Był całkiem pogodny – jak na
Szkocję – dzień (wszak Dundee reklamowało się jako najbardziej słoneczne miasto całej krainy) a ja akurat zdobywałem wdrapywałem
się wchodziłem szedłem na górujące nad miastem wzgórze zwane
Dundee Law.
Po drodze mijałem różne chynchy, RODOS-y (zgadza
się, Rodzinne – czy tam Robotnicze – Ogródki Działkowe
Otoczone Siatką to nie tylko polska specjalność; te szkockie są
równie parchate co nasza i nic wspólnego, poza nazwą, nie mają z
ową śródziemnomorską wyspą swego czasu zdobytą na
Bizantyjczykach przez piratów joannitów operujących wtedy z
Cypru), przedmieścia czy puby. Zgadza się, o tej ostatniej ostoi
brytyjskości zapowiadałem kiedyś osobny wpis (a jak nie
zapowiadałem, to miałem zamiar; obiecać to prawie jak zrobić, tu
działa podobny mechanizm) i oto jest. Przynajmniej trochę. Więc
kroczyłem ku szczytowi Dundee Law, gdy wtem:
- Wejdź do nas, stary przyjacielu! - rozległ się skrzekliwy głos.
Rozejrzałem się – nie Gandalf mnie nawoływał, a miejscowy stary Szkot. Stał oparty o framugę mijanego pubu, i zamiast fajkowego ziela palił zwykłego szluga (zdaje się, że poprawnie powinno być: i palił zwykły szlug; ech, ta nasza cudowna mowa).
- Jak będę wracał! - obiecałem, i rzeczywiście, skoro obiecałem to na powrocie wstąpiłem na jedno piwo. Czy inne ale. Nie pamiętam, szczerze mówiąc, było to jakieś dwadzieścia lat temu.
Pamiętam, że pub nazywał się The High Corner. Od czasu bowiem zdaje sięohydnego
bufona wielkiego reformatora Henryka VIII angielskie – i szkockie
potem, za Stuartów – lokale z wyszynkiem musiały mieć nie tylko nazwę, ale i
widoczny szyld. Znając chciwego Tudora chodziło zapewne o jakieś
podatki.
W każdym razie lokal wyglądał w środku jak typowy
brytyjski pub. W tym akurat – sądząc po przekroju wiekowym
klientów i wczesnej popołudniowej godzinie zwykli przesiadywać
lokalni właściciele wspomnianych wyżej RODOS-ów. W prawdziwym
bowiem pubie zawsze przesiadują tylko lokalsi – choć oczywiście
bona fide wędrowiec zawsze jest miło przywitany, jak ja tamtego
dnia. Spełnia bowiem nie tylko pub rolę miejsca do spożywania
alkoholu czy zakąsek, ale jest również spoiwem lokalnej
społeczności. Któregoś razu trafiłem do lokalu, w którym
gromadzili się członkowie (wraz z przyjaciółmi) amatorskiego
klubu sportowego. W innym pubie obok pili – i wymieniali informacje
– filateliści. W kolejnym – kolejarze. Może to efekt
stratyfikacji społecznej w Wielkiej Brytanii, może przywiązanie do
swojego małego zakątka. U nas w Polsce raczej tak nie ma. Bary
osiedlowe już wymierały kiedy dobiła je panika koronawirusowa, na wsi zaś
powoli do lamusa odchodzą typowe gieesy. U mnie sklep spożywczy też
już upadł – a spełniał przecież taką samą funkcję
socjalizującą jak brytyjskie puby. Oto zawsze w Niedzielę po Mszy Świętej lokalni gospodarze spotykali się przy symbolicznym kieliszku wódki
(kto by się tam piwem zamulał) i omawiane były najnowsze decyzje
władz samorządowych, wymieniano lokalne plotki informacje oraz
politykowano. Tak, wiem, w czasach telefonów komórkowych i
internetów takie magle czy spelunki tracą niby rację bytu, ale –
by Jove – czyż nie lepiej jest porozmawiać twarzą w twarz?
Zwłaszcza, że gros informacji i emocji przekazujemy sobie w sposób
niewerbalny. Koniec świata.
W Wielkiej Brytanii te małe
społeczności nadal mają swoje centra integracji – powstałe
oddolnie, więc nie trzeba budować jakichś świetlic czy czegoś. Z
racji obecności alkoholu czy bekonu puby też skutecznie bronią się
przed tym, przed czym Zjednoczonemu Królestwu pro maior pars obronić
się nie udało – przed inwazją obcych kulturowo imigrantów,
pochodzących głównie z dawnych brytyjskich kolonii. Cóż,
przegrali imperium, to teraz mają. Nam, jak straciliśmy mocarstwową
pozycję los zgotował rozbiory, Brytyjskie superpaństwo było
odrobinę większe od RON, więc i dekonstrukcja musi trochę
potrwać. Ot, jak mawiał angielski dramaturg z czasów przed
powstaniem Imperium, to są zwyczajne dzieje.
