Termometr mógł wskazywać jakieś 20 stopni Celsjusza –
dla miejscowych ziąb – słońce sprawiało, że było
smaszno i
smutcholijnie, zbłąkinie rykoświstakały miło. Trwała też zima, więc wyspy
w dużej mierze były
opustoszałe. Nie mówię tylko o turystach –
także część miejscowych na ten czas jechało do miasta, czyli
głównie do Aten (dla współczesnych Greków wszystko poza
aglomeracją stolicy oraz Salonikami to prowincja). Przez co trudniej
było na Cykladach znaleźć nocleg – a przynajmniej taki w
przystępnej dla polskiego studenta sprzed jakichś dwudziestu lat.
Dla młodszych czytających: horrendalnie
tani. Ale o tym już
wspominałem, zdaje się w poprzednim wpisie. W każdym razie
normalne łóżko udało się znaleźć tylko na Ios, jednej z trzech
odwiedzonych podówczas wysp.
 |
Złote popołudnie
|
Pierwszą był
Santoryn – tu byli
turyści, tu były nawet lokalne połączenia autokarowe (o czym
zresztą dawno temu
wspominałem; jazda miejscowym pekaesem stanowiła
spore wyzwanie). Tu też przylecieliśmy z Aten. Lotnisko na
Santorynie jest malutkie, samolot zaparkował (może ubarwiam) ze sto
metrów od kameralnego terminalu (wielkości, powiedzmy, jednej
czwartej biedronki). Nie dane nam było pokonać tej drogi pieszo:
podjechał nowoczesny autobus i zawiózł nas na terminal niezwykle
okrężną drogą, marnotrawiąc czas i przepalając paliwo. Ot,
południowa rozrzutność (nic dziwnego, że po przyjęciu podejrzanej waluty z namalowanymi oknami Grecja w końcu zbankrutowała). Po wyjściu z lotniska urzekł nas
natomiast widok motoroweru sklejonego na słynną szarą taśmę.
Lusterka i zderzaki były normą, ale motorower? Nawet w
Dzikich Krajach używają trwalszych trytytek do naprawy. A tu proszę. Szara
taśma. Urzekające były też
winnice, niepodobne do innych. Krzew
winny uformowany był w niewielką płożącą się spiralę,
wyglądało na to, że
owoce zbierano tu właściwie z gruntu.
Wyglądało to dziwnie, ale okazało się czymś niezwykle mądrym.
Ten antyczny sposób uprawy winorośli zapobiegał zniszczeniom jakie
wywoływać mogły wiejące tu nieraz porywiste wiatry. Od czasu
pierwszych neolitycznych upraw wielokrotnie udowadnialiśmy, że
dostosujemy się do
każdych warunków. Równie starożytne co metody
uprawy było lokalne wino. Czy raczej napój winopochodny. Grecy
bowiem, naśladując swoich klasycznych przodków nadal od czasu do
czasu zaprawiają wino wyciągiem z sosny (coś mi podpowiada, że
może to być terpentyna). Zwie się to
retsina i wbrew pozorom nie
zaciąga igliwiem. Nie ma też nic wspólnego, mimo podobnej nazwy, z
rycyną (otrzymywaną z owoców
nomen omen czyśćca).
 |
Cykladzka winnica
|
Jeżeli
chodzi o alkohol to urzekło mnie coś innego. Oto w lokalnym
sklepiku – nie na turystycznym Santorynie – stał cały regał
napoju zwanego raki. Chodzi oczywiście o popularny winiak, destylat
z winogornowych wytłoczyn, wytwarzany w wielu miejscach globu,
znany pod różnymi
nazwami. Tu jednak byliśmy w Unii E***pejskiej...
Czas był taki, że i my też już byliśmy, i powoli zaczynaliśmy
dostrzegać brukselską
biurokrację i średnio sensowne
ograniczenia. A tu ów mocny alkohol stał sobie w plastikowych
butelkach bez akcyzy w gieesie. Wyglądało, że zimą na Cyklady
unijni komisarze nie dopływali. Nie wiem, czy teraz – po
bankructwie kraju – dopływają.
 |
Cykladzki widok mający odwrócić uwagę komisarzy Unii E***pejskiej
|
Generalnie sporo rzeczy
działało tu na słowo honoru – czyli tak, jak działać powinno.
Choć oczywiście w naszym klimacie taka dezynwoltura nie jest
możliwa. Ot, zimy są dużo groźniejsze i trudniejsze do przeżycia.
A tu? Człowiek zgłodnieje, to sobie wyjdzie z chatynki, podejdzie
na wybrzeże, zarzuci kija, i na pewno coś złowi. A już całkiem
leniwy po prostu pozbiera między kamieniami małże. Względnie
wyśle żonę i dzieci.
 |
Suszenie ryb
|
Tak więc Cyklady wtedy całkowicie mnie
urzekły – a jak wspominałem, byłem tylko na Santorynie,
Ios i
Melos (a koło Sikinos tylko przepływałem). Nie wiem, jak po tylu
latach bym na nie zareagował, może znów się wybiorę.
 |
Santoryn
|
 |
Melos
|
 |
Sikinos
|
I może
spotkam cykady – bo na razie nic o piewikach (jak inaczej zwie się
te owady) nie było. Bo też i być nie mogło. Hałaśliwe te
stworzenia uaktywniają się bowiem dopiero gdy temperatura grubo
przekroczy 20 stopni Celsjusza. Zimą więc siedzą sobie w ciszy. A
– trzeba to powiedzieć – potrafią wspaniale dać do wiwatu.
Człowiek chce sobie odpocząć, bo upał wyciska resztki energii, a
te tłuką niczym Cyganie patelnię (więc
Maanam w piosence lekko ubarwia). Jak ktoś przyjeżdża na chwilę,
to może się to spodoba, ale wystarczy dłużej tu poprzebywać, i
szlag trafia człowieka. Na dodatek samego zwierzaka dosyć trudno
zauważyć. Widziałem kilka razy – nigdy w
Polsce (a mamy cztery gatunki). W amazońskiej dżungli z kolei widziałem struktury przez
tamtejsze cykady budowane.
 |
Czyżby cykadowa rurka?
|
O ile oczywiście były to cykady. Tak
twierdził przynajmniej nasz
cicerone, a ja znam się na
makrozoobentosie słodkowodnym, trudno więc mi zweryfikować te
informacje (nauczony też jestem nie do końca
wierzyć przewodnikom).
Co to zaś makrozoobentos wyjaśnię W. Sz.
Czytelnikowi w następnym wpisie. No dobrze, w zanastępnym, bo teraz
jeszcze na chwilę pozostanę na Cykladach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz