Pierwszy raz z dawnymi Wenecjanami
spotkałem się nie w tym urokliwym (nie ma co ukrywać, bezduszni
Wenecjanie swe moralne niedostatki pokrywali blichtrem wspaniałości
– prawdopodobnie w ramach zagłuszania sumienia) mieście, a
właśnie na terenach przez tamtejszych kupców podbitych (czy
opanowanych w inny sposób) – mianowicie na Istrii. A konkretnie
(bo o tym półwyspie kiedyś już wspominałem) w miejscowości
Capodistria, dawnej stolicy regionu, dziś będącej największym z
trzech słoweńskich miast nadmorskich i nazywającej się Koper
(Słowenia ma ze dwa-trzy razy dłuższą linię brzegową niż taka
Bośnia i Hercegowina, będzie tego jakieś 20 kilometrów).
 |
Siedziba weneckich podestów w Koperze
|
 |
Koper |
Sama
Istria, dziś podzielona między właśnie Słowenię, Włochy i –
największa część – Chorwację okazała się być kluczowym
nabytkiem Wenecji. Chodziło nie tylko o tamtejszy kamień, potrzebny
do budowy miasta. Ważniejsze były istryjskie lasy – zabytkowa
Wenecja stoi na drewnianych palach wbijanych w wątłe, błotniste
dno Laguny Weneckiej (podobnie zresztą stawiano Amsterdam). Dopiero
na tak uzbrojonym terenie można było budować kupieckie
kamienice.
 |
Wenecka laguna o zachodzie Słońca
|
 |
Weneckie wyspy, umacniane drewnem z Istrii, zabudowane takimż kamieniem
|
Koper okazał się miastem całkiem innym niż troszkę
habsburska reszta Słowenii. W końcu niemal do początku XIX wieku
był wenecki.
 |
Wenecki Lew na Istrii
|
Zresztą cała Dalmacja upstrzona jest weneckimi
fortyfikacjami – z najpotężniejszymi chyba umocnieniami w Boce
Kotorskiej.
 |
Boka Kotorska
|
Wspominałem chwilę temu na blogu, że malownicza
zatoka była ostatnim punktem w którym istniała Republika Świętego
Marka. Ot, likwidującym to średniowieczne w sumie państwo
Francuzom było tu zwyczajnie najdalej. |
Perast w Boce Kotorskiej, ostatni skrawek niepodległej Republiki Weneckiej
|
Eponim zatoki – i
stolica – Kotor (po włosku Cattaro; symbolem miasta są liczne
snujące się zabytkowymi ulicami koty – ale tylko po polsku nazwa
do nich nawiązuje; po włosku przecież kot to gatto, po serbsku to macka) z górującym nad nim Zamkiem świętego Jana została wpisana na
Listę Dziedzictwa Ludzkości UNESCO, nie tylko wraz z całą Boką,
ale i jako weneckie fortyfikacje Stato al Mar. Ciąg tych twierdz
niezwykle ułatwiał wenecki handel. W końcu po drodze czaiły się
liczne niebezpieczeństwa – Genueńczycy, Raguzanie, piraci (choćby
chorwaccy Uskocy), Osmanowie czy bardziej naturalne wichry i
burze. |
Mury starego Kotoru i górujący nad miastem zamek
|
Takie właśnie wichry i burze zatopić musiały jeden ze
statków wiozący wykradane ze Wschodu relikwie świętych, a
konkretniej obecnego patrona Kotoru, świętego Tryfona. Do dziś
jego fragmenty spoczywają w kotorskiej katedrze. Konkretnie głowa i
jedno ramię – na tylko tyle stać było kotorskich mieszczan:
znalezione przez rybaków relikwie świętego przejął bowiem
rzymski papież, pozwalając wszakże łaskawie na wykup zwłok.
