Tłumacz

16 stycznia 2026

Tropem Osmanów cz. 2

    Jak wspominałem w poprzedniej części wpisu jedynym krajem bałkańskim który – w związku z ruchami ludności w latach dwudziestych zeszłego stulecia – pozbył się bywalców meczetów była Grecja (Turcja pozbyła się wtedy bywalców cerkwi; okrutne to były przesiedlenia milionów ludzi – z miejsc, gdzie żyli od stuleci w nowe środowisko; czystek nie zrobiono na Cyprze, więc dziś wyspa jest podzielona na dwie wrogie strefy). W myśl prawa szariatu meczetu zburzyć nie wolno (od kilkuset lat w Indiach z tego powodu mordują się hinduiści i muzułmanie: jedni zburzyli chram hinduistyczny i zbudowali meczet, po czym drudzy ów zburzyli postawili świątynię – i wystarczyło). Grecy nie do końca się tym przejęli. A że brakło muzułmanów to i przebiegło to trochę spokojniej.
Gotycka katedra w Nikozji - dziś meczet
    Najciekawsze takie konstrukcje widziałem na Krecie. O tej największej greckiej wyspie było na blogu wielokrotnie, i o tajemniczej minojskiej cywilizacji, i o weneckich (a potem osmańskich) fortyfikacjach wyspy, i innych takich.
Symbol Republiki Weneckiej w ruinach kreteńskiej twierdzy
    Ale o meczetach nie było – bo już ich na wyspie nie ma. Zresztą jeśli chodzi o miejsca kultu to dla przykładu są tylko trzy kościoły katolickie (jeden zbudowany przez polskich żołnierzy którzy trafili tam wraz z rosyjskim kontyngentem stabilizującym pod koniec XIX wieku. Te francusko-brytyjsko-rosyjsko-włoskie siły były przedostatnimi z okupujących wyspę wojsk (byli to kolejno Mykeńczycy, Rzymianie, Arabowie, Bizantyjczycy, Wenecjanie z domieszką Genueńczyków, Osmanowie). Ostatnimi byli – co dość oczywiste – Niemcy. Wspominani równie źle co muzułmańscy Turcy. Zresztą wystarczy się przejechać po wyspie – co chwila jakieś miejsce uświęcone krwią pomordowanych przez Osmanów Kreteńczyków. O, choćby położony podle Rethymno wiekowy klasztor Moni Arkadi. Prawosławny, choć jakby go przenieść na pustkowia Półwyspu Iberyjskiego nikt by się nie zorientował. Do dziś nosi ślady osmańskiego oblężenia.
Dzwonnica cerkwi klasztoru Moni Arkadi i kreteńskie ośnieżone góry
Dawny cyprys z osmańskimi kulami
    Zobaczyć też można ruiny cysterny, w której zbiorowe samobójstwo popełnili ostatni obrońcy.
Miejsce męczeństwa obrońców Moni Arkadi
    Po przyłączeniu wyspy do Grecji miejscowe władze robiły więc wszystko by utrudnić muzułmańskim obywatelom egzystencję, a w końcu, po wspominanych w poprzedniej części wojnach, Turcy zostali zastąpieni przez Greków Pontyjskich. Meczety zaś zniknęły, choć często zachowały funkcję sakralną. Przy okazji wpisu o Świętym Mikołaju wspominałem o cerkwi pod tym wezwaniem w Chanii. W czasach weneckich był to kościół, potem Turcy dobudowali minaret i przekształcili w meczet, dziś to cerkiew.
Cerkiew św Mikołaja w Chanii
    W dawnym kościele katolickim, a potem meczecie, w Rethymno jest z kolei sala koncertowa (jak w katedrze w Królewcu).
Rethymno - sala koncertowa
    Najbardziej urzekło mnie jednak całkiem inne miejsce, takie, którego w bedekerach nie znajdziecie. Ja zresztą też nie za każdym razem w czasie pobytu na Krecie tam trafiam. I całkowitym przypadkiem je odkryłem. Oto bowiem spacerowałem sobie wąskimi (i zacienionymi, wszak upał był straszny) uliczkami Chanii, dawnej stolicy.
Stare miasto w Chanii
    Zaciekawił mnie budynek z resztkami wieżyczki. Wszedłem więc do środka. Cóż, typowy sklep dla turystów. Z jednym (no, kilkoma właściwie) zasadniczym wyjątkiem – miał historię. Przez duże h. Okazało się bowiem, że pozostałości domniemanej wieżyczki to resztki po minarecie. W ścianie sklepu nadal pozostała pięknie zdobiona wnęka. Był to mirhab – każdy meczet posiada to miejsce, wskazuje ona kierunek w którym znajduje się Ka'aba w Mekce.
Magiczny sklep z pamiątkami
    Wzrok przyciągała też podłoga sklepu. Była bowiem przeszklona. Pod nią zaś znajdowały się resztki odkrytych przez archeologów średniowieczne groby krzyżowców. Oto bowiem zanim budowla stała się meczetem (meczet nie jest świątynią – to miejsce modlitwy) robiła za siedzibę jednego z zakonów rycerskich zaangażowanych w walki na Bliskim Wschodzie. Obstawiam joannitów, ale bardziej romantycznie byłoby, gdyby jednak lokatorzy okazali się templariuszami (a bardzo nieromantycznie gdyby krzyżakami).
Jeden ze współczesnych kościołów katolickich na Krecie (tu Rethymno) - bardziej polski niż krzyżacki
    Ot, taka historia a propos dziejów Śródziemnomorza. I tak, wiem, desakralizacja kościołów to rzecz której nie lubię, ale tu te rany chyba się zabliźniły. Nie zabliźniła się natomiast nienawiść między Grekami i Turkami (ale nie ma się co dziwić, obie nacje mieszkają na Bałkanach). Potrafią się nawet o alkohol kłócić (nie oni jedni): oto bowiem Turcy zastrzegli sobie międzynarodowo, że raki (czyli bimber), namiętnie spożywana w Grecji (i ukradkiem w Turcji) to nazwa turecka. I by prawa nie łamać Grecy na swój tradycyjny trunek muszą wymyślać inne nazwy (najczęściej zawierające jednak człon raki – spora część turystów w Helladzie to przecież niezbyt bystrzy przybysze z Zachodu).
Spinalonga - osmańska wioska w twierdzy przerobiona przez Greków na leprozorium
    Dobra, po tym krótkim wyskoku na Kretę czas wracać na kontynent, do Tracji, prawie że na na przedmieścia dzisiejszego Stambułu. No dobra, jakieś 200 kilometrów od Nowego Rzymu. Do miasta w XX wieku będącego przedmiotem walk między Grecją, Turcją a Bułgarią – bo też leży podle trójstyku granic tychże państw. Do Adrianopola, osmańskiej stolicy, skąd przypuszczony został ostateczny szturm na Konstantynopol Roku Pańskiego 1453.
Pozostałości Adrianopola

9 stycznia 2026

Tropem Osmanów cz. 1

    No tak. Jadąc do Bizancjum nie da się uniknąć przejazdu przez tereny zajmowane onegdaj przez Wysoką Portę Ottomańską – znaczy się Imperium Osmańskie. Można mówić Turcja, ale to oczywisty anachronizm (z ciekawostek: ostatnio w oficjalnych angielskich dokumentach zastąpiono Turkey nazwą Turkiye – żeby się Brytolom czy innym Amerykańcom z indykiem nie myliło). W zasadzie wystarczy jadąc z Polski na południe przekroczyć Dunaj – i już wjeżdża się do dawnych dziedzin Osmanów. Owszem, długo tak daleko na północy miejsca nie zagrzali, przegonił ich spod Wiednia i rozbił pod Parkanami (na dzisiejszej Słowacji) nasz król Jan III Sobieski, zresztą. Nie przeszkodziło to jednak tureckim architektom postawić w Jagierze (to staropolska nazwa miasta Eger, tego od Egri bikaver, jagierskiej byczej krwi, intensywnego czerwonego wina, którego nazwa powstała właśnie w wyniku jednego z osmańskich oblężeń – to wspaniała, acz dość powszechnie znana opowieść, więc tu jej nie będzie; pojawi się, jak skończą mi się tematy – albo gdy odwiedzę w końcu tamtejszą Dolinę Pięknej Pani) meczet – z którego do dziś zachował się ino minaret.

Eger - minaret, dziś obok protestanckiego zboru

    Meczetów zresztą na Bałkanach jest co niemiara – Turcy Osmańscy przynieśli bowiem ze sobą islam (oraz ulgi podatkowe dla wyznawców Allaha), a co za tym idzie dżamije – co jest słowiańską formą tureckiego słowa cami (słownictwo na Bałkanach to też element osmańskiego dziedzictwa – chociażby ciorba, czyli zupa, zwie się tak zarówno w Serbii, jak i Rumunii czy Bułgarii; niewiele można z tym zrobić, choć na przykład Grecy w drugiej połowie XX wieku próbowali urzędowo wprowadzić zamiast ludowej greki, demotyki, z naleciałościami, dialekt oparty bezpośrednio na klasycznej koinekatharewusa, język oczyszczony, mimo olbrzymich nakładów nie przyjął się en masse, choć do dziś w Grecji są ludzie dla których jest to pierwszy język; gdzieniegdzie na prowincji zachowały się też na przykład tablice z nazwami ulic czy miejscowości w tejże mowie). Pozostali też liczni muzułmanie.

Meczet w dobrudzkiej Konstancy

    Najwięcej w Albanii, Bośni i Hercegowinie, Północnej Macedonii i Serbii (wraz z Kosowem), ale przecież i Czarnogórze, Bułgarii i Rumunii ich znajdziemy. W Chorwacji raczej nie bardzo, a z Grecji zostali wypędzeni w ramach wymiany ludności po wojnach grecko-tureckich te sto lat temu. W zamian Grecja dostała nieco obcych kulturowo Greków Pontyjskich. Spora część meczetów w związku z wycofaniem się Ottomanów z Bałkanów zamieniła się w ruiny, część wróciła do swych pierwotnych funkcji – czyli cerkwi – a reszta służy pozostałym muzułmanom. Powstają też nowe – bardzo okazałe budowle – i wcale nie są sponsorowane przez Turków. Stawiają je głównie monarchie znad Zatoki Perskiej, w ramach ekspansji kulturowej i eksportu radykalnych odłamów islamu (nie oszukujmy się, tacy bektaszyci, żyjący głównie w Albanii, dla wahabity są odstępcami; na dodatek piją alkohol). Mudżahedini z krajów Zatoki czy Azji Centralnej walczyli już w czasie wojny w Bośni.

Minarety sarajewskiej starówki

    O meczetowym recyklingu jeszcze będzie, bo po Imperium Osmańskim zostały gdzieniegdzie na Bałkanach całe miasta i dzielnice. Zresztą na blogu kilka razy wspominałem już o czarszijach (jak z tureckiego zwą się owe kwartały) w Kruji, Sarajewie, Ochrydzie czy mojej ulubionej - w Skopju.

Islamska strona Ochrydy
Osmańska starówka w albańskim Beracie

    O tym, że jedna z większych postosmańskich dzielnic jest w Atenach chyba nie pisałem – Grecy zresztą chcieli by, żeby jej nie było. Z drugiej strony Plaka – położona u stóp Akropolu – jest olbrzymim magnesem dla zachodniego turysty. Ot, przecież pecunia non olet.

Plac Monastiriaki i Plaka podle ateńskiego Akropolu
    Od czasu do czasu natknąć się też można na tureckie zajazdy. Imperium Osmańskiemu mocno zależało na rozwoju podbitych krain (podatki, głupcze!), a nie oszukujmy się: w Średniowieczu Bałkany (wtedy jeszcze się tak nie nazywające) pokryła sieć głównie słowiańskich cesarstw, królestw, księstw czy despotatów, które miast zachować spuściznę Imperium Romanum z uporem godnym lepszej sprawy tłukły się między sobą (i z pozabałkańskimi sąsiadami, od Wenecji i Królestwa Węgier poczynając na koczownikach znad Morza Czarnego kończąc).

Han w Skopje
Słynny Kryty Bazar w Stambule

    Osmanowie poczęli więc odbudowywać sieci handlowe i infrastrukturę drogową. O hanach, owych zajazdach przecież pisałem wielokrotnie, czy to zachwycając się skopską starówką, czy wspominając o Bukareszcie.

Bukareszt - turecki karawanseraj

    Zachwycałem się też nad starym mostem w Mostarze. A jeśli się nie zachwycałem to powinienem. Taka tylko uwaga dla każdego kto będzie przekraczał Neretwę przez ten przepiękny obiekt: to rekonstrukcja, oryginalny łuk spinający brzegi rzeki został w czasie wojny w Bośni (Mostar leży w Hercegowinie) wysadzony przez Chorwatów. Odbudowano go z oryginalnych resztek. A. Nie polecam przechodzić po nim w deszczu – może wtedy standardowy tłok będzie mniejszy, ale śliskie kamienie tylko czekają, aż dentysta odpali działkę.

Stary Most nad Neretwą

    I w sumie po tym postosmańskim – lichym dość – przeglądzie Bałkanów (o weneckich posiadłościach też kiedyś było) powinienem ruszyć przez Trację przez Adrianopol do Konstantynopola, ale że powiedziałem A w sprawie recyklingu meczetowego, to chwilę pociągnę ten temat – bo potem zapomnę. I jako, że wpis się kończy, to trzeba będzie zrobić to w drugiej jego części.

Najsłynniejszy zrecyklingowany meczet

    Co do zapominania – właśnie. Po Osmanach pozostały jeszcze dziesiątki konstrukcji zwanych kale. A kale po turecku to twierdza. No, zamek. Od Budapesztu przez Belgrad po Tiranę czy Skopje je znajdziemy. Cóż, podbój tych terenów nie był chyba tak ostateczny jak chcieliby Osmanowie.

Belgradzki Kalemegdan
Lezha w Albanii
Kruja - siedziba Skanderbega
Twierdza Samuela w Ochrydzie - osmańska w swoim wyglądzie

    Z drugiej strony – jak mi powiedział pewien Macedończyk w Ochrydzie w knajpie z typową bałkańską postosmańską kuchnią zerkając na lecący w telewizorze serial:
    - Przez 500 lat byliśmy pod jarzmem osmańskim, a teraz w telewizji tylko tureckie telenowele...

2 stycznia 2026

Pożeglować do Bizancjum

    Pożeglować do Bizancjum to tytuł opowiadania pisarza s-f Roberta Silverberga (wydanym, zdaje się, w zbiorze opowiadań pod tym samym tytułem). W zeszłym roku stuknęło temu traktującemu o przemijaniu (temat w sam raz na pierwszy wpis w Nowym Roku, nieprawdaż?) dziełku już 40 lat. I nie straciło nic na aktualności, ludzie nadal przemijają – no, właściwie wszystko przemija, zwłaszcza od czasu przewrotu w myśleniu dokonanego dzięki lunecie, o czym zresztą wspominałem. Wbrew tytułowi samego Bizancjum w opowiadaniu nie ma – podobnie jak i w naszej rzeczywistości.

