Tłumacz

2 stycznia 2026

Pożeglować do Bizancjum

    Pożeglować do Bizancjum to tytuł opowiadania pisarza s-f Roberta Silverberga (wydanym, zdaje się, w zbiorze opowiadań pod tym samym tytułem). W zeszłym roku stuknęło temu traktującemu o przemijaniu (temat w sam raz na pierwszy wpis w Nowym Roku, nieprawdaż?) dziełku już 40 lat. I nie straciło nic na aktualności, ludzie nadal przemijają – no, właściwie wszystko przemija, zwłaszcza od czasu przewrotu w myśleniu dokonanego dzięki lunecie, o czym zresztą wspominałem. Wbrew tytułowi samego Bizancjum w opowiadaniu nie ma – podobnie jak i w naszej rzeczywistości.

Pozostałości Bizancjum
    Taka ciekawostka – tytuł opowiadania zalewaczył pan Silverberg z wiersza irlandzkiego poety Yeatsa (muszę przyznać, że lepiej niż poezje tego twórcy znam spuściznę literacką Silverberga). Wiersz także opowiada o przemijaniu, starości i upadku dawnych cywilizacji, ale bardziej dotyka Bizancjum (a raczej czasu, gdy Konstantynopol zmieniał się w Konstantiniyye). Jako ciekawostka ciekawostki dodam, że pierwszy wers poematu brzmi To nie jest kraj dla starych ludzi. Tak, stąd wzięli go i wykorzystali późniejsi filmowcy.
Bosfor - między Europą a Azją
    Tak więc sam do Bizancjum – czy też może Byzantionu – nigdy nie żeglowałem. Wielokrotnie za to byłem w mieście po – kolejnym – rebrandingu. Acz zawsze lądem (rejsy bo Bosforze się nie liczą) – przez tereny dawnych imperiów. W tym i tak zwanego Cesarstwa Bizantyjskiego. Bo przecież było to zawsze Imperium Rzymskie. Ba, nawet po muzułmańskim władca osmański tytułował się odziedziczonym po Seldżukach tytułem Sułtana Rum. Termin Bizancjum to wynalazek nowożytnych mediewistów. Anachronizm, ale oddaje chyba istotną zmianę z łacińskiego Imperium Romanum na grecki w swej istocie twór zwany przez Romajów (znaczy: Greków; w Europie Romaioi zastąpiono Graeci kiedy następcy Karola Wielkiego uznali się za kontynuatorów Cesarstwa Rzymskiego) Rhomania – Ziemia Rzymian (Bilad al-Rum po arabsku). Ostatnim cesarzem wschodniej części Imperium który w domu mówił po łacinie (a było to gospodarstwo w dzisiejszej południowej Serbii) był Justynian Wielki. Dla mnie więc to też ostatni cesarz rzymski – po nim mówię już o Bizancjum. Jego śmierć jest też jedną z dat kończących Starożytność – bo wbrew pewności z jaką podaje się u nas 476 rok po Chrystusie nic nie jest tak naprawdę ustalone, i historycy nadal się spierają o początek Średniowiecza.
Upadek Konstantynopola AD 1453 - wizja turecka
     Może nawet udałoby się Justynianowi przywrócić chwałę rzymską i Morze Śródziemne znów stałoby się Mare Nostrum, wewnętrznym akwenem imperium, ale historia potoczyła się inaczej. Oto wybuchło kilka wulkanów, klimat się zmienił (dając Skandynawom przyczynek do legendy o straszliwej trzyletniej zimie Flumbvinter), myszoskoczki będące tradycyjnymi nosicielami bakterii Yersinia pestis z głodu opuściły swoje pustynne nory i przekazały zarazka wszędobylskim szczurom, te przyniosły go do miast Śródziemnomorza czy Bliskiego Wschodu. Wybuchła zaraza zwana dżumą Justyniana – i zachwiała potencjałem ludnościowym (czyli też wojskowym) Bizancjum i Persją Sasanidów. Dzicy Germanie żyjący po wioskach (w czasie każdej epidemii zawsze lepiej jest na wsi – vide słynny Dekameron – zwłaszcza w czasach gdy opieka zdrowotna jest niedorozwinięta albo, hm hm, niedofinansowana i w zapaści) mniej odczuli straty ludnościowe i tłumnie – podobnie jak ich pobratymcy sto lat wcześniej – ruszyli w granice odradzającego się imperium. Długobrodzi (nie, nie chodzi o krasnoludzkie plemię znane z tolkienowskiego Śródziemia, a o Longobardów) dla przykładu zajęli ogołoconą zarazą i niedawnymi wojnami Italię. Europę Wschodnią zajmować poczęli z kolei Awarowie, Turcy (Protobułgarzy właściwie) i nade wszystko Słowianie, zajmując praktycznie całą krainę zwaną później Bałkanami.
Pliska - pierwsza stolica Bułgarów
    Ta ruchawka sprawia, że ślady Bizancjum czy nawet Imperium Rzymskiego nie są tu aż tak dobrze widoczne – chociaż jest ich pełno. Wstyd się przyznać, ale jeszcze nie dotarłem do tych najważniejszych stanowisk archeologicznych z tamtego czasu: Sirmium, Naissus czy Iustiniana Prima (odpowiednio – jedna ze stolic cesarstwa, miejsce narodzin Konstantyna, wybudowana przez Justyniana w swej rodzinnej okolicy). Po prostu Serbię mam słabo spenetrowaną.
Rzymska studnia w belgradzkiej twierdzy
Rzymskie Singidunum podle galerii handlowej w centrum serbskiej stolicy
    Na ruiny romajskiego miasta z czasów przełomu Starożytności i Średniowiecza trafiłem za to w Macedonii Północnej (nie chodzi o dzisiejsze Ochrydę czy Bitolę; ani o albańskie Dürres). Opisywałem tę przygodę na blogu już – miejsce nazywa się Golemo Gradiste (czyli Gród Olbrzymów). Przynajmniej dziś, bo jak się nazywało w czasach narodzin Cesarstwa Bizantyjskiego to – po tylu najazdach – nikt już nie pamięta.
Golemo Gradiste gdzieś w macedońskich górach
    Wyjątkiem jest – nie jedynym w sumie – Kościół Mądrości Bożej w Stambule. Byłem tam już kilka razy, ale tym razem miałem nadzieję na wejście na kościelne balkony (po remoncie – restauracji właściwie – otwarto je dla zwiedzających już kilka lat temu, ale tak się złożyło, że wejść mi się nie udało), tym bardziej, że parter jest już dla giaurów zamknięty.
Kościół Mądrości Bożej
    A że Kościół Mądrości Bożej, pamiętający Justyniana i przez prawie 1000 lat będący jedną z najważniejszych świątyń chrześcijaństwa dziś – po stu latach funkcjonowania jako muzeum – na powrót jest meczetem, to "żeglując" do Bizancjum warto zwrócić uwagę na pozostałości po Imperium Osmańskim, które kilkaset lat zajmowało niemal całe Bałkany, a którego odwrót sprokurował nasz Jan III Sobieski. O czym też już zresztą na blogu było.
Pomnik Jana III Sobieskiego w Wiedniu
    W drogę więc, niczym poseł Lehistanu do Wysokiej Porty.

26 grudnia 2025

Wiklina

    A jednak. Miało już nie być wpisów w mijającym Roku Pańskim 2025, ale ponieważ ostatnio było odrobinkę o sztuce ludowej – i takichż tradycjach – a miesiąc temu na Listę Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO trafiła polska tradycja plecionkarstwa, to postanowiłem o tym wspomnieć, tym bardziej, że temat nie jest przesadnie znany. Oprócz wyplatania mamy na liście chociażby sokolnictwo, bartnictwo, dywany kwiatowe w Boże Ciało i Szopki Krakowskie. Dużo-niedużo.
Szopka Krakowska
    Do tego mamy okres zbioru wikliny, tego najpopularniejszego w naszym klimacie materiału plecionkarskiego (oczywiście, wyplatało się też kiedyś u nas z innych materiałów, choćby ze słomy; można z niej tworzyć ozdoby choinkowe) – karczuje się ją od listopada do marca, choć oczywiście stare wierzby, nie jakieś łoziny, ogławiało się raczej w lutym. I w marcu. Didaskalia: ogławianie to obcinanie raz na kilka lat wierzbowych witek. Dzięki tym procesom powstawały kiedyś – gdy każdy potrzebował wikliny – drzewa o charakterystycznym kształcie, tak zwane wierzby rosochate. To one szumiały w mazurkach Chopina. Dziś już nie szumią.
Chopin pod wierzbą
    Zwyczajnie zarosły (Japończycy, przycinający te swoje bonsai pewnie by nie zrozumieli czemuśmy pozbyli się tak emblematycznego dla Niżu Polskiego elementu krajobrazu; ale oni nie mieli sowieckiej okupacji, nie musieli gapić się jak sroka w gnat w inne kultury; cóż, w czasie Restauracji Meiji nie mieli usłużnych ojkofobów, którzy ciężką pracą urabiali by społeczeństwo w przekonaniu, że co rodzime to gorsze; zapewne nie mają też prawa ograniczającego przycinanie koron drzew, jak u nas). Okazało się, że plastikowe wiadra są wygodniejsze w użyciu od koszy wiklinowych (używałem takich w czasie wykopek lata temu, faktycznie były nieporęczne, ale można było je łatwo naprawić; plastikowe się wyrzuca).
Dawno nie ogławiana wierzba rosochata (u kresu swojej drzewnej egzystencji)
    Łapę na plecionkarstwie położył oczywiście Łowicz, kreujący się na ludową stolicę Polski – co o ichniej stylówie myślę już przecież wspominałem – od ponad 10 lat można w stolicy dawnego biskupiego Księstwa Łowickiego uczyć się wyplatania.
Centrum Księstwa Łowickiego
    Niemniej są bardziej wiklinowe miejsca w Polsce. Najbardziej zaś chyba leżący niedaleko Poznania Nowy Tomyśl. Miasto o dość świeżej metryce (założone przez lokalnego dziedzica na niemal surowym korzeniu w Roku Pańskim 1786; sam Tomyśl, dziś Stary, to nieodległa wieś wzmiankowana w XIII wieku), stąd ma dość nietypowy jak na polskie warunki układ ulic, całkiem inny niż te stare średniowieczne ośrodki miejskie (jak chociażby moja rodzinna Warta). W sumie jest to chyba najmłodsze miasto Wielkopolski.

Ulica w Nowym Tomyślu
    Ciekawostką jest, że założono je na terenach wcześniejszego osadnictwa olęderskiego – a niderlandzcy koloniści najczęściej dostawali grunty w miejscach podmokłych, co ma niebagatelne znaczenia dla tematu wikliniarstwa w okolicy. Skład etniczny okolicy sprawił też, że do końca XIX wieku było to jedyne miasto Wielkopolski bez kościoła katolickiego. Na Starym Rynku (dziś jest to plac imienia Fryderyka Chopina) stał za to potężny gmach zboru protestanckiego.

Zagroda olęderska w nowotomyskim skansenie
    Podmokłe okolice miasta sprawiły, że w XIX wieku wspaniale przyjęła się przywieziona do nieodległego Trzciela amerykańska odmiana jednej z wierzb. Oczywiście przemysłową ową wiklinę zaczęto używać nie jako biopaliwo, jak dziś, a do produkcji różnego typu utensyliów, chociażby AGD. Do dziś Nowy Tomyśl pełen jest wikliniarskich pracowni. Niektóre z nich specjalizują się w ogromnych plenerowych konstrukcjach typu altany, inne robią zwykłe koszyki – na co dzień używane przez mieszkańców. Naprawdę, ludzie w miasteczku chodzą na zakupy do supermarketów z wiklinowymi koszami (u nas na targu w takich kiedyś kobitki przywoziły jajka na handel). Do tego na centralnym placu miasta stoi największy na Świecie wiklinowy kosz.

Kosz z Księgi Rekordów Guinnessa
    Podle miejscowego skansenu jeszcze inne wyplatane dziwy można spotkać.

Wiklinowy trabant
    Ciekawe, czy Nowemu Tomyślowi i innym wikliniarskim ośrodkom coś skapnie z okazji tego nobilitowania przez UNESCO – naprawdę, w środowisku twórców ludowych trzeba się mocno łokciami rozpychać. Wszystko zależy jak ekspansywne będzie tamtejsze Muzeum Wikliniarstwa i Chmielarstwa (tak, Nowy Tomyśl jest też ośrodkiem regionu chmielarskiego; polski chmiel to nie tylko Lubelszczyzna).

Wiklinowe igloo - wigloo - pod Muzeum Wikliniarstwa i Chmielarstwa
    Na szczęście coraz więcej tradycji wpisywanych jest na Krajową Listę Niematerialnego Dziedzictwa – a z niej dużo łatwiej znaleźć się na tej UNESCO. Pisałem przecież dopiero co o hafcie sieradzkim (i ubolewałem, że wycinanka, bardzo współczesna jak na sztukę ludową, nie jest jeszcze wpisana). Z regionalnych ciekawostek o wpis starał się także łęczycki Diabeł Boruta i folklor z nim związany. Podobno w okolicach miasta nadal różne rzeczy chowa nie ów Niemiec (Alois Alzheimer zmarł we Wrocławiu, taka ciekawostka) ale właśnie złośliwy diabeł. Czy Borutę wpisali – nie wiem, trzeba sprawdzić.

Łęczycki zamek, siedziba Diabła Boruty
    A co do tych naszych tradycji – Szopki Krakowskie doceniło UNESCO. My w Warcie takich nie mamy, w zamian za to w naszym bernardyńskim klasztorze braciszkowie co roku budują olbrzymią ruchomą szopkę, nomen omen, wartą odwiedzenia. Jak ktoś ma niedaleko może podskoczyć. Jak nie w tym, to za parę dni, w następnym 2026 Roku Pańskim. Na który składam W. Sz. Czytelnikom najlepsze życzenia.
Warcki klasztor skrywający olbrzymią ruchomą szopkę

22 grudnia 2025

Wiliorze cz. 2

    Jak wspominałem w poprzednim wpisie tradycja polskiej Wigilii wpisana (razem z haftem sieradzkim) została na listę Krajowego Dziedzictwa Kultury Niematerialnej. Bardzo słusznie – wszak jest to rzecz tak wyjątkowa, że moim zdaniem ma nawet szansę trafić na światową listę takiegoż dziedzictwa , funkcjonującą pod egidą UNESCO. Z Polski mamy tam już między innymi kwiatowe dywany Bożego Ciała w Spycimierzu podle Uniejowa albo – skoro zbliżamy się do dnia Bożego Narodzenia – słynne Szopki Krakowskie.
Szopka Krakowska
    Ważne, że tradycja ta jest żywa. Nawet w cudownej komedii "Rozmowy kontrolowane" w krzywym zwierciadle pokazane są obchody Wigilii w wykonaniu komunistycznej okupacyjnej nomenklatury. Jeśli W. Sz. Czytelnik nie widział, to polecam. A o filmie już wspominałem, przy okazji Pałacu Kultury i Nauki (tak, postuluję wpis Prącia Stalina na listę dziedzictwa UNESCO; czemu? Bo mogę).

