Tłumacz

8 października 2020

Polski dolmen

  Dolmeny to megalityczne budowle, najczęściej grobowce, zbudowane z ogromnych kamieni, nierzadko menhirów (to te podłużne głazy, które nosił Obelix). Występują – licznie – w zachodniej Europie.
    
Z jednym wyjątkiem. Grobowcem korytarzowym w Borkowicach.

  Jest to jedyny znany dolmen na wschód od Łaby – reszta megalitycznych grobowców na terenie współczesnej Polski ma zgoła inny charakter.

Dolmen
  Dlaczego więc w Borkowicach istnieje tak nietypowa konstrukcja? Trudno powiedzieć. Może została zbudowana przez jakiegoś nobilitowanego uchodźcę z terenów zachodnioeuropejskich? Wygląda na to, że byliśmy multi-kulti zanim nawet powstaliśmy.
    Oprócz dolmena w Borkowicach znajdują się mniej imponujące typowe dla ówczesnej kultury pucharów lejkowatych grobowce bezkomorowe – znacznie jednak mniejsze od konstrukcji w Dolicach czy Wietrzychowicach.
  Akurat przechodziłem z tragarzami byłem w pobliskim Sławnie
(urocze miasteczko, w znacznej mierze zniszczone przez czerwonoarmistów w 1945 roku), więc postanowiłem udać się do Borkowic. Jak? Ponieważ była niedziela pozostawała tylko jedna możliwość. Palce-pięta. Łącznie jakieś 30 kilometrów tam i z powrotem (a miałem pewien deadline – musiałem zdążyć na pociąg do Kołobrzegu). Ze sporym plecakiem i w sporym – jak się okazało – upale.
Sławno
  Nie ukrywam, że liczyłem na autostop.
  Co okazało się nie być znowu aż tak dobrym rozwiązaniem. Drogi, jakimi się poruszałem nie należały do najczęściej uczęszczanych – jednak znów się nie zawiodłem na mieszkańcach polskiej prowincji
(i to nie najweselszej, bo postpegieerowskiej): udało się finalnie zredukować kilometraż do niewiele ponad 10 kilometrów marszu w upale.
PGR
  - Widziałem pana w kościele – powiedział jeden z kierowców – Wsiadaj pan, podwiozę kawałek.
   - Chcesz się pan dostać do Borkowic? - powtórzył moją wypowiedź inny – No tam nie jadę, ale wysadzę pana po drodze. Pokażę którędy iść dalej. Prosta droga. Ja z rybek wracam.
  - My tu na żniwa przyjechali – odparło młode małżeństwo w aucie z rejestracją z odległego Hrubieszowa.
  Generalnie lubię podróżować autostopem, sam też często zabieram podróżnych. Może czasem jest trochę strachu przed obcym podróżnikiem, ale zauważyłem, że im głębsza prowincja (i im starszy samochód) tym chętniej ludzie się zatrzymują. Ot, okazuje się, że Ciemnogród i zacofaństwo bardziej jest otwarte i przychylne obcemu niż młodzi, wykształceni i z wielkich ośrodków. Nawet w dobie obostrzeń spowodowanych paniką koronawirusową.
  Najprzyjemniejsze spotkanie miałem z panami spod lokalnego gieesu. Jeden z gieroi na widok obcego turysty z aparatem fotograficznym zakrzyknął:

  - Panie, zrób mi pan zdjęcie!
  - Pewnie – odrzekłem – ale musisz się pan uśmiechnąć!
  Efekt musicie ocenić sami.

Uśmiech roku
  W każdym razie droga upłynęła mi przyjemnie (to znaczy pomiędzy morderczymi marszami w palącym słońcu; nie było po równym, w końcu byłem na dość pofałdowanym Pojezierzu Pomorskim) i dotarłem do Borkowic. Miejscowi od razu wskazali mi właściwy kierunek. Ucieszyłem się. Czasem bywa tak, że szukając jakichś niezbyt imponujących (aczkolwiek cennych) zabytków to ja muszę autochtonom tłumaczyć, że mają coś wyjątkowego. Tu mieszkańcy byli świadomi istnienia megalitów.
  - Nawet tabliczka jest – tłumaczyła zaczepiona pod sklepem niewiasta – To znaczy – zreflektowała się – Kiedyś była. Ale chyba jest nadal. W tamtą stronę pan pójdzie i potem w lewo w pierwszą polną drogę.

  Podziękowałem i wszedłem do sklepu – tu zgrzyt, bo w owym sklepie nie mieli oranżady na miejscu; skandal, giees bez oranżady – wypiłem więc małą pepsi ku pokrzepieniu serc, zniszczeniu szkliwa na zębach i uzupełnieniu cukru. Po chwili ruszyłem w drogę. GPS pokazywał, że jestem blisko (skoro miałem współrzędne obiektu, zapytacie, po co pytałem miejscowych? Bo zawsze lubię wejść w interakcje z ludźmi, a poza tym wolałem na wszelki wypadek oszczędzać baterie). Po drodze zlokalizowałem jeszcze zarośnięte pokrzywami relikty założenia pałacowego (czy tam dworskiego), zapewne puszczonego z dymem przez krasnoarmiejców w 1945 i dotarłem na miejsce.
Relikty dworu
      Uwaga, spojler alert: jeśli spodziewacie się monumentalnego stanowiska archeologicznego, to jesteście w wielkim błędzie. Dużo lepiej zabezpieczone są Kamienne Kręgi w Odrach (jest tam rezerwat i płot) niż to, o wiele starsze cmentarzysko. Ale może to i lepiej. Jedyny w tej części świata dolmen stoi sobie nie niepokojony na skarpie nad doliną miejscowego strumyka a obok rozciągają się dużo słabiej widoczne grobowce bezkomorowe. Miejsce jest przyjemne – a że leżało w lesie dawało także wytchnienie przed okropnym upałem jaki panował tej niedzieli – i niezaśmiecone. Prawdopodobnie dlatego, że niezbyt znane.
Grobowiec bezkomorowy
Cmentarzysko w Borkowicach
  Zresztą może i dobrze? Nic niemal nie zakłóca spokoju przedwiecznych mieszkańców tych ziem – raczej
niespokrewnionych z Gotami i Gepidami tworzącymi kilka tysięcy lat później (na początku naszej ery) kamienne kręgi w okolicy, ani tym bardziej ze Słowianami, którzy zajęli te ziemie jakoś w okolicach VII/VIII stulecia po Chr.
Kamienne Kręgi w Odrach
  Jest więc grobowiec korytarzowy – dolmen – w Borkowicach budowlą zagadkową i tajemniczą – i chyba nie mniej zaawansowaną technicznie co bardziej znane konstrukcje megalityczne ze Śródziemnomorza. Czy młodsze, takie jak talayoty z Balearów, czy dużo starsze jak owe maltańskie świątynie. Swoją drogą duża część zachodnioeuropejskich dolmenów wcale nie jest większa od tego naszego. Jak zwykle zresztą nie mamy się czego wstydzić.
Dolmen z Borkowic
Talayot w S'illot na Majorce
Swiątynia w Ħaġar Qim na Malcie

