Tłumacz

13 grudnia 2024

Wiedeńska kawa

    Jak wspominałem w poprzednim wpisie królowi Janowi III Sobieskiemu Wiedeń zawdzięczał nie tylko ocalenie. Odsiecz Wiedeńska kończąca II oblężenie miasta przez Turków pozostawiła po sobie pewien ślad – który wpłynął na całą gastronomiczną kulturę Europy i Świata.
    Ale ab ovo.

Kościółek na Kahlenbergu
    Wojska Sobieskiego przeganiają armie osmańskie spod Wiednia i zajmują turecki obóz – w tym i namiot samego wezyra, Kara Mustafy. W obozie znajdują się istne orientalne cuda, strusie czy inne wielbłądy – choć naszego króla najbardziej ucieszył jeden taki Czerkies, haremowy niewolnik. Jak polski władca pisze żonie (a pisał namiętnie, czasem kilka listów dziennie), pokazał mu ów mężczyzna kilka różnych łóżkowych sztuczek, które to król nie omieszka wypróbować po powrocie, gdy królową będzie łomotać. Nie wiem, czy były to tylko czcze listowne przesłanki i barokowa konwencja miłosno-literacka, miał bowiem w tym czasie Jan III już sporą nadwagę i cierpiał na podagrę, ale gdy w purytańskim XIX wieku poczęto badać Listy do Marysieńki nie opublikowano sporej części korespondencji (tak jest do dziś), gdyż bardziej przypominały literaturę erotyczną (albo i pornograficzną) niż dzieła sztuki epistolograficznej. Ale taki był barok – pierwszy mąż Marii Kazimiery d'Arquien, Jan Zamojski, Sobiepan, z racji nikłego wzrostu uważany był za bardzo jurnego w łożnicy (karły miały mieć wedel ówczesnych opinii niespożytą energię seksualną).
Wilanów
    Jak ktoś chciałby zgłębić temat bogatej barokowej polskiej sztuki miłosnej to polecam mu pozycję Miłość Staropolska nieodżałowanej pamięci profesora Kuchtowicza, ja tematu tego nie będę kontynuował, pamiętajmy jednak, że barok odczuwał mocniej niż my teraz – wszak wszedł na arenę sztuki niemal erotyczną Ekstazą św. Teresy dłuta Berniniego.
    W obozie oprócz Czerkiesa i wielu bogactw znaleziono także kilka worów dziwnych ziaren.
    - Karma dla wielbłądów – zawyrokowali Austriacy, a wielbłądy tylko popatrzyły z niesmakiem (dobrze, że nie pluły, choć przypominam: podobnie jak lamy i alpaki dromadery i baktriany sensu stricte nie plują, wystrzeliwują w stronę napastnika nadtrawioną treść żołądka).
    Także nasi wojacy popukali się w czoło. W poprzednim wpisie informowałem, że byliśmy w czasach Rzeczypospolitej Obojga Narodów takim pomostem między Wschodem i Zachodem (większość kraju to zachodni katolicyzm w gotyckich katedrach plus protestanci, a stroje czy broń niczym z Persji) – i nasiona te od razu zidentyfikowano: ziarna kawy.

Jagody kawowca
    W chrześcijańskiej Europie kawa była znana już od jakiegoś czasu, choć nie była tak poważana jak w Imperium Ottomańskim czy pośród plemion Arabii czy Wschodniej Afryki. Gorzki czarny napój pito chociażby w Wenecji – pewnie na złość jednemu z papieży, który zawyrokował, że gorzki ów bisurmański dekot dziełem jest szatana (muzułmańscy mufi też czasem tak uważali, ale o tym następnym razem) – ale nie był przesadnie popularny.
Zestaw do parzenia kawy po arabsku
    Co innego w Rzeczypospolitej. Jako, że mieliśmy wspaniałe (dzięki Ormianom i Żydom, narodom kupieckim) kontakty ze Wschodem napój był w dużo szerszym użyciu. Nie wiem, czy w pałacach i dworach już wtedy działały specjalne kawiarki (służące odpowiadające tylko li za parzenie kawy, jak to opisywał w "Panu Tadeuszu" Mickiewicz). Początkowo parzono ją u nas na sposób orientalny, po turecku czy po arabsku, a taka mocna kawa przez setki lat zwana była kawą po polsku.
Dwór polski
    Ale wracamy do ziaren kawy z tureckich taborów. Skąd tam ona? Odpowiedź jest prosta: z powodu kofeiny. Napojeni kawą osmańscy żołdacy, janczarzy czy inni, po prostu lepiej walczyli. Rzecz zresztą znana i wykorzystywana wielokrotnie: a to wikińscy berserkerzy odurzający się muskaryną z muchomorów, a to pancerne zagony Wermachtu podbijające Europę na amfetaminie. Obrońcy zamku w Jagierze (Eger na Węgrzech) też odpierali osmańskie szturmy będąc pijanymi słynnym Egri Bikaver, czerwonym lokalnym winem.
    Ale znowu robię z wpisu Beniowskiego (didaskalia dla przyszłych pokoleń ogłupionych nowymi komunistycznymi "reformami" polskiej oświaty AD 2024 – Beniowski to poemat dygresyjny). Cesarz Leopold owe bezwartościowe ziarna podarował jednemu z bohaterów II Oblężenia Wiednia – niejakiemu Jerzemu Franciszkowi Kulczyckiemu herbu Sas, zwanego Bruderherzem. Czym się ów polski szlachcic spod Sambora (dziś, po Zdradzie Jałtańskiej, na Ukrainie, podle Drohobycza) wyróżnił? Ano, jako nieodzowne dziecię I Rzeczypospolitej, zmagającego się z Wysoką Portą przez wiele lat, płynnie władał językiem tureckim. Kilkukrotnie przekradał się więc przez osmański obóz z wiadomościami między obleganymi a odsieczą. Miewał przy tym różne mrożące krew w żyłach przygody, z których wychodził obronną ręką dzięki szczęściu, refleksowi i własnemu konceptowi. O ile nie były to li tylko typowe barokowe sarmackie opowieści, jakże charakterystyczne dla szlacheckich gawędziarzy zwanymi czasem paliwodami; pan Onufry Zagłoba takim był, ale i w Pamiętnikach Jana Chryzostoma Paska takie elementy znajdziemy. Jakby nie było – Kulczycki zasłużył się, i dostał za to kilka worków bezwartościowego w oczach Austriaków ziaren. Możliwe, że sam o to Habsburga poprosił – i otworzył pierwszą wiedeńską kawiarnię "Dom pod Błękitną Butelką".

Wiedeńskie ulice
    Od razu mówię – nie odniósł sukcesu. Wiedeńczykom – co nie dziwi – gorzki napój nie posmakował. Dopiero kiedy Bruderherz dodał doń miód, poeksperymentował z korzeniami, mlekiem, obywatele stolicy Austrii napój pokochali. Do tego stopnia, że dziś żaden Wiedeńczyk nie wyobraża sobie dnia bez kawy wypitej właśnie w kawiarni (kawy, a nie jakiegoś wynalezionego później ekspresowego czegoś). W takich kawiarniach na pewno siadali pisarze, malarze, aktorzy, filozofowie, myśliciele, politycy, zbrodniarze (w Wiedniu mieszkali przecież Lenin, Trocki, Hitler, Stalin) i inni. A że po pokonaniu Wysokiej Porty Habsburgowie doświadczać zaczęli prosperity, Wiedeń stał się trendsetterem – i rywalizował na tym polu z burbońskim Wersalem. A że królowymi Francji w tamtym czasie regularnie zostawały Habsburżanki (i raz Leszczyńska) to kawa podbiła i ten kraj – gdzie dziś jest podstawowym śniadaniowym (i nie tylko) napojem. Z Francji rozeszła się na całą Europę i kolonię – choć nie podbiła (acz mocno próbowała) Wielkiej Brytanii, zwożącej sobie z Chin i Indii szkunerami herbacianymi – nomen omenherbatę (słynna Boston Tea i sprawa ceł na herbatę sprawiły, że i w USA wolą kawę od szlachetnego naparu krzewów kameliowych).

Zaułki Wiednia
    Nie jestem pewny, czy drugi element – poza kawą – kontynentalnego śniadania, krosant, także nie pochodzi z Wiednia, gdzie po zwycięstwie Sobieskiego zaczęto wypiekać – wedle legendy - rogaliki inspirowane islamskim półksiężycem (podobną legendę słyszałem o odbiciu, czy tam ocaleniu, Nicei z rąk tureckich, więc nie potwierdzam i nie zaprzeczam).
    Co zaś – na koniec – się tyczy naszego Kulczycki, to nie wszyscy zgadzają się z jego polskim pochodzeniem. Pomijam tu Ukraińców, którzy twierdzą, że skoro Sambor leży dziś na Ukrainie to Bruderherz był ich. Ale i Słowianie Południowi twierdzą, że nazywał się Dujo Kolcic i był Serbem. Dla Węgrów będzie to Węgier. A ludzie psujący innym zabawę powiedzą, że pierwszą kawiarnię we Wiedniu założył jeszcze całkiem ktoś inny. Ot, Europa Środkowa.
Hofburg, wiedeńska siedziba Habsburgów

6 grudnia 2024

Gdzie jest król?

   Kilka ostatnich wpisów popełniłem byłem o Zakaukaziu, konkretniej zaś o Gruzji. To region gdzie pośród głębokich dolin Kaukazu i Małego Kaukazu spotykają się wpływy świata koczowników Wielkiego Stepu, antycznych cywilizacji Żyznego Półksiężyca, greckiej Wielkiej Kolonizacji czy Imperium Romanum (o wschodnim chrześcijaństwie, islamie i sowieckim ateizmie na wspominki brak miejsca). Nie ukrywam, że takie stykowe obszary nie dość, że są niezwykle urokliwe, to jeszcze genialnie twórcze.
Barok - czas wielokulturowego bogactwa Rzeczypospolitej
    Przecież przez kilkaset lat i Rzeczpospolita Obojga Narodów była takim państwem – żeby nie powiedzieć imperium, całą cywilizacją – kwitnącym właśnie na pograniczu kultur. Trudny (nie tylko dla nas, dla Zakaukazia też) XIX wiek, zabory, okupacje niemiecka i radziecka XX wieku (i związane z nimi ludobójstwa i ruchy migracyjne), fajnopolackie odmóżdżanie sprawiły, że to bogactwo I Rzeczpospolitej zachowało się tylko gdzieniegdzie. W innych miejscach trzeba mocno szukać.
Podlasie - meczet tatarski
    Zawieszenie polskiej kultury między Wschodem a Zachodem sprawiło, że powstała kultura ani wschodnia, ani zachodnia – polska po prostu, przez wieki atrakcyjna dla licznych przybyszów oraz ościennych kraików – w Jassach czy Moskwie nasza mowa była przecież językiem dworu u zarania Nowożytności.
Drewniana cerkiew w Drohobyczu
    Dawało nam to przewagę w starciu zarówno przeciwko wrogom z Zachodu, jak i Wschodu (o Północy i Południu nie zapominajmy). Jaka to szkoda, że w tym naszym anarchistycznym imperium wykształciła się pośród rządzącej szlachty idea pacyfizmu i niechęć do jakichkolwiek niemal wojen zaborczych – mocarstwo, które przestaje być agresywne (a nasze właściwie ledwo co zaczynało takim być) w końcu upada, najczęściej pod ciosami ościennych nuworyszy, pełnych agresji oraz w nosie mających konwenanse i kulturę. Niemniej czasami nasze zagony opuszczały gościnne ziemie Rzeczypospolitej – a to by sobie zdobyć Moskwę, a to by dla Ojczyzny ratowania rzucać się przez morze w Danii. Lisowczykami straszono dzieci w okolicznych krajach jeszcze kilkadziesiąt lat po rozwiązaniu formacji. Ostatnią chyba chwalebną akcją oręża I Rzeczypospolitej była tak zwana Odsiecz Wiedeńska. Kraj chylił się już wtedy ku upadkowi, choć bogactwo magnaterii jeszcze maskowało zły stan gospodarki, ale król Jan III zebrał armię, i – ryzykując rozłąkę z królową-małżonką, a związek mieli ognisty, iście barokowy – pojechał na złamanie karku by uratować Europę przed turecką nawałą.
Pałac w Wilanowie, miejsce igraszek króla Jana i królowej Marysieńki
    Ale to już wiecie. Połączone siły polsko-niemieckie dwa dni przekradały się przez zarośla Lasu Wiedeńskiego (jakby nie patrzeć pasmo alpejskie, choć nie wysokie), wreszcie na ruinach kościółka na szczycie Kahlenbergu odprawiono mszę i ruszono na tyły obozu tureckiego. Bojąc się zasadzek król Jan pierwszą posłał piechotę (BPP, jak pisał Sapkowski w Sadze o Wiedźminie), ale gdy okazało się, że Turcy nieprzesadnie byli przygotowani, ruszył wraz ze swoimi pancernymi zagonami husarii, a wraz z nim i konnica aliantów (w walkach wyróżnił się młodziutki Eugeniusz Sabaudzki, wkrótce jeden z największych dowódców europejskich). Żeby – o czym pewnie też wiecie – nie konfudować sprzymierzeńców i obrońców miasta (poinformowanych wszak o nadejściu odsieczy) wschodnim stylem ubioru naszych wojsk kazał król naszym odpowiednio się przepasać. Atak ciężkiej konnicy, tej pancernej pięści epoki renesansu i baroku, zniósł wojska tureckie (choć nie rozbił ich – tego Sobieski dokonał niedługo pod Parkanami, łamiąc osmański kręgosłup; od tego czasu Wysoka Porta już tylko się cofała; głównodowodzący, wezyr Czarny Stefan, czyli Kara Mustafa, na rozkaz sułtana został stracony). Wiedeń był wolny, Europa uratowana. A Polska została jak zwykle moralnym zwycięzcą – bo faktycznych zysków z całej akcji nie było. Cesarz Leopold, podrażniony dumnym zachowaniem naszego władcy (oraz zazdrosny o sławę) zadbał, byśmy nic nie wygrali – a po niecałych stu latach zajęciem Spisza jego potomkowie rozpoczęli rozbiór Rzeczypospolitej (i całkiem niesłusznie uważani byli za najłagodniejszych zaborców – a oni po prostu po mistrzowsku wykorzystywali zasadę divide et impera; do dziś za to płacimy).
Współczesna panorama Wiednia z Kahlenbergu
Hofburg - siedziba cesarzy skąd dzielono i rządzono
    Króla Jana upamiętniono za to niewielką tablicą w sercu Wiednia.

