Tłumacz

10 października 2022

Protesty

    Poruszanie się pieszo po kotlinie w której leży La Paz nie należy do najłatwiejszych – owszem, wszędzie w centrum jest blisko (a poza centrum można skorzystać na przykład z kolejek górskich, spełniających funkcję metra czy tam tramwaju), ale teren jest dosyć nierówny. Poza tym nizinny Gringo na wysokości prawie 4000 metrów nigdy nie będzie lekko kroczył – po prostu braknie mu tlenu (zwłaszcza gdy jest pod górkę). Do tego La Paz ma – o czym już pisałem – naprawdę i dosłownie ciężkie powietrze (a niebo spowijają, taki kalambour, ołowiane chmury).
    Oczywiście, można skorzystać z transportu publicznego (bądź – co jest trochę droższym, ale bardziej komfortowym rozwiązaniem – z taksówek), ale w tak zatłoczonym mieście wcale nie będzie szybciej (bo za smog to głównie piece starego typu odpowiadają, samochody nie mają tu nic do powiedzenia, wcale, ani ukształtowanie terenu czy układ wiatrów). Generalnie centrum La Paz – jak i innych południowoamerykańskich miast – stoi w korku. Dymi, kopci i stoi. A nie daj Boże, jak trafi się jeszcze ulubiona uliczna rozrywka Boliwijczyków, gdy część ulic miasta zostanie zamknięta, to już w ogóle.
    Tą rozrywką są oczywiście uliczne protesty i demonstracje.
Protesty w La Paz
    To taka tradycja, może związana z tym, że nazwa państwa nawiązuje do ojca południowoamerykańskiej niepodległości, pochodzącego z Wysp Kanaryjskich Simona Bolivara, rewolucjonisty i przywódcy powstań? W każdym razie od momentu powstania cały XIX wiek i większa część XX to notoryczne zmiany władzy w Boliwii – głównie za pomocą przewrotów, rewolucji, zamachów stanu, puczów i innych takich. Wybory jako forma zmiany przywódcy owszem, zdarzały się, ale był to często tylko katalizator prowadzący do bardziej gwałtownych politycznych przetasowań. Z ciekawostek – jak tylko w Boliwii robiło się spokojniej to najeżdżano sąsiednie kraje i tam wprowadzano rewolucyjne porządki – na przykład inwazja na Peru i krótkotrwały podział tego państwa na dwie republiki: Peru Północne i Peru Południowe.
La Paz
    Akurat byłem w Boliwii przy końcu względnie spokojnego wewnętrznie panowania Evo Moralesa – wybranego demokratycznie pierwszego Indianina (i drugiego po meksykańskim Zapoteku Benito Juarezie autochtona na czele latynoamerykańskiego państwa) z ludu Ajmara, wyrosłego ze skrajnej nędzy (spora część rodzeństwa nie przeżyła dzieciństwa) antyamerykańskiego socjalisty i byłego działacza związkowego. Co prawda konstytucja Boliwii z początku XXI wieku zakazywała reelekcji na fotel prezydenta, ale przecież jak się ma poparcie to można konstytucję dowolnie zmieniać – i Evo wielokrotnie korzystał z tego przywileju, utrzymując się u władzy przez prawie dwadzieścia lat.
Dom Demokracji w La Paz
    A doszedł do niej używając haseł typowo antykapitalistycznych – m.in obiecał nacjonalizację zachodnich koncernów ciągnących spore zyski z wydobywanej w Boliwii ropy naftowej (legenda głosi też, że wygonił z kraju Coca-Colę, ten symbol zachodniego Świata – ale organoleptycznie sprawdziłem, że to nieprawda; napój chyba nawet jest w Boliwii produkowany). Cóż, jak to socjalista słowa nie dotrzymał – zamiast nacjonalizacji obłożył zachodnie firmy wysokimi podatkami, co przysporzyło mu wrogów zarówno wśród kapitalistów jak i ortodoksyjnej lewicy. Mimo to Morales nadal był przy władzy i emancypował boliwijskie ludy tubylcze – pomijam fakt, że często pokazywał się w typowym andyjskim swetrze z lamiej wełny czy charakterystycznej czapce chullo – językami urzędowymi kraju oprócz hiszpańskiego (spełnia tu rolę języka wehikularnego, podobnie jak angielski na subkontynencie indyjskim) zostało 36 narzeczy indiańskich (ponad 60% mieszkańców Boliwii to Indianie), w tym i rodzimy język Evo, ajmara (około 1/3 Boliwijczyków to przedstawiciele tego ludu).
"Zawsze Coca-Cola" - tu w górach Atlas
    Trochę mnie więc zdziwiło, że widziane przeze mnie protesty były właśnie demonstracjami ludów tubylczych, żądających większych praw (i respektowania obecnie ustanowionych). Ubrane w typowe (i noszone na co dzień) ludowe stroje kolorowe grupy wolnym pochodem przesuwały się po ulicach miasta – wędrowano do samego centrum, gdzie swoje siedziby miały instytucje rządowe (choć La Paz nie jest stolicą tu właśnie mieszczą się najważniejsze ministerstwa). Pochód przebiegał nad podziw spokojnie, wręcz leniwie. Demonstranci mieli czas na pogawędki czy szklaneczkę kompotu z suszonych moreli (coś jak nasz wigilijny kompot z suszu).
Przerwa w protestach
    Zresztą życie w wysokich Andach ogólnie toczy się bardzo leniwie – może dlatego zamieszki które spowodowały ustąpienie Evo Moralesa (właściwie to w ich wyniku, po wyborach, wojsko dało prezydentowi ultimatum, a Evo ugiął się i wyjechał do Meksyku) przyniosły tylko trzy osoby śmiertelne. A może też po prostu były robione bez przekonania, wbrew woli ulicy – w La Paz widziałem wiele antyamerykańskich murali, głoszących by Jankesi trzymali się z dala od Południowej Ameryki. W każdym razie antyamerykański Morales ustąpił, akurat w chwili, gdy coraz większe znaczenie zaczyna mieć pewien niezwykle toksyczny metal, którego ogromne złoża – możliwe, że większe nawet od chińskich – znajdują się pod niesamowitym solniskiem w Uyuni.
Salar de Uyuni
    Chodzi tu oczywiście o lit – rzadko spotykany, a niezbędny do produkcji akumulatorów, na przykład tych w nachalnie promowanych samochodach elektrycznych. Nieważne, że taki zużyty akumulator auta elektrycznego jest toksyczną bombą dla środowiska – lansujmy elektryczność, bo... No właśnie, bo co? Trzeba sobie odpowiedzieć cui bono. Kto na tym zyska? Na blogu nie będę się nad tym zastanawiał, lecz w mojej opinii auta elektryczne to straszny humbug, podobnie zresztą jak i nowoczesne wiatraki. Szkoda tylko, że przez tą modę zniszczony zostanie wspaniały Salar de Uyuni. A Boliwia na tym i tak się nie wzbogaci – zresztą próbowała już kilkukrotnie, czy to na guanie (przegrana wojna z Chile i utrata wybrzeża z saletrą), czy na kauczuku (przegrana z Brazylią i utrata kauczukodajnej dżungli), czy współcześnie na ropie (zyski przejmują zagraniczne koncerny). I po całym tym boomie znowu pozostaną tylko stare pociągi.
Cmentarzysko pociągów w Uyuni

7 października 2022

Wiedźmi Targ

    Wiedźmi Targ – czyli El Mercado de Las Brujas albo La Hechiceria – uznawany jest za jedną z głównych (poza smogiem) atrakcji turystycznych faktycznej stolicy Boliwii, La Paz.
Pazański bazar
    Cóż – w swej głównej części to zwykły bazar z rękodziełem i pamiątkami, jaki już wielokrotnie gościł na blogu (wiecie, taki, co to się trzeba targować). Dla turystów odwiedzających Boliwię ma ten plus, że – ponieważ prawie wszyscy odwiedzający to państwo przy okazji zahaczają jeszcze o Peru, a czasem i Chile – jest tu naprawdę tanio. A przedmioty naprawdę są wykonywane na miejscu a nie w Chinach (Boliwia jest na tyle biedna, że żadnego rękodzielnika nie stać na sprowadzanie i montaż drogich maszyn do masowej produkcji; automatyczne krosna są nieczęste). Główną atrakcją owego bazaru są natomiast sklepiki z – między innymi – ziołami, których ekspedientki uznawane są za wiedźmy.
Pani zielarka
    Ktoś powie, że to zabobon, ale i u nas w Polsce mówi się czasem o kimś, że ma "złe oko" – i takiej osobie stara się nie wchodzić w drogę, bo przecież może znacząco spojrzeć i sprowadzić nieszczęście (a to ktoś umrze, a to kury przestaną nieść). Ba, nieraz słyszałem: kwiaty przestały rosnąć, niepotrzebnie dawałam odnóżkę tej-to-a-tej. Zabobony więc trzymają się mocno także i u nas. A co dopiero w Ameryce Południowej – doszły mnie słuchy, że w połowie lipca w Peru dwie kobiety oskarżono o czary. Nie mam informacji jak to się skończyło, ale jeśli sprawy w swoje ręce wziął tłum mogło być naprawdę krwawo i nieprzyjemnie.
Bazarowe kolory odwracające uwagę
    A tymczasem Biblia chrześcijańska jasno zakazuje wiary w magię i czary – co oczywiste nie neguje istnienia tego zjawiska (nie można zakazywać czegoś, czego nie ma), mówi tylko, ostrzega, by owym nie wierzyć. Poczynając od chodzenia do wróżki, na innych praktykach kończąc cała magia opiera się na manipulacji, wierze (tak naprawdę nie cała, we wpisie o przedbobonach wspominałem o kawałku magii który opiera się na faktach i nauce – tym gorzej, bo wszyscy wiemy, że jeśli w kłamstwie jest ziarno prawdy to dużo łatwiej w nie uwierzyć) i łatwowierności ludzi. A zmanipulowanego łatwiej oszukać. A, byłbym zapomniał – islam uprawianie magii z miejsca karze śmiercią.
    Ludzie i tak jednak, jak te ćmy, lecą gdzie nie trzeba.
Sklep z magicznym asortymentem
    Większość straganów na Wiedźmim Markecie oferuje zioła – rośliny lecznicze. Tu działanie magii opiera się na efekcie placebo – jak ekspert (wiedźma) powie, że pomaga, leczniczy efekt danego zielska będzie dużo większy. Ot, psychologia.
    Innym częstym artefaktem są – tu zdjęcie może być drastyczne – suszone płody lam. We wpisie o świnkach morskich wspominałem (a jak nie, to teraz wspominam), że andyjscy curanderos, Antoni Kosiba znachorzy używają tych zwierzaczków do leczniczego masażu i wyciągania z organizmu pacjenta różnego rodzaju chorób. Suszona lama także ma odpędzać złe duchy (czy złe spojrzenia), a sproszkowana być remedium na różnego rodzaju dolegliwości. To dużo wyższy poziom niż sproszkowany róg nosorożca stosowany na Dalekim Wschodzie w leczeniu impotencji (zwykła magia sympatyczna – róg twardy, stoi, to i organ płciowy taki się stanie) – niestety równie skuteczny (wcale).
Suszone płody lam
    Pełno tu jest też ręcznie robionych – przeto każda jest inna – kadzielnic. Gros bowiem asortymentu sklepów z artykułami magicznymi zajmują mieszanki magiczne "na coś".
    Na niewielkim opakowaniu krzykliwymi kolorami (i w słabej jakości) walnięty jest nadruk na co dane kadzidełko pomaga. Najczęściej służą one do zwiększenia sprawności seksualnej, cofnięciu się choroby (głównie nowotwór) czy szerszego przypływu gotówki. Czyli temu, czym żyje się na co dzień. Wszak latynoamerykański toast brzmi: por salud, amor y dinero. Czyli: za zdrowie, miłość i pieniądze. Ciekawą grupą kadzidełek są takie typowo kobiece. Nie chodzi tu o te, które mają pomóc w zdobyciu miłości, w zajściu w ciążę czy bezpiecznym porodzie – bo takie też są; chodzi o to, by mężczyzna był posłuszny. Mianowicie w kulturze macho chłop często jest nicpoty – kulturowo musi być męski i dominujący – więc baba po wszystkie środki sięgnie, żeby ten jej słuchał.
Magiczne kadzidełko
    Z drugiej strony – machoizm machoizmem, a znaleźć można też kadzidełka mające sprawiać, żeby kobieta mniej się odzywała (w znaczeniu zapewne by nie krzyczała na chłopa – co pokazuje, że kultura kulturą, a pewne toposy są niezmienne). Takie kadzidełko bywa nad wyraz skuteczne: kolega się skusił i kupił – i wystarczyło, że powiedział o tym żonie, a ta przez cały tydzień się do niego nie odzywała! Nie musiał nawet odpalać. Hejkum-kejkum, magia znów działa.
    Jak korzystać z takich kadzidełek? Ano, samo zapalenie nie wystarcza. Na każdym opakowaniu jest modlitwa – nieraz do świętych katolickich, najczęściej do wyższych instancji; ot, andyjski synkretyzm religijny – i paląc kadzidło należy się żarliwie modlić o spełnienie prośby. Jeśli nie będziemy się modlić i wierzyć, że się spełni – to się nie uda. I wtedy nawet reklamacja u wiedźmy nie pomoże: to nasza wina, bośmy się za słabo starali – ale oczywiście można kupić następną porcję i spróbować jeszcze raz; coś się nie podoba? Zawsze wiedźma może "źle spojrzeć"...
    Taka jest właśnie istota magii – dlatego właśnie chrześcijański zakaz wiary w nią – ale podejrzewam, że w dobie ataków na religię wielu na Zachodzie da się zbałamucić (astrologia chociażby). W Ameryce Południowej ta wiara to pozostałość wierzeń przedchrześcijańskich i dość powierzchownej chrystianizacji – trudno powiedzieć jak to się będzie dalej rozwijać. Na razie barwny Wiedźmi Targ ściąga turystów, choć oczywiście na serio traktują go tylko miejscowi i podstarzali hipisi, dla innych jest zwykłą atrakcją – a takich La Paz, jako miasto niezbyt urokliwe, zdecydowanie potrzebuje.
Urokliwa pazańska starówka

30 września 2022

Smog

    Wziąłem głęboki oddech i zakaszlałem – tak, że nie powstydziłby się ani żaden stary wiarus ani chory na gruźlicę dziad proszalny.
    - Palisz papierosy? - zapytała słysząc tą wagnerowską w brzmieniu symfonię koleżanka.
    - Skądże! - obruszyłem się, kiedy już przestałem się krztusić – Po prostu dopiero co wróciłem z Boliwii.
    - Dopiero co? Wróciłeś dwa tygodnie temu, a kaszlesz tak, że myślałam, że wypalasz ze dwie paczki dziennie.
    Otóż to. Kilkanaście dni po pobycie w La Paz (czy Potosi – ogólnie: trzy tygodnie siedziałem w Boliwii, głównie w miastach) – a ja dalej cherlałem jak umierający Waryński na warszawskiej Cytadeli. Dlaczego?
    Odpowiedź przynosi tytuł wpisu: Smog.

La Paz

    Niech nikt, nawet z Krakowa, kto nie wyjeżdżał z Polski nie mówi mi, że mamy w miastach smog. Możemy mieć co najwyżej smożek, smożątko. La Paz – to trzecie pod względem liczby ludności miasto Boliwii – bije Europę na głowę. Oraz na kilka innych części ciała. Wspaniała niebieska poświata jest tam tak gęsta, że można by spokojnie postawić w powietrzu kubek – a ten na tych spalinach będzie sobie swobodnie stał. Nie żartuję! (no, prawie).
    Ale ab ovo: La Paz (właściwie Neustra Senora de La Paz – Miasto Matki Boskiej Pokoju) zostało założone krótko po konkwiście w wysokogórskiej (jesteśmy na Altiplano, otoczeni niebotycznymi szczytami Andów) kotlinie przez grupkę Hiszpanów z okazji zawarcia pokoju – pokoju pomiędzy zdobywcami, wszak Europejczycy w Nowym Świecie dość szybko wzięli się za łby, vide los Franciszka Pizzara czy jego mordercy Diego de Almeidy juniora. Warto zapamiętać położenie miasta. Z okresu kolonialnego zostało kilka kościołów i domów, podobnie z XIX wieku (może nie tak dużo jak by się zdawało – ten okres to notoryczne przewroty, zamachy stanu, rewolucje – to i budować nie było komu; niemniej udało się znaleźć hotel stworzony w jednej z takich onegdaj luksusowych wielkomiejskich kamienic – oczywiście ciepłej wody i wi-fi nie było). Ciekawostką jest dworzec autobusowy zaprojektowany przez Gustawa Eiffela oraz budynki rządowe – bo choć konstytucyjną stolicą Boliwii jest przeurocze Sucre – to stolicą de facto jest właśnie La Paz.

Stare miasto La Paz nocą
Dworzec autobusowy

    Ma też miasto kilka atrakcji turystycznych, takich jak chociażby Targ Czarownic czy komunikację publiczną w postaci kolejek gondolowych – a trochę za miastem mistyczną Dolinę Księżycową i topniejący lodowiec z którego czerpie wodę – ale wszystko to tonie w potwornej chemicznej mgle. W smogu.

Dolina Księżycowa - efekty erozji piaskowca
Lodowce nad La Paz

    Och, oczywiście, nie jest to ten znany z opowiadań smog londyński – wytworzony przez przemysł, pełen związków siarki, odpowiedzialny za śmierć tysięcy, jeśli nie dziesiątek tysięcy ludzi. W La Paz nie ma wielkich przemysłowych kominów, nie ogrzewa się też domów starymi piecami z którymi usiłuje się walczyć w Polsce (ciekawe, czy dalej tak chętnie w związku ze zmianami na rynku paliw kopalnych – jeśli wiecie co mam na myśli). Nie. Tu za smog odpowiadają w dużej mierze te same czynniki co u nas.

Samochody i ukształtowanie terenu w kwaśnym deszczu

    Samochody i ukształtowanie terenu. Oprócz bowiem transportu publicznego w postaci kolejek gondolowych po La Paz jeżdżą setki colectivos – miejskich busików – i tysiące innych aut (te liczby mogą być niedoszacowane oczywiście, miasto ma prawie 800 tysięcy mieszkańców). I spora część z nich nie jest pierwszej młodości. Do tego – jak wspominałem – leży La Paz w kotlinie, z której spaliny nie mają gdzie się wydostać. Kiedy się je naprodukuje, po prostu zalegają. A pamiętajmy, że na brzegu kotliny rozrosło się El Alto (z budynkami w stylu nowoandyjskim), po którym też jeżdżą kolejne dziesiątki tysięcy aut – i których spaliny spływają łagodnie na dół – czyli nad La Paz; tak więc atmosferę miasta naprawdę można kroić nożem.

Autobus czerwony

    Nic więc dziwnego, że spora część mieszkańców miasta chodziła w maseczkach zanim to było modne.
    Wyobraźcie sobie jaki to musi być szok dla Gringo – który przebywając na wysokości prawie 4000 metrów (nic dziwnego, że Boliwia wygrywała Copa America tylko wtedy, kiedy była jego gospodarzem) i tak ledwo, ledwo łapie powietrze. W La Paz (względnie innym boliwijskim mieście, ale La Paz najgorsze) zaciąga się i zamiast śladowych ilości tlenu pochłania związki siarki, azotu, czad, tlenki ołowiu, substancje smoliste...
    A dodajmy do tego jeszcze jeden myk, jedną boliwijską licentia poetica – oto wspomniane colectivos mają rury wydechowe wyprowadzone niczym kominy traktorów. Spaliny więc po wylocie nie uderzają w ziemię czy bruk, tylko wystrzeliwują niebiesko-czarną chmurą na wysokości – wysokości takiej, aby przechodzącemu Białasowi dmuchnąć prosto w uchylone usta (nozdrza już są zatkane pyłem znajdującym się w powietrzu). Cała spalina prosto w płuco!

Kominy colectivos

    Miejscowym – ponad 60% mieszkańców Boliwii to Indianie, nie słynący ze stolemowego wzrostu – podmuch z rury może najwyżej potargać bujną, kruczoczarną czuprynę.
    I nikt mi nie wmówi, że to starego typu piece robią smog.

23 września 2022

Boliwijski Hunderwasser

    Kim jest Hunderwasser wiem nawet ja – który o nowoczesnej architekturze mam zdanie prawie tak złe jak o socjalizmie (bo wiadomo, że o nim mam jak najgorsze). Kim natomiast jest Freddy Mamani Silvestre nie miałem pojęcia aż do wizyty w Boliwii.
    A z wpływami tegoż pana spotkałem się właściwie od razu po przekroczeniu peruwiańsko-boliwijskiej granicy. Oto Yunguyo po stronie Peru miało typową nowoczesną andyjską zabudowę – składającą się głównie z niedokończonych konstrukcji z żelbetonu i kinkierowej cegły (o czym już pisałem), zaś w Kasani, już w Boliwii, pojawiły się domy ukończone – i to w dość niecodzienny dla Gringo sposób – kolorowe i pełne szklanych powierzchni (co nie znaczy, że zniknęły te ceglane i niedokończone, nie; dalej stanowiły większość). Bardziej estetyczne, tak, jakby Boliwijczykom w przeciwieństwie do ich sąsiadów bardziej zależało na porządku i ładzie w przestrzeni publicznej.

