Do cypryjskiej stolicy, Nikozji (przez
miejscowych zwaną Lefkozją – zarówno tych greko-, jak i
tureckojęzycznych; warto mieć to na uwadze jeżdżąc po wyspie
samochodem i spozierając na tamtejsze znaki drogowe – po stronie
greckiej pisane w dwóch alfabetach) jechaliśmy od południa,
przekraczając niewysokie już w tym miejscu Góry Troodos. Kiedy
znaleźliśmy się w najwyższym punkcie trasy przed nami ukazały
się Góry Kyreńskie i kotlina, w której położone było to
starożytne miasto. Czy może dwa miasta. Dwie stolice: Republiki
Cypryjskiej i uznawanej tylko przez Turcję Tureckiej Republiki Cypru
Północnego. Obejrzeć mogliśmy też wyrysowaną na zboczach – w
otoczeniu patriotycznych tureckich napisów – olbrzymią flagę
Cypru Tureckiego. Trwała tam jako kpina z Greków oraz – o czym
pisałem – symbol tureckiego nacjonalizmu i potęgi.
 |
| Flaga Cypru Północnego górująca nad Nikozją |
Od razu
mówię – na chwilę obecną po północnej stronie linii
demarkacyjnej z 1974 roku byłem tylko w Nikozji, więc wciąż nie
udało się odwiedzić Famagusty z gotycką katedrą koronacyjną
królów Jerozolimy na wygnaniu, opuszczoną dzielnicą Warosia czy
fortyfikacjami znanymi z dramatu Otella (tak, tak, ów Maur w
weneckiej służbie Desdemonę udusił właśnie na Cyprze) czy
malowniczej Kyrenii. O średniowiecznych zamkach czy antycznych
stanowiskach archeologicznych nawet nie ma co wspominać. Tym
bardziej, że na stronie południowej też jest ich całkiem sporo.
Tak więc wypada kiedyś na wyspę – trzecią pod względem
wielkości na Morzu Śródziemnym – wrócić. Jak Bóg da, a partia
pozwoli.
 |
| Cypryjski landszafcik |
Po co pchałem się na turecką stronę? Skoro nie
zobaczyłem przerobionej na meczet katedry świętego Mikołaja w
Famaguście, ujrzeć chciałem podobną świątynię, tym razem
miejsce koronacji średniowiecznych królów Cypru (a było królestwo
to pokłosiem wypraw krzyżowych, templariuszy i joannitów hasało
tu ich całe mrowie, zresztą świeckich krzyżowców także), dziś
również zbisurmanioną. A linia podziału miasta przez otoczoną
potężnymi fortyfikacjami nikozyjską starówkę przebiegała w taki
sposób właśnie, że katedra świętej Zofii (Hagia Sophia, ha!) -
zwana meczetem Selima (jak w Edirne normalnie) – leżała na
północnej stronie. W południowej części miasta stoi dziś nowa,
bo XVII-wieczna prawosławna katedra świętego Jana Teologa
przerobiona z dawnej klasztornej kaplicy benedyktynów. Ale o
świątynnym recyklingu dopiero co było, więc nie ma sensu się tu
powtarzać.
 |
Dawna katedra św. Zofii
|
Jak wygląda Nikozja? Jak wspominałem, jest otoczona
fortyfikacjami z czasów panowania włoskich kupców (Najjaśniejsza
Republika Świętego Marka, no bo kto inny finalnie wyspę mógł
przejąć? Choć trzeba przyznać, że w czasach wypraw krzyżowych
pozostałe republiki morskie, Piza czy Genua, też miały tu
faktorie) a wypełniona budowlami z czasów osmańskich oraz
trwającej od drugiej połowy XIX wieku brytyjskiej okupacji (są też
bezpłciowe nowe budynki niestety). Może trochę przypomina Vallettę
na Malcie, ale jest mniej barokowa. No, prawie wcale w sumie.
.JPG) |
Stare miasto w greckiej Nikozji
|
W
sumie – mówimy tu o części greckiej – takie europejskie
miasto. Południowoeuropejskie. Mimo, że geograficznie bardzo w Azji
– z Cypru do Turcji jest jakieś 60 kilometrów, do wybrzeży Syrii
i Palestyny niewiele więcej. Ale nie widać tu lewantyńskiego
kolorytu – chyba, że weźmiemy pod uwagę starszych panów
siedzących na zydelkach i rypiących w tryktraka.
 |
Poważna rozgrywka w tryktraka
|
Greckie cerkwie,
niczym żywcem przeniesione z kontynentalnej Grecji pokazują, że
koncepcja enosis, zjednoczenia (jeden z powodów tureckiej inwazji na
wyspę w latach 70-tych) nie była li tylko wyssaną z palca mrzonką,
a mającą spory sens koncepcją (choć do Macierzy 700 kilometrów).
 |
Cerkiew w greckiej Nikozji
|
Nagle to europejskie miasto
kończy się ustrojonym w drut kolczasty murem (często wykorzystuje
on opuszczone budynki) – i musimy przedostać się do strefy
tureckiej. To znaczy: nie musimy, ale skoro już jesteśmy, i mamy
dokument tożsamości, to możemy (a dokument taki będąc na Cyprze
mieć musimy – państwo nie należy do strefy Schengen; do Unii
E***pejskiej należy niestety). Przejście graniczne jest skromne,
nie rzuca się w oczy tak, jak słynny berliński checkpoint Charlie.
Ale i waga miasta niższa jest niż onegdaj podzielonego
Berlina.
 |
Berliński Checkpoint Charlie jako atrakcja turystyczna
|
Trzy kroki po przekroczeniu linii demarkacyjnej zaczyna
się zupełnie inny świat. Orient, znaczy się. Nieco senne uliczki
południowej Nikozji zamieniają się w typowy turecki bazar, gdzie
przechodzień agresywnie nagabywany jest przez sklepikarza
(sprzedawcy po stronie greckiej zdają się klienta traktować niczym
intruza chcącego brutalnie przerwać im sjestę i proces
kontemplowania życia). Pojawiają się typowe tureckie kebaby i
herbata w charakterystycznych dzbanuszkach (słodka i turecka, po
stronie greckiej łatwiej dostać brytyjską z mlekiem).
 |
Bazar uliczny
|
.JPG) |
Troszkę dalej od przejścia granicznego - spokojniej
|
Znikają
cerkwie, a pojawiają się meczety.
 |
Meczet Araba Ahmeda Paszy
|
Oraz wspaniałe osmańskie
karawanseraje. Coraz częściej te hany zostają też odrestaurowane
– przez wiele lat stały opuszczone. Po podziale wyspy nikozjańska
starówka opustoszała (przesiedlenia ludności; muzułmanie
przyjechali na północ, prawosławni na południe; trochę ich
zostało w okolicach Rizokarpaso, mieście leżącym na tym półwyspie
w kształcie ogonka, Karpaz), do tego – i była to świadoma polityka rządu
w Ankarze, najechało tu sporo osadników z kontynentu (cóż, nie
tylko z powodu podziału Nikozja przypomina Berlin, gdzie jak wieść
gminna niesie, stoi Turek na każdym rogu), dla których zabytkowa
tkanka miejska nic nie znaczyła.
 |
Buyuk Han - Wielki Zajazd
|
 |
Kumalcilar Han
|
Jedno miasto – dwa
światy. Nie wiem, czy jest między nimi sto metrów (przypomina mi
się książka Miasto i miasto Chiny Mielville'a, dziwnie pisze, ale
pomysł fajny), chyba nie ma. Poza Nikozją zdemilitaryzowana strefa
zamknięta bywa całkiem szeroka, ale tu, w centrum nieraz jest na
szerokość kamienicy. Bedekery piszą, że Nikozja nie jest miastem
rzucającym na kolana, i jeśli ktoś nie ma czasu, a zwiedzał część
północną to wielkiej krzywdy nie uczyni odpuszczając stolicę.
Chyba, że, tak jak ja, Cypr Północny odpuszcza. Wtedy warto,
zwłaszcza by zobaczyć ową różnicę kulturową. Cóż, może tak
być, nie neguję. Choć mimo wszystko nie tak czy siak nie
rezygnowałbym z wizyty, choćby tylko dla tej gotyckiej byłej
katolickiej katedry Mądrości Bożej. Tak mi się spodobała, że
chyba uczynię o niej osobny wpis.
 |
Meczet Selima czyli katedra
|
Podejrzewam, że te renowacje zrobiono
głównie pod turystów – by chętniej zostawiali dukaty na
północnej stronie wyspy. Która, gdy tylko wyjdzie się poza
centralny bazar i osmańskie hany sprawia wrażenie dużo
biedniejszej i bardziej zdewastowanej. Zamiast banków mamy warsztaty
samochodowe. A weneckie fortyfikacje obudowywane są nie wieżowcami i
pasażami, a lepiankami i uprawnymi polami.
 |
Wenecka fosa po stronie greckiej...
|
 |
...i po stronie tureckiej
|
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz