Tłumacz

14 sierpnia 2026

Papierosy i pająki

    Tylko skończyłem pisać jeremiadę o tym, że w pubach nie można palić papierosów (co, jak W. Sz. Czytelnik pamięta, wcale nie jest dla mnie taką tragedią jaką zaprezentowałem – naprawdę brak papierosianego smrodu jest czymś cudownym, ale...) trafiłem do miejsca, gdzie papierosy w lokalu się pali – i nikt nie ma z tym problemu. I wcale nie chodzi mi o Bałkany, gdzie dymek dalej jest częścią kultury (zdarzało mi się trafiać do pokojów hotelowych "pachnących" papierosami; bez kucia tynku tej aury chyba się zlikwidować nie da). Nie. Była to Szwajcaria – oaza wolności w Europie Zachodniej.
Szwajcaria
    Z tą wolnością to już kiedyś na blogu wspominałem, wcale nie ma tak różowo, ale faktycznie – palenie w barze nie jest zabronione. A jak nie jest zabronione, to jest dozwolone. Więc wkroczyłem do środka i zamówiłem piwo. Miejscowi pili raczej wino – byliśmy w niemieckojęzycznej części Szwajcarii, w Lucernie, ale ten drugi trunek także był tu popularny: w końcu jeden z placów starego miasta zwie się Weinmarkt, i na pamiątkę intratnego handlu który się tam niegdyś odbywał ozdobiony jest freskiem przedstawiającym Wesele w Kanie Galilejskiej.
Wesele w Kanie Galilejskiej
    Atmosfera była miła i serdeczna, z sali obok dobiegały wrzaskliwe nieco bawarskie zaśpiewy (jakaś grupa miała biesiadę połączoną z pokazami – niech będzie – artystycznymi). Dym papierosowy (i ubiór klientów) zdradzał, że szlugi były z tych lepszych, nie te przemycane ze Wschodu, składające się z tektury, końskiego włosia i smoły. Znaczy: mocno nie śmierdziało. Niemniej długo tam nie siedziałem – ruszyłem poszwendać się po mieście. Na blogu o Lucernie wspomniałem zdaje się pokazując pomnik Lwa Lucerny, projektu znanego nam z Warszawy Thorvaldsena, ale nie tam skierowałem swoje kroki.
Lew Lucerny
    Minąłem wąskie uliczki starego miasta na które z góry spoglądały średniowieczne mury miejskie, nie zatrzymałem się nad Jeziorem Czterech Kantonów by podziwiać panoramę lokalnych Alp, tylko udałem się nad Reuss, rzekę dzielącą miasto na dwie części. A jak rzeka – to i mosty. I to jest absolutny – najbardziej emblematyczny, jak powiedziałby pan Makłowicz – top lucerninanych landszaftów.
Most Kapliczny
    Z trzech drewnianych konstrukcji do naszych czasów zachowały się – choć zaraz powiem dlaczego to nieco problematyczne stwierdzenie – dwa. Starszy, Kapellbrücke, z połowy XIV wieku, i Spreuerbrücke, datowany na Rok Pański 1408 (czyli budowniczowie nieco wyprzedzili zbudowany na rozkaz Jagiełły most pontonowy na Wiśle, który umożliwił w czasie Wielkiej Wojny z Zakonem chwalebną wiktorię grunwaldzką). Dlaczego zaś stwierdzenie o dwóch zachowanych mostach jest nieco na wyrost? Oto bowiem Most Kapliczny na początku lat 90-tych XX wieku wziął był i spłonął. Nie cały co prawda, ale duża część drewnianej przecież konstrukcji poszła z dymem – w tym i zdobiące przejście liczne malowidła przedstawiające sceny zarówno biblijne, jak i świeckie z historii Szwajcarii. Całe szczęście dwa lata wcześniej wszystkie owe obrazy skatalogowano i obfotografowano, ale dziś, przekraczając rzekę Reuss większość miejsc po malowidłach świeci pustkami. To celowe działanie – kiedy olbrzymim kosztem odbudowano most mieszkańcy Lucerny w referendum zadecydowali, że tak ma pozostać, że nie chcą mieć na swej największej atrakcji turystycznej kopii. Zachowane oryginały wróciły na swoje miejsce.
Miejsca po spalonych obrazach
    Swoją drogą drewniane mosty były obiektem turystycznych wizyt już jakieś 200 lat temu, a kiedy w XIX wieku powstała plotka, że władze miejskie chcą przeprawy zburzyć z Wysp Brytyjskich (bo to angielscy dandysi pro maior pars atrakcję oglądali) popłynęły petycje z prośbą o zachowanie konstrukcji. Z tych petycji lokalsi dowiedzieli się też dopiero o planach wyburzenia mostów. Plotka ma ogromną siłę.
Most Plewny
    Równie ogromną siłę miał też niedopałek, od którego zajął się drewniany Most Kapliczny. Sprawę ułatwiły kilogramy pajęczej sieci, nie sprzątane zapewne od kilkuset lat. Jakąż wspaniałą patynę wieków musiały nadawać konstrukcji. Dziś niestety – na obu mostach – są regularnie zdejmowane. Bo stare pajęczyny – wraz ze starym, przesuszonym drewnem – to wspaniały materiał palny. Nic dziwnego, że pożar rozprzestrzenił się błyskawicznie. W tym wypadku powiedzenie, że szczęśliwy dom gdzie pająki są okazało się nie przedbobonem, a zabobonem.
Pocztówka z Lucerny
    Drugi most, Plewny, przetrwał, i dziś także jest przeciwpożarowo zabezpieczony. Jest też ozdobiony nieco bardziej mrocznym zestawem malowideł – przedstawiają one danse macabre, taniec ze śmiercią.
Danse macabre
Wszyscy równi wobec Śmierci
    Przecudowna rzecz. Kostucha odwiedza wszystkie stany społeczne, z każdym – bądźmy nowocześni – zbija piątkę. Pokazuje, że czeka na każdego. Straszne? Wbrew pozorom wcale nie. Śmierć czeka każdego, a ostatnie malowidło przedstawia tryumf Chrystusa nad nią. Czyż może być coś bardziej optymistycznego?
Zwycięzca Śmierci
    Mimo, że jestem w nieco turpistycznym nastroju, odpowiem: no nie może.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Najchętniej czytane

Papierosy i pająki

     Tylko skończyłem pisać jeremiadę o tym, że w pubach nie można palić papierosów (co, jak W. Sz. Czytelnik pamięta, wcale nie jest dla ...