Szopka Warszawska
    W poprzednim wpisie zwróciłem jednak uwagę, że ta tradycyjna polska Wigilia różni się znacznie w zależności od regionu. W dawnym Księstwie Sieradzkim, oprócz nieparzystej liczby potraw na stole mamy także Wiliorzy.
Staropolskie danie rybne, jedna z potencjalnych potraw wigilijnych
    Nie będę mówił co to jest – tylko kto. Otóż tradycyjnie po Pasterce po wsiach (a później i po miasteczkach) pojawiały się grupy Wiliorzy. Młodzież przebierała się za różne Herody, turonie, inne potwory, i, czasem też z gwiazdą, chodziła po obejściach przedstawiając zabawne scenki (ej, Herodzie, za twe zbytki, pódź do piekła, boś ty brzydki!), śpiewając kolędy czy pastorałki (też arcypolskie są te Bożonarodzeniowe pieśni) strasząc dzieci czy – jako, że byli to głównie młodzieńcy – obłapiając panny na wydaniu. W zamian za to Wiliorze (chyba dopiero od 01.01.2026, wtedy wchodzi reforma języka polskiego, można pisać wiliorzy wielką literą, ale co się będę ograniczał; dużo nie zostało) dostawali prezenty w postaci produktów spożywczych lub – co zapewne cieszyło mołojców barzyi (tzn bardziej) – gorzołki.
Skansen udający sieradzką wieś
    Ktoś powie: no i co w tym dziwnego, po Kolędzie w wielu rejonach się chodzi, prawda? No właśnie. Kluczem jest stwierdzenie "po Kolędzie". Więc są to Kolędnicy. A u nas chodzi się w Wilię, Wigilię Bożego Narodzenia – stąd Wiliorze. Trzeba przyznać, że tradycja jest już jednak mocno ginąca. Pamiętam, jak u mnie na wsi – było to dawno temu, kiedy bramy trojańskie zamykano na zatrzaski a słońce podpierano kołkami w Polsce trwała mroczna komuna – gdzieś w latach osiemdziesiątych minionego stulecia zapukali jedni z ostatnich prawdziwych Wiliorzy. Przebierańcy narobili hałasu, pokrzyczeli, potupali, prezent dostali, a ja – kilkuletni brzdąc – pełen przerażenia, z prędkością chińskiej rakiety, uciekłem pod stół. Śmiechom nie było końca, a i wspomnieniom także (póki Alzheimer nie zabierze i świadkowie wydarzeń nie odejdą; jest ich zresztą z każdym rokiem coraz mniej). Potem Wiliorze przestali chodzić. Ich miejsce zajęły dzieciaki, które chodziły po domach i za zaśpiewanie, nieraz bardzo fałszywe, kolędy dostawały garść cukierków z choinki (bo tradycyjnie przypiera się przecież drzewko wiktuałami). Taka sieradzka wersja Halloween, z tym, że osadzona w naszej kulturze i tradycji, a nie jakiegoś celtyckiego pogańskiego święta poświęconego duchom nieboszczyków. Niestety, i ta młodzież dorosła, a współcześnie bąbelki biegają raczej na koniec października niż w Wigilię Bożego Narodzenia. I nic nie muszą robić, ani śpiewać, ani nic (za Wiliorza też trzeba było się przebrać). Dostawać coś za nic, ależ pauperyzacja obyczajów. Za to chyba tylko cukierki lukrecjowe się należą (podobno istnieją ludzie, którym to smakuje; niezbadane są wyroki Boskie).
Korzeń lukrecji i lukrecjowy cukierek
    Ech. I zamiast tradycyjnej jeremiady (choćby TU uczynionej) na początek roku wyszła taka na koniec. Całkiem niepotrzebnie, bo zaraz niezwykle radosne Boże Narodzenie. Przecież w końcu świętujemy rocznicę przyjścia na tą Ziemię Syna Boga, Zbawiciela, co przecież wydarzeniem smutnym być nie może – nawet, jeśli wiemy, że cała sprawa zakończy się Męką Pańską na przedmieściach dawnej Jerozolimy (a w centrum tej odbudowanej po 70 roku po Chrystusie przez Rzymian).

Miasto Dawidowe u stóp Wzgórza Moria, zniszczone w 70 roku po Chrystusie
    I tak się to toczy od tych – plus-minus – 2000 lat. Tak więc na to Boże Narodzenie i kolejny, 2026 już Rok Pański składam W. Sz. Czytelnikom najlepsze życzenia, bo widzimy się dopiero w styczniu (chyba, że coś mnie najdzie i jeszcze przed końcem roku coś wysmaruję, zobaczymy). A wtedy na tapet (czyli taki stół obity płótnem, nie mylić z tapetą, dziś papierową a niegdyś też płócienną materią pokrywającą ściany) wejdzie ponownie Śródziemnomorze. W swojej wschodniej części, tej zajmowanej niegdyś przez Cesarstwo Bizantyjskie. A dziś już nie.
Omfalos w Kościele Mądrości Bożej, centrum greckiej ekumeny przez 1000 lat
    No, chyba, że się coś wydarzy, ale to nigdy nie wiadomo. Najlepszego i pielęgnujmy tradycje.
Sieradzka wycinanka (foto A. E. Adamas)

19 grudnia 2025

Wiliorze cz. 1

    Wydarzenie to w Polsce raczej przeszło bez echa, ale jak mieszkaniec obszarów dawnego Księstwa Sieradzkiego muszę wspomnieć – oto sztuka tworzenia haftu sieradzkiego wpisana została latoś na krajową listę niematerialnego dziedzictwa kulturowego. Miła rzecz, zwłaszcza, że Mama została depozytariuszem tej tradycji (i rozpoczęły się wywiady, czerwone dywany, dzieci z kwiatami). Jest też wycinankarką, sieradzka wycinanka mniej znana od łowickiej, ale w przeciwieństwie do tamtej nie jest kolorowym małpim gajem (stara legenda mówi, że kiedyś położono kameleona na pasach łowickich, i biedak zmarł, bo nie wiedział jaki kolor ma przybrać) – ze swym geometrycznym minimalizmem pasuje do współczesnych ascetycznych wnętrz.

Przykład wycinanki sieradzkiej (fot. A. E. Adamas)
    W Sieradzu przy okazji ochrony dziedzictwa kulturowego regionu planowano stworzyć wojewódzkie centrum zajmujące się ochroną i promocją sztuki ludowej łódzkiego, ale po zmianie władzy projekt zarzucono. Monopol na sztukę ludową w łódzkiem – i w Polsce – mają mieć księżoki łowickie, a reszcie plebsu (w województwie oprócz sieradzkiego aktywny jest także region opoczyński, którego sztuka en masse wpisana jest na krajową listę dziedzictwa; w Kutnie na dworcu w nocy istnieje też ośrodek rzeźby ludowej, takoż zalistowany; w sieradzkiem ino haft; w regonie mamy też tradycję z listy UNESCO, ale o tym innym razem) wara. Centrum powstać miało vis-a-vis niewielkiego skansenu i Wzgórza Zamkowego – o którym wszak na blogu już było.
Sieradzki skansen - widok ze Wzgórza Zamkowego
    Oprócz haftu sieradzkiego (wyróżnia się trzy typy, najbardziej charakterystyczną figurą jest róża sieradzka) w Roku Pańskim 2025 na krajową listę dziedzictwa niematerialnego wpisano jeszcze kilka innych tradycji.
Róża sieradzka (fot. A. E, Adamas)
    Choćby polską Wigilię. Rzeczywiście, obchodzimy całkiem inaczej ów dzień poprzedzający Boże Narodzenie. Jest on niezwykle uroczysty, postny i zakończony Wieczerzą Wigilijną. W innych rejonach Świata to najczęściej zwykły dzień: co kraj to obyczaj, kiedyś na blogu opisywałem chociażby różnice w obchodach Dnia Zadusznego między Polską a Peru. Nawet prezenty dzieci dostają w bożonarodzeniowy poranek, nie wigilijny wieczór. Dzikie Kraje, normalnie.

Dzień Zaduszny w wysokich Andach

    Oczywiście, i u nas te tradycje się zmieniają, wiele zwyczajów, zwłaszcza związanych z życiem na wsi, odchodzi już do lamusa, nieraz pozostają tylko w formie szczątkowej. Na przykład nikt już chyba w kącie izby nie stawia snopka zbóż (bo i – w sumie – nie wiąże się już traw uprawnych w snopy). Czasem pod obrus trafi jeszcze siano. Swojską podłaźniczkę, zawieszaną na belkach u powały, z braku takowych, zastąpiła powszechnie choinka (wynaleziona w Rydze).

Smutna choinka w bezśnieżną zimę

    Znikają też powoli zawieszane na zielonym drzewku – jak i na podłaźniczce – różne frukta: ciastka, słodycze, jabłka, orzechy. Zastępują ją chińskie świecidełka i plastikowe bombki. Pamiętam za dzieciaka, że własnoręcznie robienie ozdób na choinkę było elementem przygotowań do Świąt. Tak zwanej magii. Tak jak Świętego Mikołaja zastąpił ten czerwony grubas od Coca-Coli.

Wszędzie Coca-Cola (tu w górach Atlas)

    I tu pojawia się pierwszy problem z tradycją polskiej Wigilii. U mnie prezenty przynosi Święty Mikołaj, ale w innych rejonach Polski mówią: jak to? Mikołaj to na 6. Grudnia. Na Wigilię to Gwiazdor. Albo Dzieciątko. Albo Aniołek. Śnieżynka. Dziadek Mróz. Swego czasu handlowałem choinkami w Wielkopolsce, i tam zachęcając do kupna niekłujących jodeł zamiast pachnących świerków zagadywałem:
    - No, Mikołaj się nie pokłuje, będzie więcej prezentów.

    - E? - padła odpowiedź.- No, Mikołaj. Prezenty przynosi...
    
- Chyba Gwiazdor?
    - Tak, właśnie! Gwiazdor się nie pokłuje!

    Ciężki zaiste jest los handlowca. Piękna jodła, Duńczyk płakał jak wycinał (Dania to europejski potentat w produkcji jodeł; kiedyś była też liderem produkcji futer, ale pseudoekolodzy sprawili, że branża przeniosła się do Rosji i Chin; teraz robią to u nas).

    Albo taka sprawa – ile potraw ma być tradycyjnie na Wieczerzy Wigilijnej? Dwanaście? Otóż w Księstwie Sieradzkim ma to być nieparzysta liczba dań. Pięć, siedem, dziewięć – w zależności od zasobności domu. Pewnie różnice regionalne są też z potrawami. Chyba w całym kraju mamy jedzony czerwony barszcz z uszkami. Uszka to takie lekko niekształtne pierogi z farszem z mielonych suszonych grzybów i kiszonej kapusty. Ależ twórczo wykorzystaliśmy ten chiński wynalazek. My w sieradzkiem wykorzystujemy też pozostałości z produkcji uszek – woda w której obgotowuje się suszone grzyby i kwas odciśnięty z kiszonej kapusty dają nam drugą z wigilijnych zup, charakterystyczną kwaśną grzybową. Zresztą owe grzyby – i kiszona kapusta – zesmażone stanowić mogą następne danie. Obok kapusty z grochem (uwaga: u nas ten wigilijny "groch" to nic innego jak fasola; dziwne, wiem, ale tak jest), pięknie zagotowanej. Co do ryb – owszem, może być karp po żydowsku, ale może być i szczupak w sosie szarym/polskim/piernikowym. Nawet i filet, ważne, żeby była jakaś.

Ryba w pierniku
    Musi być też coś z makiem – ciasto makowiec, albo makiełki (czyli kluski z makiem). No i kompot z suszu (podobno niektórzy robią z tego zupę) – jabłko, gruszka, śliwka. Nie mylmy suszu z bakaliami, bakalie to zamorskie frykasy, w sam raz do ryby w pierniku. Do kompotu idą tylko nasze ususzone owoce. Przyznam się, że bardzo nie lubię, ale tradycyjnie muszę spróbować. Takie są zasady. Swoją drogą kiedyś spotkałem taki kompot wysoko w boliwijskich Andach.
Kompot z suszu w La Paz
    A tytułowi Wiliorze? Cóż, post się przedłużył, więc będzie o nich w drugiej części.

12 grudnia 2025

Śledzik

    Określenie "śledzik" odnosić się w sumie powinno do imprez na zakończenie Karnawału – kiedy wchodzi Wielki Post to i ryby atakują menu na pełnej ośmiornicy, ale w związku z pauperyzacją ze zmianami w codziennym języku miano to przynależeć zaczęło także imprezom (głównie firmowym) na koniec Adwentu – znaczy się tuż przed Bożym Narodzeniem. Adwent, wiadomo, czas także postny, a i w naszej tradycji (bo nie w Kodeksie Kościoła Katolickiego, ten jako obowiązkowe dni postne wymienia dziś – o mores o tempora – zaledwie dwa dni, Popielec i Wielki Piątek) Wigilia Bożego Narodzenia także postna jest – i właściwie nikt (poza postaciami sportretowanymi w filmie "Rozmowy kontrolowane" i ich archetypami) nie wyobraża sobie tego dnia bez ryby.
Mroczny symbol władców PRL
    Niekoniecznie musi to być szczuka w sosie piernikowym, może przecież być także (co akurat dziwne, bo to mimo długiej tradycji jedzenia, średni w smaku mułożerca) karp. Albo śledź. Albo co.
Ryba w pierniku
    Cóż. Co do śledzia. Muszę się przyznać. Mam fobię spożywczą właśnie na śledzia. Fobia spożywcza nie jest niczym nowym, taki Władysław Jagiełło na przykład odczuwał wstręt do jabłek (albo do produkowanego przez te szupinki etylenu). Ja tak mam – po Ojcu – ze śledziem.
    Nie mówię, że śledź jest niedobry. Ponieważ jadłem go (i jego okolice) trzy razy w życiu. Trochę głupio, zwłaszcza, że W. Sz. Czytelnik wie, że nic co jadalne nie jest mi obce.

Suri - amazoński pędrak
    I tylko przypominam, że wszystkie ssaki są jadalne dla człowieka.
Mała lama
    A śledzia nie mogę (najgorszy – jak wspominałem nie smakowo, bo nie wiem – taki w śmietanie; wypłasza mnie od stołu niczym woda święcona komunistę). I nawet jak nie wiem, że to śledź to trudno przez gardło przechodzi. Pierwszy raz zacną tę rybę spróbowałem właściwie niechcący, gdzieś na Ukrainie (zdaje się, że w okupowanym Lwowie, choć Odessy, czy dawnego miasta królewskiego Rzeczypospolitej Kijowa też nie mogę wykluczać – zwyczajnie nie pamiętam; we Lwowie bywałem najczęściej). Oto w jednej sieciówce typu self-service (nie będę lokował produktu) w ramach deseru wziąłem coś lekko różowego, jako fan ćwikły (znaczy, buraka) nie mogłem się oprzeć. Deser bowiem nie musi być słodki. W każdym razie zjadłem clou, i wziąłem się za miseczkę z tym różowym. Wbiłem widelec, wziąłem kęs... I, dosłownie, zaczął mi rosnąć w buzi. Nie chcąc robić bardachy, ze łzami w oczach, ukrytego pod buraczkami śledzia przełknąłem byłem. Ale – co uważam za bardzo niesportowe – nie dojadłem. Wstyd normalnie.
    Za drugim razem z premedytacją nabyłem produkt śledziowy – mianowicie czerwony kawior. Był, jakby to ująć – nieciekawy. Nawet jak dodało się doń tonę gotowanych jajek, cebulę i szczypiorek. Innych kawiorów nie jadłem, podobno są lepsze, ale trącą rybą, a co sądzę o onych istotach zdaje się wspominałem we wpisie o ceviche.

Ceviche
    Za trzecim razem spróbowałem śledzia całkiem niedawno. W czasie moich peregrynacji znowu bowiem zawitałem do Amsterdamu.
Amsterdam w sylwestrowej odsłonie
    A w tej Wenecji Północy jednym z ulubionych street-foodów jest śledziowy hot dog. No właściwie to cold dog. Znaczy, bułka ze śledziowym płatem w towarzystwie – jakże by inaczej – cebuli i całkiem smacznych pikli ogórkowych. W Amsterdamie byłem, jak wspominałem, wielokrotnie, zazwyczaj z ulicznego żarcia preferuję tam wyśmienite flamandzkie frytki z majonezem, cebulą (znów; mój śp Brat miał fobię spożywczą właśnie na tą cudowną roślinę) i curry. Ale w końcu się przemogłem.
Flamandzkie frytki z curry
    Celem była buda podle Singela, najstarszego z amsterdamskich kanałów. Całkiem niedaleko słynnego Targu Kwiatowego.
Targ Kwiatowy
    Znając swoją niechęć do ulika zaproponowałem zjeść kanapkę na spółkę. Okazało się, że całkiem niepotrzebnie. Octowe pikle skutecznie dławiły smak marynowanej ryby (co znaczyło, że prawie nie dławiło mnie w gardle), cebula też robiła swoje.
Bułka ze śledziem
    Co nie znaczy, że ta śledziowa bułka była jakaś smaczna. Spodziewałem się dużej intensywności wrażeń, a całość okazała się dosyć miałka. Może jakbym musiał zjeść całą – niewielką dość przcież – porcję byłoby gorzej. A tak – do trzech razy sztuka, przełknąłem śledzia bez odruchu wymiotnego. No, prawie, lekkie dreszcze były.

Amsterdamski fast-food
    Teraz, w ramach eskalacji wrażeń smakowych wypadałoby dobrać się do słynnego szwedzkiego śledzia kiszonego surstromming. Próbowałem swego czasu dostać tę konserwę w Götteborgu – ale moje poszukiwania okazały się daremne. W końcu na targu rybnym jedna z ekspedientek wyjaśniła, że wcale ostatnimi czasy nie jest tak łatwo dostać ów przysmak. Oto, prawiła, z powodu słabszych ostatnio połowów śledzia w Bałtyku i Morzu Północnym produkcja tego specjału jest mniejsza.

Specjały Morza Północnego w Götteborgu
    W domyśle chodzić miało o zmiany klimatyczne, wszak to naturalny proces. Dobra, miało chodzić o antropogeniczne zmiany klimatu. Ale pamiętajmy, że wpływ człowieka na śledziowe populacje jest większy jeśli chodzi o przełowienie albo zanieczyszczanie niezwykle delikatnego ekosystemu Bałtyku przez ościenne kraje. Mówię to jako hydrobiolog. Swoją drogą w historii ławice śledziowe nieraz zmieniały miejsca pobytu, powodując ubożenie jednych rybackich wiosek, i wzrost dobrobytu innych.


Bałtyccy łowcy śledzi

Najchętniej czytane

Pożeglować do Bizancjum

     Pożeglować do Bizancjum to tytuł opowiadania pisarza s-f Roberta Silverberga (wydanym, zdaje się, w zbiorze opowiadań pod tym samym ty...