Widać zażądał całkiem sporo, ale odkupione kawałki wystarczyły:
mimo licznych trzęsień ziemi miasto przetrwało do dziś. Swoją
drogą sporo dalmatyńskich miast swoich patronów znalazło właśnie
w taki cudowny sposób wyrzuconych przez fale na brzeg. Taka
hagiorekupacja dóbr trochę.
 |
Kotor |
Po upadku Konstantynopola Turcy
Osmańscy powoli zaczęli wypierać Wenecjan znad Adriatyku, padły
słynne twierdze takie jak malownicza Szkodra (z zachowaną wspaniale
wenecką cysterną na wodę), Lezha (czyli Alessio, związane z
antyturecką Ligą właśnie z podpuszczenia Wenecji założoną;
dowodził nią słynny na całą Europę Skanderbeg, do dziś albański
bohater narodowy) czy Durres (weneckie mury średniowiecznego Durazzo
nadwątlone zostały niedawno przez trzęsienie ziemi; na szczęście
dość szybko je odrestaurowano; amfiteatrowi rzymskiego Dyrrachium
tym razem nic się nie stało).
 |
Amfiteatr w Dyrrachium
|
 |
Alessio - dzisiejsza Lezha
|
W końcu na rzecz Osmanów
Wenecjanie utracili też w XVII wieku perłę w swojej kolonialnej
koronie – Kandię. Wyspa, z której pochodzić ma nazwa
kandyzowanych owoców (i genialny działający w Hiszpanii malarz
Domenikos Theotokopulos, znany jako El Greco, którego obraz odnaleziono
także i w Polsce; wisiał sobie jak gdyby nigdy nic na plebanii
niewielkiej parafii; serce się kraje na myśl jakie skarby żeśmy
utracili w wyniku licznych podbojów i okupacji; mimo całej mej
miłości do barokowego sarmatyzmu ichni programowy pacyfizm nie
przyniósł Rzeczypospolitej w ostatecznym rozrachunku nic dobrego)
na blogu gościła kilkukrotnie – choć raczej skupiałem się na
jej prehistorii. W końcu to tam rozkwitła cywilizacja zwana dziś
minojską. Oraz, wedle kilku dość mitologicznych relacji, urodził
się Zeus.
 |
Wenecka twierdza w Heraklionie, kreteńskiej stolicy
|
Bo chodzi oczywiście o Kretę, którą upadającemu
Bizancjum wydarli Wenecjanie (dodajmy, że przeganiając stąd
Genueńczyków) i nazwali Kandia/Candia (z wyspy do Europy trafiały słodkie suszone owoce - nomen omen kandyzowane). |
Wenecki port w Chanii
|
Wyspę, przynoszącą spory
dochód (czytaj: bez litości eksploatowaną) szybko otoczono siecią
twierdz, jednak w końcu osmańskim sułtanom udało się to, czego
nie zdołali uczynić bronionej przez joannitów Malcie. Weszli na
wyspę.
 |
Fortyfikacje Malty
|
Wenecjanie byli jednak twardymi przeciwnikami, i
wynegocjowali utrzymanie trzech twierdz – w kluczowych miejscach
wyspy. Jedną z nich była Garmvousa, inną wspominana przeze mnie w
kontekście zarazy i leprozorium Spinalonga.
 |
Twierdza Spinalonga na wyspie Spinalonga na tle Krety (widok od strony półwyspu Spinalonga)
|
 |
Fort na Spinalondze
|
Położone na
niewielkich wysepkach (dziś byśmy powiedzieli coś w stylu "w
malowniczych okolicznościach przyrody") wydawały się twardym
orzechem do zgryzienia dla nowych panów Krety. Osmanowie jednak nie
zbudowaliby olbrzymiego imperium gdyby byli jakimiś pierwszymi
lepszymi neptkami. Przez te kilkaset lat kontaktów z włoskimi
kupcami doskonale poznali mentalność – i pazerność – Wenecji
i Wenecjan. W końcu zwyczajnie przekupili wenecką załogę na
Garmvousie i bez walki zajęli potężną fortecę. A dowódca, Luca Della Roca,
który tego czynu dokonał, jeszcze wiele lat potem nazywany był
prześmiewczym tytułem Kapitan Garmvousa. |
Widok z Garmovousy
|
Cóż. Nawiązując do
pierwszej części wpisu mogę powiedzieć ku przestrodze: kto
mieczem wojuje – od miecza ginie.
 |
Upadły Lew Wenecki
|