2 października 2020

Tajemnice Poddąbia

  Poddąbie to niewielka osada na Pobrzeżu Słowińskim w bliskim sąsiedztwie słynnego z ruchomych wydm Słowińskiego Parku Narodowego. Spośród nadbałtyckich ośrodków wczasowych miejscowość miejscowość wyróżnia się spokojem i malowniczym położeniem na wysokim klifie. Jest to spory plus – dopiero co pisałem o tym co lubię i czego nie nad Bałtykiem: tłok oraz obserwowanie zachodów słońca z klifów są na przeciwległych krańcach skali.
Poddąbie
  Tak więc jest Poddąbie miejscem miłym i spokojnym. W sam raz na wypoczynek, zdawać by się mogło. Tylko, że ja jakoś stacjonarnie wypoczywać nie lubię i nie umiem. Nosi mnie. Całe szczęście, że w okolicy prowadziłem zajęcia z survivalu, to trochę poszlajałem się po okolicy (ech, te buczyny pomorskie na klifach rosnące – piękne; lasy też lubię). Inaczej bym się zanudził.
Poddąbska plaża
  Na szczęście okazało się też, że w relatywnie niewielkiej (wieś niesołecka, jakby nie było) osadzie coś jednak się znajdzie. I to coś, co pozwoli odbyć podróż w odległe czasy pomiędzy dniem gdy ocean zatopił Atlantydę a narodzinami synów Ariów i spotkać wymarłe ludy zamieszkujące – mniej więcej – na tych terenach.
Klif
  Najłatwiej było natknąć się na byłą jednostkę wojskową. Gdzieniegdzie spotkać można było fragmenty betonowych słupów oplecione drutem kolczastym (z czasów Zimnej Wojny) – czekające by niszcząca działalność fal morskich zabrała je w końcu do morza, tak jak ponad sto lat temu zabrała ówczesną wioskę Neu-Strand (dzisiejsze Poddąbie od tamtego czasu przeniosło się w głąb lądu). Taka uroda wybrzeża klifowego. Jednostka nr 4961 była częścią 69 dywizjonu rakietowego Wojsk Obrony Powietrznej Kraju. Wspaniałym reliktem jest betonowy orzeł wraz z godłem WOPK i jednostki, ukryty w pokrzywach niedaleko klifów. Po upadku komunizmu dogipsowano mu koronę – ale nadal jest wspaniałym przykładem socjalistycznego designu. Szkoda, że schron dowodzenia jednostki znajduje się na terenie prywatnym.
Ogrodzenie jednostki wojskowej
Orzeł
  Inną – także militarną – atrakcją jest leżący nieopodal głównej plaży wrak z czasów II wojny światowej. Cóż. Słowo "atrakcja" jest może trochę na wyrost – to zaledwie kilka elementów wystających z wody. Tylko tyle pozostało z duńskiego torpedowca (przejętego w czasie wojny przez Niemców nazistów) – jest to prawdopodobnie jednostka TFA4 klasy "Glenten", i (również prawdopodobnie) jako wrak wystąpiła w nieoglądalnym socrealistycznym filmie "Uczta Baltazara".
Resztki wraku
  Prawdziwym jednak hitem Poddąbia okazały się tzw. Groby Olbrzymów.
  Tego stanowiska archeologicznego szukałem dobrych kilka dni – w końcu udało się trafić na ich ślad i... Cóż.
  Skąd się tam wzięły?
Las bukowy na klifie
  Na pewno nie mają nic wspólnego z olbrzymami. Ba, nawet z samym słowem. Olbrzym pochodzi bowiem od nazwy koczowniczego plemienia Awarów. Mieszkali oni w Kotlinie Pannońskiej i swego czasu – wraz ze Słowianami – tworzyli regionalną potęgę zwaną Kaganatem Awarskim. Napsuli sporo krwi Cesarstwu Bizantyjskiemu i Imperium Karola Wielkiego – w końcu jednak zostali rozbici i rozpłynęli się w masie miejscowych Słowian, Wołochów czy przybyłych wkrótce na te ziemie Madziarów. Charakterystyczną cechą tego wymarłego ludu było wiązanie brody w dwa warkocze.
  Zresztą słowo "olbrzym" mogło pojawić się tu dopiero po 1945 roku. Wcześniej na tych terenach żyli pomorscy Słowińcy – na co dzień używający raczej języka niemieckiego niż swojego słowiańskiego dialektu, w którym olbrzymi określani byli stolemami. To właśnie stolemowie (stolemy?), istoty o nadludzkiej sile, porozrzucały po całym Pomorzu potężne głazy – dziś wiemy, że polodowcowe. Słowińcy – ci którzy nie uciekli przed Sowietami – wyjechali do Niemiec w latach 50-tych XX wieku – kolaboranci nowej Władzy Ludowej skutecznie uprzykrzali im życie, a poza tym perspektywa życia na zgniłym Zachodzie okazywała się bardziej kusząca niż wegetacja w Krajach Demokracji Ludowej. Dziś potomkowie Słowińców co jakiś czas spotykają się w Klukach – ostatniej słowińskiej wsi, słynącej ze skansenu chroniącego resztki dziedzictwa tego właściwie już wymarłego etnosu.