Pozostałości Bizancjum
    Taka ciekawostka – tytuł opowiadania zalewaczył pan Silverberg z wiersza irlandzkiego poety Yeatsa (muszę przyznać, że lepiej niż poezje tego twórcy znam spuściznę literacką Silverberga). Wiersz także opowiada o przemijaniu, starości i upadku dawnych cywilizacji, ale bardziej dotyka Bizancjum (a raczej czasu, gdy Konstantynopol zmieniał się w Konstantiniyye). Jako ciekawostka ciekawostki dodam, że pierwszy wers poematu brzmi To nie jest kraj dla starych ludzi. Tak, stąd wzięli go i wykorzystali późniejsi filmowcy.
Bosfor - między Europą a Azją
    Tak więc sam do Bizancjum – czy też może Byzantionu – nigdy nie żeglowałem. Wielokrotnie za to byłem w mieście po – kolejnym – rebrandingu. Acz zawsze lądem (rejsy bo Bosforze się nie liczą) – przez tereny dawnych imperiów. W tym i tak zwanego Cesarstwa Bizantyjskiego. Bo przecież było to zawsze Imperium Rzymskie. Ba, nawet po muzułmańskim władca osmański tytułował się odziedziczonym po Seldżukach tytułem Sułtana Rum. Termin Bizancjum to wynalazek nowożytnych mediewistów. Anachronizm, ale oddaje chyba istotną zmianę z łacińskiego Imperium Romanum na grecki w swej istocie twór zwany przez Romajów (znaczy: Greków; w Europie Romaioi zastąpiono Graeci kiedy następcy Karola Wielkiego uznali się za kontynuatorów Cesarstwa Rzymskiego) Rhomania – Ziemia Rzymian (Bilad al-Rum po arabsku). Ostatnim cesarzem wschodniej części Imperium który w domu mówił po łacinie (a było to gospodarstwo w dzisiejszej południowej Serbii) był Justynian Wielki. Dla mnie więc to też ostatni cesarz rzymski – po nim mówię już o Bizancjum. Jego śmierć jest też jedną z dat kończących Starożytność – bo wbrew pewności z jaką podaje się u nas 476 rok po Chrystusie nic nie jest tak naprawdę ustalone, i historycy nadal się spierają o początek Średniowiecza.
Upadek Konstantynopola AD 1453 - wizja turecka
     Może nawet udałoby się Justynianowi przywrócić chwałę rzymską i Morze Śródziemne znów stałoby się Mare Nostrum, wewnętrznym akwenem imperium, ale historia potoczyła się inaczej. Oto wybuchło kilka wulkanów, klimat się zmienił (dając Skandynawom przyczynek do legendy o straszliwej trzyletniej zimie Flumbvinter), myszoskoczki będące tradycyjnymi nosicielami bakterii Yersinia pestis z głodu opuściły swoje pustynne nory i przekazały zarazka wszędobylskim szczurom, te przyniosły go do miast Śródziemnomorza czy Bliskiego Wschodu. Wybuchła zaraza zwana dżumą Justyniana – i zachwiała potencjałem ludnościowym (czyli też wojskowym) Bizancjum i Persją Sasanidów. Dzicy Germanie żyjący po wioskach (w czasie każdej epidemii zawsze lepiej jest na wsi – vide słynny Dekameron – zwłaszcza w czasach gdy opieka zdrowotna jest niedorozwinięta albo, hm hm, niedofinansowana i w zapaści) mniej odczuli straty ludnościowe i tłumnie – podobnie jak ich pobratymcy sto lat wcześniej – ruszyli w granice odradzającego się imperium. Długobrodzi (nie, nie chodzi o krasnoludzkie plemię znane z tolkienowskiego Śródziemia, a o Longobardów) dla przykładu zajęli ogołoconą zarazą i niedawnymi wojnami Italię. Europę Wschodnią zajmować poczęli z kolei Awarowie, Turcy (Protobułgarzy właściwie) i nade wszystko Słowianie, zajmując praktycznie całą krainę zwaną później Bałkanami.
Pliska - pierwsza stolica Bułgarów
    Ta ruchawka sprawia, że ślady Bizancjum czy nawet Imperium Rzymskiego nie są tu aż tak dobrze widoczne – chociaż jest ich pełno. Wstyd się przyznać, ale jeszcze nie dotarłem do tych najważniejszych stanowisk archeologicznych z tamtego czasu: Sirmium, Naissus czy Iustiniana Prima (odpowiednio – jedna ze stolic cesarstwa, miejsce narodzin Konstantyna, wybudowana przez Justyniana w swej rodzinnej okolicy). Po prostu Serbię mam słabo spenetrowaną.
Rzymska studnia w belgradzkiej twierdzy
Rzymskie Singidunum podle galerii handlowej w centrum serbskiej stolicy
    Na ruiny romajskiego miasta z czasów przełomu Starożytności i Średniowiecza trafiłem za to w Macedonii Północnej (nie chodzi o dzisiejsze Ochrydę czy Bitolę; ani o albańskie Dürres). Opisywałem tę przygodę na blogu już – miejsce nazywa się Golemo Gradiste (czyli Gród Olbrzymów). Przynajmniej dziś, bo jak się nazywało w czasach narodzin Cesarstwa Bizantyjskiego to – po tylu najazdach – nikt już nie pamięta.
Golemo Gradiste gdzieś w macedońskich górach
    Wyjątkiem jest – nie jedynym w sumie – Kościół Mądrości Bożej w Stambule. Byłem tam już kilka razy, ale tym razem miałem nadzieję na wejście na kościelne balkony (po remoncie – restauracji właściwie – otwarto je dla zwiedzających już kilka lat temu, ale tak się złożyło, że wejść mi się nie udało), tym bardziej, że parter jest już dla giaurów zamknięty.
Kościół Mądrości Bożej
    A że Kościół Mądrości Bożej, pamiętający Justyniana i przez prawie 1000 lat będący jedną z najważniejszych świątyń chrześcijaństwa dziś – po stu latach funkcjonowania jako muzeum – na powrót jest meczetem, to "żeglując" do Bizancjum warto zwrócić uwagę na pozostałości po Imperium Osmańskim, które kilkaset lat zajmowało niemal całe Bałkany, a którego odwrót sprokurował nasz Jan III Sobieski. O czym też już zresztą na blogu było.
Pomnik Jana III Sobieskiego w Wiedniu
    W drogę więc, niczym poseł Lehistanu do Wysokiej Porty.

26 grudnia 2025

Wiklina

    A jednak. Miało już nie być wpisów w mijającym Roku Pańskim 2025, ale ponieważ ostatnio było odrobinkę o sztuce ludowej – i takichż tradycjach – a miesiąc temu na Listę Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO trafiła polska tradycja plecionkarstwa, to postanowiłem o tym wspomnieć, tym bardziej, że temat nie jest przesadnie znany. Oprócz wyplatania mamy na liście chociażby sokolnictwo, bartnictwo, dywany kwiatowe w Boże Ciało i Szopki Krakowskie. Dużo-niedużo.
Szopka Krakowska
    Do tego mamy okres zbioru wikliny, tego najpopularniejszego w naszym klimacie materiału plecionkarskiego (oczywiście, wyplatało się też kiedyś u nas z innych materiałów, choćby ze słomy; można z niej tworzyć ozdoby choinkowe) – karczuje się ją od listopada do marca, choć oczywiście stare wierzby, nie jakieś łoziny, ogławiało się raczej w lutym. I w marcu. Didaskalia: ogławianie to obcinanie raz na kilka lat wierzbowych witek. Dzięki tym procesom powstawały kiedyś – gdy każdy potrzebował wikliny – drzewa o charakterystycznym kształcie, tak zwane wierzby rosochate. To one szumiały w mazurkach Chopina. Dziś już nie szumią.
Chopin pod wierzbą
    Zwyczajnie zarosły (Japończycy, przycinający te swoje bonsai pewnie by nie zrozumieli czemuśmy pozbyli się tak emblematycznego dla Niżu Polskiego elementu krajobrazu; ale oni nie mieli sowieckiej okupacji, nie musieli gapić się jak sroka w gnat w inne kultury; cóż, w czasie Restauracji Meiji nie mieli usłużnych ojkofobów, którzy ciężką pracą urabiali by społeczeństwo w przekonaniu, że co rodzime to gorsze; zapewne nie mają też prawa ograniczającego przycinanie koron drzew, jak u nas). Okazało się, że plastikowe wiadra są wygodniejsze w użyciu od koszy wiklinowych (używałem takich w czasie wykopek lata temu, faktycznie były nieporęczne, ale można było je łatwo naprawić; plastikowe się wyrzuca).
Dawno nie ogławiana wierzba rosochata (u kresu swojej drzewnej egzystencji)
    Łapę na plecionkarstwie położył oczywiście Łowicz, kreujący się na ludową stolicę Polski – co o ichniej stylówie myślę już przecież wspominałem – od ponad 10 lat można w stolicy dawnego biskupiego Księstwa Łowickiego uczyć się wyplatania.
Centrum Księstwa Łowickiego
    Niemniej są bardziej wiklinowe miejsca w Polsce. Najbardziej zaś chyba leżący niedaleko Poznania Nowy Tomyśl. Miasto o dość świeżej metryce (założone przez lokalnego dziedzica na niemal surowym korzeniu w Roku Pańskim 1786; sam Tomyśl, dziś Stary, to nieodległa wieś wzmiankowana w XIII wieku), stąd ma dość nietypowy jak na polskie warunki układ ulic, całkiem inny niż te stare średniowieczne ośrodki miejskie (jak chociażby moja rodzinna Warta). W sumie jest to chyba najmłodsze miasto Wielkopolski.

Ulica w Nowym Tomyślu
    Ciekawostką jest, że założono je na terenach wcześniejszego osadnictwa olęderskiego – a niderlandzcy koloniści najczęściej dostawali grunty w miejscach podmokłych, co ma niebagatelne znaczenia dla tematu wikliniarstwa w okolicy. Skład etniczny okolicy sprawił też, że do końca XIX wieku było to jedyne miasto Wielkopolski bez kościoła katolickiego. Na Starym Rynku (dziś jest to plac imienia Fryderyka Chopina) stał za to potężny gmach zboru protestanckiego.

Zagroda olęderska w nowotomyskim skansenie
    Podmokłe okolice miasta sprawiły, że w XIX wieku wspaniale przyjęła się przywieziona do nieodległego Trzciela amerykańska odmiana jednej z wierzb. Oczywiście przemysłową ową wiklinę zaczęto używać nie jako biopaliwo, jak dziś, a do produkcji różnego typu utensyliów, chociażby AGD. Do dziś Nowy Tomyśl pełen jest wikliniarskich pracowni. Niektóre z nich specjalizują się w ogromnych plenerowych konstrukcjach typu altany, inne robią zwykłe koszyki – na co dzień używane przez mieszkańców. Naprawdę, ludzie w miasteczku chodzą na zakupy do supermarketów z wiklinowymi koszami (u nas na targu w takich kiedyś kobitki przywoziły jajka na handel). Do tego na centralnym placu miasta stoi największy na Świecie wiklinowy kosz.

Kosz z Księgi Rekordów Guinnessa
    Podle miejscowego skansenu jeszcze inne wyplatane dziwy można spotkać.

Wiklinowy trabant
    Ciekawe, czy Nowemu Tomyślowi i innym wikliniarskim ośrodkom coś skapnie z okazji tego nobilitowania przez UNESCO – naprawdę, w środowisku twórców ludowych trzeba się mocno łokciami rozpychać. Wszystko zależy jak ekspansywne będzie tamtejsze Muzeum Wikliniarstwa i Chmielarstwa (tak, Nowy Tomyśl jest też ośrodkiem regionu chmielarskiego; polski chmiel to nie tylko Lubelszczyzna).

Wiklinowe igloo - wigloo - pod Muzeum Wikliniarstwa i Chmielarstwa
    Na szczęście coraz więcej tradycji wpisywanych jest na Krajową Listę Niematerialnego Dziedzictwa – a z niej dużo łatwiej znaleźć się na tej UNESCO. Pisałem przecież dopiero co o hafcie sieradzkim (i ubolewałem, że wycinanka, bardzo współczesna jak na sztukę ludową, nie jest jeszcze wpisana). Z regionalnych ciekawostek o wpis starał się także łęczycki Diabeł Boruta i folklor z nim związany. Podobno w okolicach miasta nadal różne rzeczy chowa nie ów Niemiec (Alois Alzheimer zmarł we Wrocławiu, taka ciekawostka) ale właśnie złośliwy diabeł. Czy Borutę wpisali – nie wiem, trzeba sprawdzić.

Łęczycki zamek, siedziba Diabła Boruty
    A co do tych naszych tradycji – Szopki Krakowskie doceniło UNESCO. My w Warcie takich nie mamy, w zamian za to w naszym bernardyńskim klasztorze braciszkowie co roku budują olbrzymią ruchomą szopkę, nomen omen, wartą odwiedzenia. Jak ktoś ma niedaleko może podskoczyć. Jak nie w tym, to za parę dni, w następnym 2026 Roku Pańskim. Na który składam W. Sz. Czytelnikom najlepsze życzenia.
Warcki klasztor skrywający olbrzymią ruchomą szopkę

22 grudnia 2025

Wiliorze cz. 2

    Jak wspominałem w poprzednim wpisie tradycja polskiej Wigilii wpisana (razem z haftem sieradzkim) została na listę Krajowego Dziedzictwa Kultury Niematerialnej. Bardzo słusznie – wszak jest to rzecz tak wyjątkowa, że moim zdaniem ma nawet szansę trafić na światową listę takiegoż dziedzictwa , funkcjonującą pod egidą UNESCO. Z Polski mamy tam już między innymi kwiatowe dywany Bożego Ciała w Spycimierzu podle Uniejowa albo – skoro zbliżamy się do dnia Bożego Narodzenia – słynne Szopki Krakowskie.
Szopka Krakowska
    Ważne, że tradycja ta jest żywa. Nawet w cudownej komedii "Rozmowy kontrolowane" w krzywym zwierciadle pokazane są obchody Wigilii w wykonaniu komunistycznej okupacyjnej nomenklatury. Jeśli W. Sz. Czytelnik nie widział, to polecam. A o filmie już wspominałem, przy okazji Pałacu Kultury i Nauki (tak, postuluję wpis Prącia Stalina na listę dziedzictwa UNESCO; czemu? Bo mogę).

