Tłumacz

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą austria. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą austria. Pokaż wszystkie posty

24 lipca 2026

Długa droga do domu cz. 1

    Kiedy tylko drugi syn Henryka II Ryszard (bo najstarszy, też Henryk, wziął był sczezł) objął angielski tron niemal od razu wyruszył na – trzecią już – krucjatę. Wspominałem na blogu zdaje się o tym, że Lwie Serce – bo o nim mowa – Anglię traktował tylko li jako donatora pieniędzy i korony królewskiej, dzięki której mógł stawać na równi z innymi koronowanymi władcami, pozostałymi zaś zwyczajnie gardzić. Bez Albionu ten najsłynniejszy z Plantagenetów byłby li tylko wasalem królów Francji.
Siedziba Plantagenetów w Londynie
    W każdym razie: Ryszard I ruszył do Ziemi Świętej. Po drodze kłóci się z sycylijskimi Normanami, w efekcie czego szturmuje i zdobywa Mesynę. Następnie król – nieco przypadkiem, bo to efekt złej pogody - zajął Cypr (pokonanemu władcy, Izaakowi Komnenowi dał rycerskie słowo, że nie zakuje go w żelazo – faktycznie, kajdany nakazał zrobić ze srebra, ludzki pan) na którym wziął ślub (z racji upicia się małżeństwo pozostało nieskonsumowane, swojej nie do końca w związku z tym ważnej żony Berengarii z Nawarry nie zobaczył już nigdy więcej; powodem królewskiej niemocy była prawdopodobnie zbyt duża ilość lokalnego wina, choć Ludzie Alfabetu chcą widzieć w tym dowód na homoseksualizm władcy – zresztą ich najzagorzalsi ideolodzy chcą takie nienormatywne zachowanie przypisać każdemu – który, jak wszyscy wiedzą, zdążył już dorobić się nieślubnego syna Filipa, zamordowanego potem w niejasnych okolicznościach podobno bez wiedzy ryszardowego brata i następcy Jana). Potem sprzedał wyspę templariuszom – ale to już wiecie.
Ślady krzyżowców na Cyprze
    Po przypłynięciu do Palestyny Ryszard od razu rzucił się w wir walki, dowodząc sporych w tym zakresie umiejętności. Na początek zajmuje Akkę (to kluczowe wydarzenie dla sytuacji opisanej przeze mnie w poprzednim wpisie, tym o musztardzie i brzoskwiniach Blondelu i zamku Dürnstein). Po tym zdarzeniu do Europy wracają pozostali przywódcy (i w sumie wrogowie Ryszarda): król Francji Filip II August (może teraz spokojnie knuć w kraju jak przejąć kontynentalne dziedzictwo Plantagenetów) oraz wódz kontyngentu cesarskiego Leopold V Cnótpełen z Austrii (śmiertelnie na Lwie Serce pogniewany). W końcu cel osiągnięty, ważny port zdobyty i myk pora na CS-a. Ryszard – przecież awanturnik – na tym poprzestać nie chce. Po Ziemi Świętej rozbija się jeszcze przez rok, a to mordując muzułmańskich jeńców z Akki, a to wygrywając z Saladynem Arsuf czy Jaffą, a to chorując.
Kościół św. Piotra w Jafie vel Jaffie
    Dwukrotnie próbuje też zająć Jerozolimę – finalnie, w przeciwieństwie do Autora bloga, nigdy do tego miasta nie wejdzie, obejrzy je tylko z daleka, według legendy z żalu roniąc łzę. W końcu w świeżo zdobytej i obronionej Jaffie podpisuje pokój z sułtanem Egiptu al-Malikiem an-Nasir Salahem ad-Dunja wa-ad-Din Abu al-Muzaffarem Jusufem ibn Ajjub ibn Szazi al-Kurdi (Saladynem, znaczy się; Józefem z chrztu) i kończy III krucjatę, która, jak to się mówi, odniosła sukces połowiczny.
Jerozolima
    Powrót do własnych dziedzin zajmie królowi dwa długie lata (w tym czasie Filip II August będzie knuł we Francji, a Jan Bez Ziemi w Anglii), też przez pogodę. Płynąc do Palestyny burze zagnały okręty Ryszarda na Cypr, tym razem flota rozbiła się na Adriatyku – przez Sycylię, z racji pozostawionego po sobie złego wrażenia, wracać nie mógł. Efektem pobytu angielskiego króla w Dubrowniku miała być lokalna katedra, ufundowana w podzięce za ocalenie życia. Choć dziś, po wielu pożarach i trzęsieniach ziemi po tamtym założeniu nie pozostał już niemal żaden ślad mieszkańcy dalej z dumą wspominają o sponsorze najważniejszego dubrownickiego kościoła. Tak się buduje własną legendę – hojnością i brawurowymi czynami.
Uważne oko dostrzeże kopułę barokowej katedry w Dubrowniku
    Oraz, oczywiście, szczęściem do kronikarzy i apologetów. Po kilkuset latach nikt nie pamięta o krwawej masakrze w Akce, wszyscy o łzie na widok Jerozolimy. Albo o podstępie Blondela szukającego króla po niemieckich zamkach, nie o tragicznej polityce fiskalnej i zagranicznej, która doprowadziła do upadku imperium Plantagenetów, utraty (poza Calais) posiadłości na kontynencie i podpisaniu przez Jana Bez Ziemi Magna Charta. Podatki, przeciwko którym buntowali się banici z Sherwood z Robinem Hoodem na czele szły w dużej mierze na utrzymanie płynności finansowej państwa, nadwątlonej olbrzymimi wydatkami Ryszarda na krucjatę. Oraz na okup za króla – bo gdy bowiem władca spokojnie siedział sobie w cesarskiej gościnie w Dürnstein, Ochsenfurt i finalnie w Trifels jego poddani wypruwali sobie żyły by zebrać złoto na uwolnienie władcy. Volens nolens trochę wstyd było mieć króla w ciupie, a w tamtych czasach owo uczucie – wstyd – było bardziej haniebne niż dziś. Ba, obecnie to już chyba nikt wstydu nie ma, jak to się mówi.
Miejsce wczasów Ryszarda Lwie Serce w Austrii
    Generalnie, jak W. Sz. Czytelnik pamięta, miałem w tym wpisie wyjaśnić czemu Ryszard I Lwie Serce znalazł się w niewoli u Leopolda V Babenberga – i jak W. Sz. Czytelnik widzi: idzie mi niesporo, bo się dygresjami zająłem. Oraz trasą powrotu władcy z krucjaty, którą fragmentami też przebywałem. W związku z tym zwieram szyki, i zapraszam za tydzień, na drugą część, gdzie dokończę historię.
Pamiątka po średniowiecznych podróżach do Jerozolimy

17 lipca 2026

Blondel

    Mon Dieu! - jak zawołałby pewnie Ryszard Lwie Serce (po francusku, Planatageneci dopiero od Edwarda II Długonogiego vel Młota Na Szkotów, dwa pokolenia później, nauczyli się angielskiego) na wieść, że pisząc o literackich bohaterach związanych z raubritterem legendarnym królem nie wspomniałem o Blondelu z Nesle.
Literacki bohater wiązany z Ryszardem Lwie Serce
    Nie wspomniałem, bo zapomniałem, ale ów minstrel, zwany Blondelem od koloru włosów był postacią równie prawdziwą jak słynny Wilhelm Marshall, dorobkiewicz, wspaniały rycerz i ważna persona z czasów Henryka Plantageneta i jego rozwydrzonych dzieciaków (oprócz Ryszarda i Jana Bez Ziemi byli jeszcze Henryk Młody Król i Gotfryd; sroga ferajna). Dobra, trochę ubarwiam, historycy nie są pewni czy owym Blondelem był Jan I de Nesle, czy jego syn, także Jan, drugi tego imienia – obaj związani byli z Plantagenetami, obaj brali udział w krucjatach, i obaj byli trubadurami, czy tam truwerami – czyli autorami różnorakich pieśni, które to później trafiały do do repertuarów wędrownych pieśniarzy (swoją drogą ciekawe, czy naszego Anonima Gallem zwanego też by za truwera uważać można, w końcu pieśni pisał). No i raczej między bajki należy włożyć opowieść o odnalezieniu uwięzionego Ryszarda Lwie Serce przez rzeczonego Blondela za pomocą pieśni truwerskiej, znanej i królowi, i minstrelowi. Oto śpiewak wędrował od zamku do zamku, i wyśpiewywał ową piosenkę. A gdy ktoś mu nagle zza murów odpowiedział – był to niechybnie uwięziony król Ryszard. Dzięki temu wieści o nieszczęściu władcy spłynęły do starej, szczęśliwej Anglii, i dobrzy obywatele zrobili zrzutkę i wykupili umiłowanego króla. Bajka, jak mówiłem, choć faktycznie za pieniądze Anglików wykupiono utracjusza.
Jerozolima - cel każdego krzyżowca
Londyńska Tower - cel każdego Plantageneta
    W sumie nigdy nie spodziewałem się, że trafię w miejsce, gdzie więziony był król Ryszard, i gdzie właśnie odnaleźć miał go Blondel z Nesle. Mianowicie do niewielkiego naddunajskiego miasteczka Dürnstein, nad którym górują pozostałości zamku, w którym Leopold V Babenberg (zwany Pełnym Cnót, der Tugendhafte - pseudonim prawie tak dobry jak Lwie Serce Ryszarda), pan Austrii, trzymał angielskiego monarchę (kiedy już przekazał go cesarzowi Ryszard trafił do Ochsenfurt, tak, że w sumie pewności co do Dürnsteinu nie ma, ale nie mówicie tego miejscowym: Löwenherze i Blondele lampią się na turystę z co drugiego szyldu).
Zamek Dürnstein
    Nie wiem, czy Dolina Wachau, w sercu której leży Dürnstein, była wtedy równie malownicza (a zasiedlona jest od dawien dawna, jedna z sąsiednich wiosek to Willendorf, ta od słynnej neolitycznej figurki Wenus), ale dziś to prawdziwy cymes – i pewnie dlatego odwiedzałem ją już kilka razy.
Miasteczko Dürnstein
    W czasach Ryszarda Lwie Serce Krems, stolica regionu, była dla austriackich władców ważniejsza niźli Wiedeń. Do dziś zresztą ma swoje miejsce w sercach smakoszy – miasto dało bowiem nazwę jednemu z gatunków kapusty – gorczycy kremskiej (odmiana gorczycy białej, Sinapis alba - ech ci botanicy systematycy) z której to wytwarza się musztardę kremską. Co to ma wspólnego z Lwim Sercem? Zapewne sam władca mógł znać smak musztardy – pierwszy przepis na papkę z ziaren gorczycy i octu podaje już Pliniusz Starszy w swojej Historii naturalnej. Co prawda wzmianki o słynnej musztardzie z Dijon są trochę późniejsze, ale w Italii i Francji musztarda była wytwarzana przez całe Średniowiecze, choć raczej jako marynata do mięs czy przyprawa, nie wynaleziono bowiem jeszcze ohydnych parówek których smak trzeba maskować właśnie musztardą. Senfem, jak by powiedziano w obszarze niemieckojęzycznym (stąd i zynf na naszym Śląsku; na Wschodzie ów sos zwie się gorczica, ale nie wiem czy ta nazwa jest i u nas używana – w końcu słowiańska jest).
Lokalne opactwo
    No teraz będzie gadał o musztardzie – pomyśli sobie W. Sz. Czytelnik – a Dolina Wachau taka piękna. Zgadza się, piękna, polecam, barok, winnice z grüner veltinerem, morele, królicze bobki...
Słodycze z Doliny Wachau
    Cóż, skoro przy Florencji mogłem skupić się na cudownych flaczkach zamiast na nudnej włoskiej kuchni sztuce, to tu mogę co nieco o musztardzie, prawda? Zwłaszcza, że wytwarzana jest z nasion kilku gatunków roślin z rodzaju kapusta. Tak, tak, gorczyca to nic innego jak Bassica sp., kapusta. Czy wspomniana kremska, czy sarepska B. juncea (Sarepa to wioska, dziś dzielnica Wołgogradu, przecież to właśnie tam, gdy miasto zwało się Stalingradem, toczyły się krwawe walki w czasie II wojny światowej; o ile mniej krwawe byłyby konflikty, gdyby zamiast o Lebensraum walczono o smak musztardy – ja osobiście od sarepskiej bardziej wolę słodką bawarską). Kapustą jest też przecież cudownie oleisty rzepak B. napus. Albo rzepa B. rapa – archetypowe warzywo, którym w formie podgniłej obrzucano, przynajmniej w filmach, średniowiecznych skazańców; kultywarem rzepy jest kapusta pekińska. A ile form ma kapusta liściasta B. oleracea? Głowiasta, brokuł, kalafior, brukselka, jarmuż...
Kapuściane pole
    Piękne. Jeden z moich ulubionych rodzajów roślin. Drugim jest Allium sp., czosnek (czyli też cebula albo por, albo wiele innych cudnych smakołyków). Ale to innym razem. Na razie niech W. Sz. Czytelnik przetrawi rewelacje o kapuście. A co do Ryszarda Lwie Serce i Doliny Wachau, to chyba wypadałoby wyjaśnić skąd się tu wziął jako braniec księcia Leopolda V Cnótpełnego. Ale to w następnym wpisie, bo to grubsza sprawa. Zaczyna się ona w Ziemi Świętej, gdzie Ryszard i Leopold przybywają z wojskami III krucjaty (po odbiciu z rąk Bizancjum Cypru). Do samej Jerozolimy, jak wszyscy wiemy, krzyżowcy nie docierają, sam Ryszard robi bardachę, zapada na zdrowiu, a egipski sułtan Saladyn, słynny muzułmański przeciwnik krzyżowców, przysyła Plantagenetowi, by szybciej do sprawności doszedł pełne witamin owoce z rodzaju Prunus – czyli śliwa. Mogły to być brzoskwinie (P. perscia) albo morele (P. armenica) – oba gatunki pochodzą z Dalekiego Wschodu, na Bliski trafiły już w Starożytności, do Europy (także do mojego ogrodu) dużo później. Fabularnie bardziej mi pasuje, żeby al-Malik an-Nasir Salah ad-Dunja wa-ad-Din Abu al-Muzaffar Jusuf ibn Ajjub ibn Szazi al-Kurdi (oryginalne miano Józefa a.ka Saladyna) przysłał morele, bo te na potęgę dziś uprawiane są w Wachau (po niemiecku morela to Aprocot, ale w miejscowym dialekcie Marille), a zużywane nie tylko na smaczne likiery, ale i – zgodnie z najlepszymi kulinarnymi tradycjami, znanymi także u nas – jako dodatek do mięs. Można też zjeść na surowo.
Morela. Albo brzoskwinia.

16 grudnia 2024

Kawa po turecku

    No tak. Kawa po wiedeńsku, jak już wiemy, to polski wynalazek (a konkretniej pana Kulczyckiego, zwanego Bruderherz – było to ulubione powiedzonko owego biznesmena, tak też zwracał się do klientów, przyjaciół i przygodnie poznanych person). Napój ów przybył pod Wiedeń wraz z osmańskimi wojskami pod wodzą Kara Mustafy, nim jednak nasiona kawowca dotarły do Austrii przebyć musiały długą drogę przez Konstantynopol. I o tej drodze mniej więcej będzie.
Hagia Sophia
    Wiem, wiem, spokojnie można by jeszcze dużo o Wiedniu pisać, od rzymskich początków, przez średniowieczne kupieckie miasto będące w orbicie zainteresowań władców Czech po barokową stolicę imperium. O tym, że ulicami miasta spacerowali najwięksi zbrodniarze XX wieku a także lekarze, filozofowie, muzycy... Krzyżacy – bo dziś miasto jest siedzibą Wielkiego Mistrza Zakonu Najświętszej Maryi Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie. Ale może innym razem.
Współczesna siedziba Wielkiego Mistrza
    Teraz zaś – jako, że równie często co we Wiedniu bywam w Istambule – o kawie po turecku.

Wiedeń, jak Istambuł, ma rzymskie początki
    A właściwie o kawie po arabsku, bo przecież od tych semickich plemion Osmanowie zapożyczyli ów trunek.
    Wszak – teraz historia – kawowiec pochodzi z południa Półwyspu Arabskiego, dzisiejszego Jemenu, w Starożytności była to Arabia Felix, Szczęśliwa (wysoka cywilizacja, kultura, a nie wojna domowa, bieda i narkotyki jak teraz) oraz z Rogu Afryki (dziś Etiopia, Somalia, Somaliland, Dżibuti, Erytrea – nie wszystkie państwa uznawane są na arenie międzynarodowej). Generalnie z okolic państwa Aksum (tego trzeciego bądź czwartego chrześcijańskiego kraju na Ziemi, po Armenii, Gruzji i Imperium Rzymskim). Otóż w tym regionie doszło do legendarnego wydarzenia. Oto pasterz kóz zauważył, iż kiedy zwierzęta podjadły sobie owocki pewnego krzewu (albo Coffea arabica, albo C. cenephora – takie dwa gatunki kawowca, arabika i robusta, występowały w regionie, i takie są w dużej mierze uprawiane; kawosze zaraz powiedzą, że robusta mniej gorzka czy inne takie dyrdymały; o liberice, C. liberica jakoś nigdy owi nie wspominają) nagle wstępowała w nie nowa jakby energia, zaczynały hasać po okolicy i ogólnie, odżywały. Pasterz spróbował tychże jagódek, po czym – jako, że nie była to ambrozja – wywalił do ogniska. Gdzie nasiona uprażyły się, nabierając aromatu. Wystarczyło je pokruszyć, zalać wodą i powstał pobudzający napój kofeinowy – gorzki i o całkowicie odstręczającym mnie zapachu. Tyle historii.

Owoce kawowca
    Od razu dodam – w palarni kawy nie byłem w Starym Świecie. Za to w Nowym – jak najbardziej. Oto bowiem dziś głównym producentem kawy jest Ameryka Południowa – na czele z Brazylią (nickname: Kraj Kawy) – amerykańskie kakao uprawiane jest natomiast masowo w Afryce (tu prym wiedzie Ghana).
Fabryka ziaren kawy w peruwiańskim regionie La Merced
    Ma też Ameryka Południowa własny odpowiednik najdroższej kawy na ziemi. W Azji Południowo-Wschodniej (Maciek, Malezja) owoce kawowca zasmakowały miejscowemu zwierzakowi, łaskunowi palmowemu. Niewielki wszystkożerny ssak nie trawi jednak nasion – ino je nadtrawia. Wystarczy je wybrać z kupy, uprażyć, i mamy kopi luwak. W Peru też jest takie zwierzę.

Amerykański skryty kawożerca
    Tak, oczywiście, piłem tą wygrzebywaną z kupy kawę – tą amerykańską, dużo tańszą, nie kopi luwak. Nie ma słonecznikowego posmaku kawy zielonej, nieprażonej – raczej przypomina zwykłą czarną, choć, co poczytuję na plus, nie jest tak intensywna i gorzka. I ma lekko kwaskowaty posmak. Jak kogoś interesuje, niech da znać – w Europie bowiem trudno ją dostać.

Suszenie ziaren kawy i kakao na peruwiańskiej wsi
    Tyle autoreklamy didaskaliów, wracamy do Turcji. A szerzej do islamskiej ekumeny. Kawa szybko poczęła rozprzestrzeniać się po rosnącym islamskim świecie, wywołując spore zamieszania. Kofeina jest używką, a tych jako takich Koran zabrania.w Ale o naparze z kawowca nic nie wspomina, więc... Imamowie i mułłowie stoczyli ze sobą wiele – miejmy nadzieję, że tylko słownych – potyczek o to, czy kawę pić można, czy jej pobudzający nie przeszkadza w modlitwie (kiedy kawa dotarła do basenu Morza Śródziemnego taką samą rozkminę miał nasz papież (osmański sułtan takich dylematów nie miał i kawę i kawiarnie w pewnym momencie zakazał), początkowo uznając ją za szatański napój; kupcom weneckim to nie przeszkadzało, a potem, wraz z przesunięciem okna Overtona, kawsko zagościło w tamtejszej rzeczywistości). Ustalono po długim czasie, że nie przeszkadza. A sufici, czy inne mistyczne islamskie bractwa (znamy głównie derwiszów z ich ekstatycznymi tańcami) uznały, że jest wręcz konieczna.

