Usypiałem już, gdy donośny dźwięk
telefonu dotarł do moich uszu i potężnie wstrząsnął całym
mózgiem.
- Kto – zmełłem w ustach przekleństwo – dzwoni o
tak nieludzkiej porze?
Złapałem za aparat, a niemiłosiernie
brzęczący odgłos powtórzył się. Sygnał dzwonka miałem całkiem
inny, SMS-y też obwieszczane były łagodniej... Ki diabeł?
Starożytni kosmici dzwonią?
Okazało się, że ani diabeł, ani
kosmici. Ani nawet żadna ze znanych mi person. Oto straszny jazgot z
głośnika obwieszczał, że przyszło ostrzeżenie. I to nie
byle jakie, bo w dwóch obcych językach: po rumuńsku i po
angielsku: w okolicy takiej to a takiej ulicy w Predeal zauważono
niedźwiedzie; uprzejmie prosimy nie wychodzić z domów, a w razie
zauważenia tego groźnego zwierzęcia nie robić mu zdjęć tylko
jak najszybciej się oddalić.
 |
Ostrzeżenie przed niebezpieczeństwem
|
Cóż – akurat byłem w tym najwyżej położonym rumuńskim mieście, choć nie jestem pewny czy właśnie przy
wymienionej w ogłoszeniu ulicy – więc alert był jak najbardziej
na miejscu. Szkoda tylko, że akurat leżałem w hotelowym pokoju i
zbierałem się do snu, - następnego dnia miałem do przebycia
naprawdę galanty kawałek drogi. Odłożyłem telefon, przewróciłem
się na drugi bok, po czym przyszedł kolejny alert, ostrzeżenie o
takiej samej treści. Następnie przez miasteczko – takie trochę
rumuńskie Zakopane (albo może Kościelisko czy Murzasichle
bardziej) poczęły jeździć radiowozy na sygnale – ani chybi
płoszyć miały owe grasujące po ulicach niedźwiedzie. Tak, zgadza
się, okno miałem od ulicy – głównej drogi przebiegającej przez
miasteczko i przełęcz o tej samej nazwie: granicę między
Siedmiogrodem a Wołoszczyzną.
W końcu jednak udało mi się
usnąć – bez interakcji z niedźwiedziami – aczkolwiek
domyślałem się, że takie ostrzeżenia nie są bezpodstawne.
Rumunia szczyci się olbrzymią populacją niedźwiedzia brunatnego,
szacuje się, że 1/5 europejskiej populacji tego olbrzymiego ssaka
żyje właśnie w tym państwie, głównie w Karpatach – w tym i
Karpatach Południowych i paśmie Bucegi (Park Narodowy), które
przecinała droga przez przełęcz Predeal – i przy której wyrosło
miasteczko w którym właśnie – nie pierwszy raz – nocowałem.
 |
Widok na Karpaty Południowe
|
I
swego czasu rzeczywiście natknąłem się tam na niedźwiedzia.
Akurat hotel w którym spałem znajdował się wyżej – podjazd był
dosyć stromy, ale autokar dał radę – więc pewnie tam łatwiej
było o niedźwiedzia, ale przecież z głównej ulicy też policja
płoszyła. W każdym razie: przyjechaliśmy pod hotel i pierwsze, co
zwróciło moją uwagę to kosze na śmieci: wszystkie umocowane na
solidnych betonowych klocach. Ciekawe, czemu – pomyślałem, lecz
wkrótce otrzymałem odpowiedź:
- Uważajcie po zmroku –
ostrzegł nas portier a ja przekazałem tą informację dalej –
Grasują tu niedźwiedzie, więc niebezpiecznie jest wychodzić z
hotelu.
Na drzwiach wejściowych rzeczywiście była nalepka
ostrzegająca przed tym groźnym ssakiem, ale większość moich
podopiecznych z uśmiechem i politowaniem pokiwała głową:
-
Strachy na lachy!
 |
Predeal po zmroku
|
Dopiero rano, przy śniadaniu, podekscytowanym
głosem wymieniali między sobą uwagi w stylu:
- Rzeczywiście!
Były niedźwiedzie! Widziałam z balkonu! Ja też!
Cóż –
faktycznie były. Też widziałem, jak kręcił się taki jeden koło
autokaru. Włamu by pewnie nie dokonał, ale zaszkodzić mógł –
chociażby przewracając ów obetonowany kosz na śmieci. Nam byłoby
ciężko usunąć go z drogi, miś natomiast przy odpowiedniej
zachęcie mógłby go wywrócić. Jaka to mogłaby być zachęta?
Otóż... Jedzenie. Niedźwiedzie po prostu schodziły z gór by
kolokwialnie rzecz ujmując nażreć się resztek zostawionych w
śmietnikach. Taki proces zachodzi na całym Świecie – wiele
gatunków zwierząt woli niczym klasyczne komensale dojadać resztki
po człowieku niż samemu polować czy szukać pokarmu. Wyżeranie ze
śmietnika ma niższy koszt energetyczny (
biologia, a zwłaszcza
ekologia i genetyka, to bardzo matematyczne nauki) niż aktywne
polowanie. Mało tego – korzystanie ze śmietników (gdyby nie były
zabetonowane niedźwiedź rozniósłby taki pojemnik na strzępy) w
Predeal okazało się przedsięwzięciem, że tak powiem,
miedzygatunkowym. Oto bowiem każdy niedźwiedź ma wokół siebie
kilka miejscowych bezdomnych psów. Dwa, może trzy. Psy te
ostrzegają misia przed niebezpieczeństwem, oszczekują
potencjalnych przeciwników, wskazują śmietniki – w zamian za to,
kiedy niedźwiedź przewróci kosz i się nażre w spokoju dojadają
resztki. Ot, taka protokooperacja (i troszkę współbiesiadnictwo,
komensalizm). Natura bywa taka fascynująca.
Właśnie taką
grupę widziałem w Predeal bladym świtem. Niedźwiedź przemknął
jak cień i odszedł w góry, psy się rozbiegły, tylko przewrócony
kosz tarasował – na szczęście nie nam – drogę.
W
poprzednim wpisie wspominałem też, że można gdzieś w okolicy
spróbować niedźwiedzia – i że w
Braszowie nie udało mi się
jak dotąd znaleźć knajpy niedźwiedzinę serwującą. Dopytałem w
Predeal:
- Może spróbuj w Poiana Secuilor – doradziła mi pani
z recepcji, a jej kolega przytaknął – To 6 kilometrów w tą
stronę.
- Tam? - wskazałem na wyjątkowo stromą ulicę
odchodzącą od głównego traktu.
- Tak, powinni mieć takie
mięso. Chyba, że akurat by nie mieli.
Pokiwałem głową i
zacząłem rozmyślać nad wyprawą ku owej tajemnej restauracji.
Łakomstwo przemawiało za spacerem, rozsądek podpowiadał, że idąc
6 kilometrów w nocy pod górę mogę i tak się spóźnić do owej
knajpy, a tylko się umęczę. Kiedy jeszcze za oknem zagrzmiało i
zaczęło padać stwierdziłem, że spróbuję niedźwiedzia innym
razem. No i może z miejsca, gdzie nie wyżera ze śmietnika.
 |
Braszów |
I
teraz trzymam się za słowo.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz