Jak wspominałem w poprzednim wpisie
tradycja polskiej Wigilii wpisana (razem z haftem sieradzkim) została
na listę Krajowego Dziedzictwa Kultury Niematerialnej. Bardzo
słusznie – wszak jest to rzecz tak wyjątkowa, że moim zdaniem ma
nawet szansę trafić na światową listę takiegoż dziedzictwa ,
funkcjonującą pod egidą UNESCO. Z Polski mamy tam już między
innymi kwiatowe dywany Bożego Ciała w Spycimierzu podle Uniejowa
albo – skoro zbliżamy się do dnia Bożego Narodzenia – słynne
Szopki Krakowskie.
Ważne, że tradycja ta jest żywa. Nawet w
cudownej komedii "Rozmowy kontrolowane" w
krzywym zwierciadle pokazane są obchody Wigilii w wykonaniu
komunistycznej okupacyjnej nomenklatury. Jeśli W. Sz. Czytelnik nie
widział, to polecam. A o filmie już wspominałem, przy okazji
Pałacu Kultury i Nauki (tak, postuluję wpis Prącia Stalina na
listę dziedzictwa UNESCO; czemu? Bo mogę).
W poprzednim wpisie
zwróciłem jednak uwagę, że ta tradycyjna polska Wigilia różni
się znacznie w zależności od regionu. W dawnym Księstwie
Sieradzkim, oprócz nieparzystej liczby potraw na stole mamy także
Wiliorzy.
Nie będę mówił co to jest – tylko kto. Otóż
tradycyjnie po Pasterce po wsiach (a później i po miasteczkach)
pojawiały się grupy Wiliorzy. Młodzież przebierała się za różne
Herody, turonie, inne potwory, i, czasem też z gwiazdą, chodziła po
obejściach przedstawiając zabawne scenki (ej, Herodzie, za twe
zbytki, pódź do piekła, boś ty brzydki!), śpiewając kolędy
czy pastorałki (też arcypolskie są te Bożonarodzeniowe pieśni)
strasząc dzieci czy – jako, że byli to głównie młodzieńcy –
obłapiając panny na wydaniu. W zamian za to Wiliorze (chyba dopiero
od 01.01.2026, wtedy wchodzi reforma języka polskiego, można pisać
wiliorzy wielką literą, ale co się będę ograniczał; dużo nie
zostało) dostawali prezenty w postaci produktów spożywczych lub –
co zapewne cieszyło mołojców barzyi (tzn bardziej) –
gorzołki.
Ktoś powie: no i co w tym dziwnego, po Kolędzie w
wielu rejonach się chodzi, prawda? No właśnie. Kluczem jest
stwierdzenie "po Kolędzie". Więc są to Kolędnicy. A u
nas chodzi się w Wilię, Wigilię Bożego Narodzenia – stąd
Wiliorze. Trzeba przyznać, że tradycja jest już jednak mocno
ginąca. Pamiętam, jak u mnie na wsi – było to dawno temu, kiedy
bramy trojańskie zamykano na zatrzaski a słońce podpierano kołkami
w Polsce trwała mroczna komuna – gdzieś w latach osiemdziesiątych
minionego stulecia zapukali jedni z ostatnich prawdziwych Wiliorzy. Przebierańcy
narobili hałasu, pokrzyczeli, potupali, prezent dostali, a ja –
kilkuletni brzdąc – pełen przerażenia, z prędkością chińskiej
rakiety, uciekłem pod stół. Śmiechom nie było końca, a i
wspomnieniom także (póki Alzheimer nie zabierze i świadkowie
wydarzeń nie odejdą; jest ich zresztą z każdym rokiem coraz mniej). Potem Wiliorze
przestali chodzić. Ich miejsce zajęły dzieciaki, które chodziły
po domach i za zaśpiewanie, nieraz bardzo fałszywe, kolędy
dostawały garść cukierków z choinki (bo tradycyjnie przypiera się
przecież drzewko wiktuałami). Taka sieradzka wersja Halloween, z
tym, że osadzona w naszej kulturze i tradycji, a nie jakiegoś
celtyckiego pogańskiego święta poświęconego duchom
nieboszczyków. Niestety, i ta młodzież dorosła, a współcześnie
bąbelki biegają raczej na koniec października niż w Wigilię
Bożego Narodzenia. I nic nie muszą robić, ani śpiewać, ani nic
(za Wiliorza też trzeba było się przebrać). Dostawać coś za
nic, ależ pauperyzacja obyczajów. Za to chyba tylko cukierki
lukrecjowe się należą (podobno istnieją ludzie, którym to
smakuje; niezbadane są wyroki Boskie).
Ech. I zamiast
tradycyjnej jeremiady (choćby TU uczynionej) na początek roku
wyszła taka na koniec. Całkiem niepotrzebnie, bo zaraz niezwykle
radosne Boże Narodzenie. Przecież w końcu świętujemy rocznicę
przyjścia na tą Ziemię Syna Boga, Zbawiciela, co przecież
wydarzeniem smutnym być nie może – nawet, jeśli wiemy, że cała
sprawa zakończy się Męką Pańską na przedmieściach dawnej
Jerozolimy (a w centrum tej odbudowanej po 70 roku po Chrystusie
przez Rzymian).
I tak się to toczy od tych – plus-minus –
2000 lat. Tak więc na to Boże Narodzenie i kolejny, 2026 już Rok
Pański składam W. Sz. Czytelnikom najlepsze życzenia, bo widzimy
się dopiero w styczniu (chyba, że coś mnie najdzie i jeszcze przed
końcem roku coś wysmaruję, zobaczymy). A wtedy na tapet (czyli taki
stół obity płótnem, nie mylić z tapetą, dziś papierową a
niegdyś też płócienną materią pokrywającą ściany) wejdzie
ponownie Śródziemnomorze. W swojej wschodniej części, tej
zajmowanej niegdyś przez Cesarstwo Bizantyjskie. A dziś już
nie.
No, chyba, że się coś wydarzy, ale to nigdy nie wiadomo.
Najlepszego i pielęgnujmy tradycje.
![]() |
| Szopka Krakowska |
![]() |
| Szopka Warszawska |
![]() |
| Staropolskie danie rybne, jedna z potencjalnych potraw wigilijnych |
![]() |
| Skansen udający sieradzką wieś |
![]() |
| Korzeń lukrecji i lukrecjowy cukierek |
| Miasto Dawidowe u stóp Wzgórza Moria, zniszczone w 70 roku po Chrystusie |
![]() |
| Omfalos w Kościele Mądrości Bożej, centrum greckiej ekumeny przez 1000 lat |
![]() |
| Sieradzka wycinanka (foto A. E. Adamas) |







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz