Jak wspominałem w poprzedniej części
wpisu jedynym krajem bałkańskim który – w związku z ruchami
ludności w latach dwudziestych zeszłego stulecia – pozbył się
bywalców meczetów była Grecja (Turcja pozbyła się wtedy bywalców
cerkwi; okrutne to były przesiedlenia milionów ludzi – z miejsc,
gdzie żyli od stuleci w nowe środowisko; czystek nie zrobiono na
Cyprze, więc dziś wyspa jest podzielona na dwie wrogie strefy). W
myśl prawa szariatu meczetu zburzyć nie wolno (od kilkuset lat w
Indiach z tego powodu mordują się hinduiści i muzułmanie: jedni
zburzyli chram hinduistyczny i zbudowali meczet, po czym drudzy ów
zburzyli postawili świątynię – i wystarczyło). Grecy nie do
końca się tym przejęli. A że brakło muzułmanów to i przebiegło
to trochę spokojniej.
Najciekawsze takie konstrukcje widziałem
na Krecie. O tej największej greckiej wyspie było na blogu
wielokrotnie, i o tajemniczej minojskiej cywilizacji, i o weneckich
(a potem osmańskich) fortyfikacjach wyspy, i innych takich.
Ale
o meczetach nie było – bo już ich na wyspie nie ma. Zresztą
jeśli chodzi o miejsca kultu to dla przykładu są tylko trzy
kościoły katolickie (jeden zbudowany przez polskich żołnierzy
którzy trafili tam wraz z rosyjskim kontyngentem stabilizującym pod
koniec XIX wieku. Te francusko-brytyjsko-rosyjsko-włoskie siły były
przedostatnimi z okupujących wyspę wojsk (byli to kolejno
Mykeńczycy, Rzymianie, Arabowie, Bizantyjczycy, Wenecjanie z
domieszką Genueńczyków, Osmanowie). Ostatnimi byli – co dość
oczywiste – Niemcy. Wspominani równie źle co muzułmańscy Turcy.
Zresztą wystarczy się przejechać po wyspie – co chwila jakieś
miejsce uświęcone krwią pomordowanych przez Osmanów Kreteńczyków.
O, choćby położony podle Rethymno wiekowy klasztor Moni Arkadi.
Prawosławny, choć jakby go przenieść na pustkowia Półwyspu
Iberyjskiego nikt by się nie zorientował. Do dziś nosi ślady
osmańskiego oblężenia.
Zobaczyć też można ruiny cysterny, w
której zbiorowe samobójstwo popełnili ostatni obrońcy.
Po
przyłączeniu wyspy do Grecji miejscowe władze robiły więc
wszystko by utrudnić muzułmańskim obywatelom egzystencję, a w
końcu, po wspominanych w poprzedniej części wojnach, Turcy zostali
zastąpieni przez Greków Pontyjskich. Meczety zaś zniknęły, choć
często zachowały funkcję sakralną. Przy okazji wpisu o Świętym Mikołaju wspominałem o cerkwi pod tym wezwaniem w Chanii. W czasach
weneckich był to kościół, potem Turcy dobudowali minaret i
przekształcili w meczet, dziś to cerkiew.
W dawnym kościele
katolickim, a potem meczecie, w Rethymno jest z kolei sala koncertowa (jak w katedrze w Królewcu).
Najbardziej urzekło mnie jednak całkiem inne miejsce,
takie, którego w bedekerach nie znajdziecie. Ja zresztą też nie za
każdym razem w czasie pobytu na Krecie tam trafiam. I całkowitym
przypadkiem je odkryłem. Oto bowiem spacerowałem sobie wąskimi (i
zacienionymi, wszak upał był straszny) uliczkami Chanii, dawnej stolicy.
Zaciekawił
mnie budynek z resztkami wieżyczki. Wszedłem więc do środka. Cóż,
typowy sklep dla turystów. Z jednym (no, kilkoma właściwie)
zasadniczym wyjątkiem – miał historię. Przez duże h. Okazało
się bowiem, że pozostałości domniemanej wieżyczki to resztki po
minarecie. W ścianie sklepu nadal pozostała pięknie zdobiona
wnęka. Był to mirhab – każdy meczet posiada to miejsce, wskazuje
ona kierunek w którym znajduje się Ka'aba w Mekce.
Wzrok
przyciągała też podłoga sklepu. Była bowiem przeszklona. Pod nią
zaś znajdowały się resztki odkrytych przez archeologów
średniowieczne groby krzyżowców. Oto bowiem zanim budowla stała
się meczetem (meczet nie jest świątynią – to miejsce modlitwy)
robiła za siedzibę jednego z zakonów rycerskich zaangażowanych w
walki na Bliskim Wschodzie. Obstawiam joannitów, ale bardziej
romantycznie byłoby, gdyby jednak lokatorzy okazali się
templariuszami (a bardzo nieromantycznie gdyby krzyżakami).
Ot,
taka historia a propos dziejów Śródziemnomorza. I tak, wiem,
desakralizacja kościołów to rzecz której nie lubię, ale tu te
rany chyba się zabliźniły. Nie zabliźniła się natomiast
nienawiść między Grekami i Turkami (ale nie ma się co dziwić,
obie nacje mieszkają na Bałkanach). Potrafią się nawet o alkohol
kłócić (nie oni jedni): oto bowiem Turcy zastrzegli sobie
międzynarodowo, że raki (czyli bimber), namiętnie spożywana w
Grecji (i ukradkiem w Turcji) to nazwa turecka. I by prawa nie łamać
Grecy na swój tradycyjny trunek muszą wymyślać inne nazwy
(najczęściej zawierające jednak człon raki – spora część
turystów w Helladzie to przecież niezbyt bystrzy przybysze z
Zachodu).
Dobra, po tym krótkim wyskoku na Kretę czas wracać
na kontynent, do Tracji, prawie że na na przedmieścia dzisiejszego
Stambułu. No dobra, jakieś 200 kilometrów od Nowego Rzymu. Do
miasta w XX wieku będącego przedmiotem walk między Grecją, Turcją
a Bułgarią – bo też leży podle trójstyku granic tychże
państw. Do Adrianopola, osmańskiej stolicy, skąd przypuszczony
został ostateczny szturm na Konstantynopol Roku Pańskiego 1453.
| Gotycka katedra w Nikozji - dziś meczet |
| Symbol Republiki Weneckiej w ruinach kreteńskiej twierdzy |
| Dzwonnica cerkwi klasztoru Moni Arkadi i kreteńskie ośnieżone góry |
| Dawny cyprys z osmańskimi kulami |
| Miejsce męczeństwa obrońców Moni Arkadi |
| Cerkiew św Mikołaja w Chanii |
| Rethymno - sala koncertowa |
![]() |
| Stare miasto w Chanii |
![]() |
| Magiczny sklep z pamiątkami |
| Jeden ze współczesnych kościołów katolickich na Krecie (tu Rethymno) - bardziej polski niż krzyżacki |
![]() |
| Spinalonga - osmańska wioska w twierdzy przerobiona przez Greków na leprozorium |
| Pozostałości Adrianopola |



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz