...