Pierwszy kontakt z architekturą nowoandyjską

    A przecież Boliwia jest od Peru dużo biedniejsza i bardziej zacofana.
    - Jest też ze dwa razy bezpieczniejsza – stwierdził znajomy z Limy – U nas to złodzieje, bandyci, a tam spokój.
    Faktycznie, na ulicach nie było wrogich spojrzeń, nawet zamaskowani chłopcy w La Paz okazywali się zawodowymi pucybutami – z jakichś względów pracującymi w kominiarkach. W każdym razie przekroczyliśmy przyjazną granicę (kiedyś oczywiście Peru z Boliwią toczyły wojny, raz nawet Boliwijczycy najechali północnego sąsiada i rozbili go na dwa państwa, ale dziś są, jak to się mówi, best friend forever i razem z Ekwadorczykami tworzą Comunidad Andina, wspólnotę państw andyjskich; za to z Chilijczykami jest wieczna kosa) i od razu na ulicach stało się porządniej, nawet śmieci było jakby mniej – choć to mogło akurat wynikać z biedy, sprawiającej, że słowo recykling nie jest w Dzikich Krajach jakąś-li tylko fanaberią ekoterrorystów.
    Prawdziwe zaskoczenie czekało mnie jednak gdy dotarłem do aglomeracji La Paz. Samo miasto jest niezwykle zanieczyszczoną i ponurą (mimo tego ogarnięcia o którym wspominałem przed chwilą) faktyczną stolicą kraju (de iure siedzibą rządu jest przesympatyczne kolonialne Sucre, docenione przez UNESCO i naprawdę warte odwiedzenia – może też zrobię wpis, choć nie spotkała tam mnie żadna poważniejsza przygoda, to wpis będzie nudnawy i typowo krajoznawczy) oraz trzecim co do wielkości ośrodkiem miejskim. Leży sobie w wysokogórskiej kotlinie napełnionej smogiem produkowanym przez siebie samego oraz położone tuż nad nim (to jest nad kotliną) El Alto, drugie pod względem liczby ludności miasto kraju. Największe jest Santa Cruz – ma ponad milion mieszkańców (czyli niewiele jak na standardy Ameryki Łacińskiej) i dynamicznie się rozwija w związku z odkryciem nieodległych złóż ropy – przynajmniej tak było kiedy prezydentem Boliwii był nastawiony antyamerykańsko i antykapitalistycznie Evo Morales (obecnie odsunięty od władzy w wyniku protestów społecznych, hm).

Aglomeracja La Paz - El Alto: domy-transformersy w deszczu

    Oto bowiem tkanka miejska La Paz i El Alto poprzetykana jest czymś, co można nazwać "domami-transformersami". Budynki te swoją stylizacją przypominają bowiem Optimusa Prime i jego koleżków z komiksów o wielkich robotach (no, albo japońskiego Daimosa).
    Autorem, pomysłodawcą tego zjawiska, zwanego architekturą neoandyjską, albo krócej: cholte, jest właśnie wspomniany na początku Freddy Mamani – choć znalazł również naśladowców. Na razie ten na poły komiksowy styl architektoniczny nie wykracza poza Amerykę Południową, ale może któregoś dnia zawojuje światowe stolice designu.

El Alto

    Co oczywiście nie oznacza, że trafia to w moje gusta. Cholte jest przaśne i jarmarczne, ale wyróżniające się. No i w sumie zabawne, że jedyni architekci o jakich do tej pory wspominałem na blogu to tuzy katalońskiej secesji z Gaudim na czele, których działa doceniło UNESCO (było jeszcze o niesamowitym Salwadorze Dalim, ale trudno go za architekta uważać) oraz nieznany szerzej Latynos.
    A gdyby ktoś jednak nie wiedział kim jest Hunderwasser, to poniżej krótkie biogramy jego i mojego boliwijskiego faworyta.
    Freddy Mamani Silvestre (ur. 1971 w Catavi) – boliwijski inżynier i architekt-samouk, twórca stylu neoandyjskiego w architekturze, odwołującego się do preinkaskiego wzornictwa tekstylnego i ceramicznego; głównym polem działania jest od 2005 roku miasto El Alto leżące w aglomeracji La Paz. Freddy zaprojektował grubo ponad 60 "domów-transformersów". Sam styl cholte spotkał się z uznaniem (byłego już) prezydenta Boliwii Evo Moralesa oraz zaciekawieniem światowych krytyków.
    Friedensreich Hunderwasser (właść. Friedrich Stowasser, ur. 1928 w Wiedniu, zm. 2000) – żydowskiego pochodzenia austriacki architekt i filatelista, swoim stylem nawiązywał do twórczości artystów z kręgów secesji, zarówno wiedeńskiej, jak i katalońskiej. Najwięcej jego dzieł znajduje się w Austrii i Niemczech, najsłynniejsze – publiczna toaleta – w Nowej Zelandii.

Dom Hunderwassera w Wiedniu

    Ach, i jako ciekawostkę można dodać, że dworzec autobusowy w La Paz jest projektu niejakiego Gustawa Eiffel'a. Tak, tego samego który skonstruował przenoszone mosty dla armii Austro-Węgier (oraz paryskiego paszkwila); jeden z tych mostów do dziś służy mieszkańcom Przemyśla.

Dworzec autobusowy w La Paz

    Gustaw Eiffel (ur. 1832 w Dijon, zm. 1923 w Paryżu) - francuski inżynier pochodzenia niemieckiego, architekt, wizjoner, przedsiębiorca - znany głównie z paryskiej stalowej kratownicy wieży, i symbolu stolicy Francji.

Most w Gironie projektu Eiffel'a

16 września 2022

Wyspy Słońca i Księżyca

    Trochę wiało, więc nasz kapitan, obdarzony niezdradzającą uczuć ciemną kamienną twarzą Ajmara naciągnął kaptur mocniej na głowę.
    - Zaraz dopływamy – mruknął.

Górski marynarz na Titicaca

    Z Copacabany na Wyspę Księżyca – nasz pierwszy punkt wyprawy – nie było daleko. Ponura aura przypominała trochę jeziora – loch – północnej Szkocji (z Jeziorem Ness, z Loch Ness na czele), ale byliśmy jakieś 3,5 kilometra wyżej i kilkanaście tysięcy dalej – w Boliwii, na Titicaca, najwyżej położonym żeglownym jeziorze Świata.

Jezioro Titicaca w pochmurny dzień

    Mieliśmy zamiar odwiedzić dwie najbardziej znane wyspy jeziora, poświęcone parze najważniejszych (poza wspominaną w poprzednim wpisie Pachamamą, Matką-Ziemią i nie wspomnianym Illapie, Panu Błyskawic i Deszczu) inkaskich bogów: Słońcu i Księżycowi – Inti i Quilla (przy czym Księżyc była kobietą, Słońce – mężczyzną). Oczywiście, Inti jest dużo bardziej znany z tej pary – tak jakiś czas zwały się chociażby sole, peruwiańska waluta, każdy, kto odwiedza Patallaqtę (czyli Machu Picchu) ogląda będący przedmiotem kultu gnomon Intihuantana (Kamień do Którego Przywiązane Jest Słońce) a wielkie ludowe święto na zboczach góry Ausangate (Pan Burzy – kolejna postać z inkaskiej mitologii) zwie się – podobnie jak miesiąc czerwiec w keczua – Inti Raymi. Quilla – albo Killa, ortografia hiszpańska w językach andyjskich nadal jest dość płynna – znana jest odrobinę mniej.

Intihuantana z Machu Picchu
Nevado Ausangate
    Główną atrakcją na mniejszej i obecnie niezamieszkanej Wyspie Księżyca są ruiny Iñaq Uyu, Klasztoru Dziewic Słońca.
Klasztor Dziewic Słońca

    Nazwa trąci jakąś mistyczną egzotyką, niechybnie związaną z pożyciem seksualnym – i trochę prawdy w tym jest. Nie od dziś wiadomo, że kobiece dziewictwo jest (i kulturowo, ale także biologicznie) pewną wartością dodaną, przetargową – i jest cenne. A – podobnie jak na przykład w Egipcie czy Japonii (ile jest tych podobieństw – dla dyfuzjonistów to dowód na przedwieczne kontakty międzykontynentalne, dla teoretyków Starożytnej Astronautyki na częste wizyty kosmitów; dla mnie na to, że Ludzie wszędzie wpadają na te same pomysły) – Sapa Inca, władca Tahuantinsuyu miał status boski, czy półboski: oficjalnie był Synem Słońca. A dla potomka Inti należało przeznaczać wszystko co najlepsze – także i dziewice. W większości były to panny z wysokich rodów – które to rody jak najchętniej wysyłały swoje księżniczki do klasztorów (nazwa oczywiście współczesna, ale wbrew pozorom całkiem trafna): jeśli któraś z Dziewic wpadła w oko Sapa Ince i zostawała główną małżonką Coyą oraz matką następcy, rodzina tylko na tym zyskiwała.

Panorama Wyspy Księżyca z terasami i ruinami Klasztoru Dziewic Słońca

    Większość panien dożywała swoich dni w spokoju, zajmując się tkaniem szat dla Inki czy uprawą ziemi (cała Wyspa Księżyca pokryta jest kiedyś uprawnymi polami tarasowymi) – choć według legend Dziewice Słońca notorycznie składano w ofierze krwawym andyjskim bóstwom. Cóż, mogło się tak zdarzyć, w końcu owe panny były niezwykle cenne, a ambiwalentna natura miejscowych bogów podpowiada nam, że im cenniejsza ofiara, tym i oczekiwany profit większy, ale były to naprawdę sporadyczne przypadki. Obraz konkwistadora ratującego przed krwawym kapłanem wprost z ołtarza Dziewicę Słońca to wymysł taniej literatury przygodowej (sam howardowski Conan nic innego nie robi jak raz za razem ratuje z takich opresji dziewice), kolejny klon Perseusza ratującego Andromedę. Motyw trafił także do książek o przygodach Tomka Wilmowskiego – a co.

Wyspa Słońca i Wyspa Księżyca

    Wyspa Słońca – drugi (i historycznie ważniejszy: tu miał przyjść na Świat słynny biały bóg Viracocha, nauczyciel i dawca wiedzy, a jak chcą teoretycy Starożytnej Astronautyki kosmita oraz wedle jednej z wersji pierwsi Inkowie, Manco Capac z żoną-siostrą Mamą Ocllą; sam Inti, Słońce też miałby stąd pochodzić) nasz przystanek – to już całkiem inna historia. Przede wszystkim jest zamieszkana, i to przez trzy communidas, trzy wspólnoty. Pech chce, że miejscowi, zamiast dogadać się i zarabiać na turystach kłócą się między sobą niczym nasi Górale w Zakopanem. Dzięki temu trudno jest swobodnie przemieszać się po wyspie, brakuje infrastruktury i dostępu do części zabytków.

Pałac Sapa Inki
Inkaskie wrota

    Na szczęście dostępne są ruiny pałacu Sapa Inki, z bardzo ciekawym pomieszczeniem, pokrytym dachem w kształcie kopuły. Oczywiście nie jest to prawdziwe łukowe sklepienie – to wynaleźli Rzymianie (i był to jeden z najważniejszych punktów w historii architektury – kto widział Panteon, Pont du Gard albo Kościół Mądrości Bożej ten ochoczo przytaknie) – ale inkascy budowniczowie zastosowali tu motyw używany w Starożytnej Grecji na przykład przy wznoszeniu tolosów (najsłynniejszym takim grobowcem jest tak zwany Grób Agamemnona) – każda następna warstwa kamieni wysuwa się lekko ponad poprzednią dając efekt kopuły – oczywiście bez jej wspaniałej trwałości, wytrzymałości i proporcji.

Sklepienie pałacowe

    Z – tym razem prawdziwych, nie pływających – wysp na Jeziorze Titicaca ruszyliśmy ku obiecanemu Tiwanaku, via La Paz, miasta przedziwnego i niebywale zatrutego. Po drodze – co już opisywałem – natknęliśmy się na niespodziewaną przeprawę promową oraz – o czym jeszcze nie było - pierwsze ślady wyjątkowej w skali Świata nowoczesnej boliwijskiej architektury.

Preinkaskie sanktuarium w Tiwanaku, cel podróży

Najchętniej czytane

Bunkry

     Skoro poprzedni wpis zakończyłem opowiastką o pubie i historii , a tych pierwszych, jak wcześniej wspomniałem w okolicy nie ma za wiel...