Tłumacz

10 kwietnia 2026

Adamas z Milo

    Może znawców sztuki przedstawiona w poprzednim wpisie Afrodyta z Palepaphos rozczarowuje (wszak technicznie jest to zwykły betyl, szeroko rozpowszechniony wśród plemion semickich wizerunek – symbol – bóstwa a nie rzeźba) ale lata rozwoju postaci (jak powiedzieliby fani gier RPG) sprawiły, że pojawiły się i bardziej artystyczne wyobrażenia bogini.
Afrodyta z Pafos - wersja oryginalna Kyprydy
    Najsłynniejszy z owych wizerunków to tak zwana Wenus z Milo. A właściwie, jakbyśmy powiedzieli poprawnie, Afrodyta z Melos. Wiecie, ta hellenistyczna prawdopodobnie kopia wcześniejszej greckiej rzeźby przechowywana (i udostępniana dla zwiedzających; warto zobaczyć, zwłaszcza, że w zatłoczonym muzeum i tak wszyscy biegną do portretu jakiejś włoskiej puci z Florencji) w paryskim Luwrze. Co prawda nie ma rąk (były, ale się urwały), ale Salwador Dali domontował jej w swojej wersji szufladki. Ot, taka sztuka. Swoją drogą to nie jedyna antyczna rzeźba Afrodyty z utrąconymi rękami. W poprzednim wpisie wspominałem o Wenus Taurydzkiej, eksponowanej w petersburskim Ermitażu. Jako ciekawostkę dodam, że hellenistyczna rzeźba nie pochodzi z Krymu. Do Petersburga trafiła jako dar papieża dla cara Pawła, a przechowywana była w Pałacu Taurydzkim, nazwanym tak na cześć opanowania tatarskiego chanatu na tym półwyspie przez Imperium Rosyjskie.
Wenus Taurydzka z Ermitażu
    Ową paryską Wenus z Milo znaleziono w XIX wieku na polu właśnie na wyspie Melos. To jedna z cykladzkich wysp, przez wieki znana głównie z dialogu melijskiego – zmyślonej przez Tukidydesa w swojej Wojnie Peloponeskiej dyskusji ateńskich posłów z Melijczykami. Dialog taki – jeśli się odbył – przebiegał zapewne inaczej, podobnie jak słynne "gwardia umiera ale się nie poddaje" oryginalnie zabrzmiało dźwięcznym francuskim merde. Chodziło tu o to, że Melos – jako jedyne z cykladzkich poleis nie wchodziła w skład ateńskiej Symmachi. A czasy były takie, że kto non est mecum, contra me est, i dla Ateńczyków było jasne, że skoro Melos nie jest ateńskim sojusznikiem wspiera Spartę. Attyckie triery podpływają więc pod wyspę, i z pozycji mocarstwa, sugerują przyłączenie się do Związku Morskiego. Melijczycy coś tam bredzą o wolności, ale w związku z przewagą napastnika ulec muszą. To zresztą standardowa procedura wymuszenia, znana i z radością stosowana do dziś w stosunkach międzypaństwowych. Czym innym, jak nie brutalną demonstracją siły było wysłanie przez Niemcy nie wiadomo kogo nazistów bombowców nad Rotterdam? No właśnie.
Resztki weneckiego zamku i panorama Melos
Upamiętnienie zniszczenia Rotterdamu
    Co do Melos – W. Sz. Czytelnik zapewne pamięta, że wiele lat temu podjąłem wyprawę właśnie na ową wyspę (jak nie pamięta, albo mu ten Niemiec co to wszystko chowa zabrał, albo zwyczajnie nie czytał – wspominałem o tym przy okazji wpisów o Santorynie, także cykladzkiej wyspie, TU, a zwłaszcza TUTAJ). Wcale nie po to, by odnaleźć ręce Afrodyty (te podobno ukruszyły się już po odkryciu rzeźby) ani podumać nad marnością słabych w czysto darwnistycznym świecie polityki i stosunków międzynarodowych. Nawet nie by wspomnieć wojny peloponeskie. Ot, stolica wyspy nazywała się Adamas.
Panorama Adamas
    Adamas albo Adamantas – wspominałem jakiś czas temu, że Grecja ma pewien problem z językiem. W czasach tak zwanej dyktatuty Czarnych Pułkowników rząd centralny postanowił – w ramach chyba źle rozumianego nacjonalizmu – zreformować grecką mowę. Mianowicie postanowiono zanegować tysiąc lat rozwoju greki bizantyjskiej, pięćset tureckich naleciałości i wrócić w warstwie leksykalnej (nie tylko) do koine, greki klasycznej (opartej w dużej mierze na starożytnym dialekcie attyckim). Formę tą nazwano katharewusa, oczyszczoną, i przez kilkanaście lat usilnie nauczano tak młodzież. Po upadku reżymu powrócono do greki codziennej, będącej efektem powolnej ewolucji języka, ale pozostało pokolenie mówiące odmianą oczyszczoną. W jednej z nich (a może i w obu) diament to adamas. Dla jasności dodam, że nie mam greckich korzeni, a moje nazwisko i diament to zwykłe homonimy.
Francuski cmentarz wojskowy w Adamas/Adamantas - dowód na skomplikowaną historię Melos i dwie nazwy miasteczka
    Ale nazwa jest nazwa – ruszyliśmy wraz z kolegą na podbój Cyklad. Była zima, co stanowiło pewien problem. Jedyną wyspą odwiedzaną w takim okresie był cudowny Santoryn. Co oznaczało, że właściciele jakichś pensjonatów czy innych kwater na wynajem tłumnie opuszczali swe letnie siedziszcza i jechali przezimować do Aten. Widać wiatr i kilkanaście stopni Celsjusza potrafiły przegnać potomków dawnych odkrywców i kolonizatorów (dobra, wiem, w Starożytności prawie wcale nie żeglowało się zimą po Morzu Śródziemnym, a dziś połączenia promowe między wyspami są całoroczne, z czego w sumie obficie korzystaliśmy). Co oznaczało, że znalezienie noclegu w przyzwoitej dla biednego polskiego studenta cenie graniczyło z niemożliwością. Tak więc łóżka zaznaliśmy raz tylko, na Ios, tak to spało się gdzie popadnie. Przygoda przewspaniała, ale dziś chyba bym się nie podjął. Bo tu boli, tam boli, spać na zimnych marmurach... Poza tym trochę bardziej już los sprzyja (los dollares, oczywiście). Zdziadział człowiek trochę. No, albo dorósł, zależy jak na to spojrzeć.
Żeglowanie po greckich wodach
    W każdym razie wróciliśmy z dość intensywnego spaceru – pieszego oczywiście – po wyspie i skierowaliśmy swe kroki do jedynej w Adamas otwartej portowej tawernie. Prom mieliśmy dopiero nad ranem, więc plan był przesiedzieć jak najdłużej w lokalu, a potem czujnie przedrzemać – na marmurach – w nieodległym terminalu portowym. Znaczy, taka chatka to była. Odmrożenia nerek uniknęliśmy, bo ktoś zostawił tam jakieś deski, i dużo milej było na nich rozłożyć śpiwory. W każdym razie w pobliskich krzakach ukryliśmy mandżur i zakupy, i poszliśmy zakosztować miejscowego wina na kolację. W lokalu siedziało kilku miejscowych. Tak siedzieliśmy, aż w końcu koledze odpalił się tryb Zorby. Przecież byliśmy w słonecznej (choć zimowej akurat) Grecji, a tu taki smutek. Przyznałem mu rację. Przeliczyliśmy fundusze, po czym kolega podszedł do baru okupowanego przez autochtonów i w moim imieniu postawił po lampce wina, gdyż – tu wskazał na mnie – nazywam się tak samo jak miasto, i z tej okazji et cetera et cetera.
Jeden z landszaftów na Melos