Tablica upamiętniająca mszę dziękczynną po zwycięstwie pod Wiedniem
    Odbudowano także kościółek na Kahlenbergu. Dziś zarządzają nim zakonnicy z Polski – i to głównie nasi rodacy podejmują trud wjechania na to górujące nad austriacką stolicą wzgórze Lasu Wiedeńskiego.

Kościół na Kahlenbergu
    Kilka lat temu zaproponowano – oczywiście polskimi środkami – wzniesienie tam pomnika upamiętniającego ową szarżę znoszącą tureckie oblężenie. Wybrano projekt, zbudowano cokół i... Niczym cesarz Leopold konserwator zabytków (czy inna taka instytucja) w Wiedniu budowę zablokował. Oficjalnie bo nie pasował artystycznie, choć pewnie są i inne powody. Spacerując bowiem uliczkami Inner Stadt, wiedeńskiej starówki, można dojść do wniosku, że, przynajmniej kulinarnie, po latach to oblegający wygrali. Może też chodzić o zwykłą zawiść i niechęć do przyznawania Polakom ważnego miejsca w dziejach Europy.

Gdzie jest król?
    Nie chcą też Wiedeńczycy pamiętać o nieoczywistym efekcie Odsieczy Wiedeńskiej, takim, z którym spotykają się na co dzień. Nie tylko zresztą oni – bo większość Zachodniego Świata (więc nie chodzi tu o jeden z kulinarnych symboli miasta, czekoladowy tort Sachera, chodzi o inny; w rodzinę Sacherów wżenił się niejaki von Masoch, przyjmując nazwisko Sacher-Masoch, niezbyt sprawny pisarz, działający m.in we Lwowie, w swych erotycznych powieściach jak Wenus w futrze zdefiniował zboczenie zwane dziś od nazwiska masochizmem). Ale o tym postanowiłem zrobić następny wpis – bo ten jest trochę o niewdzięczności (a w domyśle: o tym, że Machiavelli to był jednak szczwany lis, i żeby bawić się w politykę trzeba nie tylko znać jego Księcia, ale i doń się stosować; jak i do Sun Tzu).

Serce starego Wiednia - katedra
    Pomnik króla Jana znajduje się natomiast w Gdańsku – dokąd został wygnany ze Lwowa, gdzie powstał, przez zajmujących te ziemie w wyniku Zdrady Jałtańskiej sowietów.

Lwowski pomnik Jana III w Gdańsku
    I na koniec a propos sowietów: po II wojnie światowej Austria została podzielona na cztery strefy okupacyjne - rychło jednak wraże wojska opuściły kraj, choć pozostało po nich trochę pomników. Na przykład taki wystawiony w podzięce Armii Czerwonej. Do dziś zresztą zdobi on ulice Wiednia. Czemu nie zniknie? Raz, że ZSRS wycofując się miało jako jeden z warunków postawić pozostawienie takich monumentów. Dwa - Austriacy stwierdzili, że to część historii ich kraju, i nie lza pomnika usuwać. Bardzo to mądre, tolerancyjne i tak dalej. Wychodzi więc, że zerwanie tureckiego oblężenia przez Polaków musi być dla nich rzeczą gorszą niż Anschluss czy sowiecka okupacja...
Armia Czerwona > Jan III Sobieski

29 listopada 2024

Kolchida cz. 2

     Dojechać z Kutaisi do okolic Jaskini Prometeusza na której zakończyłem poprzednią część (właściwie wpis miał być pojedynczy, ale był ciut długi, a jak doszły jeszcze zdjęcia, to już w ogóle; w tej części też będzie o zwierzętach Zakaukazia) nie jest wcale zbyt łatwo (stan na kilka lat temu) – marszrutka nie dojeżdżała bezpośrednio, i trzeba było przesiadać się w Ckaltubo, dawnym sowieckim uzdrowisku, dziś w dużej mierze opuszczonym, przez to jeszcze bardziej ponurym (Zakaukazie słynie ze smacznych i leczniczych wód, najsłynniejsza z nich to borżomi; wielkim fanem zakaukaskich kurortów był sam Stalin). Można oczywiście nająć taksówkę albo – co też jest warte odwiedzenia – wynająć samochód, najlepiej z napędem na cztery koła. Nie dość, że jesteśmy przecież w górach, to jeszcze na terenach postsowieckich. Drogi mają gorsze niż w Łodzi. Albo przynajmniej bardzo podobne.

Jaskinia Prometeusza w swej mniej barwnej odsłonie
Ckaltubo-Zdrój
    Nie wszędzie też da się ową marszrutką dotelepać. Nad kanion rzeki Okace (szerzej znanej jako Okatse, kwestia transkrypcji z oryginalnego gruzińskiego alfabetu) trzeba iść piechotą (ok, w okolice można dotrzeć taksówką, a te na Zakaukaziu to wspaniała przygoda, o czym dawno temu wspominałem) – najpierw przez pozostałości olbrzymiego parku w stylu angielskim, jednego z nowocześniejszych w drugiej połowie XIX wieku nie tylko na Zakaukaziu, ale i w całym Imperium Rosyjskim (w końcu skądś car musiał brać elity – często wykorzystywał dawną wierchuszkę podbitych terytoriów; niewykorzystanych mieszkańców niższego stanu zagospodarowali dopiero komuniści: wśród starych bolszewików próżno szukać etnicznych Rosjan – a wśród liderów Rewolucji właściwie nie było ich wcale). Dziś pośród dawnych ścieżek należących niegdyś do spowinowaconego z Bonapartymi rodu Dadani pasą się krowy i świnie. Sic transit gloria mundi.
Park w stylu angielskim, acz na Zakaukaziu
Utylitarna strona parku
    Taka mała rada - warto, oglądając bydło rogate, zwracać uwagę na liczbę wymion. Jeśli jest ich mniej niż cztery, to może nie być krowa, a na przykład naładowany testosteronem młody byczek, chcący gonić wszystko co się rusza.
Jurny byczek w fazie ataku
    Potem - jeśli spotkanie z miejscowym Fernando przebiegnie łagodnie - minąć trzeba zagajnik kasztanowcowy – z kasztanowców, nie z kasztanów. Te pierwsze to zmora maturzystów, owoce tych drugich można zjeść m.in na placu Pigalle w Paryżu.
Kasztanowce
Kasztany
    Sam kanion jest bardzo malowniczy – to coś jak nasza dolina Prądnika, tylko o wiele, wiele większa. Wapienne skały, świadkowie geologicznej historii tego terenu najładniej chyba wyglądają – podobnie jak nasz Ojców – jesienią, kiedy żółto-czerwone liście wspaniale kontrastują z bielą kamieni.
Panorama kanionu
Jesień w Kanionie Okace
Kanion Okace
    Poza kwestią skali w Ojcowie nie ma też kładki wystającej ponad przepaść kanionu. Zazwyczaj pilnuje jej strażnik, ale nie jest to uspokajająca wiadomość. Oprócz pobierania opłaty dba on też o to, by na punkt widokowy nie weszło na raz zbyt dużo osób. To bowiem tańszy sposób niż naprawa nieco skorodowanej konstrukcji. Swoją drogą sama droga wzdłuż Okace już skłania podróżnika do przemyśleń, powiedzmy, eschatologicznych. Ale nadal się trzyma, zawieszona na pionowych skałach kanionu.
Punkt widokowy
Rzeka Okace
    Oj, przydługawe te wpisy o Imeretii – czy może jednak o mitycznej Kolchidzie (bardziej realnej jednak niż Atlantyda) - wyszły trochę. A to o nieistniejących kolejkach górskich, a to o przepięknych klasztorach...

Skarby Kolchidy
Pałac kolchidzkich imeretyńskich władców
Dawny przystanek kolejki linowej w Cziaturze
Klasztor Gelati
Freski Złotego Wieku
Katedra Bargati
   Odwiedźcie Zakaukazie, póki Sowieci tam nie wrócą.
Rosyjska strefa wpływów

25 listopada 2024

Kolchida cz. 1

    Jak wspominałem w poprzednim wpisie – w centrum Kutaisi, jednego z większych miast Gruzji, stoi dumnie fontanna przypominająca, że Imeretia jest jednym z miejsc (najważniejszym), w którym lokalizuje się mityczną Kolchidę.
Fontanna w Kutaisi z kopiami skarbów Kolchidy
    Co to takiego ta Kolchida właściwie przypominać nie powinienem, ale są – niewielkie – szanse, że wpis przeczyta jakiś nowocześniak, odcięty już zupełnie od korzeni europejskiej kultury (do której – bądź może z której – także Gruzja czerpie, o czym za chwilę) i zdziwi się nazwę tą słysząc.
Grecka ekumena
    Kraina ta występuje między innymi w micie o Jazonie – który wraz z bandą bohaterów, Argonautom, wypłynął z rodzinnego polis na poszukiwanie legendarnego już wtedy Złotego Runa. Odnalezienie artefaktu miało umożliwić mu – w dużym skrócie – przejęcie Ojcowizny. Syn Ajzona et consores przeżyli wiele przygód, i wreszcie dotarli do leżącej na rubieżach greckiej ekumeny Kolchidy, gdzie ów skarb przechowywano. Jazon, dzięki zakochanej w nim miejscowej księżniczce Medei Złote Runo zdobył i wrócił do Grecji – kochankę oczywiście zostawiając i narażając się na jej krwawą (w końcu to grecka mitologia) zemstę. Swoją drogą źle nie zrobił – była bowiem kobieta groźną czarodziejką, trucicielką (Medea do swych zabójczych eksperymentów używała niewielkiego uroczego kwiatka, zimowita; choć rośnie i u nas w jego nazwie gatunkowej nadal tkwi słowo colchis, kolchidzki; z której części uzyskuje się truciznę wiem, ale nie powiem, żeby w razie czego nie być pociągnięty do współodpowiedzialności) – generalnie, cytując klasyka, to zła kobieta była.
Miejsce narodzin mitów
    A Złote Runo? Zawisło jako trofeum w jednej z greckich świątyń, a potem zaginęło w pomroce dziejów. Co to zaś było? Dla kogoś, kto hodował owce albo zbójował z Janosikiem heej rzecz jest oczywista – to owcza skóra z włosiem, runem właśnie. Złoty kolor nadać jej miało – tu Ameryki nie odkrywam – złoto. A raczej pył, piasek, który ze złotodajnych rzek Zakaukazia, takich jak płynąca przez Imeretię Rioni, pozyskiwano przez tysiąclecia.
Złotodajna Rioni
    Jesteśmy nad Morzem Czarnym, na jego wybrzeżach znaleziono najstarsze stworzone przez Człowieka złote precjoza, metal ten obrabiano więc tu od bardzo dawna. Ostatnio spotkałem się z teorią, że jest on dla nas tak atrakcyjny, bo się błyszczy – tak, jak na afrykańskich sawannach, gdy nasi antenaci zeszli z drzew, błyszczały kałuże z drogocenną wodą. Byłaby więc chciwość wprogramowana w nasze mózgi – i powstrzymanie się o niej dopiero świadczyć może o naszym pełnym człowieczeństwie i umiejętności opanowania najniższych pierwotnych instynktów. Ciekawe.

Varna Gold - najstarsze znane złoto znad Morza Czarnego
    W każdym razie złotodajny piasek z Rioni uzyskiwano właśnie dzięki kosmatym owczym skórą – wodę ze złotem przepuszczano przez wełnę, na włóknach której osadzały się drobinki metalu. Co ciekawe do dziś tą metodę stosuje się w Stanach (Turkmenistan, Uzbekistan, Kazachstan) leżących w Azji Środkowej, w dawnej Baktrii i Magdianie, w Siedmiorzeczu, nad Oksusem (Amu-Daria, Syr-Daria – te rejony spowodowanej przez komunistów klęski ekologicznej która to powaliła Jezioro Aralskie). Niektórzy badacze zresztą w tamtych rejonach Ziemi lokalizują Kolchidę – i to w jej poszukiwaniu (między innymi) Aleksander Wielki zapędzał się na Wschód.
Aleksander Wielki
    Najczęściej jednak granice antycznego greckiego Świata sięgają do pasm górskich Kaukazu – i bardzo możliwe, że już wtedy żyli tam ludzie mówiący językami kartwelskimi, przodkowie Gruzinów. Jeśli zaś dodamy do tego bliskość Araratu (święta góra Ormian) i chyba najstarsze ślady produkcji wina Gruzję (czy Armenię) potraktować trzeba nie jako beneficjenta greko-rzymskiej (czy bliskowschodniej) tradycji, a jako element ją współtworzący (Celtowie, Germanie czy Słowianie powiedzieć tego o sobie nie mogą). Może dlatego odkrytą w XX wieku jaskinię Gruzini nazwali imieniem Prometeusza – mitycznego herosa, tytana, który ukradłszy bogom ogień właśnie na kamiennych szczytach Kaukazu cierpiał męki.
Wejście do Jaskini Prometeusza
    Dobra, współczesny – turystyczny – wystrój groty Gruzini strasznie skiepścili. Może komuś podobają się barwy jakie w normalnym Świecie osiągają tylko będące na silnych środkach psychodelicznych kameleony, ale ja fanem nie jestem.

Jaskinia Prometeusza
Magiczne kolorki
Pełna psychodelia
   
Miłośnikiem tych kolorów był chyba miejscowy pies - o przygodach z psami (choć mam kynofobię) na blogu było przy okazji trekingu po kanionie rzeki Apurimac, stąd wiadomo: miejscowych psów warto słuchać - zwierzę razem z nami do jaskini weszło, i ewidentnie prowadziło do wyjścia. W zamian za zwyczajowy bakszysz, oczywiście - w postaci smakołyków.

Rzadka chwila gdy podziwiać można bogatą szatę naciekową we w miarę neutralnych barwach
    Cóż, tu miała znajdować się dalsza opowieść o atrakcjach - przyrodniczych - Imeretii, ale postanowiłem rozpić wpis na dwie części. Może wcale nie był za długi, ale jak zobaczyłem ilość zdjęć - to żeby nie przesadzić postanowiłem kanion rzeki Okace zostawić na drugą część. Nie jest może tak potężny jak opisywany kiedyś przeze mnie peruwiański Kanion Cotahuasi, ale równie dziki. I gwarantujący niezapomniane przeżycia.
Atrakcje nad rzeką Okace

Najchętniej czytane

Długa droga do domu cz. 2

     Ach. Zatrzymaliśmy się pod katedrą w Dubrowniku , której początki sięgają nieoczekiwanej wizyty Gandalfa w Bag End króla Ryszarda I ...