Tłumacz

7 lutego 2025

Początek Polski

    Początek Polski tonie w pomroce dziejów.
    I na tym wyświechtanym sloganie powinienem skończyć wpis, bo właściwie nie ma nic więcej do dodania.
    Ale, że mamy akurat tysięczną (lub tysiąc dwudziestą piątą) rocznicę koronowania pierwszego króla Polski (Turbosłowianie twierdzą inaczej, ale co tam) no to coś tam można napisać, bo przecież nie wzięliśmy się znikąd. Ba, co najmniej dwa razy tereny Polski były prawdziwym centrum cywilizacyjnym.
    Za drugim razem to wiadomo, I Rzeczpospolita, od ostatnich Jagiellonów po – na upartego – Wazów.

Wawel - siedziba między innymi Jagiellonów
    A za pierwszym? No to było tak dawno, że nawet najstarsi górale nie pamiętają. Mianowicie w neolicie, że tak zrymuję. Oto – w czasach tak zwanego neolitycznego optimum klimatycznego – w północnej Europie rozwija się kultura nazwana przez archeologów kulturą pucharów lejkowych. Kapeelowie, jak ja ich nazywam, centrum swojej cywilizacji mieli na współczesnych Kujawach i Pomorzu, ale rozeszli się po całym prawie basenie Morza Bałtyckiego. A potem, kiedy klimat się zmienił, wymarli wzięli byli, i pozostał po nich najstarszy znany wizerunek wozu oraz setki (dziś zaledwie kilkanaście) olbrzymich grobowców zwanych kopcami kujawskimi. O czym zresztą na blogu kilkukrotnie wspominałem.
Kopce kujawskie
Pozostałości po Kapeelach
    Przyjmowali zapewne imigrantów z Europy Zachodniej, czego dowodem może być jedyny polski dolmen, ale skoro wyginęli, to chyba tylko Turbosłowianie mogą szukać u nich początków Polski. Przyznam się jednak, że nie słyszałem, by to robili, a przecież kopce kujawskie starsze są od piramid w Gizie (jeśli oczywiście nie będziemy wierzyć Teoretykom Starożytnej Astronautyki, obliczającymi ich wiek na kilkanaście tysięcy lat).
Jedyny grób korytarzowy znany na wschód od Łaby
    Po kilku tysiącach lat posuchy rozkwitła u nas kultura zwana łużycką.
Protomiasto kultury łużyckiej w Biskupinie - rekonstrukcja
    I tu zaczęły się hocki klocki – bo okazało się, że byli to całkiem ogarnięci ludzie, którzy w czasach, gdy bramy trojańskie zamykano na zatrzaski powstawała wioska zwana Rzymem potrafili zbudować olbrzymi ufortyfikowany gród, protomiasto jak chcą niektórzy, odkryty w Biskupinie. I zaczęła się naukowa wojna – czy mieszkańcy tegoż byli Prasłowianami czy Pragermanami? Czy jeszcze kimś innym, na przykład Wenedami/Wenetami, których potomków niektórzy chcą widzieć we współczesnych mieszkańcach okolic Wenecji. Biskupińskie obwarowania powstały prawdopodobnie w obawie przeciwko koczowniczym Scytom – ludowi całkiem namacalnemu, znanemu ze źródeł antycznych, i – co odkryto niedawno – zamieszkującemu wtenczas dzisiejszą Małopolskę. Zwłaszcza wschodnią jej część.

Fortyfikacje w Biskupinie
    Bo do zachodniej – jak i na Śląsk, a może i na Kujawy – przyszli ze swoją znajomością metalurgii Celtowie. Krakowscy centusie, podobno wygnani ze Szkocji za skąpstwo, raczej nie będą jednak ich potomkami, wszak w końcu Celtów wyparli Germanie – Goci, Gepidowie czy Wandalowie. I im, i Celtom, chodziło pewnie o przejęcie kontroli nad szlakiem bursztynowym – wojny o intratny handel tym pożądanym w Śródziemiomorzu kamień odbiły się echem także w rzymskich kronikach.

