Dolmeny to megalityczne budowle,
najczęściej grobowce, zbudowane z ogromnych kamieni, nierzadko
menhirów (to te podłużne głazy, które nosił Obelix). Występują
– licznie – w zachodniej Europie. Z jednym wyjątkiem. Grobowcem
korytarzowym w Borkowicach. Jest to jedyny znany dolmen na wschód
od Łaby – reszta megalitycznych grobowców na terenie współczesnej
Polski ma zgoła inny charakter.
Dolmen
Dlaczego więc w Borkowicach istnieje
tak nietypowa konstrukcja? Trudno powiedzieć. Może została
zbudowana przez jakiegoś nobilitowanego uchodźcę z terenów
zachodnioeuropejskich? Wygląda na to, że byliśmy multi-kulti zanim
nawet powstaliśmy.
Oprócz dolmena w Borkowicach znajdują
się mniej imponujące typowe dla ówczesnej kultury pucharów
lejkowatych grobowce bezkomorowe – znacznie jednak mniejsze od
konstrukcji w Dolicach czy Wietrzychowicach. Akurat przechodziłem z tragarzamibyłem w pobliskim Sławnie (urocze miasteczko, w znacznej mierze
zniszczone przez czerwonoarmistów w 1945 roku), więc postanowiłem
udać się do Borkowic. Jak? Ponieważ była niedziela pozostawała
tylko jedna możliwość. Palce-pięta. Łącznie jakieś 30
kilometrów tam i z powrotem (a miałem pewien deadline – musiałem
zdążyć na pociąg do Kołobrzegu). Ze sporym plecakiem i w sporym
– jak się okazało – upale.
Sławno
Nie ukrywam, że liczyłem na
autostop. Co okazało się nie być znowu aż
tak dobrym rozwiązaniem. Drogi, jakimi się poruszałem nie należały
do najczęściej uczęszczanych – jednak znów się nie zawiodłem
na mieszkańcach polskiej prowincji (i to nie najweselszej, bo
postpegieerowskiej): udało się finalnie zredukować kilometraż do
niewiele ponad 10 kilometrów marszu w upale.
PGR
- Widziałem pana w kościele –
powiedział jeden z kierowców – Wsiadaj pan, podwiozę kawałek. - Chcesz się pan dostać do Borkowic?
- powtórzył moją wypowiedź inny – No tam nie jadę, ale wysadzę
pana po drodze. Pokażę którędy iść dalej. Prosta droga. Ja z
rybek wracam. - My tu na żniwa przyjechali –
odparło młode małżeństwo w aucie z rejestracją z odległego
Hrubieszowa. Generalnie lubię podróżować
autostopem, sam też często zabieram podróżnych. Może czasem jest
trochę strachu przed obcym podróżnikiem, ale zauważyłem, że im
głębsza prowincja (i im starszy samochód) tym chętniej ludzie się
zatrzymują. Ot, okazuje się, że Ciemnogród i zacofaństwo
bardziej jest otwarte i przychylne obcemu niż młodzi, wykształceni
i z wielkich ośrodków. Nawet w dobie obostrzeń spowodowanych
paniką koronawirusową. Najprzyjemniejsze spotkanie miałem z
panami spod lokalnego gieesu. Jeden z gieroi na widok obcego turysty
z aparatem fotograficznym zakrzyknął: - Panie, zrób mi pan zdjęcie! - Pewnie – odrzekłem – ale musisz
się pan uśmiechnąć! Efekt musicie ocenić sami.
Uśmiech roku
W każdym razie droga upłynęła mi
przyjemnie (to znaczy pomiędzy morderczymi marszami w palącym
słońcu; nie było po równym, w końcu byłem na dość
pofałdowanym Pojezierzu Pomorskim) i dotarłem do Borkowic.
Miejscowi od razu wskazali mi właściwy kierunek. Ucieszyłem się.
Czasem bywa tak, że szukając jakichś niezbyt imponujących
(aczkolwiek cennych) zabytków to ja muszę autochtonom tłumaczyć,
że mają coś wyjątkowego. Tu mieszkańcy byli świadomi istnienia
megalitów. - Nawet tabliczka jest – tłumaczyła
zaczepiona pod sklepem niewiasta – To znaczy – zreflektowała się
– Kiedyś była. Ale chyba jest nadal. W tamtą stronę pan pójdzie
i potem w lewo w pierwszą polną drogę.
Podziękowałem i wszedłem do sklepu – tu zgrzyt, bo
w owym sklepie nie mieli oranżady na miejscu; skandal, giees bez oranżady –
wypiłem więc małą pepsi ku pokrzepieniu serc, zniszczeniu szkliwa na
zębach i uzupełnieniu cukru. Po chwili ruszyłem w drogę. GPS
pokazywał, że jestem blisko (skoro miałem współrzędne obiektu,
zapytacie, po co pytałem miejscowych? Bo zawsze lubię wejść w
interakcje z ludźmi, a poza tym wolałem na wszelki wypadek
oszczędzać baterie). Po drodze zlokalizowałem jeszcze zarośnięte pokrzywami relikty
założenia pałacowego (czy tam dworskiego), zapewne puszczonego z
dymem przez krasnoarmiejców w 1945 i dotarłem na miejsce.
Relikty dworu
Uwaga, spojler alert: jeśli
spodziewacie się monumentalnego stanowiska archeologicznego, to
jesteście w wielkim błędzie. Dużo lepiej zabezpieczone są
Kamienne Kręgi w Odrach (jest tam rezerwat i płot) niż to, o wiele
starsze cmentarzysko. Ale może to i lepiej. Jedyny w tej części
świata dolmen stoi sobie nie niepokojony na skarpie nad doliną
miejscowego strumyka a obok rozciągają się dużo słabiej widoczne
grobowce bezkomorowe. Miejsce jest przyjemne – a że leżało w
lesie dawało także wytchnienie przed okropnym upałem jaki panował
tej niedzieli – i niezaśmiecone. Prawdopodobnie dlatego, że
niezbyt znane.
Grobowiec bezkomorowy
Cmentarzysko w Borkowicach
Zresztą może i dobrze? Nic niemal
nie zakłóca spokoju przedwiecznych mieszkańców tych ziem –
raczej niespokrewnionych z Gotami i Gepidami tworzącymi kilka
tysięcy lat później (na początku naszej ery) kamienne kręgi w
okolicy, ani tym bardziej ze Słowianami, którzy zajęli te ziemie
jakoś w okolicach VII/VIII stulecia po Chr.
Kamienne Kręgi w Odrach
Jest więc grobowiec korytarzowy –
dolmen – w Borkowicach budowlą zagadkową i tajemniczą – i
chyba nie mniej zaawansowaną technicznie co bardziej znane
konstrukcje megalityczne ze Śródziemnomorza. Czy młodsze, takie
jak talayoty z Balearów, czy dużo starsze jak owe maltańskie świątynie. Swoją drogą duża część zachodnioeuropejskich
dolmenów wcale nie jest większa od tego naszego. Jak zwykle zresztą
nie mamy się czego wstydzić.
Poddąbie to niewielka osada na
Pobrzeżu Słowińskim w bliskim sąsiedztwie słynnego z ruchomych
wydm Słowińskiego Parku Narodowego. Spośród nadbałtyckich
ośrodków wczasowych miejscowość miejscowość wyróżnia się
spokojem i malowniczym położeniem na wysokim klifie. Jest to spory
plus – dopiero co pisałem o tym co lubię i czego nie nad Bałtykiem: tłok oraz obserwowanie zachodów słońca z klifów są
na przeciwległych krańcach skali.
Poddąbie
Tak więc jest Poddąbie miejscem
miłym i spokojnym. W sam raz na wypoczynek, zdawać by się mogło.
Tylko, że ja jakoś stacjonarnie wypoczywać nie lubię i nie umiem.
Nosi mnie. Całe szczęście, że w okolicy prowadziłem zajęcia z
survivalu, to trochę poszlajałem się po okolicy (ech, te buczyny
pomorskie na klifach rosnące – piękne; lasy też lubię). Inaczej
bym się zanudził.
Poddąbska plaża
Na szczęście okazało się też, że
w relatywnie niewielkiej (wieś niesołecka, jakby nie było) osadzie
coś jednak się znajdzie. I to coś, co pozwoli odbyć podróż w
odległe czasy pomiędzy dniem gdy ocean zatopił Atlantydę a narodzinami synów Ariów i
spotkać wymarłe ludy zamieszkujące – mniej więcej – na tych
terenach.
Klif
Najłatwiej było natknąć się na
byłą jednostkę wojskową. Gdzieniegdzie spotkać można było
fragmenty betonowych słupów oplecione drutem kolczastym (z czasów
Zimnej Wojny) – czekające by niszcząca działalność fal
morskich zabrała je w końcu do morza, tak jak ponad sto lat temu
zabrała ówczesną wioskę Neu-Strand (dzisiejsze Poddąbie od
tamtego czasu przeniosło się w głąb lądu). Taka uroda wybrzeża
klifowego. Jednostka nr 4961 była częścią 69 dywizjonu
rakietowego Wojsk Obrony Powietrznej Kraju. Wspaniałym reliktem jest
betonowy orzeł wraz z godłem WOPK i jednostki, ukryty w pokrzywach
niedaleko klifów. Po upadku komunizmu dogipsowano mu koronę – ale
nadal jest wspaniałym przykładem socjalistycznego designu. Szkoda,
że schron dowodzenia jednostki znajduje się na terenie prywatnym.
Ogrodzenie jednostki wojskowej
Orzeł
Inną – także militarną –
atrakcją jest leżący nieopodal głównej plaży wrak z czasów II
wojny światowej. Cóż. Słowo "atrakcja" jest może
trochę na wyrost – to zaledwie kilka elementów wystających z
wody. Tylko tyle pozostało z duńskiego torpedowca (przejętego w
czasie wojny przez Niemców nazistów) – jest to prawdopodobnie
jednostka TFA4 klasy "Glenten", i (również
prawdopodobnie) jako wrak wystąpiła w nieoglądalnym
socrealistycznym filmie "Uczta Baltazara".
Resztki wraku
Prawdziwym jednak hitem Poddąbia
okazały się tzw. Groby Olbrzymów.
Tego stanowiska archeologicznego
szukałem dobrych kilka dni – w końcu udało się trafić na ich
ślad i... Cóż.
Skąd się tam wzięły?
Las bukowy na klifie
Na pewno nie mają nic wspólnego z
olbrzymami. Ba, nawet z samym słowem. Olbrzym pochodzi bowiem od
nazwy koczowniczego plemienia Awarów. Mieszkali oni w Kotlinie
Pannońskiej i swego czasu – wraz ze Słowianami – tworzyli
regionalną potęgę zwaną Kaganatem Awarskim. Napsuli sporo krwi
Cesarstwu Bizantyjskiemu i Imperium Karola Wielkiego – w końcu
jednak zostali rozbici i rozpłynęli się w masie miejscowych
Słowian, Wołochów czy przybyłych wkrótce na te ziemie Madziarów.
Charakterystyczną cechą tego wymarłego ludu było wiązanie brody
w dwa warkocze.
Zresztą słowo "olbrzym"
mogło pojawić się tu dopiero po 1945 roku. Wcześniej na tych
terenach żyli pomorscy Słowińcy – na co dzień używający raczej
języka niemieckiego niż swojego słowiańskiego dialektu, w którym
olbrzymi określani byli stolemami. To właśnie stolemowie
(stolemy?), istoty o nadludzkiej sile, porozrzucały po całym
Pomorzu potężne głazy – dziś wiemy, że polodowcowe. Słowińcy
– ci którzy nie uciekli przed Sowietami – wyjechali do Niemiec w
latach 50-tych XX wieku – kolaboranci nowej Władzy Ludowej
skutecznie uprzykrzali im życie, a poza tym perspektywa życia na
zgniłym Zachodzie okazywała się bardziej kusząca niż wegetacja w
Krajach Demokracji Ludowej. Dziś potomkowie Słowińców co jakiś
czas spotykają się w Klukach – ostatniej słowińskiej wsi,
słynącej ze skansenu chroniącego resztki dziedzictwa tego
właściwie już wymarłego etnosu.
Wracając do stolemów – niektóre z
tych głazów układali oni w kręgi – i taki krąg właśnie
istnieć miał w Poddąbiu. Jak krąg – to wiadomo: tajemnica.
Najlepiej starożytna – więc na pewno głazy leżące nieopodal
wioski ułożone zostały w neolicie. W końcu mamy u nas potężnemegalitycznegrobowce z czasów kultury pucharów lejkowych (tej,
która stworzyła najstarszy na Świecie znany wizerunek wozu na
kołach).
Po przeprowadzeniu prac
wykopaliskowych w okolicy głazów zdementowano plotki o tak
antycznym pochodzeniu kręgu – nie znaleziono co prawda pochówków,
ale inne artefakty wskazywały na kulturę wielbarską. Czyli Goci.
Ci sami, którzy stworzyli Kamienne Kręgi w Odrach (zwane Polskim Stonehenge) a jakiś czas potem splądrowali Rzym oraz stworzyli
królestwa w Italii oraz na Półwyspie Iberyjskim (przy okazji
niszcząc i paląc sporo na swej drodze). Ci Wschodni Germanie
odcisnęli wielkie piętno na historii Europy – po drodze
mieszkając w – jak podaje kronikarz gockiego pochodzenia Paweł
Diakon – Gothskandzy, krainie leżącej na południowym wybrzeżu
Bałtyku. Świadectwa archeologiczne pokazują, że były to tereny w
dolinie Dolnej Wisły oraz na dzisiejszych Kaszubach. Goci tułali
się po Europie dobrych 700 lat, aż w końcu wymarli w VIII wieku po
Chr. (podobno język wschodniego odłamu plemienia, Ostrogotów, był
używany jeszcze długo, długo po tym, w XVIII wieku na Krymie)
uczestnicząc w etnogenezie dzisiejszych ludów Półwyspu
Iberyjskiego – Portugalczyków, Galicyjczyków, Katalończyków,
Kastylijczyków i wielu innych, mniejszych, tworzących dziś
Portugalię i Hiszpanię. W genezę Kaszubów i Słowińców zapewne
wkładu nie mieli (opuścili te tereny w III wieku, Słowianie
przyszli tu 500 lat później), ale przecież nikt nie prowadził
badań genetycznych pod tym kątem.
Rezerwat w Odrach
Wychodzi na to, że polodowcowe głazy
leżące nieopodal wjazdu do wsi mają gocką proweniencję. Też
nieźle.
Jest jednak alternatywna teoria,
wyszukana przeze mnie na jednym z blogów w polskim Internecie – że
kamulce przywiózł tam jeden z miejscowych. Cóż, nie musi ona
wykluczać tej o Gotach. Kamienie z Poddąbia w pewnym momencie
trafiły do Ustki – i dopiero po interwencji archeologów wróciły
na miejsce. Choć może niekoniecznie na to samo.
I tak, wiem. Z dwóch kamieni nie da
się ułożyć kręgu. Co nie zmienia faktu, że szukałem ich dobre
cztery dni.
Tzw Groby Olbrzymów z Poddąbia
Raz nawet z poznanym w Poddąbiu
radiestetą – oraz badaczem, pod kątem różnych dobroczynnych
promieniowań, prehistorycznych budowli. Ruszyliśmy przez las w
poszukiwaniu kamieni (tego dnia nie znalazłem), rozdzieliliśmy się
by objąć badaniami większy areał, ale po pewnym czasie ujrzałem
kolegę siedzącego po turecku na mchu i medytującego.
- Nie wierzyłem, że coś tu będzie
– powiedział do mnie przerywając medytację – A jednak...
Specjalnie wziąłem swoje przyrządy badawcze. Dzięki, Adaś, że
pokazałeś mi to miejsce. 90 tysięcy jednostek w skali Bovisa! Ja
tu zostaję.
Podchodzę sceptycznie do tego rodzaju
teorii, ale jeśli komuś pomaga, czy ktoś wyczuwa takie rzeczy –
jego sprawa. Ważne, że dzięki moim poszukiwaniom owego radiestetę
spotkała tak serendypna rzecz jak miejsce mocy.
Swoją drogą w Rezerwacie "Kamienne
Kręgi" w Odrach też znaleźli takie miejsce.
- Wiesz, Adaś – powiedział potem,
jak już przestał medytować, radiesteta – Badałem większość
kamiennych kręgów i grobowców neolitycznych w Polsce. One zawsze
były budowane w miejscach mocy.
Miejsce mocy w Odrach
Możliwe. Ja się na tym nie znam.
Mogę jeno pogaworzyć coś tam o Gotach.
Zbliżał się koniec bardzo dziwnego
sezonu turystycznego a ja siedziałem akurat w Skopje w Macedonii Północnej i przy niezłym piwie rozmawiałem z miejscowym
przewodnikiem o mijającym roku. Rozmowa miała dość gorzkie
zabarwienie, ponieważ obaj dostaliśmy mocno popalić przez
obostrzenia związane z nowymnieznanymzabójczym kolejnym wirusem. - To moja trzecia grupa w tym roku.
Dopiero – westchnął przewodnik – A bywało, że miałem trzy
grupy jednego dnia. - Ja za granicę wyjechałem w tym
sezonie po raz pierwszy – odparłem – I zapewne ostatni. - No to wypijmy za zakończenie
sezonu, który się nie rozpoczął! - Zdrowie! Rzeczywiście, sezon skończył się
zanim się zaczął. Turystyka całkowicie padła – było to widać.
Wycieczka, której przewodziłem przebiegała przez kilka bałkańskich
krajów – i w każdym byliśmy właściwie jedynymi turystami. Nie
mówię już o pustkach na granicach. Zamiast gigantycznych kolejek
chwila – i w paszporcie kolejna pieczątka. - Widzę, że z 2020 nie masz za dużo stempli
– uśmiechnął się przewodnik widząc mój paszport i pociągnął
łyczek piwa. - No nie za wiele, nie za wiele –
odpowiedziałem tym samym. W sumie nie wygląda, żeby miało się
coś pod tym względem zmienić. Zwłaszcza, że rządy niektórych
krajów nadal wprowadzają dziwne – i raczej niepotrzebne
restrykcje. Taka Bośnia i Hercegowina, na przykład, państwo dosyć
ubogie, żąda na granicy zaświadczenia o niechorowalności na koronawirusa – więc zamiast jechać do malowniczo położonego
Sarajewa pojechaliśmy (ku mojej wielkiej uciesze) do chorwackiego
Splitu – gdzie takich dyrdymałów nikt od nas nie wołał. Nie
chcą włodarze Bośni zarabiać na turystyce – ich sprawa, choć w
kraju zniszczonym krwawą wojną (jeszcze jest tam sporo pól
minowych, a ślady kul na ścianach domów to normalność) każda
gotówka powinna być widziana chętnie i ochoczo. Ale nie. Lepiej
wypłoszyć turystów. Macedonia Północna także nie cierpiąca na
nadmiar gotówki wprowadziła maksymalne obłożenie autobusów 70%.
Po wielkich protestach branży turystycznej w stosunku do autokarów
turystycznych przepis ten nie jest stosowany – ale zawsze może być
(komentarz miejscowego: rząd chce ciągnąć zyski z turystyki, a
robi wszystko, żeby odstraszyć zagranicznych gości). I tak dalej.
Zamek w Kruji
Nic dziwnego, że zazwyczaj oblegane
przez turystów miejsca świecą pustkami. Najmocniej chyba
zobaczyłem to w Kruji, w Albanii (była też Albania głównym clue
tego wyjazdu, spędziliśmy tam najwięcej czasu). Miejsce to, oprócz
średniowiecznej twierdzy związanej ze Skanderbegiem, albańskim
bohaterem i przywódcą antytureckiego powstania (nieco popsutej w
czasach dyktatury Envera Hodży – ale czego komuniści nie
skiepścili kiedyś?) to także olbrzymi turystyczny bazar. Pamiątki,
łapacze kurzu, rękodzieło, antyki, szwarc, mydło i powidło –
wszystko w klimacie tureckiego bazaru (bo takąż ma on właściwie
proweniencję) specjalnie dla turystów. Jest więc Kruja odwiedzana
– i to bardzo licznie. A teraz?
Bazar w Kruji
Pustki. Dla miejscowych tragedia. Po wspaniałej twierdzy w Beracie
(wraz z położonym poniżej miastem wpisana na listę UNESCO) hula
zamiast turystów tylko wiatr (dobra, ilekroć tam byłem to było
raczej upalnie niż wietrznie, ale co tam).
Berat
Na plażach w okolicach Durres także nikogo – mimo sprzyjającej pogody. Owszem, może powodem była
niezbyt czysta woda w Adriatyku (Albańczycy robią ze swoim morzem
to samo, co nasza stołeczna Warszawa z Wisłą – sypią doń
odpady, że tak powiem, komunalne), ale jakoś w to nie wierzę –
Adriatyk to nie Bałtyk, tu morze jest miłe i cieplutkie, tylko nie
miał się kto kąpać. Hotele puste, nawet te odbudowane po
zeszłorocznym trzęsieniu ziemi. Bieda z nędzą.
Plaża w Golem
Z miejscowych zadowolony był chyba
tylko napotkany na pustej plaży pan z osiołkiem – normalnie nie
mógłby swobodnie kroczyć ze swoim zwierzakiem bo turyści co i
rusz by go zaczepiali, a tak – tup, tup, tup – szli sobie noga za
nogą. A jak ktoś (ja i miejscowa przewodniczka, bo nikogo więcej
nie było) chciał zrobić mu zdjęcie to wygrażał kijem.
Plaża w Golem
Sytuacja taka (pustki, nie wygrażający
lagą pan od osiołka) ma dla mnie dwie strony medalu – jako osoba
związana z branżą turystyczną mocno odczułem kryzys, ale jako
turysta? Pałac Dioklecjana w Splicie, wpisany
na Listę Dziedzictwa Ludzkości UNESCO – świeci pustkami. Można
sobie dowolnie spacerować, oglądać, robić zdjęcia... Perast czy
Kotor w Czarnogórze – także na liście UNESCO (Kotor to nawet
podwójnie, jako element Boki Kotorskiej i jako weneckie dzieła
obronne): nie musisz się tłoczyć przepychać. Cudnie! Jezioro
Ochrydzkie? Owszem, w wakacje były tłumy (ponieważ wszyscy
Macedończycy dostali dofinansowanie na wczasy w kraju, a za granicę
nie bardzo mogli/mogą wyjeżdżać to przyjechali do Ochrydy –
pewnie było tłoczniej niż u nas nad Bałtykiem tego roku; choć
woda oczywiście była cieplejsza) ale teraz wolność i swoboda.
Niemal nikogo. Cymes. W taki czas najlepiej ruszyć gdzieś w obce
kraje – nie dość, że nie będzie tłoku, to jeszcze może być
dużo taniej.
Pałac Dioklecjana
Kotor
Jezioro Ochrydzkie
O ile, oczywiście, się da. A nie
pozamykają granice – jak na przykład Peru (choć podobno ma
otwierać). Jeśli jednak tylko można dane utrudnienie ominąć –
należy to zrobić. Zakaz lotu z jednego kraju do drugiego? Można
jechać do sąsiada, z którego na przykład takich zakazów nie ma –
i voila! Zwiedzamy – w ciszy i spokoju. A koronawirus? Jest. I jak już się pojawił to
będzie. Nic nie zrobimy. Światowa Organizacja Zdrowia dwa razy
dała ciała w związku z tą zarazą. Najpierw umożliwiła (by nie
drażnić Chin – ale o tym pisałem już) rozprzestrzenienie się
zarazków, a potem – co jest chyba dużo gorsze – wywołała
ogólnoświatową panikę. Której skutki dla gospodarki są chyba
nie do oszacowania (pomijam zniszczenie branży turystycznej – ale
cała gospodarka dostała popalić). Owszem, kiedy mleko się wylało,
i kiedy nie wiadomo było kto zacz ów koronawirus – to wtedy
super: część rządów, przejęta rolą wprowadzała restrykcje –
zapewne w celu ochrony Obywateli (no, sensu stricte w celu ochrony
siebie – przecież to Obywatele utrzymują rządy). Ale teraz?
Wirus jest groźny dla osób schorowanych i w podeszłym wieku –
tak jak większość innych wirusów i bakterii – nie wiem więc
czemu robi się takie obostrzenia ze względu na tylko-li jednego
zarazka. Albo róbmy na wszystkie, albo wcale. Bo to się źle
skończy – zwłaszcza dla naszej, europejskiej, cywilizacji, i tak
już mocno podniszczonej i chylącej się ku upadkowi. Ja osobiście
mocno się nie przejmuję, zawsze mogę iść do lasu i jeść co tam w okolicy wyrosło, ale mimo wszystko miło by było nie być
świadkiem załamania się europejskiej kultury. Bo wtedy zostaną
tylko zgliszcza.
Amfiteatr w Durres
O! To kolejna motywacja, żeby jak
najszybciej wyruszyć w podróż! Wsiąść do pociągu byle jakiego,
gdy Światem zaczęła rządzić jesień.
I na koniec jeszcze żarcik a propos
turystycznego sezonu 2020, rzucony przez skopijskiego przewodnika: - Kolega wrzucił zdjęcie kalendarza
na rok 2020 z podpisem: tanio sprzedam, nieużywany. Cóż, nic dodać, nic ująć.
Zły los (czyli decyzje rządzących –
nie tylko w Polsce – oraz indolencja WHO związane z nowym koronawirusem) pchnął mnie
w tym roku nad Bałtyk. Ponieważ nie jestem wielkim fanem morza (nie
tylko w sumie naszego; generalnie wolę góry) gdyby nie azjatycka
zaraza, z jakichś względów zwana pandemią, kolejne wakacje
spędziłbym podróżując po Europie – zarówno tej zachodniej,
jak i wschodniej (m.in ominęła mnie wizyta w Moskwie), o
południowej nie wspominając. A tak – Bałtyk.
Plaża w Sopocie
Nie to, żebym gardził, nie.
Zwłaszcza, że dzięki temu zwiedziłem kilka naprawdę ciekawych
miejsc naszego wybrzeża (jest takie rzadkie słowo: serendypność –
kiedy niczego się człowiek nie spodziewa, a znajduje coś miłego;
pewnie będę go teraz nadużywał) – od Słowińskiego Parku
Narodowego po ujście Regi. Wstyd się przyznać, ale ten rejon
Polski – choć już odwiedzany – był przeze mnie jeszcze
niespenetrowany. A tak – mimo, że głównie pracowałem – udało
się zebrać materiał na kilka nowych wpisów. Tak więc wkrótce
będzie o Gotach (już gościli na blogu), soli (jak wyżej, i to
kilkukrotnieprzynajmniej) i jedzeniuchwastów (bo część pracy
polegała na instruktażu survivalu). Może i o bursztynie, ale
jeszcze zobaczymy.