    Czy miejscowi zrozumieli? Nie wiem. Uprzejmie wypili, ale upadł tutaj mit radosnych Greków, Dalej z ponurymi gębami siedzieli przy barze, impreza się nie rozkręciła. Resztę wieczoru bawiliśmy się więc już tylko w naszym gronie.
    Obudziłem się w porcie – znajomy szarpał mnie za ramię:
    - To chyba nasz prom – wskazał na majaczący w pobliżu czarny, czarniejszy niż noc, kształt – Chodźmy.
    Faktycznie, to był prom. I prawdopodobnie nasz. Port w Adamas nie był jakoś przesadnie oblegany o tej porze roku. Wzięliśmy nasze tobołki i ruszyliśmy do abordażu. Zatrzymał nas jakiś elegancko odziany jegomość, niechybnie członek załogi.
    - Dokąd? - zapytał, całkiem w sumie uprzejmie.
    - Na prom, no bo gdzie? - odparliśmy.
    Jegomość popatrzył na nasze zmęczone kilkudniową tułaczką oblicza.
    - Macie bilety? - zapytał nieco podejrzliwie.
   - A jakże! - pewny siebie włożyłem rękę do kieszeni i wyciągnąłem plik papierów.
    Trzeba bowiem wiedzieć, W. Sz. Czytelniku, że będąc czasem człowiekiem nieuporządkowanym na wszelkiego rodzaju wyjazdach staram się trzymać wszystkie ważne dokumenty podróżne zawsze w tym samym miejscu – by uniknąć niepotrzebnego stresu związanego z poszukiwaniem onych w razie w. Tym razem wszystkie zakupione wcześniej promowe bilety miałem w kupie. Wyjąłem więc pliczek, przejrzałem. I zamarłem. Popatrzyłem z przerażeniem na kolegę – biletów nie było. Poczęła łapać mnie niewielka panika – utkwienie na Melos dłużej wiązało się ze zrujnowaniem całego dalszego planu podróży, łącznie z lotem z Aten z powrotem do Polski. Kolega wzruszył ramionami. Marynarz czekał. Nabyte w lokalu promile spadały. Schowałem plik biletów w ową boczną sakwę, i zrezygnowany włożyłem ręce do normalnych kieszeni. Coś mi jednak nie grało. W jednej miałem jakiś śmieć. Kawał papieru. Nie lubię mieć śmieci, więc wyjąłem go chcąc wyrzucić. Coś mnie jednak tknęło. Rozwinąłem kulkę. Ciśnienie zeszło. Były to nasze bilety. Uśmiechnięty szeroko (podobno gdyby nie uszy odpadłoby mi pół głowy, tak szeroki był to uśmiech) podałem członkowi załogi. Pokiwał głową, że ok, są bilety, ale jeszcze nas nie wpuści na pokład. Pokiwaliśmy głowami, ale, że jako, że wracać już nam się nie chciało, mimo sprzeciwu załoganta, zalegliśmy na pokładzie dla samochodów. Byliśmy pewni, że bez nas nie odpłynie. A po przysłowiowej półgodzinie marynarz zawołał nas i wskazał schody, Mogliśmy się okrętować i iść poszukać miejsca do spania na pokładzie dla ludzi.
    W jaki sposób bilet z bezpiecznej skrytki przetransportował się pomięty do innej kieszeni było dla mnie pewną tajemnicą. Dopiero jakiś czas później kolega spróbował zrekonstruować bieg wydarzeń:
    - Prawdopodobnie – zaznaczył – było tak, że zobaczyłem prom po wyjściu z baru, i spanikowany kazałem ci iść nas zaokrętować. Pokazałeś bilet, nie wpuścili, bo dopiero przypłynęli i sprzątali, wkurzyłeś się, zgniotłeś bilet, wrzuciłeś w kieszeń i poszliśmy spać do portu. Dobrze, że go nie wywaliłeś.
    Cóż, naprawdę jestem już na to za stary.
Sentymentalny zachód słońca nad santoryńską kalderą

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Najchętniej czytane

Adamas z Milo

     Może znawców sztuki przedstawiona w poprzednim wpisie Afrodyta z Palepaphos rozczarowuje (wszak technicznie jest to zwykły betyl, szer...