Uliczny sprzedawca kawy w Jordanii
    I tak dziś w całym arabskim świecie kawa – mocna, właściwie nie parzona a gotowana, ogrzewana gorącym piaskiem (kto chce sobie poczytać jak się ją przyrządza to na pewno znajdzie w internetach, mnie, jako miłośnika herbaty nie specjalnie to interesuje) – jest na porządku dziennym.
    Ku mojemu szczęściu w niektórych rejonach tejże ekumeny znacząco przegrywa z herbatą.

Marokańska herbata
    Także na dawnych terenach Imperium Osmańskiego herbata uzyskała mocną pozycję, ale o tym następny, przedświąteczny w sumie, wpis.
Herbata na Bałkanach
    Teraz jeszcze ostatnie akapity o kawie tureckiej, pitej w onegdaj w stambulskich kawiarniach czy zajazdach (han) obok łaźni (hamam) i meczetów (cami).
Osmański hamam w Stambule
    Czarna jak smoła trafiła wkrótce na stoły jednego z głównych otomańskich przeciwników, hegemona w Europie Środkowo-Wschodniej – do Rzeczypospolitej. I to trafiła w taki sposób, że na kartach narodowego naszego Pana Tadeusza, poematu-epitafium sarmackiej Polski musiał Mickiewicz tak napisać: takiej kawy, jak w Polszcze nie ma w żadnym kraju.
Dwór polski
    Dowiadujemy się też, że w każdym dworze, owym domu porządnym dawnego zwyczaju, jest do robienia kawy osobna niewiasta, nazywa się kawiarka. Następnie Wieszcz opisuje sposób owego napoju przyrządzania. Wyewoluował on co prawda z kawy po turecku (taka mocna kawa wieki temu zwana była w Europie "kawą po polsku"; słaba lura znana była jako parzona na sposób "niemiecki"), ale nabrała całkiem innego sznytu. Dużo dostojniejszego niż prymitywne kapuczyna czy inne produkty kawowego ekspresu rodem ze Śródziemiomorza. Każdy zresztą sobie przepis ten, trzynastozgłoskowcem ze średniówką pisany, może sam przeczytać. Albo zmusić do tego swoje pociechy, bo po tak zwanych reformach edukacji na modłę zachodnioeuropejską dla Pana Tadeusza może braknąć miejsca, a wraz z tym dla pamięci o dawnych polskich zwyczajach i kulturze, której – ku mojemu smutkowi – picie kawy było ważnym elementem. Kawy, nie napojów z ekspresu.
Frappe - kawa z lodem
    A jako, że od wieków trwaliśmy na skrzyżowaniu różnych Światów nie tylko kawa ubogacała naszą kulturę.

Autor i Krzyżacy na skrzyżowaniu kultur (foto: P. Strzelczyk)

13 grudnia 2024

Wiedeńska kawa

    Jak wspominałem w poprzednim wpisie królowi Janowi III Sobieskiemu Wiedeń zawdzięczał nie tylko ocalenie. Odsiecz Wiedeńska kończąca II oblężenie miasta przez Turków pozostawiła po sobie pewien ślad – który wpłynął na całą gastronomiczną kulturę Europy i Świata.
    Ale ab ovo.

Kościółek na Kahlenbergu
    Wojska Sobieskiego przeganiają armie osmańskie spod Wiednia i zajmują turecki obóz – w tym i namiot samego wezyra, Kara Mustafy. W obozie znajdują się istne orientalne cuda, strusie czy inne wielbłądy – choć naszego króla najbardziej ucieszył jeden taki Czerkies, haremowy niewolnik. Jak polski władca pisze żonie (a pisał namiętnie, czasem kilka listów dziennie), pokazał mu ów mężczyzna kilka różnych łóżkowych sztuczek, które to król nie omieszka wypróbować po powrocie, gdy królową będzie łomotać. Nie wiem, czy były to tylko czcze listowne przesłanki i barokowa konwencja miłosno-literacka, miał bowiem w tym czasie Jan III już sporą nadwagę i cierpiał na podagrę, ale gdy w purytańskim XIX wieku poczęto badać Listy do Marysieńki nie opublikowano sporej części korespondencji (tak jest do dziś), gdyż bardziej przypominały literaturę erotyczną (albo i pornograficzną) niż dzieła sztuki epistolograficznej. Ale taki był barok – pierwszy mąż Marii Kazimiery d'Arquien, Jan Zamojski, Sobiepan, z racji nikłego wzrostu uważany był za bardzo jurnego w łożnicy (karły miały mieć wedel ówczesnych opinii niespożytą energię seksualną).
Wilanów
    Jak ktoś chciałby zgłębić temat bogatej barokowej polskiej sztuki miłosnej to polecam mu pozycję Miłość Staropolska nieodżałowanej pamięci profesora Kuchtowicza, ja tematu tego nie będę kontynuował, pamiętajmy jednak, że barok odczuwał mocniej niż my teraz – wszak wszedł na arenę sztuki niemal erotyczną Ekstazą św. Teresy dłuta Berniniego.
    W obozie oprócz Czerkiesa i wielu bogactw znaleziono także kilka worów dziwnych ziaren.
    - Karma dla wielbłądów – zawyrokowali Austriacy, a wielbłądy tylko popatrzyły z niesmakiem (dobrze, że nie pluły, choć przypominam: podobnie jak lamy i alpaki dromadery i baktriany sensu stricte nie plują, wystrzeliwują w stronę napastnika nadtrawioną treść żołądka).
    Także nasi wojacy popukali się w czoło. W poprzednim wpisie informowałem, że byliśmy w czasach Rzeczypospolitej Obojga Narodów takim pomostem między Wschodem i Zachodem (większość kraju to zachodni katolicyzm w gotyckich katedrach plus protestanci, a stroje czy broń niczym z Persji) – i nasiona te od razu zidentyfikowano: ziarna kawy.

