Tłumacz

17 kwietnia 2026

Cykady na cykladach

    Na blogu o wyprawie na Cyklady – i okolicznościach jej podjęcia – było wiele lat temu (co oznacza, że sama rajza odbyła się kiedy słońce podpierano kołkami a bramy trojańskie zamykano na zatrzaski dawno), w każdym razie (bo kto chce, to sobie przeczyta, o tutaj choćby). W każdym razie efekt był taki, że w pewnym momencie zalegliśmy w prawdziwym oliwnym gaju na łanach przypominającego koniczynę szczawika w cykladzką zimę.
Gaj oliwny
    Termometr mógł wskazywać jakieś 20 stopni Celsjusza – dla miejscowych ziąb – słońce sprawiało, że było smaszno i smutcholijnie, zbłąkinie rykoświstakały miło. Trwała też zima, więc wyspy w dużej mierze były opustoszałe. Nie mówię tylko o turystach – także część miejscowych na ten czas jechało do miasta, czyli głównie do Aten (dla współczesnych Greków wszystko poza aglomeracją stolicy oraz Salonikami to prowincja). Przez co trudniej było na Cykladach znaleźć nocleg – a przynajmniej taki w przystępnej dla polskiego studenta sprzed jakichś dwudziestu lat. Dla młodszych czytających: horrendalnie tani. Ale o tym już wspominałem, zdaje się w poprzednim wpisie. W każdym razie normalne łóżko udało się znaleźć tylko na Ios, jednej z trzech odwiedzonych podówczas wysp.
Złote popołudnie
    Pierwszą był Santoryn – tu byli turyści, tu były nawet lokalne połączenia autokarowe (o czym zresztą dawno temu wspominałem; jazda miejscowym pekaesem stanowiła spore wyzwanie). Tu też przylecieliśmy z Aten. Lotnisko na Santorynie jest malutkie, samolot zaparkował (może ubarwiam) ze sto metrów od kameralnego terminalu (wielkości, powiedzmy, jednej czwartej biedronki). Nie dane nam było pokonać tej drogi pieszo: podjechał nowoczesny autobus i zawiózł nas na terminal niezwykle okrężną drogą, marnotrawiąc czas i przepalając paliwo. Ot, południowa rozrzutność (nic dziwnego, że po przyjęciu podejrzanej waluty z namalowanymi oknami Grecja w końcu zbankrutowała). Po wyjściu z lotniska urzekł nas natomiast widok motoroweru sklejonego na słynną szarą taśmę. Lusterka i zderzaki były normą, ale motorower? Nawet w Dzikich Krajach używają trwalszych trytytek do naprawy. A tu proszę. Szara taśma. Urzekające były też winnice, niepodobne do innych. Krzew winny uformowany był w niewielką płożącą się spiralę, wyglądało na to, że owoce zbierano tu właściwie z gruntu. Wyglądało to dziwnie, ale okazało się czymś niezwykle mądrym. Ten antyczny sposób uprawy winorośli zapobiegał zniszczeniom jakie wywoływać mogły wiejące tu nieraz porywiste wiatry. Od czasu pierwszych neolitycznych upraw wielokrotnie udowadnialiśmy, że dostosujemy się do każdych warunków. Równie starożytne co metody uprawy było lokalne wino. Czy raczej napój winopochodny. Grecy bowiem, naśladując swoich klasycznych przodków nadal od czasu do czasu zaprawiają wino wyciągiem z sosny (coś mi podpowiada, że może to być terpentyna). Zwie się to retsina i wbrew pozorom nie zaciąga igliwiem. Nie ma też nic wspólnego, mimo podobnej nazwy, z rycyną (otrzymywaną z owoców nomen omen czyśćca).
Cykladzka winnica
    Jeżeli chodzi o alkohol to urzekło mnie coś innego. Oto w lokalnym sklepiku – nie na turystycznym Santorynie – stał cały regał napoju zwanego raki. Chodzi oczywiście o popularny winiak, destylat z winogornowych wytłoczyn, wytwarzany w wielu miejscach globu, znany pod różnymi nazwami. Tu jednak byliśmy w Unii E***pejskiej... Czas był taki, że i my też już byliśmy, i powoli zaczynaliśmy dostrzegać brukselską biurokrację i średnio sensowne ograniczenia. A tu ów mocny alkohol stał sobie w plastikowych butelkach bez akcyzy w gieesie. Wyglądało, że zimą na Cyklady unijni komisarze nie dopływali. Nie wiem, czy teraz – po bankructwie kraju – dopływają.
Cykladzki widok mający odwrócić uwagę komisarzy Unii E***pejskiej
    Generalnie sporo rzeczy działało tu na słowo honoru – czyli tak, jak działać powinno. Choć oczywiście w naszym klimacie taka dezynwoltura nie jest możliwa. Ot, zimy są dużo groźniejsze i trudniejsze do przeżycia. A tu? Człowiek zgłodnieje, to sobie wyjdzie z chatynki, podejdzie na wybrzeże, zarzuci kija, i na pewno coś złowi. A już całkiem leniwy po prostu pozbiera między kamieniami małże. Względnie wyśle żonę i dzieci.
Suszenie ryb
    Tak więc Cyklady wtedy całkowicie mnie urzekły – a jak wspominałem, byłem tylko na Santorynie, Ios i Melos (a koło Sikinos tylko przepływałem). Nie wiem, jak po tylu latach bym na nie zareagował, może znów się wybiorę.
Santoryn
Ios
Melos
Sikinos
    I może spotkam cykady – bo na razie nic o piewikach (jak inaczej zwie się te owady) nie było. Bo też i być nie mogło. Hałaśliwe te stworzenia uaktywniają się bowiem dopiero gdy temperatura grubo przekroczy 20 stopni Celsjusza. Zimą więc siedzą sobie w ciszy. A – trzeba to powiedzieć – potrafią wspaniale dać do wiwatu. Człowiek chce sobie odpocząć, bo upał wyciska resztki energii, a te tłuką niczym Cyganie patelnię (więc Maanam w piosence lekko ubarwia). Jak ktoś przyjeżdża na chwilę, to może się to spodoba, ale wystarczy dłużej tu poprzebywać, i szlag trafia człowieka. Na dodatek samego zwierzaka dosyć trudno zauważyć. Widziałem kilka razy – nigdy w Polsce (a mamy cztery gatunki). W amazońskiej dżungli z kolei widziałem struktury przez tamtejsze cykady budowane.
Czyżby cykadowa rurka?
    O ile oczywiście były to cykady. Tak twierdził przynajmniej nasz cicerone, a ja znam się na makrozoobentosie słodkowodnym, trudno więc mi zweryfikować te informacje (nauczony też jestem nie do końca wierzyć przewodnikom).
    Co to zaś makrozoobentos wyjaśnię W. Sz. Czytelnikowi w następnym wpisie. No dobrze, w zanastępnym, bo teraz jeszcze na chwilę pozostanę na Cykladach.
Chwila na Cykladach - Adamas

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Najchętniej czytane

Cykady na cykladach

     Na blogu o wyprawie na Cyklady – i okolicznościach jej podjęcia – było wiele lat temu (co oznacza, że sama rajza odbyła się kiedy sło...