Bursztyn bałtycki
    Zapewne w tych bojach hartowali się Goci – u nas zostało zaledwie kilka kamiennych kręgów (z których najbardziej znane są te w Odrach), ale jak już – przegonieni przez Hunów – sobie stąd poszli...
Cmentarzysko w Odrach - jeden z gockich kamiennych kręgów
    Na ślady działań plemion gockich natrafić można w całej Europie – od Krymu po Portugalię. Najczęściej są to zgliszcza.
Późnoantyczna willa w Katalonii, w Tossa de Mar, zniszczona przez Gotów
    Ale trafiają się i rzeczy, które stworzyli, nawet trochę bardziej zaawansowane niż nasze kręgi i kurhany.
Grobowiec Teodoryka Wielkiego, najwybitniejszego władcy Gotów
    Czyżby więc znaczyło to, że pochodzimy od plemion germańskich? Jak jacyś Niemcy? Uspokajam – Goci, Gepidowie czy Wandalowie byli przedstawicielami Wschodnich Germanów, antenatami Niemców i Anglików są Germanie Zachodni. Szwendali się i u nas, ale gros mieszkańców stanowiły jednak te pierwsze. Które wywędrowały jednak z terenów naszego kraju (podobnie jak Celtowie czy inni Sarmaci) – choć zapewne nie en masse. Co było powodem opustoszenia ziem dzisiejszej Polski (oprócz najazdu Hunów)? Zdaje się, że mogło to być spowodowane załamaniem klimatu w pierwszej połowie VI wieku po Chrystusie. Seria niezwykle potężnych erupcji wulkanicznych mówiąc kolokwialnie rozwaliła system. Owo załamanie było tak potężne, że trafiło choćby do mitologii skandynawskiej – wspomnieniem ma być Fimbulvinter, trzyletnia zima, która poprzedzać będzie koniec świata. W bardziej cywilizowanych rejonach Europy wybucha z kolei zaraza, tak zwana dżuma Justyniana. Dziesiątkuje ona populację powoli odradzającego się Imperium Rzymskiego (Justynian Wielki na powrót przecież zajmuje Italię, Hiszpanię i Północną Afrykę). Zarazek brutalnie kończy te próby, i z dni chwały pozostał tylko Kościół Mądrości Bożej. Starożytność się skończyła.
Kościół Mądrości Bożej, dziś meczet Aya Sofia w Konstantynopolu
    Załamanie klimatu mogło też ruszyć ze wschodu plemiona słowiańskie. Nasi przodkowie byli by więc – jak to się nowocześnie i całkiem bezsensownie określa – uchodźcami klimatycznymi. A może po prostu weszli na wyludnione ziemie, kiedy ciężkie lata minęły. Nie da się ukryć, że byliśmy nieco zacofani w stosunku do istniejącego tu dziedzictwa Celtów i Germanów – ale może dzięki temu właśnie w iście ekspresowym tempie zajęliśmy, Słowianie, pół Europy. Nic nas nie trzymało w miejscu. Podeszliśmy przecież także pod mury Konstantynopola (wespół z Awarami i Persami), ale obwarowania Miasta Konstantyna pozostały niezdobyte przez następne 600 lat.
Zdobycie Konstantynopola na początku XIII wieku
    Tak przynajmniej działali nasi przodkowie na południu Europy. Tu, na północy Słowiańszczyzny zaszyliśmy się w lasach i czekaliśmy. Około roku 800 po Chrystusie zaczyna się następne optimum klimatyczne (bo zmiany klimatu są cykliczne – jak plamy na Słońcu upał na ulicy). Słowianie na terenie Polski wychodzą ze swoich ziemianek i rozpoczynają wzrost demograficzny – wkrótce jakiś ród z Wielkopolski zacznie zdobywać coraz większy obszar (paląc przy tym na potęgę sąsiednie gródki). Dziś znamy ich pod nazwą Piastowie.
Puszcza Białowieska - las pierwotny
Piastowskie grodzisko w Gieczu

31 stycznia 2025

Łódź Drewniana

    Zanim Łódź została mekką miłośników urban exploration była przez setki – jakieś 400 – lat niewielką-li tylko mieściną położoną u podnóża pasma wzgórz dziś zwanych Wzniesieniami Łódzkimi. Bardzo to malownicza kraina, którą wielokrotnie odwiedzałem mieszkając w Mieście Włókniarzy. Dobrze, głównie ograniczałem się do Lasu Łagiewnickiego – i miejskiego parku, i rezerwatu przyrody, miano swe biorącego od Łagiewnik – dawnej wsi okraszonej barokowym klasztorem, któremu towarzyszy zespół wspaniałych drewnianych kapliczek. Znaczy – towarzyszył, bo z sześciu budynków zostały dwa. Przepadły w czasie wojny – i to nie tej Wielkiej, po której w okolicy zostały okopy czasów Operacji Łódzkiej, a tej ostatniej, gdy Niemcy naziści ogniem ubogacali polskie zabytki.
Ocalałe kapliczki w Lesie Łagiewnickim
    To właśnie te wzgórza – a raczej wartkie, niemal górskie strumyki/rzeczki z nich spływające, spowodowały, że miasto Łódź (u nas zawsze dodaje się określenie "miasto" do "Łódź" – po tym poznać, że ktoś z regionu jest) miało zostać olbrzymim ośrodkiem przemysłowym (zniszczonym po prawie 150 latach tak zwaną restrukturyzacją gospodarki – podczas była to zwykła grabież; kto żył w latach 90-tych XX wieku, ten wie o czym mówię). I Rzeczpospolita właśnie znikała, ale oświeceniowi myśliciele i reformatorzy dalej działali, usiłując rozwinąć w kraju produkcję przemysłową.

Łódź po okresie tak zwanej restrukturyzacji przemysłu w latach 90-tych XX wieku
    W ich planach okolice Łodzi miały zostać centrum produkcji włókienniczej – dzięki sile wody napędzającej folusze, przędzalnie i inne zakłady potrzebne do produkcji sukna. Po rozbiorach i Napoleoniadzie plany się nie zmieniły – tylko nowy ośrodek przemysłowy miał pracować na potrzeby ciut innego rynku, jednego z największych na Świecie: Imperium Rosyjskiego.

Sankt Petersburg - stolica jednego z najbardziej chłonnych rynków końca XIX i początku XX wieku
    Były plany, były warunki – brakowało tylko jednego: ekspertów. Po okolicy było ich trochę (na przykład Czesi w Zelowie albo Niemcy przybyli tu na fali kolonizacji fryderycjańskiej chociażby do Nowosolnej, obecnie dzielnicy Łodzi szczycącej się skrzyżowaniem ośmiu dróg, jednym z nielicznych w Europie i niezwykle niepraktycznym), ale ciągle mało. Zarządcy Królestwa Kongresowego i na to znaleźli sposób. Oto zawarto tak zwaną ugodę zgierską – i każdy tkacz, który chciał się w okolicy osiedlić dostawał na start drewno z którego mógł sobie zbudować dom. Tak właśnie, za podstawę rozwoju Łodzi posłużył Zgierz, a domki tkaczy do dziś zdobią ulice tegoż miasta. Ba, jakiś czas temu nawet je odnowiono. Dla niewprawnego oka wszystkie wyglądają tak samo, ale sami tkacze mieli do wyboru aż cztery różne modele.

Zgierski dom tkacza po renowacji
    W Łodzi te domki wraz z upływem lat zostały zastąpione kamienicami, a te, które ocalały trafiły do Skansenu Łódzkiej Architektury Drewnianej, wraz z protestanckim kościółkiem ze wspominanej Nowosolnej i jedną z przepięknych willi z Rudy Pabianickiej. Warto odwiedzić, to tuż obok wspomnianej w poprzednim wpisie Białej Fabryki – na dodatek wstęp jest darmowy.

Skansen Łódzkiej Architektury Drewnianej
    W Zgierzu nikt nie zamykał tych domów w muzeach – z prostej przyczyny: może i to Zgierz zaczął rewolucję przemysłową w okolicy, ale później to starsze od Łodzi – i dużo ważniejsze (Zgierz, tak jak moja Warta, Sieradz czy Kijów, był miastem królewskim – Łódź czy inne Pabianice były własnością prywatną) – miasto okazało się być dużo gorzej położone, mniej obfite w bystre strumyki. I dziś Zgierz bywa obiektem żartów, takich jak nieśmiertelne pytanie:
    - W co bawią się dzieci w Zgierzu?
    - W miasto.
    Cóż, pracując kiedyś w Zgierzu zobaczyłem – skierowane właśnie do dzieci – ogłoszenie dotyczące nauki zarządzania miastem. Miejscowy magistrat reklamował te warsztaty czy inną zabawę hasłem "Pobaw się z nami w miasto". Faktem jest też, że mieszkańcy Zgierza mają w okolicy opinię najgorszych kierowców. Sami zaś śmieją się z Ozorkowa – do którego także, podobnie jak do Zgierza, dojeżdża łódzki tramwaj (obecnie niestety ta jedna z najdłuższych europejskich linii tramwajowych jest w zawieszeniu – co mnie smuci niemiłosiernie).
    W każdym razie – gdyby ktoś chciał poczuć klimat wczesnoindustrialnej Łodzi, volens nolens musi udać się do Zgierza. Może tramwajem.

Zgierz - domy tkaczy
    W samej Łodzi, jak wspominałem, takich śladów już praktycznie nie ma, ostatnie drewniane domki nie zamknięte w muzeum właściwie odeszły w niebyt w początkach XXI wieku. Zachował się za to drewniany kościółek z czasów gdy Łódź była miastem rolniczym. Oryginalnie stał tuż przy Starym Rynku, w mieście gdzie dziś wznosi się nowa, neogotycka świątynia pw Wniebowzięcia NMP. Kiedy wznoszono ów kościół ten dawny, drewniany, został zakupiony przez Izraela Poznańskiego na potrzeby jego robotników, zakwaterowanych w pobliskich famułach (w wybudowanym dla nich teatrze dziś jest supermarket; sklepy dla robotników zwały się kiedyś konsumami) – i funkcjonuje do dziś, tuż obok świątyni konsumpcjonizmu, Manufaktury, na jaką przerobiono dawną fabrykę. Olbrzymi, eklektyczny pałac fabrykanta robi za muzeum.

Manufaktura - dawne zakłady Izraela Poznańskiego
    O Lodzermenschach – Niemcach, Żydach, Polakach i Rosjanach – można by jeszcze dużo pisać, ale od czego są bedekery? Albo – w wersji literackiej – Ziemia Obiecana Reymonta. Wpis jest o drewnianej Łodzi, więc po prostu zainteresowanych odsyłam do źródeł. I będę kończył – choć jeszcze kilka lat temu udałbym się do Mileszek, gdzie w miejscu starszej świątyni (Mileszki to wioska o bardzo starej metryce, wspominana już prawie tysiąc lat temu; zachowała także charakterystyczny układ urbanistyczny z czasów wczesnośredniowiecznych) stał drewniany barokowy kościółek jeszcze z czasów I Rzeczypospolitej. Niestety, jak to bywa z zabudową drewnianą – pochłonął go pożar. Obecnie w odbudowie.
Nieistniejący kościół na Mileszkach

24 stycznia 2025

Łódź Fabryczna

    Pech chce, że mieszkam na terenie województwa którego stolica, do niedawna drugie pod względem liczby ludności miasto w Polsce, uznawana jest za najbardziej (no, chyba, że weźmiemy pod uwagę którąś ze stolic lubuskiego – oryginalny Lubusz leży dziś niestety w Niemczech) nieatrakcyjną turystycznie – podobnie zresztą jak całe województwo.
    Pełne przecież zabytków i landszaftów.

Zabytki w Łódzkiem
Landszafty w Łódzkiem
   
No ale przyjęło się, że w Łodzi nie ma nic do zobaczenia. Bo też faktycznie, jeżeli ktoś szuka w mieście średniowiecznych uliczek jakiegoś starego miasta, to nie znajdzie. Mimo, że miasto powstało w 1423 (wcześniejsze próby lokacji na zboczach Wzniesień Łódzkich – jak dziś je zwiemy – nie udały się) to było przez większość czasu drewniane (o czym następny wpis), a po wizycie Niemców nazistów w zeszłym stuleciu nawet jeśli coś było, to zwyczajnie się nie zachowało – słynny Park Staromiejski (zwany Parkiem Śledzia) to właśnie teren gdzie łódzkie stare miasto istniało. Rynek Staromiejski sowieci odbudowali, lecz w stylu mariensztatackim.

Rynek Staromiejski
    Ale to, czym Łódź najbardziej urzeka to czasy opisane w Ziemi Obiecanej Reymonta (kiedyś chyba była to lektura – lecz dla nowoczesnych reformatorów oświaty w Polsce ma stanowczo zbyt dużo liter): przełom XIX i XX wieku, kiedy miasto w ekspresowym tempie rozrosło się w wielką metropolię.
Jedna z famuł na Księżym Młynie - osiedle robotnicze, świadek rozwoju miasta
    Rozrastało się, dodajmy, nieco chaotycznie – o czym pod koniec wpisu – choć przecież początkowo z genialnym planem przestrzennym. Oto carscy planiści i urbaniści (może i okupacyjni, ale to co robią w mieście współcześni ich odpowiednicy to woła o pomstę do Nieba) wytyczyli jeden z dwóch w Polsce ośmiokątnych rynków (dziś Plac Wolności) i długą ulicę, wzdłuż której budowane miały być budowane kolejno gręplarnie czy przędzalnie – tak by usprawnić proces produkcji włókienniczej, dla której to – i czeskich oraz niemieckich specjalistów – miasto zostało utworzone. Ulica to oczywiście słynna Piotrkowska, ale zamysły projektantów szybko odłożono do lamusa, i trakt został reprezentacyjną wizytówką miasta. Wzdłuż Piotrkowskiej wytyczono równe działki – podobno koncepcja zapożyczona z Nowego Jorku (który, podobno, zapożyczył ją z kolonialnych miast hiszpańskiej Ameryki, których to regularną siatkę ulic konkwistadorzy zgapili od Indian) – na których oprócz fabryk i famuł (odpowiednik śląskich familoków, robotniczych domów wielorodzinnych) wyrosły secesyjne kamienice i fabrykanckie pałace.
Secesyjna Kamienica Gutenberga na Pietrynie - czyli ulicy Piotrkowskiej
    Dzięki ich urodzie Łódź jako jedyne miasto w Polsce zostało wpisane na Europejską Listę Architektury Secesyjnej – choć miejscowemu art noveau bliżej do tego wiedeńskiego czy berlińskiego niż najpiękniejszemu katalońskiemu. Miasto podobne jest także do innych gwałtownie rozwijających się wtedy miast Imperium Rosyjskiego: Rygi, Odessy czy Petersburga.
Secesyjny detal z Rygi
    Do tego wszystko jest tu oryginalne – bo w 1939 spadło tu zaledwie kilka bomb a i w 1945 sowieci weszli bez walki, ustanawiając tu nawet tymczasową stolicę okupowanej Polski. A przynajmniej było do jakiegoś czasu – bo nieremontowane od wojny miasto po prostu zaczęło się rozsypywać. Likwidacja prężnego przemysłu włókienniczego w latach 90-tych zeszłego stulecia sprawiło nie tylko, że Łódź została jednym z najbardziej depresyjnych miast Polski, ale sprawiła, że potężne fabryki, godne Manchesteru, Śląska czy Zagłębia Rhury zostały opuszczone. Dziś te zabytki techniki w dużej mierze są już wyburzone (często nielegalnie), a na ich miejsce postawiono bezpłciowe biurowce. Pozostałe stały się mekką miłośników urbexu.
Secesyjna elektrownia - ocalała
Secesyjna elektrownia - wnętrze przed rewitalizacją
Urbex po łódzku
Urbexowe atelier
Urbexowe fabryki
    Dobra, trochę ubarwiłem – spora część miejsc które są na fotografiach jest obecnie powoli restaurowana (albo została wyburzona), ale nim rozpoczęto ratować te cuda architektury miasto straciło sporo swojego ceglanego uroku. Dziś najsłynniejszymi zrewitalizowanymi terenami są dawne zakłady Izraela Poznańskiego (Manufaktura, centrum handlowe), Księży Młyn czy Biała Fabryka z Centralnym Muzeum Włókiennictwa.
Manufaktura
    Sama zaś tytułowa Łódź Fabryczna to jeden z dwóch głównych dworców kolejowych w mieście (obok Łodzi Kaliskiej). Tak, chaotyczny rozwój miasta sprawił, że nie było tu nigdy dworca głównego – choć funkcję tą ma spełniać, gdy tylko zakończy się przekop tuneli kolejowych pod Śródmieściem, właśnie Fabryczna. Póki co olbrzymia hala ze szkła, żelaza i betonu stoi pusta.
Nowy Fabryk, tj. Łódź Fabryczna
    A stoi na miejscu dawnego dworca – obiektu kultowego, w czasach PRL ubogaconego słynnym neonem oraz otoczonym dziś nieistniejącymi rozsypującymi się kamienicami wielkomiejskimi.
Stary Fabryk
Słynny - kiedyś - neon
    Dawna Łódź Fabryczna na przełomie XX i XXI wieku szokowała przyjezdnych – obcokrajowcy nawet pytali, czy tu jakaś wojna dopiero co była. Stety-niestety przeszła do historii, choć warto dodać, że nowy, na poły podziemny, dworzec, jako, że zbudowany na terenie podmokłym, funkcjonuje tylko dzięki nieustannej pracy pomp.
Okolice dawnego dworca Łódź Fabryczna, przez wiele lat centrum miasta
    Co zaś się owej podmokłości tyczy – Łódź nazywana jest miastem wielu rzek i jednej ulicy. Ulica to oczywiście Piotrkowska, a 17 nazwanych z imienia rzek, dziś w dużej mierze pochowanych w kanałach umożliwiły rozwój miasta w początkach XIX wieku (o czym więcej w następnym wpisie). Podmokłe tereny – i pośpiech w jakim wznoszono wielopiętrowe kamienice (czas to przecież pieniądz) – dziś stanowi pewne zagrożenie dla zabytkowej tkanki miasta. Jest to związane z pracami przy wspominanym tunelu średnicowym. Oto bowiem słabo osadzone kamienice leżące na trasie pracy wydrążarek zaczynają się walić. I było to wiadome dla wszystkich poza projektantami przekopu. Tak, że warto jak najszybciej przyjechać zobaczyć ten polski Manchester, póki szkody budowlane i pazerni deweloperzy nie wyburzą wszystkiego.
Znak drogowy - z Łodzi, no bo skąd

17 stycznia 2025

Objawienie

    Dopiero co wspominałem, że jedną z legend mojej gminy (i przy okazji parafii w której zostałem ochrzczony) jest nagrobek Krysty, legendarnej kochanki Bolesława Śmiałego.
Domniemany grób Krysty, żony Mścisława z Burzenina, metresy Bolesława Śmiałego
    W owym wpisie wspominałem, że raczej nie jest to prawda, i ową Krystę wiązać należy z Ziemią Rudzką, dziś zwaną Wieluńską, niż z leżącą w okolicy Sieradza wioską Rudą. W której, w przeciwieństwie do jej podwieluńskiej imienniczki, nie było siedziby kasztelańskiej, dziś grodziska. W związku z tym wcale się tam nie wybierałem. Ale.

Ziemia Rudzka - zabarwiona żelazem
    Ale doczytałem, że stolica Księstwa Sieradzkiego (z jakiegoś powodu jest to Sieradz, nie Warta) pierwotnie nie znajdowała się przy ujściu Żegliny do Warty, a na drugim brzegu rzeki, na terenie dzisiejszej wsi Mnichów.
    Takiej okazji przepuścić już nie mogłem, choć sama wioska jeszcze mniejsza była niz owa Ruda. Wsiadłem więc w samochód i ruszyłem do Mnichowa. Grodzisko znalazłem – przyznam, że z niejakim trudem. Owszem, jest jeszcze widoczne w terenie, ale jeśli ktoś nie wie czego szuka, i niezbyt się czasami chyba jeszcze przedpiastowskimi interesuje, to może przejść obojętnie, kwitując to sieradzkim określeniem "jakieś chynchy tu zarosły".