Jagody kawowca
    W chrześcijańskiej Europie kawa była znana już od jakiegoś czasu, choć nie była tak poważana jak w Imperium Ottomańskim czy pośród plemion Arabii czy Wschodniej Afryki. Gorzki czarny napój pito chociażby w Wenecji – pewnie na złość jednemu z papieży, który zawyrokował, że gorzki ów bisurmański dekot dziełem jest szatana (muzułmańscy mufi też czasem tak uważali, ale o tym następnym razem) – ale nie był przesadnie popularny.
Zestaw do parzenia kawy po arabsku
    Co innego w Rzeczypospolitej. Jako, że mieliśmy wspaniałe (dzięki Ormianom i Żydom, narodom kupieckim) kontakty ze Wschodem napój był w dużo szerszym użyciu. Nie wiem, czy w pałacach i dworach już wtedy działały specjalne kawiarki (służące odpowiadające tylko li za parzenie kawy, jak to opisywał w "Panu Tadeuszu" Mickiewicz). Początkowo parzono ją u nas na sposób orientalny, po turecku czy po arabsku, a taka mocna kawa przez setki lat zwana była kawą po polsku.
Dwór polski
    Ale wracamy do ziaren kawy z tureckich taborów. Skąd tam ona? Odpowiedź jest prosta: z powodu kofeiny. Napojeni kawą osmańscy żołdacy, janczarzy czy inni, po prostu lepiej walczyli. Rzecz zresztą znana i wykorzystywana wielokrotnie: a to wikińscy berserkerzy odurzający się muskaryną z muchomorów, a to pancerne zagony Wermachtu podbijające Europę na amfetaminie. Obrońcy zamku w Jagierze (Eger na Węgrzech) też odpierali osmańskie szturmy będąc pijanymi słynnym Egri Bikaver, czerwonym lokalnym winem.
    Ale znowu robię z wpisu Beniowskiego (didaskalia dla przyszłych pokoleń ogłupionych nowymi komunistycznymi "reformami" polskiej oświaty AD 2024 – Beniowski to poemat dygresyjny). Cesarz Leopold owe bezwartościowe ziarna podarował jednemu z bohaterów II Oblężenia Wiednia – niejakiemu Jerzemu Franciszkowi Kulczyckiemu herbu Sas, zwanego Bruderherzem. Czym się ów polski szlachcic spod Sambora (dziś, po Zdradzie Jałtańskiej, na Ukrainie, podle Drohobycza) wyróżnił? Ano, jako nieodzowne dziecię I Rzeczypospolitej, zmagającego się z Wysoką Portą przez wiele lat, płynnie władał językiem tureckim. Kilkukrotnie przekradał się więc przez osmański obóz z wiadomościami między obleganymi a odsieczą. Miewał przy tym różne mrożące krew w żyłach przygody, z których wychodził obronną ręką dzięki szczęściu, refleksowi i własnemu konceptowi. O ile nie były to li tylko typowe barokowe sarmackie opowieści, jakże charakterystyczne dla szlacheckich gawędziarzy zwanymi czasem paliwodami; pan Onufry Zagłoba takim był, ale i w Pamiętnikach Jana Chryzostoma Paska takie elementy znajdziemy. Jakby nie było – Kulczycki zasłużył się, i dostał za to kilka worków bezwartościowego w oczach Austriaków ziaren. Możliwe, że sam o to Habsburga poprosił – i otworzył pierwszą wiedeńską kawiarnię "Dom pod Błękitną Butelką".

Wiedeńskie ulice
    Od razu mówię – nie odniósł sukcesu. Wiedeńczykom – co nie dziwi – gorzki napój nie posmakował. Dopiero kiedy Bruderherz dodał doń miód, poeksperymentował z korzeniami, mlekiem, obywatele stolicy Austrii napój pokochali. Do tego stopnia, że dziś żaden Wiedeńczyk nie wyobraża sobie dnia bez kawy wypitej właśnie w kawiarni (kawy, a nie jakiegoś wynalezionego później ekspresowego czegoś). W takich kawiarniach na pewno siadali pisarze, malarze, aktorzy, filozofowie, myśliciele, politycy, zbrodniarze (w Wiedniu mieszkali przecież Lenin, Trocki, Hitler, Stalin) i inni. A że po pokonaniu Wysokiej Porty Habsburgowie doświadczać zaczęli prosperity, Wiedeń stał się trendsetterem – i rywalizował na tym polu z burbońskim Wersalem. A że królowymi Francji w tamtym czasie regularnie zostawały Habsburżanki (i raz Leszczyńska) to kawa podbiła i ten kraj – gdzie dziś jest podstawowym śniadaniowym (i nie tylko) napojem. Z Francji rozeszła się na całą Europę i kolonię – choć nie podbiła (acz mocno próbowała) Wielkiej Brytanii, zwożącej sobie z Chin i Indii szkunerami herbacianymi – nomen omenherbatę (słynna Boston Tea i sprawa ceł na herbatę sprawiły, że i w USA wolą kawę od szlachetnego naparu krzewów kameliowych).

Zaułki Wiednia
    Nie jestem pewny, czy drugi element – poza kawą – kontynentalnego śniadania, krosant, także nie pochodzi z Wiednia, gdzie po zwycięstwie Sobieskiego zaczęto wypiekać – wedle legendy - rogaliki inspirowane islamskim półksiężycem (podobną legendę słyszałem o odbiciu, czy tam ocaleniu, Nicei z rąk tureckich, więc nie potwierdzam i nie zaprzeczam).
    Co zaś – na koniec – się tyczy naszego Kulczycki, to nie wszyscy zgadzają się z jego polskim pochodzeniem. Pomijam tu Ukraińców, którzy twierdzą, że skoro Sambor leży dziś na Ukrainie to Bruderherz był ich. Ale i Słowianie Południowi twierdzą, że nazywał się Dujo Kolcic i był Serbem. Dla Węgrów będzie to Węgier. A ludzie psujący innym zabawę powiedzą, że pierwszą kawiarnię we Wiedniu założył jeszcze całkiem ktoś inny. Ot, Europa Środkowa.
Hofburg, wiedeńska siedziba Habsburgów

6 grudnia 2024

Gdzie jest król?

   Kilka ostatnich wpisów popełniłem byłem o Zakaukaziu, konkretniej zaś o Gruzji. To region gdzie pośród głębokich dolin Kaukazu i Małego Kaukazu spotykają się wpływy świata koczowników Wielkiego Stepu, antycznych cywilizacji Żyznego Półksiężyca, greckiej Wielkiej Kolonizacji czy Imperium Romanum (o wschodnim chrześcijaństwie, islamie i sowieckim ateizmie na wspominki brak miejsca). Nie ukrywam, że takie stykowe obszary nie dość, że są niezwykle urokliwe, to jeszcze genialnie twórcze.
Barok - czas wielokulturowego bogactwa Rzeczypospolitej
    Przecież przez kilkaset lat i Rzeczpospolita Obojga Narodów była takim państwem – żeby nie powiedzieć imperium, całą cywilizacją – kwitnącym właśnie na pograniczu kultur. Trudny (nie tylko dla nas, dla Zakaukazia też) XIX wiek, zabory, okupacje niemiecka i radziecka XX wieku (i związane z nimi ludobójstwa i ruchy migracyjne), fajnopolackie odmóżdżanie sprawiły, że to bogactwo I Rzeczpospolitej zachowało się tylko gdzieniegdzie. W innych miejscach trzeba mocno szukać.
Podlasie - meczet tatarski
    Zawieszenie polskiej kultury między Wschodem a Zachodem sprawiło, że powstała kultura ani wschodnia, ani zachodnia – polska po prostu, przez wieki atrakcyjna dla licznych przybyszów oraz ościennych kraików – w Jassach czy Moskwie nasza mowa była przecież językiem dworu u zarania Nowożytności.
Drewniana cerkiew w Drohobyczu
    Dawało nam to przewagę w starciu zarówno przeciwko wrogom z Zachodu, jak i Wschodu (o Północy i Południu nie zapominajmy). Jaka to szkoda, że w tym naszym anarchistycznym imperium wykształciła się pośród rządzącej szlachty idea pacyfizmu i niechęć do jakichkolwiek niemal wojen zaborczych – mocarstwo, które przestaje być agresywne (a nasze właściwie ledwo co zaczynało takim być) w końcu upada, najczęściej pod ciosami ościennych nuworyszy, pełnych agresji oraz w nosie mających konwenanse i kulturę. Niemniej czasami nasze zagony opuszczały gościnne ziemie Rzeczypospolitej – a to by sobie zdobyć Moskwę, a to by dla Ojczyzny ratowania rzucać się przez morze w Danii. Lisowczykami straszono dzieci w okolicznych krajach jeszcze kilkadziesiąt lat po rozwiązaniu formacji. Ostatnią chyba chwalebną akcją oręża I Rzeczypospolitej była tak zwana Odsiecz Wiedeńska. Kraj chylił się już wtedy ku upadkowi, choć bogactwo magnaterii jeszcze maskowało zły stan gospodarki, ale król Jan III zebrał armię, i – ryzykując rozłąkę z królową-małżonką, a związek mieli ognisty, iście barokowy – pojechał na złamanie karku by uratować Europę przed turecką nawałą.
Pałac w Wilanowie, miejsce igraszek króla Jana i królowej Marysieńki
    Ale to już wiecie. Połączone siły polsko-niemieckie dwa dni przekradały się przez zarośla Lasu Wiedeńskiego (jakby nie patrzeć pasmo alpejskie, choć nie wysokie), wreszcie na ruinach kościółka na szczycie Kahlenbergu odprawiono mszę i ruszono na tyły obozu tureckiego. Bojąc się zasadzek król Jan pierwszą posłał piechotę (BPP, jak pisał Sapkowski w Sadze o Wiedźminie), ale gdy okazało się, że Turcy nieprzesadnie byli przygotowani, ruszył wraz ze swoimi pancernymi zagonami husarii, a wraz z nim i konnica aliantów (w walkach wyróżnił się młodziutki Eugeniusz Sabaudzki, wkrótce jeden z największych dowódców europejskich). Żeby – o czym pewnie też wiecie – nie konfudować sprzymierzeńców i obrońców miasta (poinformowanych wszak o nadejściu odsieczy) wschodnim stylem ubioru naszych wojsk kazał król naszym odpowiednio się przepasać. Atak ciężkiej konnicy, tej pancernej pięści epoki renesansu i baroku, zniósł wojska tureckie (choć nie rozbił ich – tego Sobieski dokonał niedługo pod Parkanami, łamiąc osmański kręgosłup; od tego czasu Wysoka Porta już tylko się cofała; głównodowodzący, wezyr Czarny Stefan, czyli Kara Mustafa, na rozkaz sułtana został stracony). Wiedeń był wolny, Europa uratowana. A Polska została jak zwykle moralnym zwycięzcą – bo faktycznych zysków z całej akcji nie było. Cesarz Leopold, podrażniony dumnym zachowaniem naszego władcy (oraz zazdrosny o sławę) zadbał, byśmy nic nie wygrali – a po niecałych stu latach zajęciem Spisza jego potomkowie rozpoczęli rozbiór Rzeczypospolitej (i całkiem niesłusznie uważani byli za najłagodniejszych zaborców – a oni po prostu po mistrzowsku wykorzystywali zasadę divide et impera; do dziś za to płacimy).
Współczesna panorama Wiednia z Kahlenbergu
Hofburg - siedziba cesarzy skąd dzielono i rządzono
    Króla Jana upamiętniono za to niewielką tablicą w sercu Wiednia.