Sam Bałtyk budzi we mnie mieszane
uczucia. Jako hydrobiologa fascynuje mnie unikalny – i bardzo
wrażliwy – ekosystem tego akwenu. Jako turystę – mierzi tłok,
poruta i wysokie ceny. Naprawdę, coś poszło nie tak, jeśli
chińskie międzynarodowe pamiątki czy piwo obiady w knajpce są
droższe u nas niż na przykład na Costa Brava. A przypominam, że
jadąc nad Morze Śródziemne ma się gwarancję słonecznej pogody i
możliwości notorycznych kąpieli. U nas? Podczas ostatniego
dłuższego pobytu nad Bałtykiem – w Jastrzębiej Górze – przez
dwa tygodnie tylko trzy razy była możliwość wejścia do morza. I
to jaka! Cojones wnicowywały się do środka po króciutkim
zaledwie kontakcie z lodowatą wodą. Nie ma to jak morsowanie w
środku lata.
Plaża w Dźwirzynie
Turystom jednak to nie przeszkadza. W
okolicach Kołobrzegu, gdzie woda jest chyba najzimniejsza, plaże są
totalnie zatłoczone (a jakie mają być swoją drogą – przecież
do wody nie ma jak wejść) – chyba, że pada i wieje. Wtedy całe
towarzystwo idzie do prowizorycznych knajp (tu jednak muszę
zauważyć, że infrastruktura – i gastronomiczna, i hotelowa –
wciąż się poprawia) i chleje na potęgę. I tak jest – cytując
klasyka Kazika – w Sopocie nad ranem, po sobotnich balach chodniki
zarzygane. Swoją drogą czasem pada całe lato. Sorry, taki mamy
klimat. Jeśli – bo i tak bywa – woda
zacznie się w Bałtyku nagrzewać, też nie jest klawo. Pojawiają
się toksyczne sinice i z kąpieli nici. Te morskie Protista
nie są jakieś mocno toksyczne co prawda – kiedyś się zatrułem
i żyję – ale morze przypomina wtedy zupę. A zupa to dobra, ale
na talerzu.
I jak już przy kulinariach jesteśmy:
obowiązkowa wędzona rybka (nie jestem kulinarnym fanem tych
stworzeń) też bywa różnej jakości – choć zdarzają się okazy
przyrządzone przednio – i jest dosyć nudnym daniem. Mamy w naszej
narodowej kuchni wspaniały korzenny sos piernikowy (aka szary)
idealnie komponujący się z rybami – ale nie. Wszystko tu wędzone,
niemal na jedno kopyto. Rozumiem, że w związku ze specyfiką
bałtyckiego ekosystemu trudno się spodziewać jakichś frutti di mare, ale odrobina inwencji by nie zaszkodziła (dobra, pewnie
zaszkodziłaby – w interesach; ludzie lubią dostawać to, co
znają, niestety).
Wędzarnia na Helu
I mógłbym tak narzekać na ten
Bałtyk godzinami. I – tuszę – miałbym rację. Jest jednak
pewne "ale". Oprócz bowiem chłamu, poruty, marnej
pogody i drożyzny ma nasze wybrzeże kilka pozytywów. Jako
przeciwnikowi wypoczynku nad morzem nie niwelują one oczywistych
minusów Bałtyku, ale komuś mniej zakochanemu w górach pozwolą
odnaleźć coś fajnego. Po pierwsze: historia. Myszkując po
Pomorzu można natknąć się na prawdziwe perełki – od
neolitycznych grobowców, dolmenów, poczynając. Co prawda większość
miast naszego wybrzeża w 1945 roku miała spotkanie z kochaną Armią
Czerwoną, więc próżno szukać wspaniałych średniowiecznych
założeń urbanistycznych (okupanci z uporem godnym lepszej sprawy
zabytkowe starówki zabudowywali blokami z wielkiej płyty –
najdziwniejsze wrażenie robi na mnie chyba Goleniów, gdzie
zachowane o dziwo średniowieczne mury okalają blokowisko), ale
gdzieniegdzie coś się uchowało – a to baszta, a to olbrzymi
kościół.
Goleniów
Odbudowano Główne Miasto w Gdańsku i – w sposób
nowoczesny, ale nie kłujący w oczy – Elbląg (niedługo znowu
port morski). Zachowało się kilka zamków Gryfitów –
najładniejszy chyba w Szczecinie. Jest skansen upamiętniający Wikingów w Wolinie i niezbyt eksponowane podelbląskie Turso. W
okolicach Słupska zachowały się dość licznie gospodarstwa
szachulcowe (tak zwana "Kraina w Kratę"), a Kołobrzeg i
Świnoujście wracają do tradycji uzdrowiskowych. Po Słowińcach co
prawda nie ma już niemal śladu, ale zostali i wciąż dobrze się
mają Kaszubi.
Gdańsk - Główne Miasto
Wolin
Po drugie: zachody słońca. Na całym
Świecie – a przynajmniej w licznych miejscach w jakich byłem –
nie ma tak pięknych końcówek dnia. Obserwacja słońca chowającego
się za horyzont potrafi dostarczyć wspaniałych wrażeń –
zwłaszcza jeśli siedzi się na klifie kilka – czy nawet
kilkadziesiąt – metrów ponad taflą morza. Zachód trwa i trwa –
i każdego dnia jest inny.
Zachód Słońca - Poddąbie
Oczywiście jeśli nie pada. Albo nie
ma pełnego zachmurzenia (choć niewielka ilość chmur dodaje do
urody tego zjawiska jakieś tysiąc punktów). Czasem jest. Czasem
też są komary.