Relikty grodziska w Mnichowie
    Żeby nie było – obiekt wzniesiony nad Żegliną jeszcze do niedawna wyglądał jeszcze gorzej, dopiero kilka lat temu na Wzgórzu Zamkowym wycięto krzaki i pokrzywy tworząc niewielki teren spacerowy z zaznaczonymi w terenie śladami murów zamku i wczesnopiastowskiej kaplicy. Odsłonięto też liczne bunkry – o czym zresztą wspominałem już na blogu. Gród w Mnichowie leży na prywatnej posesji i nie kryje w sobie takich skarbów, więc raczej nic się tam nie zmieni. Ma też małe szanse na zostanie obiektem znanym turystycznie.
Miejsce po dawnym grodzie sieradzkim
    I to tyle, jeśli chodzi o Mnichów. Żeby jednak doń dotrzeć musiałem przejechać przez ową wspomnianą na początku Rudę. Trudno tu o jakąś zapierającą dech w piersiach historię – gdyby nie to, że tuż za wsią niewielki znak obwieścił – tędy do miejsca objawień maryjnych. Przyznam się, że zostałem tym zaskoczony. Nasza lokalna NMP zwana Księżną Sieradzką ma swoje sanktuarium w Charłupii Małej – cel pielgrzymek lokalsów, zwłaszcza 8. września, w święto Narodzenia NMP. A tu jakieś objawienie...
    Wracając z Miechowa – było duszno, zbierało się na burzę – postanowiłem nadrobić drogi i zobaczyć co to za miejsce. Droga dojazdowa była polna. Ot, typowa dróżka, dukt z trawiastą burtą między koleinami. W końcu dotarłem jednak na niewielką polaną otoczoną zagajnikami z olchy czarnej (czyli terenami nieco podmokłymi). Stał na niej spory krzyż, pomnik, kilka kapliczek i niewielka budka z wiatą. Miejsce urocze.

Miejsce objawień w Rudzie
    I nie byłem tu sam. Pod wiatą siedział staruszek.
    - Szczęść Boże – przywitałem się i rozpoczęliśmy konwersację.
    Pan był miejscowy, mówił po naszemu (obszar dawnego Księstwa Sieradzkiego to językowo teren mazurzący) i był, jak sam wyznał, zapładniaczem. Znaczy, inseminatorem – kiedyś ważna fucha na każdej wsi, dziś zarezerwowana właściwie tylko dla specjalistów i właścicieli stad; bo kto dziś trzyma jedną krowę czy konia? Albo kurę – tych co prawda się nie inseminuje, ale dokumenty i tak trzeba jej wyrobić (o, mores, o tempora... niedługo będzie jak w latach 40-tych i 50-tych zeszłego wieku, chłopstwo będzie do lasu wyganiać inwentarz na widok urzędnika).
    - Co to za miejsce? - zapytałem – Nigdy o nim nie słyszałem. Czy ktoś tu przyjeżdża?
    - A przyjeżdżają, przyjeżdżają – zaprzeczył Pan Zapładniacz – Masa ludzi tu przyjeżdża, do tych naszych objawień.
    Przyznam się, że miejsce ewidentnie nie wyglądało na jakoś przesadnie uczęszczane, ale z drugiej strony ilość pielgrzymów też może być relatywna. Na samej polanie zaś specjalnie oznaczone jest miejsce, w którym Matka Boska stała – sama poprosiła pana Stanisława Ślipka o to, by zadbał o ten kawałek ziemi. Same objawienia miały miejsce w latach 1985-2002, i, jak to zwykle w takich razach, nie są uznawane przez Kościół Katolicki. Nawet nie jestem pewien, czy jakoś przesadnie były badane.

Miejsce w którym stać miała Najświętsza Panienka
    Cóż, Ruda koło Sieradza to nie jest Medjugorie, które zresztą ostatnio – mimo wielu niezgodności i innych wątpliwości – Watykan postanowił przynajmniej częściowo uznać. Znaczy, zdaje się, że powiedział mniej więcej: jak pielgrzymują, to dobrze, bierzemy to. Roma locuta, causa finita, a św Grzegorz Wielki tylko wzdycha gdzieś tam w Niebiesiech.
Kościół w Medjugorie
    Nie wnikam w to, czy objawienia są prawdziwe, czy nie. Zwyczajnie nie mam ku temu plenipotencji – ale skoro się zdarzają, to przecież zdarzać się muszą. Wiadomo, że komuniści chętnie (wszak taka jest podstawa wszystkich tak zwanych oświeconych filozofii) wyrugowaliby religię z umysłów ludzi i zastąpili własną, jakże zbrodniczą ideologią.
Bolszewicy rugujący religię
    Tylko tak zresztą mogą zwyciężyć. Bo Człowiek jest Homo religious, istotą religijną, i wierzyć w coś musi. Nawet niech to będzie zasuszona mumia czy antropogeniczne ocieplenie klimatu. Musi, i basta.

El Niño Compartido - nieusankcjonowany przez Kościół obiekt kultu w Cuzco
    Bardzo się ucieszyłem tego letniego dnia, że mam na to dowód w najbliższej okolicy.

10 stycznia 2025

Król włosingu

    W związku z okrągłą rocznicą ustanowienia w Polsce króla rok na blogu zaczynać się miał wpisami o Ojczyźnie – w szczególe o Małej Ojczyźnie – i ta opowieść też jest taka, choć zaczyna się, niech to Państwa nie zmyli, na Lazurowym Wybrzeżu.
Lazurowe Wybrzeże - jedna z miejscowych Małych Ojczyzn, właściwie niepodległa
    Oto bowiem dotarłem w tamte dzierżawy, a konkretnie do kurortu Saint Tropez, znanego u nas między innymi z serii filmów o pociesznym żandarmie, z niesamowitym Louisem de Funesem w roli głównej. Posterunek owej formacji policyjnej jest jedną z głównych atrakcji tego uroczego – i drogiego – miasteczka.

Saint Tropez
    A przed posterunkiem, na cokoliku, spoczywa sobie złota rzeźba nimfy czy innej Meluzyny. Niby nic w tym niezwykłego, ale figurka ma rysy niesamowitej Brigitte Bardot.

Bardotka w dwóch odsłonach
    Co zaś wspólnego ma Bardotka z terenami dawnego Księstwa Sieradzkiego, czyli mojej Małej Ojczyzny? A postać Antoniego Cierplikowskiego. Antoine'a. Twórcy nowoczesnego fryzjerstwa.

Jedna z atrakcji Sieradza - pomnik Antoine'a (tu w czasach paniki koronawirusowej)
    Damskiego oczywiście – bo męski fryzjer ma być konserwatywny, żeński – artystą, o czym zresztą wspominałem któregoś razu przy okazji podróży po Bałkanach.

Zakład fryzjerski męski w Skopje
    Otóż Antoine był właśnie takim artystą. Co nieco o nim było kiedy pisałem o atrakcjach Sieradza, miasta skąd pochodził, i w którym od jakiegoś czasu ma nawet pomnik, ale warto przypomnieć: niezabogaty chłopak zostaje wysłany do Łodzi, do wuja, do terminu fryzjerskiego. Wuj, widząc talent, wysyła młodziana do Paryża na dalsze nauki.
    Tam adepta sztuki fryzjerskiej zastaje Wystawa Światowa. Głów do ufryzowania jest zbyt wiele, więc za nożyczki zaczynają chwytać czeladnicy – i Antoine sprawdza się w boju. Zostaje wziętym fryzjerem, z biegiem czasu zdobywa sławę, zakłada własne studio, kupuje dom podle najbrzydszego budynku Paryża...

Paryska kratownica
    Razu pewnego do Antoine'a przychodzi pewna aktorka, o sławie i urodzie powoli gasnącej, niczym dobrobyt Polski pod rządami sprzedajnych polityków. Ma owa przebrzmiewająca diva zagrać podlotka – nie takie rzeczy widziały światowe sceny. Antoine robi coś, co dziś dla nas jest zwyczajne: obcina kobietę na krótko. Pamiętamy scenę z Ogniem i Mieczem gdy pan Zagłoba miał Helenie Kurcewiczównie włosy obciąć, jaka to była tragedia (albo, jeśli idziemy już według nowego, "oświeconego" programu nauczania w Polsce nie pamiętamy, ba, nie wiemy). Francuskie kolaborantki po wojnie też były golone na łyso, jako znak hańby. A tu fryzjer skraca włos. Artystom wolno więcej (na przykład jeździć po pijaku samochodem), więc nowa fryzura zostaje jakoś przez aktorkę przełknięta – mało tego, wzbudza furorę. I nie tylko w Europie, ale i w Stanach Zjednoczonych – pierwsza Murzynka na okładce Vouge'a, pani Backer, nosi fryzurę Antoine'a. Antoine – przy pomocy małżonki – otwiera sieć lokali na obu kontynentach, tworzy własną markę kosmetyków (znaczy, wymyśla dbanie o włosy, coś co dziś nazwać można włosingiem), zostaje milionerem i arbitrem elegancji całej zachodniej socjety.

Paryż - bulwary
    Zyskuje też przydomek Dalego fryzjerstwa. Jest bowiem równie ekscentryczny co kataloński mistrz. W swoim paryskim domu śpi w szklanej trumnie, a pobyt w kurortach południa Francji uświetnia spacerami z pomalowanym na niebiesko psem. Pudlem zdaje się, ale nie wiem, nie jestem rasistą, nie znam się na rasach.

Sypialnia Dalego w Figueres
    Spaceruje z nim, żeby sprawdzić trwałość barwników nakładanych na włosy – bowiem małpie kolory na głowie, dziś ostrzegawczy znak sygnalizujący niestabilną emocjonalnie feministkę, to także dzieło Antoine'a.
    Nie ogranicza się tylko do włosów – zaprzyjaźnia się z polskim rzeźbiarzem Xawerym Dunikowskim, i w jego pracowni w Cannes zaczyna praktykować rzeźbę. Ma ku temu, jak twierdzą postronni, spory talent. Podobno rzeźba Dunikowskiego "Dusza odrywająca się od ciała", której kopia zdobi sieradzki grobowiec Cierplikowskiego, jest projektu Antoine'a. Nie wiem, musieli by to zbadać znawcy sztuki nowoczesnej – do których ja, a priori, się nie zaliczam.

Grobowiec Antoine'a
    A gdzie tu Bardotka? Otóż miał Antoine przygotować pani Brigitte nową fryzurę. Ówczesne serwisy plotkarskie prześcigały się w domysłach jak oszpeci co uczyni aktorce i seksbombie na głowie. A Cierplikowski... Nie zrobił nic. Stwierdził, że naturalne piękno nie potrzebuje udziwniania czy tam upiększania.
    I za to chyba cenię owego artystę – że potrafił to dostrzec, mimo, że jak jeden z niewielu Polaków przyłożył rękę do tego, że współczesny świat wygląda jak wygląda. A, moim zdaniem, wygląda brzydko. Wiem, że nie ma powrotu do czasów gdy fryzura określała statut społeczny, jak choćby tonsura duchowieństwa, czepiec mężatki, dziewicza kosa panny na wydaniu czy rozpuszczone włosy polityka kokoty. Rewolucja umysłowa – i wizualna, której częścią był Antoine – na zawsze wprowadziła anarchię i stan niepokoju, w którym człowiek nie wie kim jest i gdzie należy (wspaniale ten lęk pokazuje Pascal – i ma rację, bo jak ktoś nie wie gdzie jest, to nie wie i kim jest, a potem to nawet nie potrafi określić swojej płci). Trochę to straszne.

Uliczny wizerunek jednego z XX-wiecznych rewolucjonistów - akurat zbrodniarza
    Co się stało z Cierplikowskim? Ano, tworząc nowy świat sprawił, że on sam stał się w nim zbędny. Liczni uczniowie okazali się tańsi, bardziej mobilni – sieć zakładów fryzjerskich została zamknięta, fabryka kosmetyków przegrała z produkcją masową, nie pomogło też rozstanie z zarządzającą finansami żoną. W przeciwieństwie do Dalego, który swoją Galę wielbił i nie wtrącał się w jej życie erotyczne Antoine po przyłapaniu małżonki na romansie z przyjacielem (który, swoją drogą, zdrowo doił kasę artysty) rozstał się z nią. I wrócił do Sieradza, gdzie zmarł pozbawiony milionów, ku rozczarowaniu wielu nadskakujących mu do końca życia akolitów liczących na schedę po artyście. Tak oto zakończyło się życie nieznanego człowieka który ukształtował (w sposób jaki mi wydaje się ohydny) współczesną estetykę (choć oczywiście największym artystą z dawnego Księstwa Sieradzkiego jest Stanisław Szukalski, Stach z Warty, równie co Antoine w Polsce nie znany; niestety ów przybrany dziadek Leonarda di Caprio nie ma grobu: prochy rzeźbiarza rozsypano na Wyspie Wielkanocnej).
Gala oczami Dalego
    Nie był to jedyny mieszkaniec Sieradza który zmienił Świat i wprowadził go w nowoczesność. Niejaki Ary Szternfeld, urodzony w Sieradzu, obliczył tory lotów na orbitę okołoziemską – i korzystali z tych wyliczeń zarówno Amerykanie jak i Ludzie Radzieccy. Nie wiem, jak to było z Gagarinem, ale Łajka na orbitę dostała się właśnie dzięki temu matematykowi. Swoją drogą nie był to jedyny Polak tworzący podwaliny kosmonautyki – Konstantyn Ciołkowski herbu Jastrzębiec (urodzony, jak i Szternfeld czy Cierplikowski na terenie Imperium Rosyjskiego, choć już nie w Kongresówce) opracował podstawy działania wszystkich stworzonych przez człowieka rakiet kosmicznych. Chwalmy się Polakami, bo wszyscy i tak pamiętają nazistowskiego aparatczyka Wernera von Brauna...
Sieradz - Krakowskie Przedmieście

Najchętniej czytane

Długa droga do domu cz. 2

     Ach. Zatrzymaliśmy się pod katedrą w Dubrowniku , której początki sięgają nieoczekiwanej wizyty Gandalfa w Bag End króla Ryszarda I ...