  Wracając do stolemów – niektóre z tych głazów układali oni w kręgi – i taki krąg właśnie istnieć miał w Poddąbiu. Jak krąg – to wiadomo: tajemnica. Najlepiej starożytna – więc na pewno głazy leżące nieopodal wioski ułożone zostały w neolicie. W końcu mamy u nas potężne megalityczne grobowce z czasów kultury pucharów lejkowych (tej, która stworzyła najstarszy na Świecie znany wizerunek wozu na kołach).
  Po przeprowadzeniu prac wykopaliskowych w okolicy głazów zdementowano plotki o tak antycznym pochodzeniu kręgu – nie znaleziono co prawda pochówków, ale inne artefakty wskazywały na kulturę wielbarską. Czyli Goci. Ci sami, którzy stworzyli Kamienne Kręgi w Odrach (zwane Polskim Stonehenge) a jakiś czas potem splądrowali Rzym oraz stworzyli królestwa w Italii oraz na Półwyspie Iberyjskim (przy okazji niszcząc i paląc sporo na swej drodze). Ci Wschodni Germanie odcisnęli wielkie piętno na historii Europy – po drodze mieszkając w – jak podaje kronikarz gockiego pochodzenia Paweł Diakon – Gothskandzy, krainie leżącej na południowym wybrzeżu Bałtyku. Świadectwa archeologiczne pokazują, że były to tereny w dolinie Dolnej Wisły oraz na dzisiejszych Kaszubach. Goci tułali się po Europie dobrych 700 lat, aż w końcu wymarli w VIII wieku po Chr. (podobno język wschodniego odłamu plemienia, Ostrogotów, był używany jeszcze długo, długo po tym, w XVIII wieku na Krymie) uczestnicząc w etnogenezie dzisiejszych ludów Półwyspu Iberyjskiego – Portugalczyków, Galicyjczyków, Katalończyków, Kastylijczyków i wielu innych, mniejszych, tworzących dziś Portugalię i Hiszpanię. W genezę Kaszubów i Słowińców zapewne wkładu nie mieli (opuścili te tereny w III wieku, Słowianie przyszli tu 500 lat później), ale przecież nikt nie prowadził badań genetycznych pod tym kątem.
Rezerwat w Odrach
  Wychodzi na to, że polodowcowe głazy leżące nieopodal wjazdu do wsi mają gocką proweniencję. Też nieźle.
  Jest jednak alternatywna teoria, wyszukana przeze mnie na jednym z blogów w polskim Internecie – że kamulce przywiózł tam jeden z miejscowych. Cóż, nie musi ona wykluczać tej o Gotach. Kamienie z Poddąbia w pewnym momencie trafiły do Ustki – i dopiero po interwencji archeologów wróciły na miejsce. Choć może niekoniecznie na to samo.
  I tak, wiem. Z dwóch kamieni nie da się ułożyć kręgu. Co nie zmienia faktu, że szukałem ich dobre cztery dni.
Tzw Groby Olbrzymów z Poddąbia
  Raz nawet z poznanym w Poddąbiu radiestetą – oraz badaczem, pod kątem różnych dobroczynnych promieniowań, prehistorycznych budowli. Ruszyliśmy przez las w poszukiwaniu kamieni (tego dnia nie znalazłem), rozdzieliliśmy się by objąć badaniami większy areał, ale po pewnym czasie ujrzałem kolegę siedzącego po turecku na mchu i medytującego.
  - Nie wierzyłem, że coś tu będzie – powiedział do mnie przerywając medytację – A jednak... Specjalnie wziąłem swoje przyrządy badawcze. Dzięki, Adaś, że pokazałeś mi to miejsce. 90 tysięcy jednostek w skali Bovisa! Ja tu zostaję.
  Podchodzę sceptycznie do tego rodzaju teorii, ale jeśli komuś pomaga, czy ktoś wyczuwa takie rzeczy – jego sprawa. Ważne, że dzięki moim poszukiwaniom owego radiestetę spotkała tak serendypna rzecz jak miejsce mocy.
  Swoją drogą w Rezerwacie "Kamienne Kręgi" w Odrach też znaleźli takie miejsce.
  - Wiesz, Adaś – powiedział potem, jak już przestał medytować, radiesteta – Badałem większość kamiennych kręgów i grobowców neolitycznych w Polsce. One zawsze były budowane w miejscach mocy.
Miejsce mocy w Odrach
  Możliwe. Ja się na tym nie znam. Mogę jeno pogaworzyć coś tam o Gotach.

28 września 2020

Podróż w czasach zarazy

    Zbliżał się koniec bardzo dziwnego sezonu turystycznego a ja siedziałem akurat w Skopje w Macedonii Północnej i przy niezłym piwie rozmawiałem z miejscowym przewodnikiem o mijającym roku. Rozmowa miała dość gorzkie zabarwienie, ponieważ obaj dostaliśmy mocno popalić przez obostrzenia związane z nowym nieznanym zabójczym kolejnym wirusem.
    - To moja trzecia grupa w tym roku. Dopiero – westchnął przewodnik – A bywało, że miałem trzy grupy jednego dnia.
    - Ja za granicę wyjechałem w tym sezonie po raz pierwszy – odparłem – I zapewne ostatni.
    - No to wypijmy za zakończenie sezonu, który się nie rozpoczął!
    - Zdrowie!
    Rzeczywiście, sezon skończył się zanim się zaczął. Turystyka całkowicie padła – było to widać. Wycieczka, której przewodziłem przebiegała przez kilka bałkańskich krajów – i w każdym byliśmy właściwie jedynymi turystami. Nie mówię już o pustkach na granicach. Zamiast gigantycznych kolejek chwila – i w paszporcie kolejna pieczątka.
    - Widzę, że z 2020 nie masz za dużo stempli – uśmiechnął się przewodnik widząc mój paszport i pociągnął łyczek piwa.
    - No nie za wiele, nie za wiele – odpowiedziałem tym samym.
    W sumie nie wygląda, żeby miało się coś pod tym względem zmienić. Zwłaszcza, że rządy niektórych krajów nadal wprowadzają dziwne – i raczej niepotrzebne restrykcje. Taka Bośnia i Hercegowina, na przykład, państwo dosyć ubogie, żąda na granicy zaświadczenia o niechorowalności na koronawirusa – więc zamiast jechać do malowniczo położonego Sarajewa pojechaliśmy (ku mojej wielkiej uciesze) do chorwackiego Splitu – gdzie takich dyrdymałów nikt od nas nie wołał. Nie chcą włodarze Bośni zarabiać na turystyce – ich sprawa, choć w kraju zniszczonym krwawą wojną (jeszcze jest tam sporo pól minowych, a ślady kul na ścianach domów to normalność) każda gotówka powinna być widziana chętnie i ochoczo. Ale nie. Lepiej wypłoszyć turystów. Macedonia Północna także nie cierpiąca na nadmiar gotówki wprowadziła maksymalne obłożenie autobusów 70%. Po wielkich protestach branży turystycznej w stosunku do autokarów turystycznych przepis ten nie jest stosowany – ale zawsze może być (komentarz miejscowego: rząd chce ciągnąć zyski z turystyki, a robi wszystko, żeby odstraszyć zagranicznych gości). I tak dalej.

Zamek w Kruji
    Nic dziwnego, że zazwyczaj oblegane przez turystów miejsca świecą pustkami. Najmocniej chyba zobaczyłem to w Kruji, w Albanii (była też Albania głównym clue tego wyjazdu, spędziliśmy tam najwięcej czasu). Miejsce to, oprócz średniowiecznej twierdzy związanej ze Skanderbegiem, albańskim bohaterem i przywódcą antytureckiego powstania (nieco popsutej w czasach dyktatury Envera Hodży – ale czego komuniści nie skiepścili kiedyś?) to także olbrzymi turystyczny bazar. Pamiątki, łapacze kurzu, rękodzieło, antyki, szwarc, mydło i powidło – wszystko w klimacie tureckiego bazaru (bo takąż ma on właściwie proweniencję) specjalnie dla turystów. Jest więc Kruja odwiedzana – i to bardzo licznie. A teraz?
Bazar w Kruji

    Pustki.
    Dla miejscowych tragedia.
  
Po wspaniałej twierdzy w Beracie (wraz z położonym poniżej miastem wpisana na listę UNESCO) hula zamiast turystów tylko wiatr (dobra, ilekroć tam byłem to było raczej upalnie niż wietrznie, ale co tam).

Berat

    Na plażach w okolicach Durres także nikogo – mimo sprzyjającej pogody. Owszem, może powodem była niezbyt czysta woda w Adriatyku (Albańczycy robią ze swoim morzem to samo, co nasza stołeczna Warszawa z Wisłą – sypią doń odpady, że tak powiem, komunalne), ale jakoś w to nie wierzę – Adriatyk to nie Bałtyk, tu morze jest miłe i cieplutkie, tylko nie miał się kto kąpać. Hotele puste, nawet te odbudowane po zeszłorocznym trzęsieniu ziemi. Bieda z nędzą.

Plaża w Golem

    Z miejscowych zadowolony był chyba tylko napotkany na pustej plaży pan z osiołkiem – normalnie nie mógłby swobodnie kroczyć ze swoim zwierzakiem bo turyści co i rusz by go zaczepiali, a tak – tup, tup, tup – szli sobie noga za nogą. A jak ktoś (ja i miejscowa przewodniczka, bo nikogo więcej nie było) chciał zrobić mu zdjęcie to wygrażał kijem.

Plaża w Golem

    Sytuacja taka (pustki, nie wygrażający lagą pan od osiołka) ma dla mnie dwie strony medalu – jako osoba związana z branżą turystyczną mocno odczułem kryzys, ale jako turysta?
   
Pałac Dioklecjana w Splicie, wpisany na Listę Dziedzictwa Ludzkości UNESCO – świeci pustkami. Można sobie dowolnie spacerować, oglądać, robić zdjęcia... Perast czy Kotor w Czarnogórze – także na liście UNESCO (Kotor to nawet podwójnie, jako element Boki Kotorskiej i jako weneckie dzieła obronne): nie musisz się tłoczyć przepychać. Cudnie! Jezioro Ochrydzkie?
Owszem, w wakacje były tłumy (ponieważ wszyscy Macedończycy dostali dofinansowanie na wczasy w kraju, a za granicę nie bardzo mogli/mogą wyjeżdżać to przyjechali do Ochrydy – pewnie było tłoczniej niż u nas nad Bałtykiem tego roku; choć woda oczywiście była cieplejsza) ale teraz wolność i swoboda. Niemal nikogo. Cymes. W taki czas najlepiej ruszyć gdzieś w obce kraje – nie dość, że nie będzie tłoku, to jeszcze może być dużo taniej.

Pałac Dioklecjana
Kotor
Jezioro Ochrydzkie

    O ile, oczywiście, się da. A nie pozamykają granice – jak na przykład Peru (choć podobno ma otwierać). Jeśli jednak tylko można dane utrudnienie ominąć – należy to zrobić. Zakaz lotu z jednego kraju do drugiego? Można jechać do sąsiada, z którego na przykład takich zakazów nie ma – i voila! Zwiedzamy – w ciszy i spokoju.
    A koronawirus?
    Jest. I jak już się pojawił to będzie. Nic nie zrobimy.
    Światowa Organizacja Zdrowia dwa razy dała ciała w związku z tą zarazą. Najpierw umożliwiła (by nie drażnić Chin – ale o tym pisałem już) rozprzestrzenienie się zarazków, a potem – co jest chyba dużo gorsze – wywołała ogólnoświatową panikę. Której skutki dla gospodarki są chyba nie do oszacowania (pomijam zniszczenie branży turystycznej – ale cała gospodarka dostała popalić). Owszem, kiedy mleko się wylało, i kiedy nie wiadomo było kto zacz ów koronawirus – to wtedy super: część rządów, przejęta rolą wprowadzała restrykcje – zapewne w celu ochrony Obywateli (no, sensu stricte w celu ochrony siebie – przecież to Obywatele utrzymują rządy). Ale teraz? Wirus jest groźny dla osób schorowanych i w podeszłym wieku – tak jak większość innych wirusów i bakterii – nie wiem więc czemu robi się takie obostrzenia ze względu na tylko-li jednego zarazka. Albo róbmy na wszystkie, albo wcale. Bo to się źle skończy – zwłaszcza dla naszej, europejskiej, cywilizacji, i tak już mocno podniszczonej i chylącej się ku upadkowi. Ja osobiście mocno się nie przejmuję, zawsze mogę iść do lasu i jeść co tam w okolicy wyrosło, ale mimo wszystko miło by było nie być świadkiem załamania się europejskiej kultury. Bo wtedy zostaną tylko zgliszcza.

Amfiteatr w Durres

    O! To kolejna motywacja, żeby jak najszybciej wyruszyć w podróż! Wsiąść do pociągu byle jakiego, gdy Światem zaczęła rządzić jesień.


    I na koniec jeszcze żarcik a propos turystycznego sezonu 2020, rzucony przez skopijskiego przewodnika:
    - Kolega wrzucił zdjęcie kalendarza na rok 2020 z podpisem: tanio sprzedam, nieużywany.
    Cóż, nic dodać, nic ująć.

25 września 2020

Bałtyk

  Zły los (czyli decyzje rządzących – nie tylko w Polsce – oraz indolencja WHO związane z nowym koronawirusem) pchnął mnie w tym roku nad Bałtyk. Ponieważ nie jestem wielkim fanem morza (nie tylko w sumie naszego; generalnie wolę góry) gdyby nie azjatycka zaraza, z jakichś względów zwana pandemią, kolejne wakacje spędziłbym podróżując po Europie – zarówno tej zachodniej, jak i wschodniej (m.in ominęła mnie wizyta w Moskwie), o południowej nie wspominając. A tak – Bałtyk.
Plaża w Sopocie
  Nie to, żebym gardził, nie. Zwłaszcza, że dzięki temu zwiedziłem kilka naprawdę ciekawych miejsc naszego wybrzeża (jest takie rzadkie słowo: serendypność – kiedy niczego się człowiek nie spodziewa, a znajduje coś miłego; pewnie będę go teraz nadużywał) – od Słowińskiego Parku Narodowego po ujście Regi. Wstyd się przyznać, ale ten rejon Polski – choć już odwiedzany – był przeze mnie jeszcze niespenetrowany. A tak – mimo, że głównie pracowałem – udało się zebrać materiał na kilka nowych wpisów. Tak więc wkrótce będzie o Gotach (już gościli na blogu), soli (jak wyżej, i to kilkukrotnie przynajmniej) i jedzeniu chwastów (bo część pracy polegała na instruktażu survivalu). Może i o bursztynie, ale jeszcze zobaczymy.
  Sam Bałtyk budzi we mnie mieszane uczucia. Jako hydrobiologa fascynuje mnie unikalny – i bardzo wrażliwy – ekosystem tego akwenu. Jako turystę – mierzi tłok, poruta i wysokie ceny. Naprawdę, coś poszło nie tak, jeśli chińskie międzynarodowe pamiątki czy piwo obiady w knajpce są droższe u nas niż na przykład na Costa Brava. A przypominam, że jadąc nad Morze Śródziemne ma się gwarancję słonecznej pogody i możliwości notorycznych kąpieli. U nas? Podczas ostatniego dłuższego pobytu nad Bałtykiem – w Jastrzębiej Górze – przez dwa tygodnie tylko trzy razy była możliwość wejścia do morza. I to jaka! Cojones wnicowywały się do środka po króciutkim zaledwie kontakcie z lodowatą wodą. Nie ma to jak morsowanie w środku lata.
Plaża w Dźwirzynie
  Turystom jednak to nie przeszkadza. W okolicach Kołobrzegu, gdzie woda jest chyba najzimniejsza, plaże są totalnie zatłoczone (a jakie mają być swoją drogą – przecież do wody nie ma jak wejść) – chyba, że pada i wieje. Wtedy całe towarzystwo idzie do prowizorycznych knajp (tu jednak muszę zauważyć, że infrastruktura – i gastronomiczna, i hotelowa – wciąż się poprawia) i chleje na potęgę. I tak jest – cytując klasyka Kazika – w Sopocie nad ranem, po sobotnich balach chodniki zarzygane. Swoją drogą czasem pada całe lato. Sorry, taki mamy klimat.  Jeśli – bo i tak bywa – woda zacznie się w Bałtyku nagrzewać, też nie jest klawo. Pojawiają się toksyczne sinice i z kąpieli nici. Te morskie Protista nie są jakieś mocno toksyczne co prawda – kiedyś się zatrułem i żyję – ale morze przypomina wtedy zupę. A zupa to dobra, ale na talerzu.
  I jak już przy kulinariach jesteśmy: obowiązkowa wędzona rybka (nie jestem kulinarnym fanem tych stworzeń) też bywa różnej jakości – choć zdarzają się okazy przyrządzone przednio – i jest dosyć nudnym daniem. Mamy w naszej narodowej kuchni wspaniały korzenny sos piernikowy (aka szary) idealnie komponujący się z rybami – ale nie. Wszystko tu wędzone, niemal na jedno kopyto. Rozumiem, że w związku ze specyfiką bałtyckiego ekosystemu trudno się spodziewać jakichś frutti di mare, ale odrobina inwencji by nie zaszkodziła (dobra, pewnie zaszkodziłaby – w interesach; ludzie lubią dostawać to, co znają, niestety).
Wędzarnia na Helu
  I mógłbym tak narzekać na ten Bałtyk godzinami. I – tuszę – miałbym rację. Jest jednak pewne "ale". Oprócz bowiem chłamu, poruty, marnej pogody i drożyzny ma nasze wybrzeże kilka pozytywów. Jako przeciwnikowi wypoczynku nad morzem nie niwelują one oczywistych minusów Bałtyku, ale komuś mniej zakochanemu w górach pozwolą odnaleźć coś fajnego.
    Po pierwsze: historia. Myszkując po Pomorzu można natknąć się na prawdziwe perełki – od neolitycznych grobowców, dolmenów, poczynając. Co prawda większość miast naszego wybrzeża w 1945 roku miała spotkanie z kochaną Armią Czerwoną, więc próżno szukać wspaniałych średniowiecznych założeń urbanistycznych (okupanci z uporem godnym lepszej sprawy zabytkowe starówki zabudowywali blokami z wielkiej płyty – najdziwniejsze wrażenie robi na mnie chyba Goleniów, gdzie zachowane o dziwo średniowieczne mury okalają blokowisko), ale gdzieniegdzie coś się uchowało – a to baszta, a to olbrzymi kościół.
Goleniów
   Odbudowano Główne Miasto w Gdańsku i – w sposób nowoczesny, ale nie kłujący w oczy – Elbląg (niedługo znowu port morski). Zachowało się kilka zamków Gryfitów – najładniejszy chyba w Szczecinie. Jest skansen upamiętniający Wikingów w Wolinie i niezbyt eksponowane podelbląskie Turso. W okolicach Słupska zachowały się dość licznie gospodarstwa szachulcowe (tak zwana "Kraina w Kratę"), a Kołobrzeg i Świnoujście wracają do tradycji uzdrowiskowych. Po Słowińcach co prawda nie ma już niemal śladu, ale zostali i wciąż dobrze się mają Kaszubi.
Gdańsk - Główne Miasto
Wolin
  Po drugie: zachody słońca. Na całym Świecie – a przynajmniej w licznych miejscach w jakich byłem – nie ma tak pięknych końcówek dnia. Obserwacja słońca chowającego się za horyzont potrafi dostarczyć wspaniałych wrażeń – zwłaszcza jeśli siedzi się na klifie kilka – czy nawet kilkadziesiąt – metrów ponad taflą morza. Zachód trwa i trwa – i każdego dnia jest inny.
Zachód Słońca - Poddąbie
  Oczywiście jeśli nie pada. Albo nie ma pełnego zachmurzenia (choć niewielka ilość chmur dodaje do urody tego zjawiska jakieś tysiąc punktów). Czasem jest. Czasem też są komary.
Zachód Słońca - Jastrzębia Góra
  Jednak dla mnie najwspanialszą rzeczą nad Bałtykiem jest piasek. Wyjdę teraz na jakiegoś fetyszystę – ale stąpając po nadbałtyckiej plaży ten drobniutki, skalny pył dosłownie całuje w stopy. Wspaniałe uczucie. Polecam każdemu – nawet jeśli całowanie stóp nie sprawia mu przyjemności.   Z tym, że ten cudowny stan (piasku całującego, oczywiście) zdarza się dość... Rzadko. O ile do obserwacji zachodów słońca potrzebne jest zaledwie w miarę bezchmurne niebo to tu spełnionych musi być kilka warunków.
Rzadki widok pustej plaży
  Przede wszystkim dzień musi być słoneczny. Najlepiej upalny. Typowe sopockie lato ze średnią temperaturą 17 stopni w skali Celsjusza się nie nadaje. 30. Albo i lepiej. Nie może też wiać. To znaczy – lekka, orzeźwiająca bryza jest wskazana (ponieważ mamy upał), ale silniej? Tragedia. Drobniutki piasek zamiast grzecznie leżeć i całować stopy wciska się wtedy wszędzie – w oczy, miedzy zęby. Jest to cholernie nieprzyjemne – pewną osłonę dają słynne plażowe parawany. Na szczęście wydaje się, że moda na masowe ogradzanie plaży minęła już kilka lat temu (oby bezpowrotnie), ale parawany – ta osłona przed wiatrem i piaskiem – są stałym elementem bałtyckich plaż. Warto dodać, że niektórzy używają do tego celu namiotów – choć wtedy ciężej jest się opalić.
  Co jeszcze? Dzień (albo tydzień, albo miesiąc – w zależności od sezonu) wcześniej nie może padać. Deszcz ubija piasek, więc spacer po takim podłożu owszem, jest łatwiejszy, ale nie jest całuśny. Ach, i na plaży nie może być tłoku – bo wtedy zamiast rozkoszować się każdym krokiem musisz uważać, żeby kogoś nie opiaszczyć albo nie zdemontować parawanu.
  Ile dni spełniających te warunki może być w sezonie? Dziesięć? Trzy? Dwa? Żadnego? No właśnie.
  Ale jak już się trafi – cymes. I tego życzę za rok nad Bałtykiem.
Zachód Słońca

21 września 2020

Idealne społeczeństwo cz. 2

  W poprzednim wpisie, który rozrósł się niemiłosiernie, rozpocząłem gawędę o zwierzętach eusocjalnych – czyli takich tworzących prawdziwe społeczności. Człowiek oczywiście do nich nie należy – są to pro maior pars owady z dwóch grup – błonkówek i termitów. O ile termity wszystkie są eusocjalne, to u błonkówek mamy pełne spektrum zachowań – od os-samotnic po wysoce zorganizowane mrowiska czy roje pszczoły miodnej. Miałem zacząć od wyjaśnienia czemu niektóre gatunki stworzyły jednak społeczności. Cóż, chodzi tu o jedną, fundamentalną dla wszystkich organizmów zasadę - "ciurlać się chcą". Sformułował ją w filmie Juliusza Machulskiego "Kingsajz" nadszyszkownik Kikujadek. Ale żarty na bok.
Błonkówki
  Koncepcja takiej społeczności jest następująca: ponieważ tylko jedna para w całej kolonii wydaje na świat potomstwo wszystkie osobniki są ze sobą spokrewnione – każdy z mieszkańców broniąc społeczności czy pracując na jej "dobrobyt" działa tak na prawdę w swoim interesie: pomaga przetrwać własnym genom. A o to – chyba jeszcze tego nie napisałem – chodzi: przekazać własne geny dalej. To biologiczny sens życia. Człowiek zresztą działa podobnie – stara panna będzie instynktownie rozpieszczać swoich siostrzeńców czy bratanków, bowiem mają oni część jej własnych genów, które mogą w przyszłości przekazać dalej. Taka inwestycja jakby – ale oczywiście nieświadoma, instynktowna.
Królowa i robotnica
Mrówki przy pracy
  To jednak jest pikuś przy poświęceniu dokonywanym przez członków społeczeństw eusocjalnych. Dla takiej, weźmy, pszczoły
własne istnienie nie jest istotne – przetrwać ma rój, bo to gwarantuje zachowanie części genów danej konkretnej pszczółki i – w rezultacie – odniesienie sukcesu biologicznego. Przekonał się o tym każdy, kto próbował w niecny sposób zbliżyć się do ula (mój śp Dziadek posiadał niewielką pasiekę, więc wiem co to żądło) – w mig zostanie zaatakowany przez członków roju. Są to oczywiście ataki kamikadze – po użądleniu kręgowca pszczoła ginie. Inne żądłówki (mrówki czy osy) nie posuwają się aż tak daleko, niemniej bronią swojego gniazda do śmierci. Także termity – atakują każdego kto usiądzie im na domku. Generalnie większość
Ule
owadów unika zbliżania się do siedzib tych roślinożernych owadów społecznych. Swoją drogą tą właściwość wykorzystują ludzcy mieszkańcy terenów zamieszkałych przez termity. Jako, że na przykład w dżungli roi się od latającego hmyzu (to bohemizm, gdybym użył słowa "gnus" byłby to rusycyzm, a chodzi o to brzęczące latające tałatajstwo) wystarczy posmarować się roztartymi termitami a komar – nie będący mistrzem intelektu – weźmie nas za termitierę. Taki repelent normalnie. Jak mocno poszczególni członkowie dbają o ochronę gniazda widział każdy, kto kopiąc rabatki naruszył podziemne mrowisko – dorosłe osobniki rzucają wszystkie zajęcia i zaczynają ratować larwy i poczwarki – smakowity łup dla wielu zwierząt – wciągając je do znajdujących się głębiej tuneli i komór. Robią to z pełnym poświęceniem. W końcu, jakby nie patrzeć, ratują swoje geny. A to przecież naturalne. Chyba tylko Człowiek umie poświęcić swoje istnienie dla niespokrewnionego genetycznie osobnika swojego gatunku nie oczekując w zamian (podświadomie) jakiegoś zysku – w przyrodzie jak w biznesie, wszystko musi się opłacać. Proste.
Termitiera
  Każdy z członków wspólnoty oprócz gotowości do poświęcenia się dla kolonii z uporem godnym lepszej sprawy pracuje dla całości. Człowiek zauważył to dawno temu – i pojawiały się co jakiś czas próby stworzenia "idealnego" społeczeństwa także w naszym gatunku. Były to próby sztuczne, więc z góry skazane na niepowodzenie – nie można ich, jak się to przyjmuje, bezmyślnie łączyć z totalitaryzmami, choć muszę przyznać, że za większość z nich (przynajmniej ostatnio) odpowiadają wszelkiego typu socjalizmy. Póki co więc takie społeczeństwa istnieją tylko na kartach powieści fantastycznych, nawet i fantastyczno-naukowych (nie każde s-f, science-fiction, jest tak naprawdę "naukowe"; właściwie jest ich zdecydowana mniejszość – reszta to bajki o robotach – choć same "Bajki Robotów" niesamowitego Stanisława Lema to s-f, w jednej z powiastek Trurl i Klapacjusz tworzą "idealne społeczeństwo", polecam).
Trzmiel
  Niemniej każdy, kto widział pracę i poświęcenie dla wspólnoty organizmów eusocjalnych musi się wzruszyć. Najwspanialszym efektem takiej pracy jest miód – wytwarza go sporo gatunków
pszczół, w tym i pszczoły samotnice oraz trzmiele, ale Człowiek wszedł we współpracę tylko z jednym gatunkiem – pszczołą miodną Apis malaefis. Przez wieki był to co prawda rabunek, podobny do tych uprawianych przez innych miodożerców (polska nazwa "niedźwiedź" to przecież tyle co "miodozjadacz"), ale potem zaczęliśmy budować sztuczne barcie i – to już wyższa szkoła jazdy – ule. Jednym z pionierów nowoczesnego pszczelarstwa był śląski duchowny Jan Dzierżon, upamiętniony w nazwie miasta Dzierżoniów (historycznie to Rychbach).
Pszczoła miodna
  Chyba najciekawszym zachowaniem niektórych owadów społecznych jest... Hodowla czy tam ogrodnictwo. Mrówcze rolnictwo. Nasze rodzime mrówki ku utrapieniu ogrodników czy innych działkowców zajmują się opieką nad mszycami. Pluskwiaki te (niezwykle ciekawe, rozmnażają się partenogenetycznie – nie zawsze, ale jednak; samiec twój wróg!) wytwarzają niezwykle lubianą – bo słodką – spadź. Mrówki zbierają substancję, chronią mszyce przed napastnikami w postaci chociażby biedronek a nawet, kiedy zajdzie potrzeba, przenoszą na nowe "pastwiska". Innym przykładem są słynne mrówki-ogrodniczki. Ich przysmakiem jest pewien gatunek saprotroficznego (znaczy, żyje na rozkładających się szczątkach organicznych) grzyba – któremu mrówki te znoszą kawałki liści, będących dlań pożywką (pracowite owady potrafią ogołocić tak całe drzewa). Spacerując po dżungli nieraz natknąłem się na sznur poruszających się zielonych fragmentów – po bliższym przyjrzeniu się zawsze okazywało się, że to sznur niewielkich ogrodniczek dźwigających pokarm dla grzyba. Raz – we wspomnianym przeze mnie w poprzednim wpisie Parku Narodowym Tambopata ujrzałem jednak widok niezwykły: oprócz tradycyjnych liści mrówki niosły też... Kwiaty. Albo grzybnia miała urodziny, albo wczoraj mrówki popiły, narozrabiały i teraz szły przepraszać.
Mrówki - ogrodniczki
Mszyce
  Zacząłem od dżungli – tam owadów jest najwięcej – to i na dżungli wypadałoby skończyć.
  Otóż gdybyście kiedykolwiek się tam zgubili – to pamiętajcie: wszystko może was tam zabić szukajcie termitier. Termity, poza tym, że repelenty, są też wspaniałym źródłem białka. Te duże, żyjące w ziemi, dobrze jest najpierw podpiec czy usmażyć, ale te małe, nadrzewne można jeść na surowo. Jak smakują? Całkiem balsamicznie. Jeśli by je utrzeć z mrówkami, które z racji zawartości kwasu mrówkowego są... kwaśne – otrzymalibyśmy całkiem niezły dressing do sałatek, taki balsamiczny winegret.
Termity chwilę przed konsumpcją

  Tak, jadłem i mrówki, i termity. Mrówki polecam ubić przed jedzeniem, bo mogą na przykład użądlić w język.

Najchętniej czytane

Kurhany

     Jadąc drogą krajową numer 12 ze starożytnego Kalisza do Sieradza (albo, jak to się mówi, curyk z powrotem) zbliżając się już do stol...