Tłumacz

24 kwietnia 2026

Kłujki

    Na koniec opowieści o Cykladach powrót na Ios. O wyspie tej wspominałem zdaje się przy okazji pożarów w rejonie Morza Śródziemnego i wspinaczce na najwyższy punkt wyspy. Tym razem będzie dydaktycznie o drodze powrotnej. Znaczy się w dół.
Odżywająca po pożarach makia, towarzyszka wspinaczki
    Żeby też nie było – od razu wyjaśnię – za eksperta od Cyklad się nie mam, byłem tylko na trzech z tych licznych wysp (oprócz Ios także Milos z miejscowością Adamas i – jakże by inaczej – Santoryn, drzewiej Thirą zwany). Nie widziałem Delos, w Starożytności centrum miejscowej kultury a potem olbrzymiego targowiska antycznych niewolników.
Figurka w stylu Delos - choć z Krety
    Wracając do Ios (czy jak powiedzieliby miejscowi Grecy: Nios) – oto lekce sobie ważąc wydeptane owcze i kozie ścieżki stromym marmurowym i nieco nadpalonym zboczem wdrapaliśmy się na szczyt, zajmowany przez nieco zdewastowaną stację przekaźnikową i filigranowy klasztorek pod wezwaniem Świętego Eliasza. Powiedzmy sobie szczerze, kościółek i przybudowana doń izdebka nie były dużo bardziej zadbane, choć sporo wskazywało na to, że co jakiś czas w świątyni odbywają się jednak nabożeństwa. Pokoik częściej jednak od jakiegoś pustelnika zajmować musiały miejscowe kozy (bądź owce – ale, że dookoła same kolczaste zarośla, to obstawiałbym te pierwsze). Na to też były wyraźne dowody. Namacalne, rzekłbym.
Klasztorek św Eliasza
    Równie ciekawa wydała się wieża transmisyjna, pełna sporych anten.
    - Ciekawe – zapytałem mając na uwadze urwisko na jakim wieża stała – w jak wciągają taką antenę, jak im się urwie i spadnie tam w te chynchy?
    - A, o! – kolega wzruszył ramionami wskazał na bębny anten leżących gdzieś w dole – Jak się urwie instalują nową.
    - No tak, po najmniejszej linii oporu.
    Zdążyłem się zorientować, że tu na południu robili wszystko na tak sobie. Późniejsze wyprawy w rejon basenu Morza Śródziemnego tylko mnie utwierdziły w tym przekonaniu. W naszym klimacie nie daliby rady.
Typowa aktywność na wyspach Morza Egejskiego
    Poza tym widoki były naprawdę zacne.
Okolica
    - Jak zejdziemy? - zapytałem niczym nieodżałowany Maklakiewicz w filmie Tak to się robi.
    - A tu prosto, na przełaj – kolega odparł himilsbachowsko; gabarytami też żeśmy pasowali – Co nam się może stać?
    Więc ruszyliśmy, obierając azymut na widniejące w oddali coś – starożytne ruiny konkretnie. Finał wędrówki okazał się dużo mniej groźny niż ten filmowy. Zamiast złamań skończyło się tylko na kilku obtarciach (trzeba było pokonać niewielkie kamienne ścianki) i obfitych pokłuciach.
Mykeńska osada Skarkos widziana ze szczytu Św. Eliasz
    Kiedy bowiem skończyły się leżące podle szczytu pastwiska (miedze oddzielające poszczególne pola wyglądały niezwykle megalitycznie i paleoastronautycznie) rozpoczęła się makia.
Podejrzane miedze
    Ha! Makia, na dodatek nie spalona, jak na innych zboczach. W podstawówce na geografii było mówione, że to śródziemnomorskie zbiorowisko roślinne, na które składają się sucholubne kolczaste zarośla. Ale że tak kolczaste, że kłuły przez grube spodnie, no to bym nigdy nie powiedział. A my, jak te waryjoty, poszli w te chynchy. Na skróty. Nie będę odkrywczy, że podróż trwała finalnie dłużej niż gdybyśmy zeszli ścieżką. Nie bylibyśmy też pokłuci. Mówi bowiem stare przysłowie: kto drogi prostuje, w polu nocuje (albo: kto drogi skraca, do domu nie wraca; myślałem zresztą, czy by takiego tytułu wpisowi nie dać, ale jak sobie przypominałem poszarpane spodnie i podziurawione nogi to jednak wróciłem do kłujek; zresztą o skrótach i związanymi z nimi wtopami kiedyś na blogu wspominałem). Całe szczęście udało się zdążyć przed nocą. No prawie. W każdym razie kiedy już doszliśmy do mniej dzikiej dolinki – zaczęły się oliwne gaje – do uszu dotarły do nas odgłosy pracującej siekiery. Pracującej niezwykle, rzekłbym, interwałowo.
Gaj oliwny - acz nie na Ios
    Rychło okazało się, że za hałas odpowiada starszy pan. Widząc nas przerwał ciężką robotę (znaczy: dziesięć uderzeń siekierki, kilka minut odpoczynku) i... Jak ktoś myślał, że zakutał nas toporkiem to nie zna ludzi na wsi. Pan Ioannes (czyli Jan) zaprosił nas byśmy sobie siedli, chwilę porozmawiali. W Grecji jest to powien problem, jako, że nie uznają oni innych języków. W każdym razie udało nam się zrozumieć, że Ioannes, obdarzony wielkim bujnym siwym wąsem na Ios się urodził i nigdy tej wyspy nie opuścił (tego akurat pewny nie jestem), a teraz powolutku ciapie sobie oliwki, które mają niezwykle twarde drewno. My z kolei powiedzieliśmy, głównie na migi, że jesteśmy z Polski i idziemy stamtąd tam. Po chwili w atmosferze wzajemnego zrozumienia rozstaliśmy się – my dreptając ku owym antycznym ruinom, Ioannes do rabowania oliwnych pni.
Homer - nieco bardziej znany mieszkaniec Ios
    Do ruin Skarkos wcale łatwo trafić nie było, zwłaszcza jeśli straciło się je z oczu. Do tego zaczęło zmierzchać. O dziwo spotkaliśmy miejscową, ale przy pytaniu o drogę znów wyrosła bariera językowa. W końcu dziewczyna machnęła ręką na rozmowę i podprowadziła nas do odpowiedniej ścieżki. Stanowisko archeologiczne z czasów mykeńskich (czyli wojny trojańskiej, jak by nie patrzeć) okazało się zamknięte. Nie wiem, czy na stałe, czy tylko na zimę. Brama wyglądała na dawno nie otwieraną. Płot zaś na łatwo przekraczalny. I antyczni bogowie są mi świadkami, że chętnie zapłaciłbym za bilet, gdyby było komu. Ale nie było, więc po uliczkach dawnej mykeńskiej wioski – albo miasta, zabudowa była zwarta – pospacerowałem całkiem za darmo.
Skarkos o zmierzchu
    I od tamtej pory na Cykladach nie byłem. Podejrzane.
Pożegnanie z Cykladami

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Najchętniej czytane

Kłujki

     Na koniec opowieści o Cykladach powrót na Ios . O wyspie tej wspominałem zdaje się przy okazji pożarów w rejonie Morza Śródziemnego i...