Szopka Warszawska
    W poprzednim wpisie zwróciłem jednak uwagę, że ta tradycyjna polska Wigilia różni się znacznie w zależności od regionu. W dawnym Księstwie Sieradzkim, oprócz nieparzystej liczby potraw na stole mamy także Wiliorzy.
Staropolskie danie rybne, jedna z potencjalnych potraw wigilijnych
    Nie będę mówił co to jest – tylko kto. Otóż tradycyjnie po Pasterce po wsiach (a później i po miasteczkach) pojawiały się grupy Wiliorzy. Młodzież przebierała się za różne Herody, turonie, inne potwory, i, czasem też z gwiazdą, chodziła po obejściach przedstawiając zabawne scenki (ej, Herodzie, za twe zbytki, pódź do piekła, boś ty brzydki!), śpiewając kolędy czy pastorałki (też arcypolskie są te Bożonarodzeniowe pieśni) strasząc dzieci czy – jako, że byli to głównie młodzieńcy – obłapiając panny na wydaniu. W zamian za to Wiliorze (chyba dopiero od 01.01.2026, wtedy wchodzi reforma języka polskiego, można pisać wiliorzy wielką literą, ale co się będę ograniczał; dużo nie zostało) dostawali prezenty w postaci produktów spożywczych lub – co zapewne cieszyło mołojców barzyi (tzn bardziej) – gorzołki.
Skansen udający sieradzką wieś
    Ktoś powie: no i co w tym dziwnego, po Kolędzie w wielu rejonach się chodzi, prawda? No właśnie. Kluczem jest stwierdzenie "po Kolędzie". Więc są to Kolędnicy. A u nas chodzi się w Wilię, Wigilię Bożego Narodzenia – stąd Wiliorze. Trzeba przyznać, że tradycja jest już jednak mocno ginąca. Pamiętam, jak u mnie na wsi – było to dawno temu, kiedy bramy trojańskie zamykano na zatrzaski a słońce podpierano kołkami w Polsce trwała mroczna komuna – gdzieś w latach osiemdziesiątych minionego stulecia zapukali jedni z ostatnich prawdziwych Wiliorzy. Przebierańcy narobili hałasu, pokrzyczeli, potupali, prezent dostali, a ja – kilkuletni brzdąc – pełen przerażenia, z prędkością chińskiej rakiety, uciekłem pod stół. Śmiechom nie było końca, a i wspomnieniom także (póki Alzheimer nie zabierze i świadkowie wydarzeń nie odejdą; jest ich zresztą z każdym rokiem coraz mniej). Potem Wiliorze przestali chodzić. Ich miejsce zajęły dzieciaki, które chodziły po domach i za zaśpiewanie, nieraz bardzo fałszywe, kolędy dostawały garść cukierków z choinki (bo tradycyjnie przypiera się przecież drzewko wiktuałami). Taka sieradzka wersja Halloween, z tym, że osadzona w naszej kulturze i tradycji, a nie jakiegoś celtyckiego pogańskiego święta poświęconego duchom nieboszczyków. Niestety, i ta młodzież dorosła, a współcześnie bąbelki biegają raczej na koniec października niż w Wigilię Bożego Narodzenia. I nic nie muszą robić, ani śpiewać, ani nic (za Wiliorza też trzeba było się przebrać). Dostawać coś za nic, ależ pauperyzacja obyczajów. Za to chyba tylko cukierki lukrecjowe się należą (podobno istnieją ludzie, którym to smakuje; niezbadane są wyroki Boskie).
Korzeń lukrecji i lukrecjowy cukierek
    Ech. I zamiast tradycyjnej jeremiady (choćby TU uczynionej) na początek roku wyszła taka na koniec. Całkiem niepotrzebnie, bo zaraz niezwykle radosne Boże Narodzenie. Przecież w końcu świętujemy rocznicę przyjścia na tą Ziemię Syna Boga, Zbawiciela, co przecież wydarzeniem smutnym być nie może – nawet, jeśli wiemy, że cała sprawa zakończy się Męką Pańską na przedmieściach dawnej Jerozolimy (a w centrum tej odbudowanej po 70 roku po Chrystusie przez Rzymian).

Miasto Dawidowe u stóp Wzgórza Moria, zniszczone w 70 roku po Chrystusie
    I tak się to toczy od tych – plus-minus – 2000 lat. Tak więc na to Boże Narodzenie i kolejny, 2026 już Rok Pański składam W. Sz. Czytelnikom najlepsze życzenia, bo widzimy się dopiero w styczniu (chyba, że coś mnie najdzie i jeszcze przed końcem roku coś wysmaruję, zobaczymy). A wtedy na tapet (czyli taki stół obity płótnem, nie mylić z tapetą, dziś papierową a niegdyś też płócienną materią pokrywającą ściany) wejdzie ponownie Śródziemnomorze. W swojej wschodniej części, tej zajmowanej niegdyś przez Cesarstwo Bizantyjskie. A dziś już nie.
Omfalos w Kościele Mądrości Bożej, centrum greckiej ekumeny przez 1000 lat
    No, chyba, że się coś wydarzy, ale to nigdy nie wiadomo. Najlepszego i pielęgnujmy tradycje.
Sieradzka wycinanka (foto A. E. Adamas)

Najchętniej czytane

Tropem Osmanów cz. 2

     Jak wspominałem w poprzedniej części wpisu jedynym krajem bałkańskim który – w związku z ruchami ludności w latach dwudziestych zeszł...