Tłumacz

8 lipca 2024

Emigranci

    Na blogu pożegnaliśmy właśnie boliwijskie Andy i udajemy się do dżungli – tej największej, amazońskiej. Tym razem nad samą Amazonkę, nie żaden z dopływów. Mało tego, miałem przyjemność (jaką to się okaże w następnych wpisach, nie będę zdradzał jak taka wygląda) tą największą rzeką Świata płynąć – od Iquitos do Manaus. Kawał drogi.
Amazonka
    Dla Gringo atrakcja taka jawi się jako podróżnicze misterium, ale tak naprawdę Amazonka jest dżunglową autostradą, najczęściej najdogodniejszym połączeniem między nadrzecznymi miastami, wioskami i osadami. Miejscowi po prostu nią podróżują – tak jak my rejsowymi autobusami czy koleją. Statki do tego zapewniają odpowiedni w podróży komfort.

Boisko na amazońskim statku
    Płynęliśmy więc z Tabatingi do Manaus po Solimoes (tak na tym odcinku nazywa się Amazonka, bez względu na to, co kartografowie nanieśli na mapy), kilku Białasów, masa miejscowych, i grupa emigrantów. Temat w Polsce gorący, nie ma co ukrywać. Znany też w Ameryce Południowej, gdzie socjalistyczna polityka Chaveza i Maduro zniszczyła bogatą (ropa naftowa w ogromnych ilościach) gospodarkę Wenezueli i spowodowała prawdziwy eksodus jej mieszkańców – z głodu.
    W Ameryce Łacińskiej ludzie w dużej mierze żyją z dnia na dzień i każdy kryzys, jak na przykład niedawno panika koronawirusowa, wywołuje fale głodu, zamieszek i emigracji. Kilka lat temu nadpacyficzne plaże Peru pełne były pieszych wędrowców, kroczących poprzez cały kontynent z Wenezueli do bogatego Chile. Część oczywiście zatrzymywała się w Kolumbii, Ekwadorze czy właśnie Peru, ale państwa te nie są tak zamożne – a wspomniany dopiero co wirus skutecznie i w tamtejsze gospodarki uderzył. Co uczciwsi imigranci po drodze łapali się jakichś zajęć, spora część jednak zwyczajnie kradła. Poziom drobnej przestępczości w Peru skoczył wyraźnie. W Limie stojąc w korku jadąc taksówką byliśmy świadkami, gdy pomiędzy samochodami przeciskał się motocykl z dwoma pasażerami. Podjechał do jednego z aut, na siedzeniu którego pani kierowca nieopatrznie położyła torebkę. Szybki cios, szyba pękła, pasażer motoru sięgnął po pryz po czym obaj złodzieje odjechali pomiędzy stojącymi samochodami. Zawiadomienie policji nic nie da, rzezimieszki ulotniły się.
    - Wenezuelczycy – pokręcił z niesmakiem głową nasz kierowca – Odkąd przyjechali robi się coraz niebezpieczniej.
    Lima jest niebezpiecznym miastem, zresztą chyba wspominałem pisząc o Callao i reakcji miejscowych na fakt, że chcemy tam pojechać, ma więc swoich bandytów – ale zła opinia o Wenezuelczykach nie wzięła się znikąd.

Callao
     Oczywiście spotkałem także – a raczej głównie, na szczęście nikt mnie w Ameryce Południowej jeszcze nie obrabował – takich, którzy przyjechali do pracy. Uczciwej i ciężkiej. Właściwie tam nie ma wyboru – jeśli chcesz przeżyć, to albo pracujesz, albo kradniesz (za co w końcu spotka cię kara, o czym też kiedyś wspominałem), tertium non datur. Nie ma socjalu dla imigrantów (ciekawe ilu ze szturmujących Europę imigrantów tak chętnie by tu uderzało wiedząc, że nie dostaną nic za darmo... Odpowiedź brzmi: nie wiem, ale się domyślam). Także na statku tnącym brunatne wody Amazonki spotkałem Wenezuelczyka w podróży – imigranta. Oczywiście legalnego. Brazylijskie wojsko i celnicy zawsze rewidują statki sunące w dół rzeki, nie chodzi tylko li o przemyt towaru (głównie kokainy), ale także ludzi. Chłopak miał 19 lat, pochodził z Isla de Margarita, i koniecznie chciał z kimś porozmawiać.
    - Ta nasza wyspa, Margarita, jest piękna – prawił, właściwie co wieczór – Pracowałem tam w turystyce. Potem wszystko się skończyło. Próbowałem sił jako fryzjer, świetnie strzygę, ale też nie było pracy. W końcu udało się dostać wizę do Brazylii, i teraz jadę do rodziny, do Urugwaju. Tam jest praca.
    W Manaus był już niemal w połowie drogi – za chlebem. Wędrując przez Paragwaj, północną Argentynę czy południową Brazylię wspominałem (albo i nie, ale obstawiam, że tak), że sporo tam Polonii – emigrantów ekonomicznych przybyłych nad Paranę w XIX i XX wieku (sam mam jakąś rodzinę w Argentynie) czy innych nacji, niekoniecznie nam przychylnych. Rządy południowoamerykańskich państw chętnie zresztą sięgały po przybyszów z innych kontynentów, którzy to nie dość, że pomagali budować potęgę danego kraju to jeszcze wnosili wkład w lokalną kulturę, integrując się jednak z miejscową społecznością.

Grób inżyniera Habicha, założyciela Politechniki w Limie
    Dokładnie tak, jak i u nas, w Rzeczypospolitej. Akurat może jakoś specjalnie nie zapraszaliśmy nikogo, ale potęga kulturalna i polityczna przedrozbiorowej Polski sprawiała, że byliśmy przez stulecia ziemią obiecaną dla wielu nacji czy religii. Ślady tej multikultuowości, mimo rozbiorów i XX-wiecznych okupacji, zachowały się jeszcze gdzieniegdzie.

Meczet tatarski na Podlasiu
    Nikt jednakże nie dawał nowo przybyłym socjalu (na upartego można było by powiedzieć, że wolnizna dla zasadźców wsi czy miasta były takim socjalem – ale zwolnienie z podatków było tylko czasowe, stosowane zresztą po to, by dana osada szybciej się rozwinęła i zaczęła przynosić większe dochody skarbowi państwa) – przyjechałeś, to pracuj pro bono publico.

Dom niemieckich kolonistów w Paragwaju
    Kolonialne kraje Europy Zachodniej przyciągały obcych kulturowo imigrantów w trochę inny sposób, tak jak stolica przyciąga lud prosty z interioru. Niestety rozkwit potęg kolonialnych zbiegł się w czasie z rozkładem, zapoczątkowanym Oświeceniem (cóż za przewrotna nazwa) i Wielką Rewolucją Francuską, czegoś co można nazwać Cywilizacją Łacińską. Oto bowiem okazało się, że Europa Zachodnia nie ma dla imigrantów i ich potomków do zaoferowania niczego poza zwykłym konsumpcjonizmem. Biedniejsi imigranci (bogaty przecież nie musi jechać za chlebem) nie osiągną w konsumpcji takiego poziomu jak miejscowi, więc zamiast zintegrować się, wracają do swojej kultury, powoli wypierając miejscowe zwyczaje.

Kolonialne ślady w Afryce
    Obawiam się, że to samo czekać będzie Polskę. Zwłaszcza, że media i dyskurs publiczny opanowany jest przez postsowieckie – z braku lepszego słowa – elity, wychowane internacjonalnie (więc ojkofobicznie) w służalczości do obcego pana, i nie ważne czy z Moskwy czy Berlina. Zwłaszcza, że obecny rząd broni naszych granic w sposób taki, że słowo "opieszały" brzmi tu jak komplement. A imigranci (których w Polsce zawsze było dużo, jesteśmy przecież jednym z najbardziej gościnnych narodów w Europie) którzy nielegalnie (warto podkreślić; jakoś do legalnych nikt nie ma pretensji, sam legalnie pracowałem za granicą jako imigrant ekonomiczny) którzy ze Wschodu i Zachodu są na nas napuszczani wcale nie chcą uczestniczyć we wspólnym tworzeniu polskiej kultury i gospodarki.

Symbol sowieckiej okupacji Polski
    Dobra, jadę w końcu do tej dżungli, gdzie – choć każde stworzenie może choćby niechcący zabić – wszystko jest prostsze. Bo póki co normalne.

Autor i życie w dżungli (foto: M. Piech)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Najchętniej czytane

Życie w dżungli

     I trafiliśmy w końcu do dżungli – co niechybnie wskazuje, że blogowa podróż po Ameryce Południowej zbliżać się będzie ku końcowi. Jesz...