Tablica upamiętniająca mszę dziękczynną po zwycięstwie pod Wiedniem
    Odbudowano także kościółek na Kahlenbergu. Dziś zarządzają nim zakonnicy z Polski – i to głównie nasi rodacy podejmują trud wjechania na to górujące nad austriacką stolicą wzgórze Lasu Wiedeńskiego.

Kościół na Kahlenbergu
    Kilka lat temu zaproponowano – oczywiście polskimi środkami – wzniesienie tam pomnika upamiętniającego ową szarżę znoszącą tureckie oblężenie. Wybrano projekt, zbudowano cokół i... Niczym cesarz Leopold konserwator zabytków (czy inna taka instytucja) w Wiedniu budowę zablokował. Oficjalnie bo nie pasował artystycznie, choć pewnie są i inne powody. Spacerując bowiem uliczkami Inner Stadt, wiedeńskiej starówki, można dojść do wniosku, że, przynajmniej kulinarnie, po latach to oblegający wygrali. Może też chodzić o zwykłą zawiść i niechęć do przyznawania Polakom ważnego miejsca w dziejach Europy.

Gdzie jest król?
    Nie chcą też Wiedeńczycy pamiętać o nieoczywistym efekcie Odsieczy Wiedeńskiej, takim, z którym spotykają się na co dzień. Nie tylko zresztą oni – bo większość Zachodniego Świata (więc nie chodzi tu o jeden z kulinarnych symboli miasta, czekoladowy tort Sachera, chodzi o inny; w rodzinę Sacherów wżenił się niejaki von Masoch, przyjmując nazwisko Sacher-Masoch, niezbyt sprawny pisarz, działający m.in we Lwowie, w swych erotycznych powieściach jak Wenus w futrze zdefiniował zboczenie zwane dziś od nazwiska masochizmem). Ale o tym postanowiłem zrobić następny wpis – bo ten jest trochę o niewdzięczności (a w domyśle: o tym, że Machiavelli to był jednak szczwany lis, i żeby bawić się w politykę trzeba nie tylko znać jego Księcia, ale i doń się stosować; jak i do Sun Tzu).

Serce starego Wiednia - katedra
    Pomnik króla Jana znajduje się natomiast w Gdańsku – dokąd został wygnany ze Lwowa, gdzie powstał, przez zajmujących te ziemie w wyniku Zdrady Jałtańskiej sowietów.

Lwowski pomnik Jana III w Gdańsku
    I na koniec a propos sowietów: po II wojnie światowej Austria została podzielona na cztery strefy okupacyjne - rychło jednak wraże wojska opuściły kraj, choć pozostało po nich trochę pomników. Na przykład taki wystawiony w podzięce Armii Czerwonej. Do dziś zresztą zdobi on ulice Wiednia. Czemu nie zniknie? Raz, że ZSRS wycofując się miało jako jeden z warunków postawić pozostawienie takich monumentów. Dwa - Austriacy stwierdzili, że to część historii ich kraju, i nie lza pomnika usuwać. Bardzo to mądre, tolerancyjne i tak dalej. Wychodzi więc, że zerwanie tureckiego oblężenia przez Polaków musi być dla nich rzeczą gorszą niż Anschluss czy sowiecka okupacja...
Armia Czerwona > Jan III Sobieski

Najchętniej czytane

Długa droga do domu cz. 1

     Kiedy tylko drugi syn Henryka II Ryszard (bo najstarszy, też Henryk, wziął był sczezł) objął angielski tron niemal od razu wyruszył na ...