Tłumacz

4 kwietnia 2025

Serenissima cz. 2

    Pierwszy raz z dawnymi Wenecjanami spotkałem się nie w tym urokliwym (nie ma co ukrywać, bezduszni Wenecjanie swe moralne niedostatki pokrywali blichtrem wspaniałości – prawdopodobnie w ramach zagłuszania sumienia) mieście, a właśnie na terenach przez tamtejszych kupców podbitych (czy opanowanych w inny sposób) – mianowicie na Istrii. A konkretnie (bo o tym półwyspie kiedyś już wspominałem) w miejscowości Capodistria, dawnej stolicy regionu, dziś będącej największym z trzech słoweńskich miast nadmorskich i nazywającej się Koper (Słowenia ma ze dwa-trzy razy dłuższą linię brzegową niż taka Bośnia i Hercegowina, będzie tego jakieś 20 kilometrów).

Siedziba weneckich podestów w Koperze
Koper
    Sama Istria, dziś podzielona między właśnie Słowenię, Włochy i – największa część – Chorwację okazała się być kluczowym nabytkiem Wenecji. Chodziło nie tylko o tamtejszy kamień, potrzebny do budowy miasta. Ważniejsze były istryjskie lasy – zabytkowa Wenecja stoi na drewnianych palach wbijanych w wątłe, błotniste dno Laguny Weneckiej (podobnie zresztą stawiano Amsterdam). Dopiero na tak uzbrojonym terenie można było budować kupieckie kamienice.
Wenecka laguna o zachodzie Słońca
Weneckie wyspy, umacniane drewnem z Istrii, zabudowane takimż kamieniem
    Koper okazał się miastem całkiem innym niż troszkę habsburska reszta Słowenii. W końcu niemal do początku XIX wieku był wenecki.
Wenecki Lew na Istrii
    Zresztą cała Dalmacja upstrzona jest weneckimi fortyfikacjami – z najpotężniejszymi chyba umocnieniami w Boce Kotorskiej.

Boka Kotorska
    Wspominałem chwilę temu na blogu, że malownicza zatoka była ostatnim punktem w którym istniała Republika Świętego Marka. Ot, likwidującym to średniowieczne w sumie państwo Francuzom było tu zwyczajnie najdalej.
Perast w Boce Kotorskiej, ostatni skrawek niepodległej Republiki Weneckiej
    Eponim zatoki – i stolica – Kotor (po włosku Cattaro; symbolem miasta są liczne snujące się zabytkowymi ulicami koty – ale tylko po polsku nazwa do nich nawiązuje; po włosku przecież kot to gatto, po serbsku to macka) z górującym nad nim Zamkiem świętego Jana została wpisana na Listę Dziedzictwa Ludzkości UNESCO, nie tylko wraz z całą Boką, ale i jako weneckie fortyfikacje Stato al Mar. Ciąg tych twierdz niezwykle ułatwiał wenecki handel. W końcu po drodze czaiły się liczne niebezpieczeństwa – Genueńczycy, Raguzanie, piraci (choćby chorwaccy Uskocy), Osmanowie czy bardziej naturalne wichry i burze.
Mury starego Kotoru i górujący nad miastem zamek
    Takie właśnie wichry i burze zatopić musiały jeden ze statków wiozący wykradane ze Wschodu relikwie świętych, a konkretniej obecnego patrona Kotoru, świętego Tryfona. Do dziś jego fragmenty spoczywają w kotorskiej katedrze. Konkretnie głowa i jedno ramię – na tylko tyle stać było kotorskich mieszczan: znalezione przez rybaków relikwie świętego przejął bowiem rzymski papież, pozwalając wszakże łaskawie na wykup zwłok. Widać zażądał całkiem sporo, ale odkupione kawałki wystarczyły: mimo licznych trzęsień ziemi miasto przetrwało do dziś. Swoją drogą sporo dalmatyńskich miast swoich patronów znalazło właśnie w taki cudowny sposób wyrzuconych przez fale na brzeg. Taka hagiorekupacja dóbr trochę.
Kotor
    Po upadku Konstantynopola Turcy Osmańscy powoli zaczęli wypierać Wenecjan znad Adriatyku, padły słynne twierdze takie jak malownicza Szkodra (z zachowaną wspaniale wenecką cysterną na wodę), Lezha (czyli Alessio, związane z antyturecką Ligą właśnie z podpuszczenia Wenecji założoną; dowodził nią słynny na całą Europę Skanderbeg, do dziś albański bohater narodowy) czy Durres (weneckie mury średniowiecznego Durazzo nadwątlone zostały niedawno przez trzęsienie ziemi; na szczęście dość szybko je odrestaurowano; amfiteatrowi rzymskiego Dyrrachium tym razem nic się nie stało).
Amfiteatr w Dyrrachium
Alessio - dzisiejsza Lezha
    W końcu na rzecz Osmanów Wenecjanie utracili też w XVII wieku perłę w swojej kolonialnej koronie – Kandię. Wyspa, z której pochodzić ma nazwa kandyzowanych owoców (i genialny działający w Hiszpanii malarz Domenikos Theotokopulos, znany jako El Greco, którego obraz odnaleziono także i w Polsce; wisiał sobie jak gdyby nigdy nic na plebanii niewielkiej parafii; serce się kraje na myśl jakie skarby żeśmy utracili w wyniku licznych podbojów i okupacji; mimo całej mej miłości do barokowego sarmatyzmu ichni programowy pacyfizm nie przyniósł Rzeczypospolitej w ostatecznym rozrachunku nic dobrego) na blogu gościła kilkukrotnie – choć raczej skupiałem się na jej prehistorii. W końcu to tam rozkwitła cywilizacja zwana dziś minojską. Oraz, wedle kilku dość mitologicznych relacji, urodził się Zeus.
Wenecka twierdza w Heraklionie, kreteńskiej stolicy
    Bo chodzi oczywiście o Kretę, którą upadającemu Bizancjum wydarli Wenecjanie (dodajmy, że przeganiając stąd Genueńczyków) i nazwali Kandia/Candia (z wyspy do Europy trafiały słodkie suszone owoce - nomen omen kandyzowane).
Wenecki port w Chanii
    Wyspę, przynoszącą spory dochód (czytaj: bez litości eksploatowaną) szybko otoczono siecią twierdz, jednak w końcu osmańskim sułtanom udało się to, czego nie zdołali uczynić bronionej przez joannitów Malcie. Weszli na wyspę.
Fortyfikacje Malty
    Wenecjanie byli jednak twardymi przeciwnikami, i wynegocjowali utrzymanie trzech twierdz – w kluczowych miejscach wyspy. Jedną z nich była Garmvousa, inną wspominana przeze mnie w kontekście zarazy i leprozorium Spinalonga.
Twierdza Spinalonga na wyspie Spinalonga na tle Krety (widok od strony półwyspu Spinalonga)
Fort na Spinalondze
    Położone na niewielkich wysepkach (dziś byśmy powiedzieli coś w stylu "w malowniczych okolicznościach przyrody") wydawały się twardym orzechem do zgryzienia dla nowych panów Krety. Osmanowie jednak nie zbudowaliby olbrzymiego imperium gdyby byli jakimiś pierwszymi lepszymi neptkami. Przez te kilkaset lat kontaktów z włoskimi kupcami doskonale poznali mentalność – i pazerność – Wenecji i Wenecjan. W końcu zwyczajnie przekupili wenecką załogę na Garmvousie i bez walki zajęli potężną fortecę. A dowódca, Luca Della Roca, który tego czynu dokonał, jeszcze wiele lat potem nazywany był prześmiewczym tytułem Kapitan Garmvousa.
Widok z Garmovousy
    Cóż. Nawiązując do pierwszej części wpisu mogę powiedzieć ku przestrodze: kto mieczem wojuje – od miecza ginie.
Upadły Lew Wenecki

28 marca 2025

Serenissima cz. 1

    W poprzednim wpisie przy okazji Słowian i Dubrownika wspomniałem – zresztą chyba nie pierwszy raz na blogu – o Wenecji. Mieście przez wieki o kluczowym znaczeniu dla Europy, przynajmniej Zachodniej, bo u nas wyglądało to ciut inaczej, w którym skupiał się handel lewantyński.
Canale Grande
    Znaczy się – z Azją. Jedwabnym szlakiem do Konstantynopola a potem do Wenecji docierały bowiem tak luksusowe produkty jak jedwab, przyprawy czy cukier. Do Rzeczypospolitej docierały dzięki Ormianom prosto z Persji, a do Portugalii nie docierały wcale, przez to musieli w końcu zacząć szukać morskiej drogi do Indii i Dalekiego Wschodu.

Portugalska twierdza na szlaku handlowym do Indii - Mogador
    I tak, wiem, że Lewant to technicznie Bliski Wschód, ale towary przybywały tam z całej Azji, i to od tysięcy lat – weźmy choćby przepych starożytnej Petry (o której na blogu było i to wielokrotnie przecież), wyrosłej na handlu kadzidłem pochodzącym z południowej Arabii.

Petra - miasto wyrosłe na kadzidlanym szlaku
    Nic więc dziwnego, że kiedy Zachodnia Europa odrodziła po mrocznych wiekach najazdów imigrantów (a Wschodnia i Północna się schrystianizowała i ucywilizowała), rozpoczęło się zapotrzebowanie na towary luksusowe, których niewyczerpanym źródłem był Wschód. Moim zdaniem ówcześni zachodnioeuropejscy nuworysze zazdrościli przepychu Cesarstwu Bizantyjskiemu i muzułmańskim władcom Hiszpanii, ale co ja tam wiem. W każdym razie – ludziom na Zachodzie zaczęło się lepiej powodzić, a podaż rodzi popyt. Potrzebni byli tylko obrotni biznesmeni, którzy przywiozą te frukta z Lewantu i Bizancjum. Rychło się znaleźli – zwłaszcza w czterech włoskich miastach-państwach: Amalfi, Pizie, Genui i Wenecji. W tej właśnie kolejności. Te cztery tak zwane republiki morskie (dziś herby tychże miast znajdują się na banderze Republiki Włoskiej) rychło przejęły cały handel morski w Śródziemiomorzu (później doszła jeszcze Raguza i Barcelona – choć ta ostatnia, stolica Katalonii, jako część Korony Aragonii, republiką technicznie nie była, oraz papieski port w Ankonie). Rozpoczęły też między sobą bezpardonową walkę o wpływy.
Złota szkatułka z czasów świetności muzułmańskiej Hiszpanii
    Pierwsze odpadło Amalfi, potem Piza, i w końcu na placu boju zostały tylko Genua oraz Wenecja. Miasta w których rozpoczynał się kapitalizm (generalnie północne Włochy, wstrząsane setkami wojenek i konfliktów wymagały sprawniejszego obrotu gotówką; nie bez przyczyny lombard bierze miano od Lombardii, a bank to z włoskich dialektów ława, przy której robiono geszefty). I tu moja mała uwaga: wbrew chorym wizjom różnego rodzaju socjalistów czy komunistów kapitalizm jest najlepszym znanym systemem gospodarczym. Nie ma żadnych wad. A właściwie nie miałby, gdyby zachowany został jeden warunek: mianowicie jeśli kapitaliści stosowali się do zasad moralnych. A jest to – pardon my French – cholernie trudne. Dość łatwo jest przejść na, jak mówi Dobra Księga, religię Mamony. A, tu znów cytat, dwóm panom służyć nie można. Albo Bóg, albo wielkie pieniądze. I w tą pułapkę wpadli włoscy kupcy. Zwłaszcza Wenecjanie, ale i Genueńczycy. Wizja złota (pisałem chyba na blogu pod koniec zeszłego roku, że miłość do błyszczących metali to według niektórych naukowców atawizm; na sawannie błyszczała się woda, cenna, dająca życie, więc blask wywoływać musiał u naszych przodków ekstazę, potęgując chęć do wodopoju dotarcia; prawdopodobnie też wyszukiwanie wody było u człowiekowatych domeną samic – co dziś zaobserwować można na bazarach; powstrzymywanie się od żądzy złota byłoby tryumfem woli nad ciałem, a nie wszystkich na to stać) sprawiła, że liczyć zaczynał się tylko zysk. Dość boleśnie przekonał się o tym choćby Władysław Warneńczyk. Osmańskie wojska w Roku Pańskiego 1444 same się z Anatolii na Bałkany nie dostały, o czym zresztą już wspominałem.

Tracki kurhan pod Warną - jeden z dwóch cenotafów Władysława Warneńczyka
    A IV krucjata to już był całkowity majstersztyk weneckiego doży. Henryk Dandolo zmusił krzyżowców do zdobycia Konstantynopola (sam zresztą do dziś spoczywa w kościele Mądrości Bożej), czym zadał śmiertelny cios Cesarstwu Rzymskiemu, od tamtej pory powoli się wykrwawiającemu.

