Tłumacz

16 stycznia 2026

Tropem Osmanów cz. 2

    Jak wspominałem w poprzedniej części wpisu jedynym krajem bałkańskim który – w związku z ruchami ludności w latach dwudziestych zeszłego stulecia – pozbył się bywalców meczetów była Grecja (Turcja pozbyła się wtedy bywalców cerkwi; okrutne to były przesiedlenia milionów ludzi – z miejsc, gdzie żyli od stuleci w nowe środowisko; czystek nie zrobiono na Cyprze, więc dziś wyspa jest podzielona na dwie wrogie strefy). W myśl prawa szariatu meczetu zburzyć nie wolno (od kilkuset lat w Indiach z tego powodu mordują się hinduiści i muzułmanie: jedni zburzyli chram hinduistyczny i zbudowali meczet, po czym drudzy ów zburzyli postawili świątynię – i wystarczyło). Grecy nie do końca się tym przejęli. A że brakło muzułmanów to i przebiegło to trochę spokojniej.
Gotycka katedra w Nikozji - dziś meczet
    Najciekawsze takie konstrukcje widziałem na Krecie. O tej największej greckiej wyspie było na blogu wielokrotnie, i o tajemniczej minojskiej cywilizacji, i o weneckich (a potem osmańskich) fortyfikacjach wyspy, i innych takich.
Symbol Republiki Weneckiej w ruinach kreteńskiej twierdzy
    Ale o meczetach nie było – bo już ich na wyspie nie ma. Zresztą jeśli chodzi o miejsca kultu to dla przykładu są tylko trzy kościoły katolickie (jeden zbudowany przez polskich żołnierzy którzy trafili tam wraz z rosyjskim kontyngentem stabilizującym pod koniec XIX wieku. Te francusko-brytyjsko-rosyjsko-włoskie siły były przedostatnimi z okupujących wyspę wojsk (byli to kolejno Mykeńczycy, Rzymianie, Arabowie, Bizantyjczycy, Wenecjanie z domieszką Genueńczyków, Osmanowie). Ostatnimi byli – co dość oczywiste – Niemcy. Wspominani równie źle co muzułmańscy Turcy. Zresztą wystarczy się przejechać po wyspie – co chwila jakieś miejsce uświęcone krwią pomordowanych przez Osmanów Kreteńczyków. O, choćby położony podle Rethymno wiekowy klasztor Moni Arkadi. Prawosławny, choć jakby go przenieść na pustkowia Półwyspu Iberyjskiego nikt by się nie zorientował. Do dziś nosi ślady osmańskiego oblężenia.
Dzwonnica cerkwi klasztoru Moni Arkadi i kreteńskie ośnieżone góry
Dawny cyprys z osmańskimi kulami
    Zobaczyć też można ruiny cysterny, w której zbiorowe samobójstwo popełnili ostatni obrońcy.
Miejsce męczeństwa obrońców Moni Arkadi
    Po przyłączeniu wyspy do Grecji miejscowe władze robiły więc wszystko by utrudnić muzułmańskim obywatelom egzystencję, a w końcu, po wspominanych w poprzedniej części wojnach, Turcy zostali zastąpieni przez Greków Pontyjskich. Meczety zaś zniknęły, choć często zachowały funkcję sakralną. Przy okazji wpisu o Świętym Mikołaju wspominałem o cerkwi pod tym wezwaniem w Chanii. W czasach weneckich był to kościół, potem Turcy dobudowali minaret i przekształcili w meczet, dziś to cerkiew.
Cerkiew św Mikołaja w Chanii
    W dawnym kościele katolickim, a potem meczecie, w Rethymno jest z kolei sala koncertowa (jak w katedrze w Królewcu).
Rethymno - sala koncertowa
    Najbardziej urzekło mnie jednak całkiem inne miejsce, takie, którego w bedekerach nie znajdziecie. Ja zresztą też nie za każdym razem w czasie pobytu na Krecie tam trafiam. I całkowitym przypadkiem je odkryłem. Oto bowiem spacerowałem sobie wąskimi (i zacienionymi, wszak upał był straszny) uliczkami Chanii, dawnej stolicy.
Stare miasto w Chanii
    Zaciekawił mnie budynek z resztkami wieżyczki. Wszedłem więc do środka. Cóż, typowy sklep dla turystów. Z jednym (no, kilkoma właściwie) zasadniczym wyjątkiem – miał historię. Przez duże h. Okazało się bowiem, że pozostałości domniemanej wieżyczki to resztki po minarecie. W ścianie sklepu nadal pozostała pięknie zdobiona wnęka. Był to mirhab – każdy meczet posiada to miejsce, wskazuje ona kierunek w którym znajduje się Ka'aba w Mekce.
Magiczny sklep z pamiątkami
    Wzrok przyciągała też podłoga sklepu. Była bowiem przeszklona. Pod nią zaś znajdowały się resztki odkrytych przez archeologów średniowieczne groby krzyżowców. Oto bowiem zanim budowla stała się meczetem (meczet nie jest świątynią – to miejsce modlitwy) robiła za siedzibę jednego z zakonów rycerskich zaangażowanych w walki na Bliskim Wschodzie. Obstawiam joannitów, ale bardziej romantycznie byłoby, gdyby jednak lokatorzy okazali się templariuszami (a bardzo nieromantycznie gdyby krzyżakami).
Jeden ze współczesnych kościołów katolickich na Krecie (tu Rethymno) - bardziej polski niż krzyżacki
    Ot, taka historia a propos dziejów Śródziemnomorza. I tak, wiem, desakralizacja kościołów to rzecz której nie lubię, ale tu te rany chyba się zabliźniły. Nie zabliźniła się natomiast nienawiść między Grekami i Turkami (ale nie ma się co dziwić, obie nacje mieszkają na Bałkanach). Potrafią się nawet o alkohol kłócić (nie oni jedni): oto bowiem Turcy zastrzegli sobie międzynarodowo, że raki (czyli bimber), namiętnie spożywana w Grecji (i ukradkiem w Turcji) to nazwa turecka. I by prawa nie łamać Grecy na swój tradycyjny trunek muszą wymyślać inne nazwy (najczęściej zawierające jednak człon raki – spora część turystów w Helladzie to przecież niezbyt bystrzy przybysze z Zachodu).
Spinalonga - osmańska wioska w twierdzy przerobiona przez Greków na leprozorium
    Dobra, po tym krótkim wyskoku na Kretę czas wracać na kontynent, do Tracji, prawie że na na przedmieścia dzisiejszego Stambułu. No dobra, jakieś 200 kilometrów od Nowego Rzymu. Do miasta w XX wieku będącego przedmiotem walk między Grecją, Turcją a Bułgarią – bo też leży podle trójstyku granic tychże państw. Do Adrianopola, osmańskiej stolicy, skąd przypuszczony został ostateczny szturm na Konstantynopol Roku Pańskiego 1453.
Pozostałości Adrianopola

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Najchętniej czytane

Tropem Osmanów cz. 2

     Jak wspominałem w poprzedniej części wpisu jedynym krajem bałkańskim który – w związku z ruchami ludności w latach dwudziestych zeszł...