Zachód Słońca - Jastrzębia Góra
Jednak dla mnie najwspanialszą rzeczą
nad Bałtykiem jest piasek. Wyjdę teraz na jakiegoś fetyszystę –
ale stąpając po nadbałtyckiej plaży ten drobniutki, skalny pył
dosłownie całuje w stopy. Wspaniałe uczucie. Polecam każdemu –
nawet jeśli całowanie stóp nie sprawia mu przyjemności. Z tym, że ten cudowny stan (piasku
całującego, oczywiście) zdarza się dość... Rzadko. O ile do
obserwacji zachodów słońca potrzebne jest zaledwie w miarę
bezchmurne niebo to tu spełnionych musi być kilka warunków.
Rzadki widok pustej plaży
Przede wszystkim dzień musi być
słoneczny. Najlepiej upalny. Typowe sopockie lato ze średnią
temperaturą 17 stopni w skali Celsjusza się nie nadaje. 30. Albo i
lepiej. Nie może też wiać. To znaczy – lekka, orzeźwiająca
bryza jest wskazana (ponieważ mamy upał), ale silniej? Tragedia.
Drobniutki piasek zamiast grzecznie leżeć i całować stopy wciska
się wtedy wszędzie – w oczy, miedzy zęby. Jest to cholernie
nieprzyjemne – pewną osłonę dają słynne plażowe parawany. Na
szczęście wydaje się, że moda na masowe ogradzanie plaży minęła
już kilka lat temu (oby bezpowrotnie), ale parawany – ta osłona
przed wiatrem i piaskiem – są stałym elementem bałtyckich plaż.
Warto dodać, że niektórzy używają do tego celu namiotów –
choć wtedy ciężej jest się opalić.
Co jeszcze? Dzień (albo tydzień,
albo miesiąc – w zależności od sezonu) wcześniej nie może
padać. Deszcz ubija piasek, więc spacer po takim podłożu owszem,
jest łatwiejszy, ale nie jest całuśny. Ach, i na plaży nie może
być tłoku – bo wtedy zamiast rozkoszować się każdym krokiem
musisz uważać, żeby kogoś nie opiaszczyć albo nie zdemontować
parawanu.
Ile dni spełniających te warunki
może być w sezonie? Dziesięć? Trzy? Dwa? Żadnego? No właśnie.
Ale jak już się trafi – cymes. I
tego życzę za rok nad Bałtykiem.
W poprzednim wpisie, który rozrósł
się niemiłosiernie, rozpocząłem gawędę o zwierzętach
eusocjalnych – czyli takich tworzących prawdziwe społeczności.
Człowiek oczywiście do nich nie należy – są to pro maior pars
owady z dwóch grup – błonkówek i termitów. O ile termity
wszystkie są eusocjalne, to u błonkówek mamy pełne spektrum
zachowań – od os-samotnic po wysoce zorganizowane mrowiska czy
roje pszczoły miodnej. Miałem zacząć od wyjaśnienia czemu
niektóre gatunki stworzyły jednak społeczności. Cóż, chodzi tu
o jedną, fundamentalną dla wszystkich organizmów zasadę - "ciurlać się chcą".
Sformułował ją w filmie Juliusza Machulskiego "Kingsajz"
nadszyszkownik Kikujadek. Ale żarty na bok.
Błonkówki
Koncepcja takiej społeczności jest następująca: ponieważ tylko jedna para w całej kolonii wydaje na świat
potomstwo wszystkie osobniki są ze sobą spokrewnione – każdy z
mieszkańców broniąc społeczności czy pracując na jej "dobrobyt"
działa tak na prawdę w swoim interesie: pomaga przetrwać własnym
genom. A o to – chyba jeszcze tego nie napisałem – chodzi:
przekazać własne geny dalej. To biologiczny sens życia. Człowiek
zresztą działa podobnie – stara panna będzie instynktownie
rozpieszczać swoich siostrzeńców czy bratanków, bowiem mają oni
część jej własnych genów, które mogą w przyszłości przekazać
dalej. Taka inwestycja jakby – ale oczywiście nieświadoma,
instynktowna.
Królowa i robotnica
Mrówki przy pracy
To jednak jest pikuś przy poświęceniu
dokonywanym przez członków społeczeństw eusocjalnych. Dla takiej,
weźmy, pszczoły własne istnienie nie jest istotne – przetrwać
ma rój, bo to gwarantuje zachowanie części genów danej konkretnej
pszczółki i – w rezultacie – odniesienie sukcesu biologicznego.
Przekonał się o tym każdy, kto próbował w niecny sposób zbliżyć
się do ula (mój śp Dziadek posiadał niewielką pasiekę, więc
wiem co to żądło) – w mig zostanie zaatakowany przez członków
roju. Są to oczywiście ataki kamikadze – po użądleniu kręgowca
pszczoła ginie. Inne żądłówki (mrówki czy osy) nie posuwają
się aż tak daleko, niemniej bronią swojego gniazda do śmierci.
Także termity – atakują każdego kto usiądzie im na domku.
Generalnie większość
Ule
owadów unika zbliżania się do siedzib tych
roślinożernych owadów społecznych. Swoją drogą tą właściwość
wykorzystują ludzcy mieszkańcy terenów zamieszkałych przez
termity. Jako, że na przykład w dżungli roi się od latającego
hmyzu (to bohemizm, gdybym użył słowa "gnus" byłby to
rusycyzm, a chodzi o to brzęczące latające tałatajstwo) wystarczy
posmarować się roztartymi termitami a komar – nie będący
mistrzem intelektu – weźmie nas za termitierę. Taki repelent
normalnie. Jak mocno poszczególni członkowie dbają o ochronę
gniazda widział każdy, kto kopiąc rabatki naruszył podziemne
mrowisko – dorosłe osobniki rzucają wszystkie zajęcia i
zaczynają ratować larwy i poczwarki – smakowity łup dla wielu
zwierząt – wciągając je do znajdujących się głębiej tuneli i
komór. Robią to z pełnym poświęceniem. W końcu, jakby nie
patrzeć, ratują swoje geny. A to przecież naturalne. Chyba tylko
Człowiek umie poświęcić swoje istnienie dla niespokrewnionego
genetycznie osobnika swojego gatunku nie oczekując w zamian
(podświadomie) jakiegoś zysku – w przyrodzie jak w biznesie,
wszystko musi się opłacać. Proste.
Termitiera
Każdy z członków wspólnoty oprócz
gotowości do poświęcenia się dla kolonii z uporem godnym lepszej
sprawy pracuje dla całości. Człowiek zauważył to dawno temu –
i pojawiały się co jakiś czas próby stworzenia "idealnego"
społeczeństwa także w naszym gatunku. Były to próby sztuczne,
więc z góry skazane na niepowodzenie – nie można ich, jak się
to przyjmuje, bezmyślnie łączyć z totalitaryzmami, choć muszę
przyznać, że za większość z nich (przynajmniej ostatnio)
odpowiadają wszelkiego typu socjalizmy. Póki co więc takie
społeczeństwa istnieją tylko na kartach powieści fantastycznych,
nawet i fantastyczno-naukowych (nie każde s-f, science-fiction, jest
tak naprawdę "naukowe"; właściwie jest ich zdecydowana
mniejszość – reszta to bajki o robotach – choć same "Bajki
Robotów" niesamowitego Stanisława Lema to s-f, w jednej z
powiastek Trurl i Klapacjusz tworzą "idealne społeczeństwo",
polecam).
Trzmiel
Niemniej każdy, kto widział pracę i
poświęcenie dla wspólnoty organizmów eusocjalnych musi się
wzruszyć. Najwspanialszym efektem takiej pracy jest miód –
wytwarza go sporo gatunków pszczół, w tym i pszczoły samotnice
oraz trzmiele, ale Człowiek wszedł we współpracę tylko z jednym
gatunkiem – pszczołą miodną Apis malaefis. Przez wieki był to
co prawda rabunek, podobny do tych uprawianych przez innych
miodożerców (polska nazwa "niedźwiedź" to przecież
tyle co "miodozjadacz"), ale potem zaczęliśmy budować
sztuczne barcie i – to już wyższa szkoła jazdy – ule. Jednym z
pionierów nowoczesnego pszczelarstwa był śląski duchowny Jan
Dzierżon, upamiętniony w nazwie miasta Dzierżoniów (historycznie
to Rychbach).
Pszczoła miodna
Chyba najciekawszym zachowaniem
niektórych owadów społecznych jest... Hodowla czy tam ogrodnictwo.
Mrówcze rolnictwo. Nasze rodzime mrówki ku utrapieniu ogrodników
czy innych działkowców zajmują się opieką nad mszycami.
Pluskwiaki te (niezwykle ciekawe, rozmnażają się
partenogenetycznie – nie zawsze, ale jednak; samiec twój wróg!)
wytwarzają niezwykle lubianą – bo słodką – spadź. Mrówki
zbierają substancję, chronią mszyce przed napastnikami w postaci
chociażby biedronek a nawet, kiedy zajdzie potrzeba, przenoszą na
nowe "pastwiska". Innym przykładem są słynne
mrówki-ogrodniczki. Ich przysmakiem jest pewien gatunek
saprotroficznego (znaczy, żyje na rozkładających się szczątkach
organicznych) grzyba – któremu mrówki te znoszą kawałki liści,
będących dlań pożywką (pracowite owady potrafią ogołocić tak
całe drzewa). Spacerując po dżungli nieraz natknąłem się na
sznur poruszających się zielonych fragmentów – po bliższym
przyjrzeniu się zawsze okazywało się, że to sznur niewielkich
ogrodniczek dźwigających pokarm dla grzyba. Raz – we wspomnianym
przeze mnie w poprzednim wpisie Parku Narodowym Tambopata ujrzałem
jednak widok niezwykły: oprócz tradycyjnych liści mrówki niosły
też... Kwiaty. Albo grzybnia miała urodziny, albo wczoraj mrówki
popiły, narozrabiały i teraz szły przepraszać.
Mrówki - ogrodniczki
Mszyce
Zacząłem od dżungli – tam owadów
jest najwięcej – to i na dżungli wypadałoby skończyć.
Otóż gdybyście kiedykolwiek się
tam zgubili – to pamiętajcie: wszystko może was tam zabić
szukajcie termitier. Termity, poza tym, że repelenty, są też
wspaniałym źródłem białka. Te duże, żyjące w ziemi, dobrze
jest najpierw podpiec czy usmażyć, ale te małe, nadrzewne można
jeść na surowo. Jak smakują? Całkiem balsamicznie. Jeśli by je
utrzeć z mrówkami, które z racji zawartości kwasu mrówkowego
są... kwaśne – otrzymalibyśmy całkiem niezły dressing do
sałatek, taki balsamiczny winegret.
Termity chwilę przed konsumpcją
Tak, jadłem i mrówki, i termity.
Mrówki polecam ubić przed jedzeniem, bo mogą na przykład użądlić
w język.