Hagia Sophia - miejsce spoczynku doży Dandolo.
Zdobycie Konstantynopola przez krzyżowców, mozaika z epoki
    Na tym upadku Najjaśniejsza Republika Świętego Marka też zresztą zyskała. Niewielkie miasteczko założone na błotnistych wysepkach Laguny przez uchodźców ze spalonych przez Longobardów wiosek chyba samo nie wiedziało, jak świetlana czeka je przyszłość (ktoś, np. Autor, mógłby powiedzieć, że dlatego, że mimo świętego patrona wykradzionego bodajże z Aleksandrii – handel relikwiami w czasach krucjat też był niezwykle intratny – zaprzedali duszę Diabłu pod postacią Mamony). W każdym razie w pewnym momencie Wenecjanie rozpoczęli rozpychać się po północnych Włoszech (pierwsza padła Padwa, znana z grobu świętego Antoniego z Padwy, patrona do spraw rzeczy zagubionych i obiekt modlitw panien na wydaniu; podejrzewam, że gdyby nie postępująca laicyzacja Europy dziś byłoby to jedno z najbardziej uczęszczanych przez podlotki sanktuariów) oraz na wschodnich wybrzeżach Adriatyku, następnie zaś całkowicie przestali brać jeńców – i weneckie twierdze można spotkać na większości greckich wysp (w Grecji kontynentalnej zresztą też).
Spinalonga - jedna z weneckich twierdz Krety
    Oczywiście, Genua nie była dłużna, choć przegoniona przez Wenecję choćby z Krety, skupiła się na wybrzeżach Morza Czarnego. W końcu to z genueńskiej Kaffy na Krymie przypłynęły do Europy statki przywożąc Czarną Śmierć.

Twierdza w nadczarnomorskim Akermanie, założona przez Genueńczyków
    Ale zostawmy Genuę, ojczyznę – czy też może dziadczyznę - dżinsów (i nie wspominajmy, że według niektórych teorii Krzysztof Kolumb nie był Genueńczykiem a potomkiem zdradzonego przez włoskich kupców Władysława Warneńczyka). Skupmy się na Wenecji. I jej imperium.

Genua - gmach Banku Swiętego Jerzego
    A to w drugiej części wpisu.
Najbardziej emblematyczny landszaft w Wenecji

21 marca 2025

Kupcy i zbójcy

    Jomswikingowie – czyli Słowianie i Skandynawowie pochodzący z Jomme, Wolina – zapisali się wielokrotnie na kartach (no, właściwie to w pieśniach śpiewanych przez skaldów w trakcie różnych takich wikińskich popijaw uroczystości) północnych sag wielokrotnie. Znani byli z bitności i brawury rozrośniętej nieraz aż po granice zdrowego rozsądku (takie to nasze polskie "co, ja nie skoczę"), stąd i często wynajmowani byli to zadań specjalnych. Wszak to z Wolina na podbój Norwegii wyruszał w roku 1000 Olaf Tryggvason (wyprawa zakończyła się niezbyt udanie dla Tryggvowego syna, bo wziął i poległ w bitwie morskiej pod Svold na Oresundzie, i Norwegię od Duńczyków odbił dopiero kolejny Olaf, Święty – bo umacniał tam chrześcijaństwo; inny chrystianizator z regionu, władca Danów Harald Sinozębny, który swoją drogą na Wolinie zmarł, jakoś kanonizowany nie został; nadał za to nazwę systemowi komunikacji bezprzewodowej, bluetooth).
Współczesny Wolin
    Historię wolińskiej kupiecko-zbójeckiej republiki zakończyli władcy Danii, paląc ją w 1042 i 1099 (nie skończyło to historii słowiańskich rozbojów na Bałtyku i w cieśninach duńskich – wszak w 1136 roku książę Racibor I zdobył i – jak to było w zwyczaju epoki – spalił do cna Konungahelę; 11 lat później chąśnicy – słowiańscy piraci – z dymem puszczają Lubekę).
Potomkowie bałtyckich chąśników
    Wolin nie był jednak jedyną kupiecką republiką którą współtworzyli Słowianie. Jest w Europie inne takie miejsce, leżące jednak po drugiej stronie Słowiańszczyzny – nad Adriatykiem.
Surowsze oblicze adriatyckiej Dalmacji
    A konkretnie w Dalmacji – i chodzi oczywiście Dubrownik, trochę bardziej znany jako Republika Raguzy.
Dubrownik
    Byłem wielokrotnie, i co tu dużo mówić, za każdym razem to chorwackie (i o mało całkowicie nie zniszczone w czasie wojen w Jugosławii pod koniec XX wieku) miasto urzeka. Dobra, wiadomo, po średniowiecznym Dubrowniku pozostały tylko przewspaniałe mury miejskie (po których spacer – mimo, że makabrycznie drogi, wszak Chorwaci zrezygnowali z części narodowej suwerenności i wprowadzili zamiast własnych kun te śmieszne pieniądze z oknami, będącymi symbolem niemieckiej kolonizacji Europy - gorąco polecam), cała reszta wzięła i spłonęła po trzęsieniu ziemi którejś XVII-wiecznej Wielkiejnocy (bodajże Roku Pańskiego 1667, rok po Londynie; to nie jedyny angielski trop, miejscową katedrę za którymś razem ufundował Ryszard Lwie Serce). Miasto – w końcu bogatą republikę kupiecką – odbudowano w wersji barokowej, a potem na całe szczęście przyszła bida i niemal nic nowego w obrębie murów już nie wybudowano. Po jugosłowiańskim ostrzale miasto odtworzono – jak to mówią niektórzy Hiszpanie – toćka w toćkę jakie było, także dzięki pomocy UNESCO, trzymającego starówkę na swojej Liście Dziedzictwa Ludzkości.
Główna ulica w starym Dubrowniku - Stradun
Dachy Dubrownika
    Ale nie takie rzeczy przeżyła Republika Raguzy – w końcu leżała nad tym samym akwenem co najbardziej inwazyjna z nadmorskim miast-państw Śródziemiomorza, zła do szpiku i przeżarta żądzą zysku Najjaśniejsza Republika Świętego Marka, czyli Wenecja. Dubrowniccy nobile sprzedali nawet kawałek własnych ziem banom Bośni by odgrodzić się od niesympatycznego sąsiada (to odpowiedź na nurtujące wielu umiejących czytać mapy – czyli tych głównie sprzed ery gimnazjów i obecnych lewicowych reform polskiej oświaty – skąd na dalmatyńskim wybrzeżu należący do Bośni i Hercegowiny kurorcik Neum).
Bośniacka riwiera - Neum
    Nie przetrwała za to – podobnie jak Republika Wenecka i Rzeczpospolita Obojga Narodów czy tatarski Chanat Krymski – nagłego wybuchu tak zwanego Oświecenia, zakończonego krwawą łaźnią Wielkiej Rewolucji Francuskiej, niech jej plugawe miano przeklęte będzie na wieki. Zlikwidowano ją w 1808 roku. Swoją drogą w wyniku owych niecnych wydarzeń Francja przyłączyła do siebie sporą część obecnej Chorwacji, pewnie w podzięce za wprowadzenie do męskiej mody krawatu, ale to opowieść na inny wpis (ta o Francuzach na Bałkanach, nie o krawatach, znanych w Chorwacji nie tylko jako reimportowane kravata, ale i miejscowe masna).
Plac Świętego Marka w Wenecji - kształt po francuskich przeróbkach
    Wracając do Wenecji i jej upadku – to właśnie Dalmacja była tą częścią kupieckiego imperium w której jako ostatniej flaga z lwem św. Marka zjechała z masztu. Stało się to w Boce Kotorskiej, w miasteczku Perast – równie urokliwym co dużo bardziej znany Kotor. Ciekawe, że elitę tych zamorskich posiadłości oprócz rodowitych Wenecjan stanowili też miejscowi Dalamtyńcy, Słowianie czy Grecy. Strzelam, że rodowitych obywateli miasta na Lagunie było zwyczajnie za mało, i musieli, jak to w koloniach (wiecie o czym mówię, cni Rodacy) wykorzystywać do zarządzania i drenowania podbitych ziem miejscowych oportunistów.
Kotor
Boka Kotorska
    Ale o Wenecji i jej imperium we wschodnim Śródziemiomorzu to by trzeba zrobić osobny wpis – gdzie się bowiem człowiek tam nie ruszy, to ciągle natyka się na pozostałości po Wenecjanach.
Wenecka twierdza Spinalonga na Krecie
    Względnie po Genueńczykach – bo ci też dorobili się na handlu Lewantyńskim.
Genueńska wieża Galata w Stambule
    W końcu jednak kupcy z Ligurii zostali przez Wenecjan pogonieni. Widocznie byli mniej bezwzględni.
Bank Świętego Jerzego w Genui
    Albo gorzej zarządzani. W Genui doża – czyli władca republiki - wybierany był przez możne rody na pół roku, w Wenecji dożywotnio. W Dubrowniku – dodam jako ciekawostkę – książę-rektor na miesiąc.
Siedziba dubrownickiego włodarza
    Swoją drogą tytuł wpisu pasowałby jakiejś planszówce. Albo grze komputerowej RPG z przełomu lat 80-tych i 90-tych zeszłego stulecia.

14 marca 2025

Polanie i wikingowie

    Właściwie nikt już nie bierze na poważnie skandynawskiego pochodzenia Piastów, acz jednak nie da się ukryć, że władcy Państwa Gnieźnieńskiego – jak chyba powinno się nazywać twór zarządzany przez Mieszka i Bolesława – z wikingami spotykali się praktycznie na każdym kroku. Nawet, jako król Burysław, trafili do skandynawskich sag (oraz, mniej więcej, do powieści Jerzego Cepika, takich sobie).
    Powód tych kontaktów był oczywisty – interesy. Na Wolinie, czyli wikińskim emporium handlowym Jomsborgu, znajdował się targ niewolników, a tych rozrastająca się domena Piastów miała w nadmiarze.

Widok na Wolin - na pierwszym planie replika wikińskiej łodzi
    Zresztą słowiańsko-nordycki Wolin też trafił do sag i legend, choćby jako Wineta. O czym zresztą już dawno temu na blogu wspominałem. Na bogate miasto łapy chcieli położyć zarówno Mieszko, jak i jego syn – w pewnych okresach się to udawało (stąd odkryte w mieście konstrukcje hakowe, charakterystyczne dla piastowskich grodów), czasem trzeba było odpuścić na rzecz Danii, ale polańska (polska) obecność musiała być znacząca (vide ów potężny król Burysław z legend). A czasem Wolinianie uzyskiwali całkowitą niezależność – można powiedzieć, że była to wtedy republika morska, pewnie tak słowiańska jak młodszy nieco śródziemnomorski Dubrownik.

Dubrownik
    Na stałe (no, też bez przesady, bo później tereny te utracono) udało się pierwszym Piastom opanować Szczecin – czyli konkurencję dla Wolina – i Kołobrzeg, posiadający oprócz portu także sól.

Solankowy zdrój w Kołobrzegu
    Do skandynawskich legend trafiła też potężna królowa Sygryda Storråda, trzęsąca całą Północą matka Kanuta Wielkiego. Prywatnie Świętosława, siostra Bolesława Chrobrego. Ale to, że Kanut, mieszkowy wnuk, zbudował imperium składające się z Danii, Norwegii i Anglii to inna historia. Zwłaszcza, że po śmierci władcy państwo rozpadło się, a efektem tego było spore zamieszanie, nie tylko w Skandynawii i Wyspach Brytyjskich, ale i w Normandii. Odpryski tej zawieruchy trafiły także i do nas.

Fiordy - naturalne środowisko życia Skandynawów (konkretnie Sognefjorden)
    I to wcale nie dlatego, że króla Mieszka II pomagał obalić Harald Hardrade, zwany Ostatnim Wikingiem najemnik i członek elitarnej cesarskiej Gwardii Wareskiej w Konstantynopolu, późniejszy król Norwegii i pretendent do tronu Anglii, usieczony przez króla Wessexu Harolda II Godwinsona w pamiętnym dla Albionu roku 1066. Wikingowie, najęci przez inny skandynawski ród, siedzących w Kijowie Rurykowiczów – a konkretnie Jarosława Mądrego – pomagali obalić Mieszka na rzecz jego starszego brata Bezpryma trochę w ramach zemsty: oto Bolesław Chrobry na kijowski tron wprowadził był swego szwagra, także Rurykowicza, Świętopełka, przez Rusinów zwanego Przeklętym. Przy okazji władca nasz sromotnie pogonił owego Jarosława Mądrego i czynu lubieżnego dokonał był na jarosławowej siostrze Przecławie. Nic dziwnego, że władca rusiński mógł się zdenerwować i po odzyskaniu wielkoksiążęcego tronu czekał okazji. Pretekstu dostarczył mu Bezprym.

Replika kijowskiej Złotej Bramy, nie istniejącej jednak w czasach Chrobrego
    W grobach z czasów Państwa Gnieźnieńskiego archeolodzy co i rusz znajdują jakieś wikińskie ślady. Czasem można je powiązać z ruskimi wojami – pewnie eskortą Świętopełka z czasów gdy wygnany ukrywał się u Bolesława. A czasem z najemnikami, którzy tworzyli zapewne element słynnej drużyny książęcej – o której z takim zachwytem wypowiadali się kronikarze z epoki. Nie ma co ukrywać – pierwsi Piastowie stworzyli sprawną, choć kosztochłonną, maszynkę do podbijania nowych ziem. I kiedy ziemie się skończyły, system musiał upaść – co zbiegło się w czasie z ambicjami Bezpryma, wcześniej wraz z Ottonem wypędzonego przez Mieszka II Lamberta (Bolesław Chrobry też przejmując władzę wygnał macochę Odę i przyrodnich braci; nic sobie nie zrobił z wystawionego przez ojca dokumentu znanego jako Dagome Iudex, a mającego zapewnić Odzie z rodziną dziedziczenie Państwa Gnieźnieńskiego).

Prawdopodobne grobowce Mieszka I i Bolesława Chrobrego w poznańskiej katedrze
    Wychodzi więc, że z Północą mamy więcej wspólnego niż myślimy (i wcale nie jest potrzebne do tego skandynawskie pochodzenie Piastów), a XI-wieczne elity były bardziej internacjonalne niż ktokolwiek chciałby przyznać. Nie zmieniło się to też po upadku Państwa Gnieźnieńskiego w latach 1034-8 i restauracji Kazimierza Odnowiciela. Kilka akapitów wcześniej wspominałem rok 1066 i bitwę pod Stamford Bridge, w której poległ Ostatni Wiking, Harald Hardrade. Zwycięski władca anglosaski, Harold Godwinson, zbyt szybko osiadł na laurach – na schedę po dynastii z Wessex (i po Kanucie Wielkim z ową wojującym) czyhał bowiem jeszcze jeden Skandynaw z pochodzenia, Wilhelm Bękart, czy też Guillaume le Batard, z Normandii. Pod Hastings zabłąkana strzała trafiła w haroldowe oko, Edgar Aetheling z Wessex (urodzony na Węgrzech ostatni przedstawiciel dynastii) nie zyskał poparcia na królewskim stolcu w Londynie i wyjechał być najemnikiem na Wschodzie (acz miano Wygnańca historycy i kronikarze zastrzegają dla Edwarda, jego ojca), a Wilhelm został Zdobywcą – i pierwszym królem nowej Anglii; numeracja zresztą zachowana jest do dzisiaj, mimo powstania Zjednoczonego Królestwa na początku XVIII wieku. Najciekawszy los przypadł jednak rodowi Godwina.

Londyńska Tower, której budowę rozpoczął Wilhelm Zdobywca
    Otóż synowie Harolda uciekli z Anglii i rozpierzchli się po Europie. Najmłodszy z nich trafił do... Polski Bolesława Śmiałego i jego brata Władysława Hermana. I w tym odbudowanym przez bolesławowego ojca państwie zajął dość eksponowane stanowiska, zarządcy Śląska i Mazowsza. Pozostałością po owym anglosaskim królewiczu może być pochówek odnaleziony na zamku w Czersku na Mazowszu, przypisywany właśnie anglosaskiemu możnowładcy.

Pozostałości czerskiego zamku
    Oraz dedykacja dla komesa Magnusa, człowieka nomen ducatus, rodu książęcego (a według jednych syna Magnusa Haroldsona), jaką Anonim zwany Gallem (choć pewnie rodem z Wenecji) umieszcza w swojej słynnej kronice, technicznie będącej chanson de geste o trzecim z wielkich piastowskich Bolesławów, Krzywoustym. I jak tu zrozumieć odmawianie Polsce miejsca w Europie, jak czynią niektórzy ojkofobiczni fajnopolacy? Brak wiedzy, czy kompleksy? Ech.
Gołąb skalny - także obcy - na zamku w Czersku

Najchętniej czytane

Serenissima cz. 2

     Pierwszy raz z dawnymi Wenecjanami spotkałem się nie w tym urokliwym (nie ma co ukrywać, bezduszni Wenecjanie swe moralne niedostatki p...