Póki co jedyną
rzeczą jaka wpłynęła na funkcjonowanie brytyjskich pubów jest
zakaz palenia. Moda te przyszła też do Polski, i obecnie w
gastronomi nie pali się papierosów. Z jednej strony jest to
ograniczenie wolności i zubożenie kultury (wystarczy sobie poczytać
książki, pooglądać filmy – papieros był obecny przez
kilkadziesiąt lat, do tego w okresie gwałtownego rozwoju
popkultury), z drugiej... Nie, nie będzie tu epistoły o tym, że
palenie tytoniu szkodzi. Jeden śp Dziadek palił kilkadziesiąt lat,
dożył prawie setki, inna śp Babcia też paliła, zmarła na raka
płuc (pracownik służby zdrowia – nie chcę powiedzieć, że
lekarz – nie zauważył był początków nowotworu, a później
było – nomen omen – za późno). Na pewno substancje wdychane
nie pomagają. O tytoniu zresztą na blogu było (każdy sobie
zobaczy, czy wspominałem tam także o tym, że z racji trujących
właściwości papierosa nasi genialni himalaiści z Jerzym Kukuczką
na czele w czasie wysokogórskich ekspedycji jarali jeden za drugim;
kwestia podtrucia czadem, opowieść na inny raz).
Kiedy
zamieszkałem w Łodzi zakaz palenia w lokalach jeszcze nie
obowiązywał, i w całym mieście było tylko jedno miejsce w którym
w środku się nie paliło. Był to słynny bar Anna (lokal powstał
tam w 1912 roku), gdzie pili żule, studenci i pracownicy urzędu
miasta (co oczywiste, nie należałem do tej trzeciej grupy). Swego
czasu w pubie bytowała bowiem papuga, i dym papierosiany niezwykle ptaka
drażnił, w związku z tym palący musieli opuścić główną salę.
Gromadzili się w niewielkim przedsionku, gdzie – z racji dymu –
słońce nigdy nie zaglądało. Przed wejściem należało więc
wziąć głęboki wdech i przedrzeć się przez błękitny tuman.
Oznaczało to, że i tak po wizycie w Annie człowiek śmierdział
jak popielniczka. I to w sumie jest powód, dla którego, mimo żalu,
zaakceptowałem zakaz palenia. Młodzież nie zdaje sobie sprawy, jak
– w latach 70-tych, 80-tych czy 90-tych wszystko śmierdziało. Od
mieszkań przez restauracje po środki komunikacji publicznej
(przecież w pekaesach w siedzeniach były spiołki montowane). Dla
węchowca, jakim jestem, była to straszna spawa (mimo, że przecież
od małego człowiek wzrastał w takim środowisku). Ale to już
przeszłość. Pub Anna też nie przeżył paniki koronawirusowej (i
pewnie wzrostu kosztów utrzymania). Ciekawe, jaka dziś jest
kondycja brytyjskich lokali. Po pandemii nie byłem.
![]() |
| Dundee Law |
- Wejdź do nas, stary przyjacielu! - rozległ się skrzekliwy głos.
Rozejrzałem się – nie Gandalf mnie nawoływał, a miejscowy stary Szkot. Stał oparty o framugę mijanego pubu, i zamiast fajkowego ziela palił zwykłego szluga (zdaje się, że poprawnie powinno być: i palił zwykły szlug; ech, ta nasza cudowna mowa).
- Jak będę wracał! - obiecałem, i rzeczywiście, skoro obiecałem to na powrocie wstąpiłem na jedno piwo. Czy inne ale. Nie pamiętam, szczerze mówiąc, było to jakieś dwadzieścia lat temu.
Pamiętam, że pub nazywał się The High Corner. Od czasu bowiem zdaje się
![]() |
| The High Corner i lokalny Szkot |
![]() |
| The World's End i Autor (foto: P. Strzelczyk) |
![]() |
| Ye Olde Watling - zbudowany przez Sir Christophera Wrena |
![]() |
| Ye Olde Trip To Jerusalem - podobno najstarszy pub w Anglii |
![]() |
| Andy, nie Himalaje, zdobywane przez Autora bez papierosa - i bez liści koki |
![]() |
| Strefa dla palaczy na jednym ze współczesnych łódzkich dworców |







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz